• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja filmu Uncharted

Jakie jest kino akcji każdy widzi. Walka, strzelanina pogoń i liczne pokazy akrobatyki, których nikt normalny by nie przeżył. Jest to bardzo nierealne, ale i tak każdemu się podoba. Teraz zmodyfikujmy to do formy gry skrzyżowanej z GoW i Tomb Raider i co nam wyjdzie? Uncharted.

Wreszcie się doczekałem premiery adaptacji gry na HBO MAX. Nie jest to reklama, jakby ktoś pytał. No ok., wracajmy do sedna sprawy. Nie wiele się spodziewałem po tej produkcji. Powszechnie wiadomo, że tego typu działa są zazwyczaj mierne w swojej jakości.


Mogę wam śmiało powiedzieć, że tutaj jest ciut lepiej. Nie ma tragedii, co to, to nie, lecz kina z wyższej półki też na próżno tutaj szukać. Wiele elementów jakie zostały zastosowane nie raz, nie dwa, spowoduje, że się człowiek zastanowi co się tu odwala. Jednak przede wszystkim jest to film bazujący na kultowej serii.

Nie zabraknie nawiązań i mrugnięć okiem do wiernych fanów. Już od samego początku mamy typową scenę otwierającą jaką zazwyczaj serwowali ludzie z Naughty Dog. Swoją drogą jest to nawiązanie bezpośrednie z gry jak Nathan wypada z samolotu.

Po tym jakże emocjonującym wstępie cofamy się do dalekiej przeszłości. Aby zobaczyć siłę napędową jaka będzie pchała Drake’a. Chodzi o jego starszego brata Sama. Jest to tylko krótki epizod, który był poświęconej wspomnianej motywacji, ale też wyjaśniał skąd ma pierścień i zapalniczkę, którą cały czas nosi przy sobie. W późniejszej części zrobią tak samo z wąsem Sullego i cygarem, które pali jak smok.


W kolejnych częściach filmu można zauważyć nawiązania do poszczególnych części serii, ale nic po za tym. Jeśli graliście we wszystkie odsłon Uncharted to doskonale wiecie jak nasz duet się poznał i relacje jakie się utworzyły między nimi.

W ekranizacji zobaczycie całkiem coś nowego. Zacznę od tego, że Tom Hollan za grosz nie nadaję się do tej roli. On jest zwyczajnie zbyt chłopięcy. Nie ma w sobie nic z takiego awanturnika, który lata po świecie za skarbami. Podobnie jest z Mark Wahlberg, który jest tez za młody na Sullego.

Obaj ponowie początkowo za sobą nie przepadają. Nie dziwie się, bo Sully z filmu to cwaniaczek, który sprzeda wspólnika bez mrugnięcia oka, a do tego mija się z prawdą z prędkością światła. Natomiast Nathan to bardziej naiwniak i idealista, co nie przeszkadza mu byciem równolegle złodziejem.


Przez cały film raczą widza swoimi dyskusjami o zaufaniu i pomaganiu sobie nawzajem. Warto jeszcze wspomnieć o trzeciej osobie. Sophia Ali, która wciela się w rolę Chloe Frazer. Jako jedyna nie owija w bawełnę i od początku jest szczera w swoich działaniach. Wraz z jej pojawieniem na ekranie zaczyna się akcja ciut sypać, a raczej logika wydarzeń. Zacznę od tego, że za grosz nie przypomina bohaterki, którą gra. Zamiast mieć super agentkę to pojawia się randomowa rozwydrzona babka. Cienko, trochę cienko… Potem jest jeszcze lepiej.

Spora scena pościgowa co trwa kilka minut. Biegi przełajowe z przeszkodami, żeby się to jakoś efektywnie kończyło chociaż. Niestety zamiast tego mamy, krótką rozmowę, o tym, że sama nie będzie wiedziała, co zrobi z krzyżami. Brawo, skoro jest takie oczywiste, bo jak Sully zauważa, że skarb nie będzie leżał pod drzewem to czemu ucieka? Wstawili to chyba jako zapychacz antenowy.

Rozwinięcie tego etapu w Barcelonie jest trochę głupie, ale przynajmniej konsekwentnie brną w to dalej. Miejscem, gdzie ukryto kolejna wskazówkę był kościół. Widząc rozwiązanie zadałem sobie pytania. Na serio, nikt z konserwatorów nie trafił na to przypadkiem, (chodzi o przejście)? I ten tekst: nikt tu nie chodził od stuleci.


Dalej jest jeszcze bardziej podbili ten absurd, bo korytarz łączył się z innym tylko tak dziwnie nowoczesnym i pełnym rur. No cóż, nikt jakoś nie powiązał tego wszystkiego. Zważając, że jeszcze mamy w filmie bogacza, który latami poszukiwał tego złota sprawia, że robi się z tego prawdziwy bigos. Skoro jestem przy antagonistach.

Po co ich w ogóle dodawano? Sądząc po ich jakże prężnej aktywności dla zwykłej formalności. Sam nie czuje kiedy rymuje. W sumie ich wstawki bardziej mi się podobały. Bo mieli pełną wolność kreacji.

Dobrze, że chociaż dalej jest jakoś w miarę z sensem napisane. Akcja walka i parcie do przodu. Nawet można rzec, że przyjemne w odbiorze. Finał filmu jest szybki niczym nurt rzeki. Sceny są nagrywane z wielkim rozmachem. Więc było na czym zawiesić oko. Nie będę tu krytykował głupotek takich jak lot na spadochronie z samolotu, bo w końcu jest to jedynie kino akcji tam takie rzeczy to norma.



Za to muszę zwrócić uwagę na jedną nieścisłość, która wybrzmiewa z całą mocą na tle całego filmu. Krzyże były kompasem do skarbu. Mimo faktu, że tylko Drake wiedział o tym i tym samym znał dokładne położenie to jedynie Chloe nie trafiła do właściwego miejsca. Natomiast złole dotarli bez problemu. Tylko kto wskazał im tamtą lokacje, no ciekawe kto był taki mądry.

Dobrze, że relację miedzy Nathanem, a Sully się poprawiają na sam koniec. Swoją droga już zapowiedziano nijako kolejną część. W jaki sposób zapytacie? Sami musicie zobaczyć.

Podsumowując, Uncharted jest o dziwo znośnym filmem, który nawet dobrze oddaje sceny walki z gry. No prawie, bo mógł ten nasz biedny Drake lepiej się bić. Zmieniono wiele z oryginalnej fabuły co może się nie spodobać konserwatywnym fanom. Lecz jako film, który skupia się na szybkich i wściekłych scenach dobrze daję sobie radę. Jeśli macie wykupiony dostęp do HBO to śmiało włączcie nie będziecie się nudzić, a gdzie nigdzie się nawet pośmiejecie.

P.S. Następny film jaki omówię będzie to Tomb Rider.

Napiszcie w komentarzach jakie wy mieliście wrażenia po seansie.
Share:

Recenzja anime Uzaki-chan wa Asobitai! Double

Relacje między ludzkie są bardzo uważne. Interpretowanie wypowiedzi innych można zaliczyć do kluczowych. Co się stanie jeśli opacznie się zrozumie czyjąś wypowiedz?

Uzaki-chan wa Asobitai! Double to udana kontynuacja pierwszego sezonu przygód Hany – chan i jej Senpai (Uzaki-chan wa Asobitai!). Anime to mogę podsumować tak, dali dużo tego samego i podkręcili na wyższy poziom. Jeśli oceniać tą produkcję jedynie jako komedie to naprawdę się uśmiałem. Jedynie w trzecim odcinku tempo zwalnia, ale zaraz wraca wszystko na swoje miejsce.


Z kolei przyglądając się bliżej fabule sprawa wypada nieco gorzej. Powoli budowane jest napięcie, a nawet zaczyna widz mieć nadzieje, że już dojdzie do pełnej kumulacji miłosnej. Jednak żadna z stron nie chciała skończyć się bawić w podchody i wziąć sprawę w swoje ręce.

Nie ma sensu obwiniać Senpaia o brak inicjatywy, czy Hany o tchórzliwe wycofywanie się z tej krępującej sytuacji. Problem leży zapewne w tym, że szykuje się trzeci sezon, który może być rozstrzygającym.

Skupić się jednak należy na tym co wyszło, a jest tego całkiem sporo. Pochwalić należy wprowadzenie sporej grupy nowych bohaterów drugoplanowych. Rodzina Uzaki i Sakurai nie można zaliczyć do przeciętnych. W szczególności tatusiowie pokazali co potrafią. Nie sprawiedliwie było jednak nie wspomnieć, że wśród seniorów brylowała pani Uzaki.


Kiedy zadebiutowała, po raz pierwszy na ekranie od razu zaczęło dochodzić do nadinterpretacji z jej stronny. Spowodowane to było jej zamiłowanie do telenoweli. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zaryzykować należy stwierdzeniem, że nawet się pogorszyło. Paradoksalnie wyszło to wszystkim na dobre, o widzach mowa, rzecz jasna.

Tutaj zrobię przerwę i podzielę się pewnym przemyśleniem. Czy przypadkiem nie utworzono ecchi mówione? Zamiast wstawiać dwuznaczne widoki dodano wyjątkowe, hmm rozmowy. Wrócę do tematu głównego.

Położono większy nacisk na swatanie gołąbeczków do tego stopnia, że wprost zaczęli o tym mówić samym zainteresowanym. Taki silny nacisk, który już trwa od samego początku wygląda zabawnie jak się go obserwuje z boku. Sytuacja zmienia się zasadniczo jeśli zmieni się front. Uzaki i Sakurai nie za bardzo do siebie pasuje podobnie jak w Nie drocz się ze mną Nagatoro. Szanowne panie są dość męczące i irytujące. Uzaki prawie, że nic nie zrobiła, aby zacieśnić te relacje. Jednocześnie nie była bardziej wredna w sowim byciu.


Warto teraz wrócić to wątku jej rodzinki. Ich wejście takim szturmem pozwoliło minimalnie, ale zawsze dokonać pewnych zmian. Po ponad dwudziestu odcinkach wreszcie coś się ruszyło. Wow, nie śpieszyła się z tym za bardzo. Przyjęcie strategii do serca przez żołądek jest dobry. 

Oglądając jak ta lawina namiętności nabiera szybkości zaczął się człowiek zastanawiać jakim cudem się to nie rozleciało. Tak, czy inaczej grzechem było nie wspomnieć o wszelkich zakulisowych wydarzeniach jakie miały miejsce.

Patrząc jak Senpai poznaje całą rodzinę Uzaki było naprawde pocieszne. Każdy z nich było na swój sposób oryginalne (no może z wyjątkiem braciszka Hany). Wszelkie sytuacje były przekomiczne, co sprawiało, że chęć zobaczenia co się jeszcze stanie dalej było czymś równie naturalnym, co oddychanie. Poświęcenie im więcej czasu w tak, krótkim czasie antenowym sprawiło, że polubienie ich stało się czymś oczywistym.


Parę słów poświęcę też szanownemu ojcu Senpai. Jest on chodzącą porażką myślący przede wszystkim kutasem. Nie można inaczej nazwać tego, bo wywalanie z domu syna na dwa lata tylko po to, aby poruchać jest żałosne. Znalazła się jednak okoliczność łagodząca w jego obronie. Niezdecydowana parka studentów wreszcie zrobiła krok do przodu, co jest ostatecznie sukcesem.

Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Uzaki-chan wa Asobitai! Double? Mimo kręcenia się w kółka w końcowej fazie serii jest to naprawdę przednie anime wypełniono po brzegi wysokiej jakości humorem, który poprawi nie jednemu nastrój. Co prawda można się zniechęcić brakiem wielkiego finału, ale i tak oglądało się z wielka przyjemnością. Dlatego szczerze polecam tym co oglądali poprzedni sezon. Ocena końcowa 8.5/10.
Share:

Recenzja filmu Dzień próby

Dzień próby, był naprawdę wyzwaniem do obejrzenia. Sięgnąłem po ten tytuł, bo polecił go Szymon z kanału Język Filmu, którego gorąco polecam.

Zacznę od tego, że jest to dla mnie średnio dobry tytuł, którego tempo jest ciut za wolne, a antagonista w pewnym momencie zaczyna brzmieć jak zdarta płyta lub jak komik, który opowiada ten sam żart.


Dzień próby to dramat produkcji USA / Australia, który miał premierę w 2001 roku, ale pewne sceny pokazanego miasta sprawiały, że miałem deja vu. Mogłem przysiąc, że żywcem wydarto je z San Andreas. Problemem jednak był czas, o czym świadczy data premiery.

Niektóre lokacje to istna kalka dobrze znanych miejscówek, co jest dla mnie dużym plusem. Jeśli jesteście fanami Gta to ten film jest dla was. Samo założenie jest ciut idealistyczno - banalne, ale po okresie głośnego kina lat 80-tych uznano, że może pokażą coś innego.

Główny bohater Jake to pełen ideałów policjant, któremu marzy się kariera i sprawiedliwość. Podkreśla to swoją postawą i zachowaniem, jak choćby w początkowej scenie kiedy poleruje odznakę i samym finale w której odznakę zrywa Alonzo twierdząc, że nie jest jej godzien.


Szybko można połączyć kropki i zrozumieć w czym rzecz i kto jest kim. Czy film jest realistyczny? Pod wieloma wzglądami tak, ale pewnych bzdur nie zabrakło. Najlepszym przykładem były kule, które robią dziury w tylnich szybach samochodu i „znikają”, ups. Natomiast inne elementy o dziwo zadziałały jak należy. Przyjmując pewien margines błędu wszystko jest o dziwo dobre.

Najbardziej mnie w tym jednodniowym szaleństwie zaskoczyła pewna konsekwencja, która wszystko uzasadniała. Miła odmiana po tych wszystkich uproszeniach, które są maskowane z gracją strusia chowającego głowę w piasku. Mamy do tego pewien bonus, a jest nim miasto. Słuchając uważnie można dowiedzieć się co nieco o poszczególnych dzielnicach.

Sami mieszkańcy nie są bezbarwnym tłem, czuć ich niemal namacalnie, a odciski są widoczne, aż za dobrze. Serio, nie musieli robić tyle zbliżeń na ich zakazane mordy. W omówieniu Szymona jest wzmianka o tym, że to miasto zna dobrze Alonza. Na samym początku filmu wszystko wyłożono i przyklepano, ale czy aby na pewno?



Wejście na świętą krowę na ulicę, czy posiadanie „przepustki” to jedno, ale zatrzymanie auta na środku ruchliwej ulicy to drugie. Miało ono podkręcić jaki on jest ważny, bo wszyscy jakby nic omijali go od tak. Cały efekt zepsuty zostaje po tym jak jeden z kierowców zatrąbił, a Alonzo, który „tłumaczył” świeżakowi co jak za pomocą roberty, którą po chwili wycelował w biedaka, który przerwał wykład.

Przywołam scenę z gry Ojciec Chrzestny mamy tam scenę w której jedna z mafijnych szych przechodzi przez ulice. Nie muszę wspominać, że też zrobił to na krzywego ryja, prawda? Co tam się dzieje? Zostaje o mało co potrącony. Ale jednak zamiast tego niedoszły sprawca, bo zobaczeniu z kim ma do czynienia szybko ucieka. Tak to powinno wyglądać, no trudno się mówi i idziemy dalej. Samego Jake można odebrać jako średnio ogarniętego kolesia, który coś tam umie, ale jeszcze ma daleką drogę przed sobą. Początkowo zachowuje się jak absolwent szkoły, który coś dopiero zaczyna, aby następnie dowiedzieć się, że jednak pracuje od wielu lat.

Dobrze, że później zaczyna się ogarniać, choć bardzo powoli do niego dochodzi, co się dzieje. Wiadomo łatwiej zaobserwować to z boku niż, gdy bierze się w tym udział. Lecz w pewnych momentach jak np. meksykańskim gangu rozłożył się jak noob. Trochę trąciło to, bo zupełnie sobie nie radził, lecz zdecydowano inaczej.


W sumie prosi się tu wstawić slogan: wie jak wyjść z każdej opresji! Wystarczy tylko… kliknąć w reklamę. Alonzo z kolei początkowo jest bardzo charyzmatyczny. Pewny siebie osobistość, której wizerunek szybko zaczyna pokrywać się pęknięciami. Natomiast już jego repertuar sztuczek manipulacyjnych, który jest początkowo imponujący w połowie filmu zaczyna się powtarzać.

Jednakowoż on tego nie zauważa, aż do samego końca, gdzie kończy jak Skaza z Króla Lwa. No ok., prawie tak samo. Nie czepiajcie się szczegółów. Wszystko to okraszono jeszcze gościnnymi wstawkami kolesia od Old Space (Terry Crews), który napinał mięśnie i Cordozar Calvin Broadus Jr. grającego handlarza narkotyków na wózku inwalidzkim. Po kiego grzyba ich brali, chyba tylko po to, aby się promować film ich nazwiskami.

Podsumowując Dzień próby to całkiem niezłe kino, które wymaga, krótkich przerw, aby je w całości ogarnąć. Nie schowano tam przesłania ani jakiejś genialnej akcji. Ciut naiwny i przerysowany, ale jakiś taki prawdziwy.
Share:

Recenzja anime Rokuhoudou Yotsuiro Biyori

Po igrzyskach śmierci, nie tych, ale nie za wiele się różniących warto odpocząć. Jak lepiej to zrobić jak nie przy kawie w eleganckim lokalu? Dokładającą niezwykły klimat i miłą obsługę więcej do szczęścia nie trzeba. 
 
Rokuhoudou Yotsuiro Biyori od samego początku pochłania bez reszty. Zacznę od śmieszkowania z głównych bohaterów. Są to przyjaciele, którzy prowadzą wspólnie kawiarnie Rokuhoudou. Pierwsze skojarzenie, czy nie jest to anime dla pań z końską dawką fan gej serwisu. Czy tak jest trudno powiedzieć, ale nie mogłem się oprzeć z przepisywaniem poszczególnych ról i tak Nagae Tokitaka to mamusia.


Naprawdę nieodparte mam wrażenie, że swoim sposobem mówienia, bycia jak i samą mową ciała przypomina matkę. Natomiast Tougoku, Kyousui "Sui" to taki typowy dobroduszny tata. Z kolei Gore i Nakao Tsubaki to dzieci w tym związku.

