• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ścigałka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ścigałka. Pokaż wszystkie posty

Wstępne wrażenia z Crash Team Racing Nitro-Fueled (Nintendo Switch)

Początkowo miała to być recenzja w której omówię Crash Team Racing Nitro-Fueled. Nie skończyłem jednak ogrywać tego tytułu. Z tego też powodu będą to jedynie wstępne wrażenia. Możliwe, że w przyszłości jeszcze raz sięgnę po tą grę i wtenczas napiszę uzupełniający artykuł.

Podzielę post na dwa sekcje, czyli to co w CTR wyszło i wszelkie wady, o jakich nie przeczytacie w innych materiałach tego typu. Zacznę od największej zalety, a mowa o stabilnym klatkarzu jaki osiągnięto na Switchu. Nie ma się co spodziewać 60 fps, a jedynie 30 klatek, które są na tyle dobrze maskowane. Praktycznie nie da się tego odczuć w czasie grania. Jedynym momentem, gdzie takową niedogodność da się zaobserwować to przerywnik filmowy lecący na samym początku. Dokładnie rzecz biorąc konsola dostaje zadyszki w chwili pokazania się tablicy na tle toru wyścigowego.


Następnie warto wspomnieć o oprawie i wypełnieniu poszczególnych torów. Widać, że starano się, aby było na czym oko zawiesić mimo szybkiego tempa akcji. Gdzie nigdzie znajdowałem pewne nawiązania, które nie odnosiły się bezpośrednio do samej serii Crash Bandicoot. Jeżdżąc po kopalni miałem wrażenie, że się trafiłem do Deadmines z WoW.

Kolejną kwestią sprawą jest powielenie rozwiązań z Mario Kart. Każdy fan tej serii poczuje się dzięki temu jak w domu. Przez ograniczony czas z całą pewnością, bo dość szybko przyuważy się pewnego rodzaju bolączki jakie trawią CTR.

Istotą wyścigów z tego podgatunku są przeszkadzajki i power up'y. Niektóre z nich są prawdziwymi game changer. Do sztandarowych przykładów można podać spowalniacz czasu, który w promieniu kilku metrów przyhamowuje wszystkich przeciwników. Rzecz jasna takich itemów jest więcej, ale już nie mających aż tak wielkiego wpływu na rozgrywkę.


W momencie kiedy nabierze się chęci zrobienia przerwy może sięgnąć, po aktywności poboczne. Może być to battle, albo wyścig po trofeum, gdzie trzeba zebrać wszystkie skrzynki, a każda z nich dodaje trochę czasu. Jeśli chciałoby się skupić na wspólnej zabawie to remake oferuje zabawę kanapową lub online. Więc teoretycznie dla każdego coś dobrego. Zabrzmiało to strasznie banalnie.

Pierwsze trasy są dość prostolinijne. Jadnak wraz z kolejnymi strefami zaczyna się kombinowanie co można zrobić, aby wygrać. Niekiedy trzeba odblokować przejście, które pozwoli na skrócenie trasy, a innym razem odpalenie nitro da możliwość przeskoczenia przeszkody.

Teraz pora na część łączącą zalety i wady gry. Poziom trudności jest naprawdę źle wyważony. O ile w trybie klasycznym nie ma opcji wybrania jak ma być ciężko to już w wersji odświeżonej już jest to możliwe. Tutaj postawie pierwszy zarzut. Balans został całkowicie skopany. Twórcy pozornie dają tam łatwy, średni i trudny.


Jest to wprowadzenie w błąd gracza. Na easy gra się tak jakby się było całkowicie samemu. Wydawałoby się, że na medium już się to wyrówna i będzie nieco trudniej, ale bez przesady. Nic bardziej mylnego. Mając już ładnych parę godzin na classic'u za sobą i nie mogłem powiedzieć, że jest jakoś łatwiej. Praktycznie było równie ciężko.

Posiadanie jakiejkolwiek przewagi nawet na sam końcu wyścigu praktycznie nie istniało. Boty mogły nawet tuż przed metą wszystko przekreślić. Jest to pewna ironia jak w innych produkcjach typu Driver, czy Need for Speed pisze się, że gliny są przyklejone do tylnego zderzaka traktuje się jako sporą wadę, a tu określa się to jako produkcję dla hardcorów.

Jedyną szansą jest perfekcyjne wykorzystania mechanik w grze. Zaczynając na zebraniu dziesięciu owoców, które zwiększają prędkość i siłę rażenia wszelakich przeszkadzajek, a kończąc na dostaniu boosta za odpowiednie wejście w zakręt. Praktycznie bez tego nie ma co się brać za grania online, a od biedy w singlu jakoś to przejdzie.


Kolejną rzeczą o jakiej nikt nie wspomina to nietypowe zagrania przecinków. Raz na jakieś cztery wyścigi na tej samej trasie obowiązkowo dostanie się z rakiet samo naprowadzających. Wygląda to tak jakby wyłączono inne bomby, czy tnt.

Następną dość rzucającą się w oczy kwestią jest efektywność owych bonusów. W momencie kiedy jest się na ostatnim skrzyżowaniu i oberwie się nieszczęśliwie jakimś pociskiem to przegrana murowana. W odwrotnej sytuacji jest całkiem inaczej. Bot potrafi w ułamku sekundy dogonić, a nawet przegonić. Dlatego zalecam korzystać z tych itemów dopiero na końcu, jeśli trafi się jakiś lepszy.

Następną sprawia jest przewaga czasowa. