• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygodówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygodówka. Pokaż wszystkie posty

Recenzja LoveKami -Divinity Stage (Nintendo Switch)

Obietnic należy dotrzymywać, a przynajmniej tak się mówi. Tak czy inaczej, oto pierwsza część LoveKami Trilogy.

Krótka wiadomość do Was, panowie: szkoda pieniędzy na tę serię, niezależnie od platformy. Teraz warto wrzucić obiektywny bełkot uzasadniający tę subiektywną opinię. Od czego zacząć?

Najważniejszą rzeczą, która mnie negatywnie zaskoczyła, była liczba decyzji, które dano mi podjąć. Budowa kampanii można streścić w następujący sposób: wstęp, pojawienie się poszczególnych kami (bogiń), wybór swojej lubej. Następnie jeszcze jakaś dalsza gadka szmatka i koniec.

Oglądając dowolne anime z gatunku ecchi, widziało się całą wizualną zawartość tej „gry”. W poprzednim wpisie o Storm Lover Kai sądziłem, że jest ubogo pod kątem możliwości, ale tutaj posucha jest już całkowita.

Nie oznacza to jednak braku jakichkolwiek zalet. Fabuła tej produkcji wyraźnie nakreśliła cel, do którego się dąży. Nie ma powodu, aby się skarżyć na treść, bo całkiem zabawne były poszczególne bohaterki. Równolegle podrywały one tylko jedną metodą, którą dobrze zna każdy fan anime.


Mimo swojej oszczędności LoveKami - Divinity Stage osiągnęło ocenę 90% pozytywnych opinii na Steamie. Gracze podkreślają lekkość i przyjemną komedię romantyczną. Osobiście zgadzam się z tego typu stwierdzeniami. LoveKami - Divinity Stage zawiera wszystkie przyjemne elementy tego typu produkcji.

Istotne jest również to, że jest więcej grafik w stosunku do poprzedniej gry, którą omawiałem. Jeśli ktoś, jakimś cudem, chciałby się skusić na zapoznanie się z pierwszą częścią LoveKami Trilogy, niech poszuka kluczyka za jakąś niską cenę. Pisząc ten tekst, zajrzałem do sklepu Steam i da się wyrwać pierwszą odsłonę za niecałe 10 zł.

Dla sprawiedliwości i formalności muszę dodać, że są powody, aby przejść całą kampanię więcej niż raz. Oprócz oczywistego zobaczenia, jak potoczy się historia z innymi boginiami, do odblokowania są chociażby piosenki. W sumie to niewiele, ale wspomnieć musiałem.

Czy warto zagrać w LoveKami - Divinity Stage? Jeśli zapłaci się za to jakieś symboliczne grosze, to czemu nie? Natomiast w pełnej cenie to szkoda kasy i czasu na tak ubogi tytuł.


Share:

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła (Recenzja Storm Lover Kai!!, Psp)

Miłość ma nie jedno imię. Jak jednak pokazane jest to w grach? Jak wiadomo panie mają pierwszeństw, a więc zacznę od tytułu skierowanych do nich, a jutro coś dla nas chłopów.

O otome grach, czyli haremówki łamane na randki mówi się Storm Lover Kai!! takrzadko..., że aż wcale. Jasną sprawą jest, że podgatunek jakim jest visual novel raczej się nie sprzedaje dobrze.


Tylko czytanie i czytanie ewentualnie jakiś wybór i tyle. Dla hecy włączyłem Storm Lover Kai!! zdając sobie sprawę, że to skierowane wyłącznie do kobiet. Jak się uda to poszukam jakiejś wersji dla panów. Nie będzie to ero gra tylko coś bardziej normalnego.

SLK na dzień dobry pozwala w stopniu minimalnym dostosować bohaterkę. Jest to czysta kosmetyka, która nie będzie miała znaczenia. Jeśli oglądaliście klasyczne haremówki, gdzie protagonista jest otoczony przez swoje fanki to tutaj na start ma znaczenie więcej wielbicieli....

Skoro gra stoi wyłącznie fabułą to skupiono się zapewne na dość sporym wachlarzu niepowtarzalnych bohaterów. Od niegrzecznych nauczycieli przez burzliwego tsundere, a kończąc na męskim, mężczyźnie ratującym niewiastę z opresji.


Początkowo spotyka się ich w różnych lokalizacjach jako "niespodziankę". Potem już gra sygnalizuje to na mapie. Jest to hub, z którego się można wybrać miejsca do odwiedzenia. Wszyscy wielbiciele są dubbingowani. Warto zapamiętać ich głosy, może się to przydać. Animacje w głównej mierze odnoszą się do ruchu ust. Na pocieszenie dodali jakieś pozy i raz na jakiś czas zmieniają miny.

Nie brakuje też dodatkowych wizualnych efektów jak trzęsący się ekran. Ma to sygnalizować jakieś nagłe wydarzenie. W kolejnych sesjach jakie zaliczyłem zostały  wyjaśniane, co można robić. Podzielono aktywności na szkolne, prywatne i zawodowe. Wszystko zostało rozdzielone nie tylko na pory dnia, ale na dni wolne i robocze.

Najciekawszą mechaniką jest stamina, czy też liczba tur, które można wykonać. Malowanie lub takie uczenie ma swój pasek do wykonywania. Przez to gracz nie będzie w stanie zaniedbać coś kosztem innych obowiązków. Również interakcje z poszczególnymi bohaterami będą bardziej istotne. Trzeba będzie się zastanowić komu odpisać w pierwszej kolejności. Mimo odnawiania się owej "staminy" trzeba poczekać więcej niż dzień, aby w pełni zacząć działać. 


Istotne będzie zaglądanie do kalendarza, gdzie będą oznaczone wszystkie ważne wydarzenia. Nawet comiesięczny wybór drogi do szkoły będzie istotny. Tyle teorii, a w praktyce każdy dzień to raptem jedna rozmowa i sprawdzanie jak idzie romantyczny progres. Fabularnie nic szczególnego się nie dzieje. Jednak w rozmowach i na forum szkoły można uzupełnić wiadomości kto, jaki jest, a także jego pozycja społeczna itp. Daje to lepszy pogląd z kim się ma do czynienia.

Historia, im szła dalej, tym bardziej była nijaka. Poziom podrywu chłoptasiów był bliski zeru. Większość jakichkolwiek relacji opierał się na duperelelach typu odprowadź mnie do domu. Jak się nie wybierze lokacji, gdzie znajduje się któryś z kandydatów to adieu i koniec "zmiany". Trzeba wybrać tego jednego i wałkować punktu miłości, aby łaskawie coś się ruszyło.

W czasie gry podkreślono ważność eventów i do pewnego stopnia są istotne. Jednak taki festiwal sportu nic nie znaczy. Podobnie jest z egzaminami i lekcjami dodatkowymi. Nie daje to możliwości zbliżenia się do innego amanta. Po prostu: dalej, dalej i koniec. Jak się przyjrzeć paskom w statusie można zauważyć pewną granicę i potencjalny przełom. Okazało się jednak, że dzieje się to wcześniej. Jeej, może to się skończy w końcu.


Opcja z sms miało coś wnieść. Teoretycznie pomaga gromadzić info o bohaterach podobnie jest ze forum szkolnym. A tak naprawdę to można to olać. Kompletnie nie wiadomo dokąd ta gra zmierza. Początkowo wydawało się, że celem jest nabicie miłosnej reputacji. Po zrobieniu pewnych kamieni milowych zaczyna się coś zmieniać. Zaangażowania było znacznie więcej, nawet dodano cukierkowe momenty. Nie zmienia to faktu, że dałoby się zrobić lepiej.

W czasie pierwszych wakacji można zacząć pracę dorywczą. Tylko, po co? Nie ma opcji swobodnego dawania prezentów. Owszem raz było, ale startowa kasa pokryła zakup. Zabawne jest różnica stawek, jakie można dostać za dzień pracy. Na automatach jest 4.500 yenów, a kawiarnia 6.000 tyś yenów. Taka ciekawostka, po kiego grzyba tak to ustawili.

Początkowo pisałem, że poszczególni adoratorzy się od siebie różnią. Jednak ich występy były w późniejszym czasie zminimalizowane do minimum. Jak już się kogoś wybrało to tamci stali się jedynie nieistotnym elementem tła. Żeby zdobyć ujemne punkty naprawdę trzeba by się starać, bo gra tylko raz może dwa daje taką możliwość. Jak się nie wstrzeli we właściwą odpowiedź. Widać było plan na pewne skoki w bok. Tyle że ewentualna rywalka, która słynie z odbijanek nie raczyła nic zrobić. Wielka szkoda, bo mogło być naprawdę ciekawie.


Wreszcie skończyłem tego potworka. Gra strasznie zaniedbała aspekt fabularny. Praktycznie nic się tam nie dzieje. Ktoś może wyskoczyć z wątkiem plażowym, imprezami szkolnymi itp. Jednak są one rzadko, a do tego przez większość czasu przeklikuje się poszczególne dni. Gra zajęła mi ponad 10 godzin. Jakby skróciło się, chociaż do 5 to nic by się nie straciło. Natomiast sielankowe bezsensowne życie nie dobijało.

Gra w żaden sposób nie zachęca, aby spróbować z pozostałymi. Mierna to produkcja. Z dobrym początkiem na coś więcej, a potem nic. Teraz zabieram się za wersję dla chłopów, gdzie boginie będą zdobywać serce protagonisty (śmiech).
Share:

Silent Hill 2, o co ten cały szum zachwytów? (Retro recenzja, Xbox Classic)

 W ostatnich latach naszła moda na remake i remastery. Dla nowych graczy to dobry sposób, aby zapoznać się z klasykami. A dla innych powód do narzekania i zwrócenie uwagi na problem z brakiem nowych gier. Jednak ja nie będę o tym się tu rozpisywał.


„Przypadkiem” trafiła mi się oryginalna wersję Silent Hill 2. Nie podchodziłem do tej produkcji z oczekiwaniami bóg raczy wiedzieć jakimi. Wiedziałem doskonale jak to jest klasyk. Mimo pewnej niechęci do horrorów chciałem zapoznać się z tym wiekopomnym dziełem.

Pewne elementy są jak najbardziej takie jak je przestawiono. Ciche miasto ma swój niepowtarzalny klimat grozy. Lokacje są brudne i sugestywne w każdym możliwym kątem. Jednak przyczyną dla której sięgnąłem po tę produkcje była fabuła.

Bardzo, ale naprawdę bardzo depresyjna i zmuszająca do myślenia. Od samego początku czuło się, że coś jest nie tak. Ściślej rzec biorąc od pierwszej rozmowy z Angelą o, która było wiele krzyku w czasie premiery remake'u. Kolejne postacie w tym dramacie łamanym na thriller były napisane naprawdę w przemyślny sposób.


Nie były to czarno biali bohaterowie nieumiejący swoich celów i przeszłości. Wraz z kolejnymi spotkaniami ujawniali coraz więcej. W tym momencie muszę obalić mit o interpretacji wydarzeń. Ich „tajemnice” są jasno i klarownie przedstawione. Jedynie James stanowi wyjątek. No ok, Maria, która wcale nie jest taką sex bomba jak o niej mówiono, stanowi ciekawe urozmaicenie. Lecz o tym później.

Należy pochwalić również sposób, jaki zaprojektowano adwersarzy. Każdy potwór miał przedstawiać jakiś element psychiki danego bohatera. Z tego też z powodu każdy widział całkiem coś innego. Tylko w takim wypadku co ze zwykłymi mieszkańcami? W pewnym sensie zostało to skomentowane w odnalezionym fragmencie artykułu. Nietrudno się domyśleć, że nikt nie traktował takiego jegomościa jako zdrowego na umyśle.

Skoro powoli przechodzę to monstrów. Tak już wspomniałem ich kreacja i znaczenie to klasa sama w sobie, ale jest z nimi również pewien problem. Pierwszy i najważniejszy prawie wszystkich spotyka się na dzień dobry. Słynne pielęgniarki pojawiają się co prawda później i nie tylko one, lecz we praktyce nic to nie wnosi do poziomu grozy. Przestraszyć się praktycznie nie ma czego. Silent Hill 2 miał rzekomo wciąż przerażać i wywoływać silne emocje. W czasie eksploracji miasta co najwyżej irytuje.


Zagadki, które stanowią drugą połowę rozgrywki rzeczywiście sprytnie zaprojektowano pod kątem treści, a w nie których trzeba samemu dojść, o co chodzi z dana rzeczą. W samym projekcie nie ma wad jako takich. Jednak przez problem z widocznością itemów. Spora część przedmiotów fabularnych, lub amunicji itp. zlewała się z otoczeniem wywołując nawyk klikania „A” non stop.

Ktoś może wytknąć mi, a gdzie bossowie? Tutaj osobiście przeżyłem rozczarowanie. Słynny Piramidogłowy miał dynamiczne wejście, ale bądźmy szczerzy. Gracz trafia do miasta z piekła rodem i ma się ot, tak przestraszyć jakiegoś czuba? Może 50 twarzy Graya to nie było, ale bardziej doceniam za próbę zagrania na motywie seksualnym.