No dobrze, podśmiechujki na bok pora na konkrety. Wyobraźcie sobie kawiarnie ukrytą w zagajniku bambusowym przy której rośnie kwitnąca wiśnia. Cały wysteruj jest nieco staroświecki, ale zyskuje przez to nieodparty urok. Jednak, aby w pełni zrozumieć i docenić to miejsce trzeba przypomnieć jak to było człowiekowi dobrze, gdy popijał kakao miejącą koc na nogach i mroczącego puszka okruszka. Zrobiono dobrze! Dołóżcie też do tego byczą dawkę środka uspakajającego i będzie wiedzieć co was czeka.

Jednak to co jeszcze wychodzi na pierwszy plan od samego początku jest liczba animacji w każdej scenie. W stosunku do poprzednich anime jakie w tym roku recenzowałem tutaj jest naprawdę zrobione po królewsku. Dodano co prawda wiele zbliżeń, ale przyzna mi każdy rację, że obfitość zawartości pierwszego odcinka jest tak duża, że miałem wrażenie, że trwało to o wiele dłużej, a niż te 23 minuty. Wszystkie ruchy ciała, czy włosów wymagały dodatkowych nakładów pracy, co pogłębia jeszcze bardziej imersję i obcowanie z tym wybitnym dziełem.


Kolejny odcinek dalej trzyma się sielankowej atmosfery. Magia tego anime nie kryje się tyle w samych głównych bohaterach, ale i postaciach epizodycznych i drugoplanowych. Można to zobaczyć ja z wątku zaopatrzenia się herbaty rozwinął w coś znacznie większego. Chodzi tu o nic innego jak o zakorzenioną w kulturze Japońskiej ceremonie parzenia i picia herbaty.

Szybko jednak nurt nabiera na sile i pojawia się tajemniczy nieznajomy. Porównać go można do Pana Lusterko, który tak chętnie pomocy udzielał. Jednak nic nie jest za darmo i tutaj ma to podwójne dno ukrywające coś w sobie. Mimo tak złowieszczego wybrzmienia fabuła dalej jest pogodna i okraszona humorem, który udziela się widzowi.

W dalszych odcinkach przesunięto nieco na dalszy plan, że też się tak wyrażę. Kolejne epizody zaczęły krążyć wokół samych dań podawanych w restauracjach. Nie mogłem się nadziwić jak się zachwali poszczególnymi posiłkami. W pewnym momencie zaczęło to nawet wyglądać jak w Shokugeki no Soma. Dobrze, że nie odkryli wszystkiego jak do rosołu. Pojawiały się równie ciekawie postacie jak choćby redaktorek, który jest trochę wstydliwy.


Dochodzą do środka sezonu można zauważyć rozpatrywanie przeszłości, a ściślej rzecz biorąc dzieciństwo Sui. Przywiązanie jakie towarzyszy mu jest godne podziwu. Nie zabrakło również paru wspomnieć o ponownym otwarciu kawiarni. Przydałoby się to nieco rozszerzyć, bo takie wspominki dodają uroku i większy kontekst bieżącym wydarzeniom.

Kolejne odcinki kontynuowały ten trend pozwalając kolejnym pracownikom Rokuhoudou opowiedzieć swoją historię. Nie będzie to co prawda, aż tak odnosić się do samej kawiarni, a ich wspomnień z przeszłości. Trochę to pocieszające jak wszyscy starają się udzielić pomocy swoim klientom jak choćby Amagami Kotsuru, czy Isago Hirokazu.

Podział na tego typu odcinki urozmaica sposób opowiadania tej historii jak i zmienia tempo. Jednocześnie pozwala opuścić na chwilę progi sklepu herbacianego, aby widz mógł rozprostować nogi i rozejrzeć się po okolicy. W ciągu odcinków opowiadane są jednorazowe pomniejsze historie, które zmuszają do przemyśleń i pokazują jak pewne wydarzenia mogą wpłynąć na człowieka.


W odcinki dziewiątym powraca z powrotem temat braci Tougoku. Niczym złowrogi wiatr ze wschodu przychodzi siać zamęt i zniszczenie.. Tak pojawia się Tsunozaki Eisuke. Trochę przesadziłem, ale nie można mu odmówić, że ma coś z złośliwego Holika, któremu psikusy tylko w głowie.

Samo podsumowanie serii idealnie wpasowuje się w zakończenie zeszłego roku. Anime ma już szmat czasu za sobą i póki nie zanosi się na kolejny sezon. Sam finał jest ciut słodko kwaśny. W pewnym sensie domyka wątek braci. Skłonny jednak jestem do stwierdzenie, że jeśli będą kontynuować Rokuhoudou Yotsuiro Biyori to z całą pewnością rozwinie się to w jakimś ciekawym kierunku.

Podsumowując Rokuhoudou Yotsuiro Biyori to anime, które jest niemalże idealną alternatywą dla środków uspokajających, jedynym efektem ubocznym jest chęć obejrzenia więcej. Dla tych co pragną takiego typu contentu to polecam Flaying witch. Ocenę zostawiam otwartą.









Share:

Recenzj Gears of War 2 (Xbox 360)

Jak wpadnie się już trybki to nie ma jak z nich wyjść. Prawda to jest, bo gdy raz się zrobi się coś dobrze wtenczas trzeba kontynuować, aż do skutku.  


Gears of War 2 wydane na Xbox 360 zaledwie dwa lata po pierwszej części. Grając tą część szybko dopada człowieka wrażenie, że gra ponownie to samo co te parę lat wcześniej. Główne założenia praktycznie się nie zmieniły. Dalej się brnie od areny do areny przez ciasne korytarze dzikiego świata.


Jeśli zapoznaliście się z recenzją pierwszej części, o tutaj to praktycznie wiecie wszystko czego można się spodziewać po tej odsłonie. Mimo tego co napisałem są kosmetyczne, ale zawsze jakieś różnice. Pierwszą i w sumie najważniejszą to ciężar biegu. Panowie napakowani testosteronem biegają o wiele lżej niż ostatnio. Czyżby przeszli na dietę?

Idąc dalej, ale bez dowcipkowania łatwo było zauważyć spory nacisk na kooperacje. Zaczynając od tego, że gracze mogą się wzajemnie ratować, a kończąc na tym, że gra oferuje parę atrakcji dla tych, co się zdecydują przejść po raz drugi GoW, aby wybrać nieco inną ścieżkę. Mam jednak wątpliwości, czy te parę etapów jest tego warte.

Stan techniczny gry jest naprawdę zadawalający dopiero na samiutkim końcu jak się pokazało więcej szarańczy konsola zaczęła się co nieco dławić. Żeby nie było nie chodziło o przecinków z którymi trzeba było walczyć, a spełniających rolę dekoracyjną.


Wroga armia może się pochwalić całkiem ciekawymi jednostki. Lecz nawet nie oni są najważniejsi, a bossowie. Lepiej byłoby nazwać ich mini szefami, bo nie były to w moim odczuciu klasyczne walki, a większe przeszkody mające jedynie chwilowo przystopować to co się dzieje. W wielkim zamiłowaniem dodawano więc wszelkie aktywności wymagające celnego oka, a jednocześnie zapomniano dodać systemu wspomagania celowania.

Nie było jakoś tragicznie i w stosunku do Hardline grało się znacznie lepiej. Jednakowoż wszelkie etapy, gdzie kazano celować z całkiem sporą dokładnością nie należały do przyjemnych. Dodatkowo devowie szybko przyzwyczają do tego, że ołów będzie się sypał na tony. Trafiłem jednak na moment, gdzie było dość cienko co do posiadanej amunicji.

Jasna sprawa, że można zabrać  giwerę trepowi i po kłopocie. Wspomnę jednak o samych skrzyniach z amunicją, które leżą dość często, czasami, aż za bardzo. Sprawiało to wrażenie, że coś tu jednak jest nie tak. Mógłbym teraz od tak przejść do fabuły, ale zostawiłem małą niespodziankę. Kiedy w pewnym momencie trzeba wykorzystać dźwig do przejścia na drugi budynek to stało się coś czego się nie spodziewałem i raczej nie należy tego spostrzegać jako rzecz zamierzoną. Za pomocą platformy dało się podnosić szarańczę i po chwili takowy osobnik ginął od tak. O co w tych chodziło? Jeśli wiecie napiszcie w komentarzach.


Fabuła, no cóż, do pewnego momentu uznałem ją za najsłabszą część kampanii Gears of War 2. Gram i gram czekając na coś ciekawego i nawet o dziwo się doczekałem. Co autor miał na myśli było dość oczywiste. Dlatego widzę jaki zmarnował potencjał tego jakże ważnej sytuacji. Żeby nie psuć zabawy nikomu, a nakręcić to jakoś napisze tak. GoW nie jest misją eskortową, a więc wszelkie wzruszające momenty jakie mają nastać kończą się zawsze tak samo.

Stare powiedzenie mówi, że najlepszą obroną jest atak. Rany boskie, nie zapomnę jak ta kampania wielkich obrońców wyglądała pokracznie. Z jednej strony nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wygrana jest czymś poza ich zasięgiem i to dosłownie. Potem jest cięcie i wszystko się odwraca i pyk całość.

Podsumowujmy czy warto zagrać Gears of War 2? Bossowie są na pozór, bo o ile wszelkie elementy charakterystyczne są to nie stanowią takiego wyzwania jak być powinno. W czasie kampanii mogłem w pewnym momencie poczuć się jak Kratos z przedostatniego God of War. Wiąże się to z jedną z najbardziej krwawych scen jakie dane było mi zobaczyć. Pewne etapy jakie dodano miały być swojego rodzaju odskocznią. Mam wobec niech mieszane uczucia, bo jazda na trollu lub strażnikach z Matrixa trochę zaburzały tempo, a jeszcze bardziej rozgrywkę, która przyzwyczaja do pewnych standardów. Uważam, że kampania jest zrobiona typowo pod grę w duecie. Dopiero wtedy naprawdę pokaże co tam w niej drzemie. Ocena końcowa 7/10.





Share:

Recenzja anime Tensei Shitara Ken Deshita

Może to już te lata, ale coraz bardziej rozczulam się przy uroczych dzieciach i łapie się na myśli, że może założenie własnej rodzinny nie jest, aż takim głupim pomysłem.

Po tym jakże łzawym wstępie starego piernika przejdę do tego, o czym, będzie omawiany materiał. Tensei Shitara Ken Deshita jest to kolejne isekai jakie obejrzałem w tym roku. Nie jest to jednak, aż tak szablonowe jak mogło by się wydawać. Choć fakt nie zabraknie najważniejszych elementów charakteryzujących ten gatunek anime.


Główną i najważniejszą zmianą jest to, że protagonista nie stał się dzieckiem z super mocami, czy innym szlamem (Tensei Shitara Slime Datta Ken). Tym razem postawił autor na coś zgoła innego, a mowa tu o mieczu. Magiczna brzytwa, która ma samoświadomość. Przyznaje, że ta koncepcja jest dość odświeżająca z kilku powodów. Pierwszym i najważniejszym jest zmienienie jego funkcji, pardon roli. Zamiast być jak to zwykle bywa samcem alfą lub słodzikiem z haremem, ewentualnie fan klubem, a to różnica. Mc numer jeden stał się narratorem i supportem.

W samym wydarzeniach, główną rolę odgrywa natomiast Fran – chan i tu mamy cream de la creme tej serii. W czasie oglądania Tensei Shitara Ken Deshita poznaje się jej historie w wielkim skrócie. Wszystko fajnie i cacy, ale jej zachowanie kompletnie do tego nie pasuje. Są co prawda wyjątki kiedy wszystko trzyma się logicznej kupy. Zdarza się to jednak stosunkowo rzadko.


Każdy szanujący się otaku wie, że wszelakie miksy są całkiem normalne, a więc nie ma się czemu tu dziwić. Mała kocica jest po prostu chodzącą słodyczą, której nie można się praktycznie oprzeć. Wszystkie odcinki w głównej mierze opierają się na jej uroczych reakcjach.

Młodszych widzów może to odrzucić i nazwą to babskie, ale jakoś idealnie wpisało mi się w wizję idealnej córeczki. Zakładam, że tak od górnie miało przyciągnąć publikę do telewizorów. Oczywiście nie była to cała zawartość. Pilotażowy odcinek może pochwalić przemocą na poziomie Berserka, czy Tokyo Ghul. W dalszych częściach to już ukrócili wraz ilością animacji poświęconym walką. Wielka szkoda, bo robiły spore wrażenie. Braki te nadrobiono rozszerzeniem elementów RPG. Liczne mechaniki itp. jakie wstawiono dodają pewnej wiarygodności, bądź chęci urozmaicenia samej fabuły i tego czego można się tam spodziewać.


Nie zabraknie tam też bohaterów drugo planowych z których najbardziej wyróżniała się Amanda, która usilnie chciała być mamą małej Fany – chan. Więcej nie ma co pisać, bo wszystkie odcinki są jak jedno wielkie ujęcie podzielone na pomniejsze epizody. Nie zabraknie zapowiedzi większej intrygi. Póki co jest jedynie jej preludium, lecz można się czegoś spodziewać w następnym sezonie. Sądzę, że bogowie też dołożą swoje trzy grosze.

Czy warto obejrzeć Tensei Shitara Ken Deshita? Anime jest przeznaczone dla osób, które szukają czegoś lekkiego i zdołają przetrwać śladowe sceny przemocy. Sam trzon tego tytułu to urocze zachowania Fany, która za każdym razem zgarnia cała uwagę nawet wtedy kiedy się nie odzywa. Ocena końcowa 8.9/10
Share:

Recenzja Battlefield Hardline (PS3)

Jak jednemu się uda to zaraz zlatują się naśladowcy i próbują zrobić to samo. Jednym wyjdzie, a innym nie. Wszystko zależne jest od starań studia i ich wydawcy.

Ostatnio przeglądając posiadane gry na PS3 rzuciło mi się Battlefield Hardline z 2015 r. Pamiętałem, że były jakieś kontrowersje związane z tą produkcją. Miało to być takie bida GTA. Nie jestem wstanie się z tym zgodzić, bo fabularni jest lepsze od GTA V. Równocześnie sama rozgrywka w wielu momentach nie trzyma się kupy, system strzelenia woła o pomstę do nieba.


Zacznę od mocnych stron, bo i takie tu są. Po pierwsze BfH można porównać do dobrego serialu kryminalnego, który został obsadzony przez aktorów znających się na swoim fachu. Natomiast sam scenarzysta zjadł zęby na pisaniu tego typu kryminalnych historii. Bohaterowie z jakimi się zetknąłem to czysta klasyka. Nie ma tam nikogo oryginalnego, a jedynie same archetypy, szablony itp. Pomimo, że wszystko jest dobrze znane to i tak z ciekawością się śledziło każdy jeden epizod.

Poszczególne odcinki nie są długie, a można dodać, że całkiem urozmaicone. Spory nacisk położono na sceny plenerowe w czasie których można podziwiać piękne widoki. Gdzie nigdzie dołożono sporo destrukcji otoczenia wyrenderowanego bezpośrednio na silniku gry. Nie zabraknie też paru zwrotów akcji, które nawet potrafią zaskoczyć.

Podkreślę też, że graficznie nawet dobrze się trzyma. Pomimo, że tytuł ten wyszedł trzy lata po premierze PS4 to i tak całkiem dobrze zrobili port na 7 generację. Nie powiem, że było idealnie, bo dwa razy gra potrafiła się zawiesić bez wyraźnej przyczyny. Nie zabrakło też mojego ulubionego błędu z kolizją. Ostatnio coś mnie to prześladuje.


Kolejną sprawą, która bardzo oddziałuje na odbiór tego dzieło będzie system strzelania. Dawno się nie spotkałem z czymś tak tragicznym. Formalnie dodano wspomaganie celowania, ale praktycznie trzeba naprawdę się postarać, aby dostrzec jakiekolwiek działanie. Paradoksalnie jak się wyłączy tą pseudo pomoc idzie to znacznie lepiej. Warto jeszcze na dzień dobry zmniejszyć czułość kamery.

Praktyczne trafienie tu czegokolwiek z niedużej odległości graniczy z cudem. Jasne, da się przyzwyczaić i nauczyć, ale to jedynie droga przez mękę. Z drugiej stronny mamy system eksperta, gdy się awansuje to dostaje się bonusy w postaci lepszego wyposażenia. Zależnie od potrzeby da się je zmienić przed misją lub w jej trakcie. Żeby położyć łapska na nich musiałem grać jak najbardziej pacyficznie. Chodziło o machnięcie legitka i zakucie przestępców. Trochę to nie logiczne, aby po przez pokojowe zakuwanie dostawać lepsze giwery, które wykorzysta się w przymusowych rozwałkach. Jeśli kogoś z was to jednak zainteresuje to warto zgarnąć poszukiwanych listem gończym przestępców.

Przed wyruszeniem do walki da się zeskanować okolicę. Dzięki temu można lepiej się orientować, kto gdzie jest. Same bronie też miały „swoje 5 minut”. Jak sięgałem, po karabiny to okazały się słabsze od zwykłych giwer. Trzeba będzie się domyśleć co miał autor na myśli. O sztucznej inteligencji też nie mogę napisać w superlatywach. 


Jeśli grałbym co do joty jak chcą twórcy to rzeczywiście jest dość operatywna. Jednak człowiek nie byłby sobą i protestowałem, co się tam kryje. Boty tracą bardzo szybko zainteresowanie. Na dokładkę niby potrafią zapamiętać ostatnią lokalizację gracza. Lecz nic im to nie pomaga.

Przez takie chocki klocki wyprowadzić je w pole jest dość łatwo. Jak się ogarnie ich ograniczenia. Zaczyna się człowiek zastanawiać, po co na początku kampania kreowała się na produkcję tak poważną prawie, że niemal symulator policjanta.

Na koniec wspomnę o dubbingu. Domyślnie jest on ustawiony na język polski. Szybko jednak go zmieniłem na angielski, bo w naszej wersji językowej brzmiało to bardzo sztucznie. Było to wprost nienaturalny sposób mówienia, co mocno wytrącało z imersji. Jak tylko sobie przypomnę synchronizację, a raczej jej całkowity brak to, aż się odechciewa. Natomiast oryginalna jest jak na najbardziej na tak.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w Battlefield Hardline? Fabuła dobra, a może nawet bardzo dobra, ale nie jest to dostateczny pretekst, aby się katować. Możliwe, że to pad co używam wpłynął na ten odbiór. Jednak powątpiewam w to, bo już miałem okazje go protestować na innych schooterach i nie było to, aż uciążliwe. Biorąc pod uwagę plusy i minusy daje 6.5/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie