A Dziś Zagram w...

Recenzja Kakushigoto

 Rodzice, rodzice są zawsze nieobecni w działach pop kultury japońskiej jaką jest anime. Ciekawe czemu tak bardzo ich nie lubią?

Tematem dzisiejszego spotkania będzie anime Kakushigoto. O ile nie brakuje serii występującymi starszymi członkami rodziny to są oni zwykle traktowani jak piąte koło u wozu.

Tym razem mamy coś zgoła innego. Samotny ojciec i kawaii córeczka. Czyli prawdziwy lep na samotne babeczki, które koniecznie chcą mieć rodzinę. (Co za brutalna szczerość)

Jak trafiłem na tą produkcję w tagach wpisano komedia, okruchy życia i dramat. Połączyć to wszystko nie jest w sumie  problemem. Zastanowiło mnie tylko jakie będzie drugie dno w historii.

Mamy tu podział na wydarzenia z przeszłości, które są trzonem tego tytułu i wydarzenia teraźniejsze, gdzie główna bohaterka Hime – chan jest już dorosłą panną.

Zacznę jednak od początku i tego kto jest kim. Tak jak już napisałem wyżej mamy Hime i jej tatę Gotou Kakushi. Wydarzenia w których jest on na pierwszym planie wiążą się ściśle z jego pracą jaką jest twórcą mang, a także faktu, że się tego wstydzi i stara ukryć przed własnym dzieckiem.

Natomiast Hime jest hmm, kimś w rodzaju postaci „wspierającej” (sapport). Albo lepiej, można powiedzieć, że dzięki niej mamy większość dowcipów sytuacyjnych jakie będzie dane wam zobaczyć w tym anime.

Sama groteska właśnie opiera się na tym, że bohaterowie źle interpretują wypowiedzi ludzi z którymi rozmawiają. Polecam szczerze przyjrzeć się relacją Gotou sensei i jego edytorowi Tomaruin Satsuki. Relacje między nimi są naprawdę „oryginalne”.

Wielokrotnie schemat ten się powtarza w różnych sytuacjach. Dlatego mamy tu symboliczny, ale jednak jest mini harem. Wychodząc naprzeciw waszym obawom uprzedzam, że jest to marginalny wątek w którym mamy różnego rodzaju perełki.

Zapyta się ktoś, czemu bycie mangabą jest czymś co należy ukrywać? Zawód jak każdy inny, istotniejszą sprawą jest to jaki gatunek się tworzy. Co prawda nie są to hentai'e, ale niewiele temu do tego brakuje, bo mowa tu o ecchi. Najprościej rzecz ujmując jest to ugrzeczniona wersja.

No dobrze, a czy oprócz tego coś jeszcze jest? Nawet sporo, kolejną porcję dobrej komedii zapewnia nam  relacje między dwójką protagonistów. Kochany tatuś, który jest nadopiekuńczy będzie za każdym razem stawał na głowie, aby spełnić potrzeby Hime – chan.

Nie muszę wspominać, że będzie błędnie odbierał komunikaty od niej? Będzie skutkowało różnymi ciekawymi sytuacjami. Ale jak  na to nie patrzeć cały czas kieruje się jej dobrem i wywróciłby cały świat do góry nogami, aby zapewnić jej byt i bezpieczeństwo.

Co do samej Himy – chan jest jak to tego typu postać wyidealizowana do granic możliwości. Prawdziwy chodzący ideał. Warto jeszcze poświęcić choć parę słów wesołej gromadce, która pojawia się we wszystkich dwunastu odcinkach.

O naczelnej gapie już pisałem, nie zabraknie jeszcze innych ciekawych osobowości jak: Sumita Rasuna, Ami Kakei drogie panie zawsze zapewniają ciekawy komentarz do tego co się dzieje w pracowni.

Co prawda są też i inni asystenci, ale ci w sumie są tu bardziej dla urozmaicenia i parytetów. Warto wspomnieć o postaciach, które są tylko epizodyczne. Modoludz, czyli nikt inny jak transseksualny sprzedawca sklepu z odzieżą Mario.

Trudno mi się odnieść, czy jest to stereotypowy sposób przestawienia ludzi z LGBT. Jedno jest pewne nie mamy tu do czynienia z „płapką”. Sam Mario jest całkiem sympatyczny i nie można mu nic zarzucić.

Przejdę teraz do drugiej części tej, którą można zaliczyć wyłącznie do dramatów. Byłem naprawdę zaintrygowany tym co tam pokazali. Solidny kontrast i całkiem inna narracja. Panna Hime w końcu poznaje sekrety rodzinne, które nie ograniczają się do bycia twórcą mangi.

Początkowo trochę się to dla mnie kłóciło. Nie pasowało do tej całej sielanki, którą byliśmy „karmieni”. Z odcinaka na odcinek apetyt rósł i pytanie, czy aby na pewno? Wydarzenia tam opisane, są jak najbardziej autentyczne, co dodało jeszcze większej wiarygodności.

Samo zakończenie mnie w pełni zadowoliło. Zamknięto wszystkie wątki tak, aby stworzyły spójną całość. Mogę z spokojnym sercem polecić wam  Kakushigoto.

Na sam koniec muszę koniecznie wspomnieć, o bardzo dobrym intrze i jeszcze lepszym jeśli nie jednym z najlepszych endingu jaki dany było mi zobaczyć w tym roku. Sama piosenka Kimi wa Tenneniro wykonana przez Eiichi Ootaki to klasa sama w sobie.

Ocena końcowa 8/10.

 

 

Udostępnij:

Recenzja Guitar Hero Live

Gry imprezowe to produkcje przeznaczone na prywatki, czy jak kto woli domówki. Może być to karaoke lub gra rytmiczna, ale co jeśli chcemy zagrać sami?

Na to pytanie próbowało odpowiedzieć Activision wydając ostatniego Guitar Hero Live, które jest reedycją z Ps3. Wersją o której będę tu pisał pochodzi z wersji na Ps4.

Powodem dla której sięgnąłem po ten tytuł jest tryb ćwiczeń rytmicznych w Ring Fit Adventure, ok. którym już pisałem jakiś czas temu.

Z pozoru wydaje się, że jedno nie ma nic wspólnego z drugim, a gra fitness bardziej przypomina tytuły z serii Just Dance. Jest jednak pewne podobieństwo w postaci „odtworzenia” odpowiednich symboli, które spadają w kierunku gracza.

Dość już tego wstępu przejdę do samej gry Guitar Hero Live W tej części devowie postawili na mocne zmieniony w gameplay'u. Zrezygnowano z koncertów wykonywanych przez Npc na rzecz filmów z "prawdziwych" występów.

Nie zapomnę jak rozpocząłem singlową kampanię. Na początek włączyłem te z UK. Akcja zaczyna się zawsze od kulis, aż potem wejście na estradę. Wszystkie ujęcia są filmowane z perspektywy gitarzysty w którego się wcielam. 

Pierwszy i pewnie jedyny raz poczułem autentyczną tremę stania przed ogromną publicznością. Następnie zaczyna się sam występ i już nieco bardziej „tradycyjna” rozgrywka. Tutaj też zaszyły sporoe zmiany.

Sam instrument już nie ma pięciu przycisków, a sześć. Zostały one ułożone w dwóch rzędach po trzy. Dało to w sumie wrażenie grania na prawdziwym instrumencie. Samych kombinacji też nie brakuje.

Zależnie od wybranego poziomu trudności miałem co innego. Sama gra posiada samouczek, który ma wprowadzić w arkany GHL, ale robi to dość miernie. Zacząłem wiem przerabiać to na tak zwany chłopski rozum.

O ile same oznaczenie szybko dało się ogarnąć to przyzwyczajenie się do samej rozgrywki już wymagało nabrania pewnej wprawy. Gdy szło mi dobrze włączał się wesoła wersja koncertu. Nie muszę mówić co się dzieje jak idzie inaczej.

Grając na poziomie niedzielnego gracza nie zwraca się na te zmiany uwagi, chodzi mi o sam efekt przejścia. Natomiast już na normalu potrafi się to zmieniać już dość szybko. Pomysł na taką formę „graficzną” jest jak najbardziej dobry.

Miałem okazję zagrać trochę w starsze odsłony, które dokupiłem niewiele później po tej części. Różnica jest bardzo odczuwalna, a zwłaszcza jak nie trzeba patrzeć na wokalistę, który śpiewa „wieloma głosami”.


Z drugiej stronny jeśli ktoś nie prezentuje wysokiego poziomu i musi przyłożyć większą uwagę na to co się dzieje na gryfie to nie zauważy tych wszystkich bajerów grania na koncercie.

Odnoszę wrażenie, że trochę poszła para w gwizdek, ale z tego co się dowiedziałem postawili wszystko na jedną kartę. Generalnie wszystkie te filmy są dość wyidealizowane, albo ugrzecznione.

Poziom jaki sami aktorzy też nie jest równy jednakowo. Niektórzy zachowują się tak jakby mieli jakąś głupawkę lub widzieli gitarzystę po raz pierwszy, choć są w jednym zespole. Są to oczywiście wyjątki, które rzucają się w oczy dopiero jak się maksuję grę.

Jeśli ktoś z was się zdecyduję na jednorazowe odbębnienie tego to nie zauważy takich bubli. Nic jednak nie przebije robiącej selfi fanki z wyłączonym telefonem.

Co do plusów takiej formy. Poszczególne występy różnią się i to mocno od siebie i gdzie nigdzie dzieje się coś ciekawego. Dzięki temu magia trwa przez te parę godzin. Po nabraniu skilla i podniesieniu poprzeczki, Guitar Hero Live zaczyna pokazywać pazura.

Zastrzegam, że są to wrażenie z pespektywy osoby, która pierwszy raz miała styczność z tego typu grami. No ok., jak już trochę się pogra można zobaczyć trochę dziwnych rozwiązań w rozkładzie nutek.


W czterdziestu pięciu piosenkach jakie ograłem mamy szybsze lub wolniejsze utwory, co jest naturalne. Problem pokazuje się jak przy stosunkowo spokojnym kawałku liczba dźwięków jest spora i szybka.

Trochę się to kłóci ze sobą i tworzy swojego rodzaju roztrojenie. Innym ciekawym czynnikiem zmiennym lub kłopotem natury technicznej jest odczyt wciskanych przycisków. W jednym utworze wymagany jest jedynie równoczesne przyciśniecie spustu i klawisza na gryfie, a innym razem dłuższe przytrzymanie.

Co ważniejsze nie mówię tu o solówkach, a pojedynczych akcentach. Ostatnią wadą o jakiej chciałbym tu napisać jest brak możliwości przewijania materiałów wideo. Jeśli zapragnie się maksować poszczególne piosenki to zalecam przejścia do „szybkiej gry”, gdzie będzie się dało ustawić własną play listę.

W GHL oprócz samej kampanii był też tryb Tv, gdzie leciały teledyski z piosenkami. Wydawca wyłączył to podajże w 2017 r. Z braku możliwości ogrania tego nie jestem wstanie nic napisać.

PodsumowującGuitar Hero Live to bardzo dobra produkcja przy pierwszy podejściu. Natomiast jak się zapragnie wycisnąć z niej wszystkie soki to zaczynają wychodzić pewne niedociągnięcia. Nie zmienia to faktu, że jestem teraz bardzo zainteresowany tą gałęzią gamingu. Ocenę wystawcie sami …

 

  

Udostępnij:

Recenzja Rocky Balboa

 Panie i Panowie po mojej prawej mistrz wagi ciężkiej Rocky „Włoski Ogier” Balboa. Natomiast w lewym rogu ringu złamasy, którym spuści sowite lanie.

Sylwester Stalone legenda amerykańskiego kina. Kto nie zna tego aktora? Pewnie nikt, siłą rzeczy. Zasłynął z wielu ról jak Rambo, czy Frank Leone z filmu Osadzony.

Jednak najbardziej kojarzony jest z serii filmów Rocky w którym zadebiutował w 1976 r. Ciekawostką jest fakt, że pierwsza wytwórnia chciała odkupić prawa do scenariusza za ponad 100 tyś dolarów, a po postawieniu warunku zagrania głównej roli kwota to spadła do 35 tyś zielonych.

Dość o historii przejmy do recenzji. Wbrew pozorom nie będzie tu mowa o pierwszej części, a o szóstej miejącej premierę w 2006 r.

Nie będę ukrywał, że jestem fanem Stalona i miałem nie małe oczekiwania przed seansem. Między częścią piąta, a ostatnią w której Rocky staje na ringu minęło szesnaście lat. Odtwórca głównej roli był już wtedy po sześćdziesiątce.

Jak poradziła sobie z tym problem ekipa filmowa i sam zainteresowany? Co tu dużo mówić… Świetnie, genialnie wprost doskonale. W całej produkcji czuć wszystko co najlepsze, a dla samych fanów nie zabraknie kultowych momentów, które będą chwytać za serce.

W Rocky Balboa mamy wiele wątków, lecz te główne kręcą się wokół relacji między protagonistą, a jego synem. Natomiast drugi, a jakże dotyczy ostatniej walki jaką ma stoczyć z aktualnym mistrzem świata. W tą rolę wcielił się Mason "The Line" Dixon, który jest prawdziwym bokserem.

Zapytacie jakim cudem emerytowany mistrz wrócił na ring? No cóż, media lubią emocje, a jak lepiej podsycić je nie robiąc symulacji, kto wygra? Jak to powiedział prowadzący po wprowadzeniu do „super komputera” odpowiednich danych, zweryfikujmy to.

Przelała się pała goryczy, czara znaczy się i rozpoczęto przygotowania do rzeczywistego rozstrzygnięcia tego problemu. Nie będę już streszczał co i jak, bo może ktoś jeszcze nie oglądał i zepsułbym mu lub jej zabawę.

W Rocky Balboa nie uświadczymy scen rodem z Poza zasięgiem z rewelacyjnym Steven Seagalem co to nie. Mamy tu bardziej stateczne sceny narracyjne (cokolwiek to znaczy). Mówiąc językiem ludzkim spokojne ujęcia miejące przemówić do naszej psychiki, dać motywację do działania.

Rocky mógłby być trenerem motywacyjnym, bo raz ma żelazną wolę, a dwa co chwilę „wypluwa” z siebie jakieś mądrości z którymi nie da się nie zgodzić.

W ciągu seansu mamy też sporo wspominek, które z jednej strony pozwalają przypomnieć nam  ciekawe wydarzenia, a z drugiej strony widzimy jaki aktualnie jest główny bohater.

Co do wątku ojca z synem, tutaj jest ciut gorzej. Ukazane relacje są wrzucone tu trochę na siłę, aby dopiero na sam koniec zaczęły się rozkręcać. Problem między nimi jest dość klasyczny.

Rocky Jr. żyje w cieniu ojca i to mocno wpływa na to jak do siebie podchodzą. Trudno się na ten temat rozpisywać, bo mamy tylko drobne wstawki i nic poza tym. Mimo to jest to wątek, który w jakimś stopniu uzupełnia całość i dopełnia obraz Rock’iego.

Podsumowując. Jeśli jesteście fanami Włoskiego Ogiera to śmiało obejrzycie, bo nie jest to film niskich lotów, a dzieło sztuki przez wielkie S. Ocena końcowa może być tylko jedna 9/10. 

Udostępnij:

Recenzja Maou Gakuin no Futekigousha

 Halo, halo? Słychać mnie? Co jestem na antenie? Super! Jedziemy z tym show!

Tworzenie anime z koksem, czy też op (over power) bohaterem jest podobno trudne, a na dłuższą metę nudne. Czy, aby na pewno tak jest?

Osobiście uważam, że tak nie i zadam osobą tak twierdzącym takie oto pytanie. Model od zera do bohatera to jeden z najczęściej używanych schematów. Czy związku z tym nie jest to błędna na dzień dobry tworzenia kolejnej serii na takim wzorze?  

Zgodnie z świecką tradycją tego bloga podsyłam wam kolejne anime wartę obejrzenia. Podobnie jak poprzednie miało i ono premierę w tym roku.

Maou Gakuin no Futekigousha: Shijou Saikyou no Maou no Shiso, Tensei Shite Shison-tachi no Gakkou e Kayou będzie tematem tego tekstu. Rany, nie dało się wymyśleć dłuższego tytułu?

Najpierw zarys taki z grubsza. Protagonista jest tak potężny, że spuszcza lanie każdemu przeciwnikowi, no prawie z jednym miał minimalne problemy. Teoretycznie taka koncepcja jest nudna, bo wiadomo, że wygra. Ale, no właśnie, ale dzięki temu twórcy mogą uniknąć czegoś gorszego.

Mowa tu o bezmyślnym zwycięstwie sił dobra. Nie oszukujmy się zło musi przegrać, bo tak jest przyjęte. Najgorzej jest jak się nie przyłożą i zrobią to na odczepnego lub na poziomie co najwyżej zadawalającym. (Patrz: Death Note)

W takiej sytuacji lepiej od razu stawić na coś bardziej świeżego, na swój sposób. Główny bohater z przesadzonymi umiejętnościami bojowymi wbrew pozorom nie jest banalny. Zaryzykuję stwierdzeniem, że otwiera nowe możliwości.

Zamiast marnować czas na rozwój jego umiejętności, co będzie się ciągnęło przez pierwszy sezon można przeskoczyć od razu do samego finału, gdzie będzie miotał uber atakami. W przypadku Maou Gakuin no Futekigousha dostajemy to już na samym początku.

Protagonistą jest Demoniczny Król Tyrani Voldigoad Anos. Jakoś nie zabrzmiało to pozytywnie. No, ale wbrew pozorom jest to bardzo barwna postać, która pragnie pokoju. Naprawdę przewrotne podejście.

Koła nie da się wymyśleć od nowa i tak tu jest. Anos – kun to typowy lider, który pragnie wziąć na siebie całą odpowiedzialność. Niekiedy miałem wrażenie, że cierpi na kompleks mesjasza.

W całej fabule ciekawe jest to, że niema widocznego antagonisty z którym miałby walczyć główny bohater. Nie zmienia to jednak faktu, że rolę złola przyjęły frakcje występujące w tym anime.

Świat dzieli się na demony, ludzi i pozostałych. Wśród tych pierwszych mamy podział na rodzinne królewska i hybrydy. Twórcy podeszli do tego klasycznie szlachta uważa się za lepszych i muszą to pokazywać na każdym kroku.

Początkowo to oni właśnie są „chłopcami do bicia”. W każdym jednym odcinku mamy zachowany pewien schemat, który ma pokazać kto jest górą. Sytuacja się nie zmienia, gdy na scenę wychodzą ludzie.

Swoją drogą to oni nawet ukazani są w gorszym świetle. Nie zabraknie przebitek z szczęśliwym społeczeństwem. Przedstawiciele ich czyli rzekome hmm, reinkarnacje bohatera Kanona to wpisz wymaluj psychopaci i kandydaci na prawdziwych władców ciemności.

Nie dało się tego dosadniej pokazać. Wszystko to jeszcze bardziej podkreśla fakt, że używają świętej magii. Zabieg naprawdę dobry. Ci co powinni być tymi dobrymi z urzędu są zepsuci, bo tak lub mieli pranie mózgu, a klasyczne stronnictwo zła jest nawet normalne.

Nie biorę tutaj strony tak zwanych „demonów”, ale ich społeczność wydaje się być bardziej ustabilizowana. Mimo ukazania podziału na kasty. Wydarzenia  w Maou Gakuin no Futekigousha są do bólu przewidywalne.

Lecz nie chodzi tu oto, aby zgadywać co się stanie, ale o to w jaki sposób Anos – kun rozprawi się z wrogiem. Przyznam, że robi to naprawdę stylowo i nawet jak ktoś zajdzie mu za skórę to pokazuję, że nie jest „maszyną do zabijania”.

Niszczy wroga w taki sposób, aby zabolało go najbardziej, co nie wiąże się jednoznacznie z unicestwieniem. Można być o wiele bardziej kreatywnym w tej dziedzinie.

Anime to jest skierowane do męskiej publiki, nie oszukujmy się. Z tego też powodu nie mogło zabraknąć ważnego elementu, który to podkreśla, haremu, czy też „Związku fanów Anosa”.

W ogóle nie wiem, po co o tym wspominam. Motyw tak zwanego harem i tak bardziej ogranicza się na bliźniaczki, które będą mu cały czas towarzyszyć. Chyba niebyłym sobą jakbym o tym nie napisał.

Na sam koniec o paru absurdach. O ile można to tak nazwać, kto wie. W uniwersum Maou Gakuin no Futekigousha występują dwaj potężni wojownicy Król Tyrani i tak zwany bohater Kanon. Protagonista wielokrotnie powtarzał, że jego „nemezis” zawsze wraca nieważne jak często zostanie zabity.

Trzeba zwrócić też uwagę na to, że wielokrotnie podkreśla siłę swojego przeciwnika, czyli nie jest byle kto. Gdzie w takim razie leży pies pogrzebany?

Wszystko to jest logiczne, prawda? Przyjmijmy, że tak w końcu to świat fantazy. W takim przypadku jakim cudem zwykłe zasztyletowanie mogło zrobić mu krzywdę? Kji z tym! Skoro wiedziano o tym, że i tak zmartwychwstanie to pokiego grzyba to zrobiono?


Zamkniecie go po wsze czasy jest o wiele lepszym rozwiązaniem, aby go się pozbyć. A społeczeństwu wcisnąć jakąś bajeczkę o jego śmierci na polu chwały.

Baboli tego typu jest jeszcze trochę. Na szczęście są to drobne naciągnięcia zasad jaki sami sobie narzucili. Więcej błędów nie pamiętam daje tej serii mocne 8.5/10.

Udostępnij:

Recenzja Ring Fit Adventure

Zaraza trwa w najlepsze, a czerwona strefa coraz bardziej się rozszerza. Oznacza to, że mamy coraz większe ograniczenia. Tylko jak sobie z nimi poradzić?

Dwa miesiące temu zaopatrzyłem się w Ring Fit Adventure na Nintendo Switch. Jak nie trudno się domyśleć jest to gra fitness, która ma za zadanie dać nam możliwość solidnie poćwiczyć.

Tak, jeszcze słowem wstępu. Niełatwo było to kupić, bo ludzie o dziwo zamawiali masowo. Część dla siebie, ale nie zabrakło też januszy biznesu, którzy windowali ceny. Mnie udało się niewiele przepłacić.

No dobrze, wracajmy teraz do sedna tego tekstu. Czyli na czym dokładnie gra polega i jaki daje skutek. Początkowo byłem ciut sceptycznie nastawiony do tego typu treningów. Bo niby jak gra z kontrolerami ruchowymi może coś zdziałać?

Otóż może i to bardzo! Na samym początku trzeba oswoić się z sterowaniem, pardon używania ring fit’a. Nie jest to skomplikowane, a nieco upierdliwe. Szybko jednak można się do tego przyzwyczaić i przejść do samych ćwiczeń.

Początkowo wybiera się jeden z czterech poziomów trudności. Mimo faktu, że preferuje siedzący tryb życia (jak każdy gracz) to wybrałem przedostatni. Następnie zacząłem kampanie do której dołożono fabułę. Banalna, co prawda, ale widziałem już gorsze. Szybko zauważycie podobieństwo z produkcjami z hydraulikiem w roli głównej.

Każdy świat to szereg poziomów, które odwiedza się określonej kolejności. Dochodzą do tego zadania poboczne,  jakie można wykonywać w „mieście”. Po przejściu pierwszej krainy  z bossem na samym końcu czułem jak spływają ze mnie siódme poty.

Każdy kolejny lv wygląda tak samo, no ok., rozgrywają się tam inne wydarzenia i poznajemy nowych bohaterów. Najciekawsi są z nich mistrzowie, którzy „narzucają” określone ćwiczenia.

Mamy mistrza rąk, brzucha, czy babcie od jogi. Oczywiście nie trzeba trzymać się zaleceń i można samemu dobrać interesujące nas aktywności. Warto zaznaczyć, że są one czytelnie podzielone pod kątem budowy ciała.

Skoro jestem przy segregacji Ring Fit Adventure zawiera elementy rpg, a mowa tu o drzewku umiejętności w którym odblokowuje się nowe ćwiczenia i pasywki. Mało tego w sieci sklepów możemy dokupować zbroje, ciuchy znaczy się. Element ten jest czysto kosmetyczny, co to, to nie.

Naszego wyposażenie posiada statystyki , a jakże! Zmiany w ekwipunku będą się dokonywać często. Itemy, które są zbędne można w tym samym punkcie sprzedać. Zaprawdę, czuć tą roleplay’ową nutę.

Wraz z przejściem na wyższe poziomy wchodzą do akcji napoje odżywcze, można je porównać do potków regenerujących HP i MP. Dodam, że inne bonusy też występują np. dodatkowa runda lub wzmocniona obrona.

Wspominałem wyżej o aktywnościach pobocznych. Oprócz misji głównych twórcy zadbali, o mini gry. Tutaj też mnie zaskoczyli (coś nadużywam tego zwrotu). Wybór jest dość spory, a każda z gierek jest naprawdę ciekawie zaprojektowana.

No dobrze, a co dalej? Wraz z postępami odblokowują się nowe ćwiczenia, które cały czas wciskają z nas wszystkie siły. No trochę przesadziłem, ale niektóre są niezbalansowane i zdają bardzo duże obrażenia. Z tego też powodu po jakimś czasie możecie mieć wrażenie, że już nabraliście sporej kondycji, ale możecie trafić na coś co przekroczy wasze możliwości.


Sama gra reguluje natężenie danej aktywności pod względem długości i szybkości. Robi to powiedzmy z grubsza. O ile jest wszystko ok., jeśli daną partie ciała mamy w miarę wyćwiczone lub też nie wymaga sporej siły.

Dobrym kontrastem są ćwiczenia rąk i nóg. O ile te pierwsze wymagają rozciągnięć, wciskania itp. to na nogi sporo mamy przysiado - podobnych aktywności fizycznych wymagających udźwigu własnego ciała, a mowa tu o średnio 80 kg. Zrobienie serii 36 lub więcej jest wtedy wyzwaniem.

Przejdźmy teraz do pozostałych trybów. RFA nie kończ się wraz z zakończeniem kampanii fabularnej. Grę skończycie dopiero wtedy jak na hard'zie przejdziecie wszystkie treningi z rangą S bez zmęczenia.

W ramach „przerwy” od głównej przygody możecie wybrać pozostałe tryby. Szybka gra to przygotowane zestawy gimnastyczne na poszczególne aktywności fizyczne. Jeśli sądziliście, że na taki brzuch to tylko robi się brzuszki, czy inne nożyce to zobaczycie, że jogę też się tam znajdzie.

Jeśli jednak zapragniecie wyzwania to też je dostaniecie w zakładce simple, gdzie będzie można bić rekordy w poszczególnych ćwiczeniach na ramiona, nogi, uda itp. Tym co spodobały się mini gry to tutaj dostaną dostęp do nich wszystkich

Wybaczycie fakt, że nie opisuje, czy też ocenie reszty, bo i sensu to by nie miało. Mogę za to zapewnić, że przy każdym będziecie się dobrze bawić. W kolejnym trybie custom możemy układać całą listę waszego treningu zgodnie z indywidualnymi potrzebami.

Na przed ostatnim miejscu znajdują się gry rytmiczne. Tutaj już mamy całkiem inną bajkę. Nie są to co prawda zwykłe aktywności, ale dają naprawdę popalić. Spróbujcie zaliczyć przebój z Mario Odyssey, a zrozumiecie, o co chodzi. Aby nie było zbyt monotonie podzielono ten dział tak, aby górna cześć i dolna mogły się rozciągnąć.

A teraz przyszła pora wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. W czasie zmagań kampanii napotkamy na potwory, które mają różne umiejętności np. podbiją obronę lub leczą.

Nie zabraknie też takich, co osłabiają określone ataki. Na sam koniec wspomnę o wadach, co prawda małych, lecz nie kończą się tylko na tych co już opisałem. Kontrolery nie raz miały laga i z pewnym opóźnieniem przekazywały do konsoli informacje o wykonywanej czynności. Konsekwencją tego było błędnie naliczana punktów lub odczytana pozycja.

No, a jak o tym mowa. Przed rozpoczęciem poszczególności aktywności trzeba przyjąć odpowiednią pozycję. Zazwyczaj wszystko zaliczyć można na poziomie zadawalającym. Nie jest to jednak regułą, bo wiele razy trzeba było przebrać nie odpowiednią pozę, aby rozpocząć.

Śmieszne jest to, że potem gra nie odczytuje czy wracamy to pozycji startowej, możecie robić jak chcecie. Przykładowo zamiast przysiadu, wystarczy machać samą nogą w górę i dół. Podobnych „kodów” jest znacznie więcej.

Podsumowując. Gra mimo swojej ceny 430 zł stan na lipiec 2020 r. to opłacalna inwestycja. Dzięki Ring Fit Adventure schudłem, a do tego nabrałem kondycji, która mogę cały czas zwiększać. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że spędzę z grą jeszcze wiele godzin. Moja ocena 10/10.

  

Udostępnij:

Recenzja Monster Musume no Oishasan

Obiecana, a może nie… No nieważne, mamy niedziele i przychodzę do was ciekawą propozycją do obejrzenia. Pozytywnej energii nigdy nie za dużo, dlatego mam dla was coś wyjątkowego. Prawda Onee-chan?

 Monster Musume no Oishasan to kolejna komedia przy której naprawdę da się dobrze bawić, chyba że jesteście zbyt przewrażliwieni jak pokaże się co nieco. No żartuję, elementy ecchi są tu dość ograniczone.

Niema co się spodziewać jakiś szczególnych scen, ale za to większy nacisk nałożona na stereotypy, czy też schematy. Główny bohater jest, a jakże Casanova nieświadomym. Hmm, a może to te panienki są tak kochliwe?

Trudno powiedzieć. Tak jak pisałem wyżej twórcy przerobili tu klasyczne wzorce, które muszą zawsze się pokazać. Podobnie jest z bohaterami. Dziwnym trafem mimo faktu, że panie stanowią większość to i tak można podciągnąć tę serie do tak zwanie szumnie dyskryminujących płeć piękną.

Dobra, ostatnio coś mnie wzięło na docinkowe uwagi. Skupię wreszcie na konkretach, bo w końcu po to tu przyślijcie, prawda?

Litbeit Glenn jeden z dwójki protagonistów. Klasycznie ugrzeczniony do bólu chłopaczyna, który nie skrzywdzi nawet muchy. Podobnie jak inny jemu podobni „podrywa” wszystkie babeczki przypadkiem. 

Nie jest na szczęście tępakiem który odrzuca od samego początku. Można naprawdę go polubić za to jaki jest. Kontrastuje to bardzo ze wszystkimi sytuacjami, które definiują ten gatunek.

Główna linia fabularna krąży wokół medycznych przypadków którymi się zajmuje, a jego relacjami z Neikes Saphentite. Jak nie trudno się domyśleć jest ona w nim zakochana i tkwi w strefie przyjaźni (freandzone).

Generalnie wszystkie panie tam się znajdują. O ile w innych haremówkach jakoś się starają przeciągnąć jedynego chłopa na swoją stronę, tak tutaj są wyjątkowo bierne. Jedynie Saphentite jakoś to uzasadniła w sensowny sposób. Wątek ten nabiera rumieńców w ostatnim dwunastym odcinku.

Każdy epizod to w sumie wejście kolejnej członki fanklubu Glenn – sensei. W każdym z nich można zaobserwować subtelne relacje poszczególnych wielbicielek. Jeśli człowiek zastanowi nad tym to będzie w sumie współczuł doktorkowi. Bo wszystkie te panie ukazane w krzywym zwierciadle nic dobrego na przyszłość nie wróżą. Przykładowo cykopka Meme. Jest typową dandere.

Jest nieśmiała i zamknięta w sobie, a do tego wszędzie doszukuję się jakiegoś podstępu i bóg raczy wiedzieć czego. Oczywiście jest pracowita i potrafi się angażować. Na dłuższą metę mogłoby wyniknąć coś nieciekawego z takich zachować. Kolejną osobą która bardzo wyróżnia się jest nikt inny jak asystentka Glenn – kun. Jej ataki zazdrości obawiające się duszeniem go są prostą drogą do wcześniejszego zgonu.

Zdaję sobie sprawę, że są to typowe zachowania w anime, ale postarajcie się odsunąć to na bok i spojrzeć nieco inaczej. Na szczęście pozostałe fanki nie są już aż tak straszne. Co nie znaczy, że lepiej może na tym wyjść.

Podsumowując, akcja rozwija się równomiernym tempem, które cały czas utrzymuje uwagę. W trakcie pierwszego sezonu pojawiają się też nie szablonowe postacie takie jak Arachnida Arahnia, kleptomanka, artystka i zakręcona na punkcie posiadania tego co jej przyjaciele. Nie raz zaserwuje jakieś ciekawe uwagi i pokaże, że niemożna jej od tak zaszufladkować.

Jeśli miałbym coś wytknąć to oszczędności nad tłami. W ich skład wchodzą nieruchome domy jak i mieszkańcy miasta. Kłuje to w oczy, lecz dopiero wtedy jak się oderwie od fabuły i zacznie zwracać uwagę na wszystko wokół.

Generalnie Monster Musume no Oishasan jest udaną produkcją z którą warto się zapoznać. Nie będzie to strata czasu. Jestem pewien, że będziecie się dobrze bawić! 

Udostępnij:

Wyświetlania

Translate

Czytelnicy

Strony