Miejsca w których ma gracza coś zaskoczyć są nazbyt oczywiste. Aż dziw bierze użycie tandetnej sztuczki z listem zostawionym pod drugiej stronie pomieszczenia. Naprawdę nikogo nie zastanowiło czemu ta gówniara nie weszła do środka, tylko grzecznie czeka? Aż się prosiło o coś więcej. Na plus warto wspomnieć o spójności w przerywnikach przestawiające te kreatury. Potem już się tylko robi proste uniki i strzela. Oto cała filozofia.


Warto jeszcze skopić na aspektach technicznych. Mimo braku kamery jak w Alone in the Dark dalej jest to denerwująca na dłuższą metę. Widok za pleców Jamesa jest możliwy, ale uznano, że patrzenie na jego facjatę będzie o wiele ciekawsze. Z jednej strony można do pewnego stopnia zrozumieć. Wychodzące z ciemności moby mają większe pole do popisu.

Z drugiej strony przez takie dziwną pracę nie raz nie dwa wyskoczą za rogu i traci się Hp. Na dokładkę wprowadza to jeszcze jeden problem. Rozwiązywanie zagadek wymaga ciągłego eksplorowania i wielokrotnego odwiedzania tych samych miejsc. Przez kiepsko pracującą kamerę nietrudno stracić orientacje w terenie. W konsekwencji traci się czas na powtarzalne akcję.

Z ta niedogodnością też się da uporać. Mapy, które się zdobywa w trakcie są regularnie aktualizowane. Pomaga to w planowaniu kolejnych ruchów. Następnym tematem jest zapisywanie stanu gry. O dziwo odeszli twórcy od klasycznej metody ze maszyną do pisania, co się chwali. Znowu powtórzę, ale w nowej sesji niekoniecznie musi się włączyć ostanie miejsce, gdzie się było.


Z tego też powodu warto wiedzieć, czy wszystkie rzeczy są w plecaku. Miałem przykra sytuację kiedy jeden z pierścieni „magicznie zniknął”. Człowiek łapie się za głowę, jak to? Brak dziennika zadań lub czegoś podobnego potrafi uprzykrzyć życie.

Na koniec wrócę się jeszcze to porównań i wszystkiego tego, o czym warto wspomnieć. Na początek słynne różnice między drogimi paniami. Maria dalej, a może wciąż bardziej wygląda jak to powiedzieli ludzie w internecie, jak trans. Serio, o co ten kociokwik? W moim odczuciu to bardziej kwestia nostalgii. We wspomnieniach wszystko wygląda znacznie lepiej.

Dalej, Angela i jej nadwaga. Fakt, w pierwotnej wersji jest chudsza i nie, nie jest jakaś hot Doda Elektrod. Od samego początku wygląda jak najzwyklejsza dziewczyna. Wyobraźni ludzka nie zna granic. Następnie Piramidogłowy i jego 18+. Jedni mówią cenzurze, a inni w oryginale było mało widać, bo pikseloza. Paradoks w tej sytuacji polega na tym, że wyobraźnia daje znacznie więcej.


Przy dzisiejszych możliwościach dałoby się zrobić taka scenę, że media mówiłby o tym przez dobre kilka miesięcy. Tylko, co tu dużo mówić, to by nie przeszło. Poczytajcie sobie, jakie były dramy z Wiedźminem 2. Natomiast tłumaczenie to gra dla dorosłych guzik by dała.

Przedostani punkt, interpretacja i magia fabularna przed epoką internetu. Ed ofiara znęcania się przez ludzi. W prawie każdej scenie z jego udziałem wspomina o tym, że ktoś się z niego śmieje. Taki dobry początek, a potem trupy, a on wprost przyznaje się do zabójstw. Powód? Ciągłe ten sam. Z Angelą wszystko w 100% wychodzi na sam koniec. Jej ojciec znęcał się nad nią i wykorzystywał seksualnie. Jamesa oskarża o to samo, a więc wciąż mamy klarowne wyjaśnione.

Najciekawiej wypada Maria. Wygląda jak Mary ma jej wspomnienia, ale brak traum, czy innych grzechów do odpokutowania. Tutaj dopiero zaczyna się snucie wszelakich teorii, dlaczego trafiła do tego miasta?


Podsumowujmy, czy warto zagrać w Silent Hill 2? Jeśli cie interesuje wyłącznie rozwiązywanie łamigłówek to tak. Są naprawdę różnorodne i trzeba nie raz wykazać się kreatywnym myśleniem. Nie są one jednak abstrakcyjne. Każde wyzwanie tego typu jest logiczne, co najwyżej pewne połączenia nie koniecznie przechodzą do głowy na samym początku. Jako horror to klapa sama w sobie. Powolni przeciwnicy, a zależnie od poziomu trudności będzie potworów więcej lub mniej. Im wyższa poprzeczka tym bardziej się odczuje, że ma się tylko worki treningowe przed sobą.

Kolejnym solidnym powodem, aby w ogóle zagrać to niezwykła historia, pełna bólu. Przy największych chęciach nie mogę dać więcej niż 7/10.

P.S. Z faktu, że nie miałem jak zrobić screenshotów nie wszystkie obrazy jakie zamieściłem w tym tekście muszą pochodzić z portu na Xbox Classic. 
Share:

Recenzja Life is Strange 2 (Ps4)

 Pora się ruszyć! Mleko zostało rozlana, co oznacza komu w drogę temu czas. A może szło to jakoś inaczej? No mniejsza zaczynajmy!

Wielkie miałem nadzieje co do tego tytułu. Po przejściu pierwszej części, która będzie dla mnie zawsze kultową strasznie się zawiodłem. Problem tej odsłony leży w braku pomysłu na siebie. Mimo faktu, że technicznie jest dobrze i wydaje się, że niczego nie brakuje to ma się po przejściu tych epizodów niedosyt.


Człowiek czuje się tak jakby podano pozornie syty posiłek, a tak naprawdę jest pusty i bezwartościowy. Już u swoich podstaw jest bardzo wiotki. Jednym z powodów wielkiej odysei braci jest użycie mocy przez Daniela (młodszy z rodzeństwa) i wiadomości, że Shawn jest oskarżony o zabójstwo policjanta.

Zastanawia mnie w ogóle jak doszli do takiej bzdurnej koncepcji? Pomijając jakie miał rany zabity gliniarz, które mogły być jedynie wynikiem eksplozji to mamy jeszcze coś na dokładkę. Tuż przy miejscu zbrodni znalazł się przewrócony radiowóz. Czyli Shawn stał się Hulkiem i pierdnął atomówką?

Pomijając już te pierdoły dochodzą w czasie kampanii różne pozorne decyzje. Dostanie się do pokoju matki, wybranie się do miasta po choinkę itp. Nie raz, nie dwa rzekomo istotne wybory sypały się jak karty z kapelusza. Nie powiem, że 100% tego jest rodem z The Wolf Among Us, ale niestety w drugiej połowie kampanii tak to się prezentuje.


Oprócz tych mega ważnych momentów są też inne, a każde nieco inaczej jest pokazane Jak chociażby zwykłe wybory: a, czy b. Mamy też denerwujące sytuacja kiedy czas goni nieubłagalnie. Wersję, która ogrywałem na Ps4 była po angielsku bez możliwości zmiany na polski. Nie pomagało to wcale w świadomym działaniu. Taka mała ciekawostka podstawowe akcje też są na czas i nagrano specjalne odpowiedzi na milczenie protagonisty.

Na pocieszenie wspomnę, że coś jednak można wskórać. Odnosi się to bardziej do tych momentów, gdzie jest szansa na rozwiązanie problemu na więcej niż jeden sposób. Choć nie jest to reguła. Za to jestem przekonany, że na charakter Daniela da się wpłynąć. Wystarczy być dla niego opiekuńczym i nie dawać złego przykładu. Za bardzo zawiłe to nie jest. Duży nacisk nałożono na temat kradzieży. Jeśli coś się zwinie nie wpływa to na bieżącą sytuacje negatywnie, a będzie to piętnowane w przyszłości. Jest też widoczna zmiana w charakterze Daniela, który będzie naśladował Shawna .

Tak jak w pierwszej części wszystko toczyło między Max, a Cloe tak tu między starszym, a młodszym bratem. Początkowo nawet trzyma się kupy. Protagonista stara się zataić prawdę i idzie to lepiej lub trochę gorzej. Wszelkie humorki Daniela wpasowują się idealnie w ten scenariusz. Potem, no właśnie, potem jest już o wiele gorzej.


Mały gnój jest prawdziwym utrapieniem. Kula u nogi, do której za grosz nie dochodzi co się dzieje. Naprawdę trudno powiedzieć, czy on jest taki głupi czy tylko udaje? Szczerze, wolałbym to pierwsze. Rozumiem dziecko itp., ale nie raz nie dwa pokazał, że to co się dzieje jest dla niego jasne i klarowne. Mimo to januszował jak diabli. Paradoksalnie moc jaką posiadał nie była zaletą w prowadzeniu tej fabuły. Wprost przeciwnie, jak dla mnie prawdziwy gwóźdź do trumny.

Początkowo faktycznie były to sztuczki na poziomie Kamienia Filozoficznego, aby na koniec wymiatał jak Lord Vader. Zamiast robić bandziorów na miazgę to jedynie potrafił zrobić marne hokus pokus, a mógł zrobić avada kedavra. No ale cóż, o mało co a sam bym facapalmem zrobił sobie kuku na widok tych farmazonów.

Lepiej natomiast wypadła cała otoczka, dziwny syndrom Skyrima. Tam też wszystko co się działo wokół było lepsze od głównej linii fabularnej. Rasizm, tak rasizm został tam wreszcie pokazany taki jak powinien być. Nie ma tam pseudo dyskryminacji i czarnych syrenek, hobbitów i lewackiego lamentu o wszystko co nie zgadza się z ich chorą ideologią. Shawn nie raz dostanie po mordzie tylko za to, że jest pół Meksykaninem. Nazwał bym to jakąś odmianą. Nie chodzi tu o sam atak fizyczny, a wybranie innej mniejszości etnicznej. Nie zabrakło też pokazania drugiej stronny, czyli tych co są temu przeciwni.


Drugie skrzypce odegrała tutaj religia. O dziwo nie zaprezentowano jej w zbyt dobrym świetle. Mówiąc wprost przedstawiono jej toksyczne oblicze. Krótko co prawda, bo tylko w przed ostatnim epizodzie, ale i trochę wcześniej. Ostatnią rzeczą, która wypadła dobrze to etap w komunie. Wsłuchując się w rozmowy poszczególnych mieszkańców można dostrzec szereg obrazów. Każdy z grupy jest dość wyrazisty i ma swoją historie. Mimo trudnych przeżyć dają z siebie wszystko i na swój sposób dbają o innych.

Na koniec nieco odbiegnę od gry, a poruszę temat dystrybucji. Poczekałem na edycje kompletną. Tylko czemu nie wgrali od razu ostatniego odcinka? Teraz czeka mnie wybór dokupienie go, bo kod ma błąd na nadruku. Takie zagranie jeszcze bardziej skłania do tego, aby wyjąć płytę z napędu i olać to, bo nawet nie ma się chęci skończenia, a co dopiero ponownie przejść, aby sprawdzić, czy jest po co wracać.

Lecz niebyłym sobą i tego nie sprawdził. Na pohybel korporacjom! Sam finał jest podobnie jak całość nieźle napisane. Ale trudno o jakieś emocje jedynie olanie finału i najważniejszego pytania. Skoro przez tyle godzin praktycznie nie da się zżyć z głównymi bohaterami.  


Na samym początku pytają, o to co się stało ma końcu poprzedniej części. Jakieś nawiązanie dali trochę widokowe, że się tak wyrażę. Na pociesznie dodam, że można się dowiedzieć co się stało z Max i Cloe

Jeśli kiedyś wrócę do tej produkcji to będzie to przypadek lub będzie to sezon ogórkowy. W innym wypadku szkoda czasu na coś co nie jest wstanie dorównać pierwowzorowi. Ocena końcowa 5/10.







Share:

Recenzja Murdered Soul Suspect (PC) (Halloween Edition)

Morderca morduje, ludzie panikują, a raperzy rapują. Jednak co do tego mają ci ostatni? Tego i wielu innych rzeczy dowiemy się w tej recenzji.

Będę teraz poważny i od razu wyjaśnię, że nic, a nic. Murdered Soul Suspect to już dość starą grą, która najlepsze ma za sobą. Mimo to postanowiłem ponownie przejść to interaktywne śledztwo, które mimo wszystko potrafi wciągnąć.


Jedynym i w zasadzie najważniejszym powodem dla, którego warto sięgnąć po tą dość budżetową produkcję jest fabuła i niezwykła atmosfera miasta Salem. Początek daję spore nadzieje, bo jest szybkie i od razu wrzuca w wir zagadek.

Wykorzystanie historii miasta jako motyw przewodni jest naprawdę celny. Przychodzi mi ścigać tajemniczego seryjnego mordercę zwanego Dzwonkiem. Chłop jak dąb, a do tego siły co nie miara.

Kampania nie była jakoś szczególnie trudna ponieważ zajmuję zaledwie 6 godzin. W tym czasie poznałem młoda medium Joy. Wraz z jej pomocą musiałem przemieszczać się przez to jakże korytarzowe miasto. Szybko jednak okazuje się, że pewne dzielnice jak i określone miejsca są niedostępne. Co można jednoznacznie odebrać: gra będzie mocno liniowa.


Wraz z poszczególnymi aktami i toną back truckingu rozwiązywałem zagadki i problemy błąkających się dusz. Początkowo prezentowało się jako potencjalne wyzwanie, a skończyło na prostych łamigłówkach i wymuszaniu po przez opętanie sekretów poszczególnych mieszkańców.

Dodatkowo za każdym razem pojawia się kolekcja do zebrania. Nagrodą jaką dostawałem była historia za nią ukryta. O ile samo szukanie było niekiedy sprawdzianem spostrzegawczości, tak sztuczne blokowanie znajdziek już nie. Dopiero w późniejszej części łaskawie udostępnili opcję teleportacji. Tylko niech sobie przypomnę miejsca, gdzie nie dało się dostać?

Schemat powtarza się, aż do samego końca (Jeeej), czyli co z tego wynika. Trzeba traktować tą produkcję jako interaktywny film. Sam Roman (to ten którego zabito na początku) ma silne motywacje, a do tego liczne notki z jego życia rozsiane w najdziwniejszych miejscach uzupełniają back story.


Jednak, żeby nie było za łatwo dołożono demony, czyli duszę tych co nie potrafili uporać się z swoimi sprawami. Za każdym razem trzeba wykonać niewygodną losowa sekwencję klawiszową. W pierwszym takowym starciu zmuszony byłem do restartu gry, bo ten raczył się zawiesić. Jedynym urozmaiceniem w walce z nimi był kruk odwracający uwagę. Ewentualnie próba minięcia ich, co było marnym pomysłem.

Stan techniczny gry w porcie na PC z Win 10 nie zachwycał. Przez pierwszą godzinę może dwie męczyłem się z dźwiękiem, który znikał to pojawiał się od tak. Powracając do miejsc w których się już byłem zauważyłem błąd w postaci Npc, którym pomogłem i powinni zniknąć. Jednak „postanowili” pozostać.

Warto dodać licznych klonów, jakich spotkałem. Jasna sprawa, że na czymś się tnie koszty. Tylko trzeba robić to z głową bo inaczej usłyszmy od kolesie z policji, że przepracował tam pół życia, a wygląda jakby dopiero co akademie skończył.


Udało mi się trafić na ukrytą reklamę Tomb Rider, ale to w sumie mało istotne. Perełką jest komisariat i odpalony na większości komputerów menu z Deus ex Bunt ludzkości i plakaty Just Cause. Naprawdę zaszaleli na całego.

Podsumowując Murdered Soul Suspect początkowo prezentuje się jak biedniejszy brat Heavy Rain. Jednak nie posiada takiej samej głębi jak i konsekwencji. Wszelkie oceny są symboliczne, a przez to elementy rozgrywki w których trzeba ustalić kolejność wydarzeń są nieistotne. Ba wszystko co się tam robi służy jedynie za nakładkę. Czy warto zagrać? Jak najbardziej, zwłaszcza teraz jak już cena jest adekwatna to czemu nie spróbować tego mimo wszystko dobrego fabularnie kryminału.
Share:

Recenzja Perseverance Part 1 (PC)

Wiecie co wyniknie z miksu Resident Evil i The Walking Dead? Niezależna przygotówka Perseverance Part 1. Po przejściu pierwszego odcinka miałem takie nieodparte wrażenie.

Cofnijmy się do samego początku, no prawie… Dostaję po raz pierwszy od powstania blogu ofertę współpracy. Krakowskie studio niezależne Titanite Games dało dostęp do Perseverance Part 1. Na samej stronie twórcy napisali, że inspiracja do tej produkcji znaleźli między innymi w TWD.


Widać to gołym okiem, sami się przekonacie jak zagracie. Przeszedłem odcinek pierwszy dwukrotnie, aby zobaczyć wszystko, co gra ma do zaoferowanie. Fabuła trzyma się już wielokrotnie wykorzystanego wzoru, który dość często występuje przy apokalipsie zombie.

Przedstawienie rodziny, aby lepiej można było ich poznać i następnie małymi kroczkami przesuwamy się do części właściwej. Z racji tego, że jest to dopiero odcinek pierwszy decyzje jakie się podejmie w większości będą dotyczyć rodzinny protagonisty.

Wybory jakie podejmowałem wpływały na relacje między Cutterami. Pojawiły się nowe dialogi, ale to nie wszystko. Pewne tematy nawet się nie pokazały, czyli jednak mają znaczenie. Najbardziej to widać, jak zajrzy się do kieliszka, bo wtedy zaczną się Trudne Sprawy.


Mimo faktu, że schemat doskonale znany wciągnąłem się, a może dlatego, że rzadko gram w indyki. No mniejsza z tym, istotne było dla mnie to jak Titanite Games chcą przestraszyć odbiorcę. Jaka to będzie makabra rozgrywała się w tej Visual novel? Nie będę was oszukiwał.

Nie spodziewałem się cudów. Groza była, a jakże i tajemnica od samego początku towarzyszyła, jak za każdym razem, po włączeniu gry. Pierwsza drastyczna scena musiała siłą rzeczy odnosić się do nieumarłych. Hasło: daj gryza, nabrało nowego znaczenie.

Całościowo fabuła trzyma się solidnie, ale nie zabrakło „perełek”. Naprawdę zastanawia mnie o czym myśleli scenarzyści pisząc, że kanibal zwany (przeze mnie) „stalowo szczęki”, który wszama sobie człowieka może mieć marzenia itp. Serio? Jeśli miał być to suchar lub parodia konwencji to spoko udało się.


W pozostałych linijkach tekstu już się nie doszukałem takich chochlików. Wszystko czytało się lekko i przyjemnie, za co należy się pochwała. W samej rozgrywce wyraźnie żonglowano paroma schematami emocjonalnymi jakie miały się ukazać w czasie rozmów. Ich liczba jest dość skromna, bo szybko się powtarzają.

Więcej ruchu możecie spodziewać w ważnych momentach, choć są wyjątki. Dobrym momentem jest pierwszy wieczór w chacie, gdzie pali się w kominku. Brakowało mi czegoś podobnego w stosunku do ludzi. Z faktu nadchodzącej premiery Part 2 będzie dostępna odświeżona wersja omawianej części. (Napisać o tym, odhaczone).

Na samym zwiastunie do kolejnego epizodu widać, że będzie o wiele lepiej za co mocno trzymam kciuki premiera jeszcze w tym roku. Niestety muszę wrzucić do ogródka Perseverance Part 1 kolejny kamyczek. Gra zaliczyła błąd z muzyką, a właściwie nagle przestało działać. Szczęśliwie wystarczyło zrestartować PP1 i wszystko wróciło do normy. Skoro już przy soundtracku jest to jedna z mocniejszych stron tego tytułu. Nadaje odpowiedniego klimatu i bez wątpienia wpada w ucho.


Podobnie ma się sytuacja z oprawą graficzna, stylistycznie jest naprawdę ok., modele postaci przyjemne w odbiorze, a przez co w momencie kulminacyjnym mało straszne.

Podsumowując Perseverance Part 1 od Titanite Games jest obiecującym wstępem, który może się naprawdę dobrze rozwinąć. Wybory mają do pewnego stopnia wpływ, mam nadzieje, że nie skończą się na… Osoba X zapamięta twój wybór itp. Parę rzeczy trzeba dopracować, ale póki co jestem ciekaw dokąd to podąży. Ocena końcowa 7/10.
Share:

Recenzja retro Fahrenheit

Interaktywny film. Czy można ten podgatunek przygotówki zaliczyć do wartościowych produkcji? Wielu próbowało, ale nie wszystkim wyszło, a jak przetrwał jeden z wcześniejszych tytułów z stajni Quantic Dream?

Dziś na warsztat wziąłem Fahrenheit miejącego premierę w 2005 r. na komputerach osobistych i konsolach szóstej generacji. Recenzja ta opiera się na porcie z Xbox Classic. Mimo upływu lat wersja oryginalna, bo wyszedł też remaster, wciąż dobrze się trzyma.


Oprawa nie powala, liczba poligonów nawet jak na tamte czasy była dość skromna. Mimo wszystko nie razi to w oczy. Siłą gry jest wciągająca jak bagno fabuła i wybitnie dobra ścieżka dźwiękowa.

Jestem przekonany, że przeboje takie jak Say Goodbye, czy No Good Man zostaną ze mną jeszcze długo. Oczywiście jest tego więcej i każdy trafi coś dla siebie. Sama muzyka nie jest jakaś doniosła, czy sztampowa. Nadaje ona pewnej melancholii i powagi, co świetnie się komponuję i nadaję właściwego rytmu.

Nim przejdę do samej fabuły, która będzie laurką dla twórców, tak teraz trzeba włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Fahrenheit opiera się na qte, ale nie takich jakie znamy obecnie. Założenia są podobne, ale wykonanie całkiem inne. Zamiast klikania na określone przyciski korzystamy z analogów.


W dwóch „kwadratach” z różnymi kolorami na poszczególnym bokach trzeba było odegrać grę rytmiczną. Chodziło o powtórzenie tego co widzi się na ekranie w czasie rzeczywistym. W większości przypadków wpływało to na rozwój sytuacji, a w innych spełniało rolę czysto kosmetyczną.

Nie ograniczało to tylko nagłych uników, o nie, miało więcej zastosowań. Można było usłyszeć czyjeś myśli, uzyskać dostęp do podpowiedzi. W czasie kampanii dojdzie też do walk, które będą opierać się na tym samym schemacie.

W niektórych starciach można naprawdę się pogubić. Czy oni sądzili, że automat będzie wykonywał te czynności, a może jednak człowiek? Kolejnym problem były fragmenty w których włączał się „tryb pijaczki”.


Jedna z bohaterek Carla Valenti będzie musiała walczyć ze swoją klaustrofobią. Rozumiem, że to miało jakoś to odwzorować. Tylko, czemu utrudnili już z lekka archaiczne sterownie? Zrobiło się z tego totalne "drewno”.

Jeśli komuś było mało tego to, aby wejść w interakcje z otoczeniem wymagane było wyświetlenie odpowiedniego znaczka. Połączenie tych dwóch wspólnych spowodowało, że te kilka etapów, co prawda krótkich, ale zapamiętam je jako ścieżkę zdrowia. Uzupełnieniem tego sytemu qte było szybkie klikania by muc balansować, podnosić, gromadzić siły itp. po przez wciskania prawego i lewego spustu.

Wierzcie mi czasami naprawdę potrafi dać to w kość, a nawet zmusi do wielokrotnego powtarzania czynności. Nie będę jednak uprzedzał faktów, sami się przekonacie. Największą techniczną bolączką Fahrenheit jest kamera.


W klasycznym wydaniu jakie znamy wszystko jest w prawym „grzybku”. Tutaj jest zgoła inaczej. Widok został podzielony na trzy części pada, a mowa tu o: triggerach i wspomnianym drążku. Jeśli protagonista ma się odwrócić trzeba wcisnąć, któryś z spustów. Trochę to upierdliwe. W samym samouczku tłumaczą to niespodziewanymi akcjami, które będą tego wymagały. Nic takiego nie zarejestrowałem.

A teraz część przyjemna czyli fabuła. Początek jest naprawdę mocny, zaczyna się od rytualnego morderstwa paranormalnego. Zdaję sobie sprawę, ale o co chodzi? Zagrajcie lub obejrzycie gameplay, a zrozumiecie.

Historia toczy się wokół tego zabójstwo, którego sprawcą jest Lucas Kane. Nie jest to tajemnicą, że sytuacja jest o wiele bardziej zawiła niż się wydaję. Na scenie tego spektaklu pojawi się również plejada ciekawych postaci między innymi wspomniana już Carla Valenti i Tyler Miles.


Każde z nich ma swoje motywacje i własne życie. Wszystko to jest bardzo wyraźnie rozrysowane i na pewno zaintryguję tych z was co lubią się wgłębiać w drobne detale. O ile w innych grach z wyraźnie zarysowanymi postaciami są to interesujące smaczki, tak tu ma wpływ na rzeczy, które się wydarzą.

Za pierwszym przejściem nie zobaczy się wszystkiego. Niektóre wydarzenia wymagają odpowiedniego poprowadzenia rozmowy, co jest średnio wygodne. Opcje dialogowe są wyświetlone w postaci pojedynczych słów na górze ekranu.

Czas goni, nie myślcie sobie, że będziecie główkować co dalej. Wyboru trzeba dokonać w ułamku sekundy. Decyzji nie dokonuje się poprzez przesunięcie analoga na konkretną opcję i zatwierdza.


W Quantic Dream ktoś uznał, że trzeba pociągnąć drążek w odpowiednim kierunku. Niby problemu nie powinno być grając na telewizorze o sporej rozdzielczości. No tyle, że chcąc być wiernym realiom sprzed piętnastu lat ogrywałem to na kineskopowym Tv. Zmienia to bardzo postać rzeczy i utrudniało dokonanie świadomego i właściwego wyboru.

Zależnie od podjętych akcji poziom motywacji lub depresji będzie skakał. Ważne jest, aby lv nie szedł w dół. W takim przypadku dojdzie do załamania i końca zabawy. O dziwo nie wiele trzeba, aby status zaczął lecieć na łeb i szyję. Nawet najmniejsza aktywności jak sikanie może wywołać negatywny efekt.

Z drugiej strony nie ma sensu się, aż tak przejmować. Trzeba będzie się przyłożyć, aby przyniosło to jakiś negatywny efekt, przy normalnej rozgrywce wszystko będzie ok. Warto dodać, że QD musiało się wzorować na Matrix’ie tworząc niektóre przerywniki filmowe. Fajna gratka dla fanów i dodaje pewnego uroku, czy też ekscytacji, że zacznie coś niesamowitego.

Sama końcówka jest dość filozoficzna, ale bez przesady. Finał jest bardzo dobry i nie mogę się praktycznie do niego czepić, no ok., parę rzeczy mogli lepiej zbalansować.

Podsumowując. Fahrenheit to ambitna produkcja mieszająca zjawiska nadprzyrodzone z thrillerem. Quantic Dream nie hamowało się za bardzo i są nawet sceny +18. Co jak na tamte czasy wywoływały potężny bóle dupy. Sprawa GTA SA i Hot Coffe do dziś jest wspominana. Wracając do rzeczy, polecam mimo pewnych niedoróbek zgrać w tą produkcję. Nie jest długo po to zaledwie 4 do 5 godzin rozgrywki. Ocena końcowa 8/10.

 

 

Share:

Recenzja L.A. Noire (PC)

Czy te oczy mogą kłamać? Możliwe, że tak, albo lepiej zakwestionować to lub stwierdzić, że to kłamstwo. Jak będzie to się okaże w trakcie śledztwa.

Uwielbiam produkcję, które skupiają się na fabule. Głębia i akcja to jest to, czego potrzebuję w solidnej produkcji. Tak sądziłem, że będzie gdy włączałem L.A. Noire. Tytuł ten w teorii posiada wszystko klimat z starych filmów gangsterskich. Odpowiednie ramy czasowe, a mowa tu o Los Angeles z drugiej połowy lat 40-tych XX w.

Warto wspomnieć o dołożeniu starań przy wykonaniu realistycznych twarzy, które miały odzwierciedlić najdrobniejsze zmiany nastroju rozmówcy. Mało tego śledztwa posiadają niekiedy drugie dno.

Jednak najważniejszą sprawą jest to, że od gracza zależy jak się skończą poszczególne śledztwa. Teraz powinienem stwierdzić, że L.A. Noire jest perełką wartą każdego grosza.

Niestety tak nie jest. Mając okazję ograć takie tytuły jak Sherlock Holmes: Crimes and Punishments, czy The Devil's Daughter mogłem co najwyżej popatrzeć z politowaniem nad nieudolną próbą stworzenia produkcji przygodowej, która pozwoli mi się wcielić w detektywa.

Zacznę jednak od początku. Kampania składa się z 21 misji fabularnych i ok. 42 pobocznych nie łapcie mnie za słowo. Większość z zadań głównych to samodzielne historie. Jednakowoż łączą się pewnymi klamrami.   

Przykre jest to, że w połowie gry dostaje człowiek mokrą szmatą w pysk, aby się dowiedzieć, że cały czas się mylił. Błędy te nie należy rozumieć jako pomyłkę, czyli źle wykonane zlecenie. Z tego też powodu, że po każdym śledztwie mogłem zostać pochwalony lub ochrzaniony. Wszystko zależało od rezultatu.

A teraz wyobraźcie sobie, że odkreślacie same udane akcje, a potem ktoś wylewa wam na głowę kubeł zimnej wody. Nic przyjemnego. Rozumiem, że twórcom chodziło pokazanie czym jest korupcje, władza absolutna itp.

Nie zmienia to faktu, że raz zadany cios niesprawiedliwy bardzo boli. Dalej zaczynają się misje, gdzie nawet nie musimy tropić sprawcy. Jedynym celem jest znaleźć poszlaki i zebrać właściwe reakcje, o których napiszę później.

Dla sprawiedliwości dziejowej napiszę, że były przypadki, gdzie mogłem oskarżyć o dane przestępstwo podejrzanego. (Huura!) Szkoda tylko, że było to tylko 2 przypadki. W pozostałych wychodziło to na zasadzie: ok., to ją zabiłem. Innymi słowy musiał się przyznać.

Same śledztwa polegały na tym samym. Trzeba było znaleźć poszlaki, które znajdowały się na miejscu zbrodni. Pad wibrował, a z głośników dobiegał sygnał dźwiękowy. Bez tego nie dało się znaleźć większości dowodów.

Ważna niekiedy też była kolejność odwiedzanych miejsc. Jeśli zebrałem wszystkie poszlaki to miałem do dyspozycji więcej opcji dialogowych.

Tutaj muszę zawadzić o budowę świata. L.A. Noire jest swego rodzaju piaskownicą. Jedynie co można na niej robić oprócz wykonywania misji jest odkrywania historycznych lokacji. Smaczek całkiem do rzeczy, bo lubuje się w treściach tego typu. Nie uwierzycie jakie było moje zaskoczenie, gdy w jednej zagadce trzeba było je wykorzystać.

Czytałem pilnie co przeciwnik miał do przekazania i szukałem na mapie miejsc pasujących. Niestety parę z nich były zlokalizowane w nieodkrytej do tej pory części miasta. Gdyby nie to, że zaimplementowano podpowiedzi, a raczej auto odpowiedzi to zmuszony byłbym do skorzystania z Lets play na Yt.

Hylę czoło przed tak „genialnymi” łamigłówkami. Baboli było znacznie więcej. Zacznę od słynnych twarzy. Szczerze? To mogli mieć oni na sobie maski i nie byłoby żadnej różnicy dla rozgrywki.

Fakt, były zabawne, a nie raz i pokraczne. Efektem dodania ich to L.A. Noire było stworzenie kontrastu. Bardzo brzydkiego otoczenia i tego mimo wszystko ciekawego efektu graficznego. Dalej, nie raz, nie dwa przesłuchiwany potrafi się przyznać, aby po chwili zaprzeczyć temu co mówił.

Innym absurdem jest to, że mimo weryfikacji podanych faktów i potwierdzenia przez świadków danych wydarzeń trzeba je zakwestionować zeznania, aby uzyskać właściwą reakcję. Logiczne prawda? (Jak coś to było pytanie retoryczne).

Nie raz nie dwa, winowajcy pojawiali się na sam koniec, a biedny detektyw miał się domyśleć, że to ta, a nie inna osoba jest winna. Nic tylko siąść i płakać. Na szczęście to marne śledztwa ratowały koła do publiczności.

Dzięki nim dało się usunąć zły wybór lub zobaczyć, który jest tym właściwym. Nie można tego używać non stop dlatego trzeba wykonywać zadania poboczne. Większość z nich polegała na zabiciu podejrzanych.

Podobnie było z rozgrywką. Lwia część kampanii to przygotówka. Dopiero na koniec broń zaczyna odgrywać większą role, a tak strzelałem na side q i w oskryptowanych momentach. Ogrywałem grę na padzie i od razu uprzedzam, że nie macie co liczyć na jakieś wspomaganie. Trzeba wykazać się swoimi umiejętnościami.  

Przejdę teraz do samej fabuły. Zaliczyłbym ją do starego dobrego kina i to jest mocna strona tego tytułu. Zwroty akcji są, a rasizm i uprzedzenia na tle politycznym, czy światopoglądowym stoją na porządku dziennym.

Generalnie dziś ta gra byłaby okrzyknięta propagatorem mowy nienawiści i dowodem okrucieństwa policji wobec afro amerykanów. Za to należy się szacunek, że podeszli do tematu solidnie i nie cackali się w poprawność polityczną.

W L.A. Noire miałem dwa cele z czego ten pierwszy był nieprzyjemny, tak jak pisałem wyżej natomiast drugi już uznać mogę za zadawalający. Raz, że odeszli od klasycznego nazwijmy podejścia, a dwa, że nie będzie kontynuacji. 

Co do istotniejszych elementów fabularnych to są partnerzy służbowi z kórymi protagonista pracuje. Ich rozmowy są naprawdę błyskotliwe i co awans wyżej tym gorsi się pokazywali. Z innej beczki jeden z nich jest polakiem. O dziwo, w samej grze spotka się dość często nazwiska polskojęzyczne.

I tak wygląda L.A. Noire gra inspirująca do symulatora. Niestety jest dość nierówna, a do tego wymaga dopracowania przesłuchań, tak aby nie liczyć na fart. Bo ten wielokrotnie bardzie się przydawał niż analiza dowodów i zeznań świadków. Moja ocena 7/10.


Share:

Recenzja Zaginięcie Ethana Cartera (PC)

Po jakże „obfitej” części drugiej halloweenowego maratonu przyszła pora na wielki finał!

Zaginięcie Ethana Cartera jest naprawdę ciekawą przygodą. Po pierwsze, nikt nas nie goni. Po drugie interfejs praktycznie nie istnieje. Przez takie dobre rozwiązania można naprawdę zagłębić się w tym co znajdziemy Red Creek Valley. Zaprawdę powiadam wam mrok jaki opanował tą dolinę nie jest zwykły co to, to nie drodzy państwo. The Astronauts, a dawniej People Can Fly zaproponowali coś niszowego.


Mamy tu opowieść interaktywną, którą można niemalże dotknąć, że się tak wyrażę. Za pierwszym razem, gdy przechodziłem ZEC podążałem za poszczególnymi zagadkami. Za drugim odkrywałem misje poboczne, które zostały sprytnie ukryte, gdzieś z boku. Natomiast za trzecim olałem wszystko i poszedłem na sam koniec, aby sprawdzić co się stanie. Jeśli zdradziłbym zakończenie to bym wam popsuł zabawę, ale skoro ujawnię co twórcy przygotowali na tego typu zgranie to nic nie stracicie.  

Zostawili wiadomość i to treściwą, pozwolę sobie ją sparafrazować: bierz dupę w troki i zrób poprzednie zadania, bo nie pokażemy zakończenia. Oczywiście mało kto dowie się o tym, bo wątpię, aby w liniowej grze gracze starali się sprawdzić, czy devowie przewidzieli takie, a nie inne akcji odbiorców.

Widoki są tu cudowne!
Na początku pragnę skupić się na grafice i sposobie jej przygotowania, bo to dość istotne w kontekście tego co napiszę. Fotometria jest naprawdę ciekawa techniką. Nie będę się wgłębiał w fachowe wyjaśnienia, bo możecie sobie wyszukać. Odniosę się do części dotyczącej gamingu. Proszę „fachowców internetowych”, aby się nie udławili żółcią za to, że tłumaczę to dość ogólnie i z pewnymi uproszczeniami. 


W technice tej chodzi o przerzucenie utrwalonych obiektów na zdjęciach na obiekty w środowisku graficznym 3D. Nie można tego zrobić z 100% otworzeniem detali, bo nasze komputery nie dały rady tego otworzyć. Z tego powodu trzeba iść na pewne kompromisy, przy czym całe otoczenie wygląda wciąż bardzo realistycznie.

Przechodząc kampanie można trafić na znajome elementy takie jak wagony pociągów towarowych. Wtedy dopiero widzimy jak szczegółowo oddano detale. Spacerując po tytułowej dolinie można trafić na masę, ale to naprawdę masę miejsc na zrobienie świetnej fotki. Dla tego róbcie zrzuty ekranu i będziecie mieć ładne motywy na pulpicie.


Jednak pewne rzeczy kuleją, po pierwsze dubbing się nie zgrywa z ruchami ust Npc, po drugie primo fatalna fizyka roślinności. Tak sztywnych i nie naturalnych z trudem szukać. Z niewiadomych mi przyczyn protagonista Paul Prospero ma kamieniofobie. W pewnych momentach może to naprawdę zacząć denerwować. Dobrze, że niema więcej tego tupu głupot, które przypominają o tym, że jest to tylko makieta 3D.

Zagadki i zagadeczki
Fabuła Zaginięcia Ethana Cartera jest przedstawiana w sposób dość nietypowy. Poszczególne etapy nie są opowiadane jeden po drugim. Początkowo może to wprowadzić pewne zamieszanie, lecz kampania jest na tyle krótka, że tego nie odczuje się. Warto jeszcze poszukać zadań pobocznych, o ile można je tak nazwać.


Na sam koniec omówię w kilku słowach mechaniki z jakimi przyjdzie wam się zmierzyć. Gra nie posiada samouczka wyjaśniającego co można, a co nie. Wszystkiego należy samemu się domyśleć. Gdy tylko znajdujemy się w miejscu docelowym należy odnaleźć wskazówki. Niekiedy dowody zbrodni są ukryte. W takich przypadkach Prospero używa swojego szóstego zmysłu w celu wizualizacji tego itemu i jego potencjalnego miejsca w którym się znajduje. 

Jak tylko skończymy rozwiązywać łamigłówkę zobaczymy przerywnik filmowy, ale żeby nie było za łatwo trzeba ustalić chronologie wydarzeń. Prawda, że proste?

Czy warto kupić Zaginięcie Ethana Cartera? Jeśli szukacie czegoś innego niż oferują produkcje 3a to dobrze trafiliście. Dostaniecie wciągającą przygodę, krótką co prawda, ale za to naprawdę dopracowaną fabularnie.

Ostatnia noc się zaczyna potwory znów wylazły, lecz po raz ostatni i jak wam minął ten hallowenowy okres?
 


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie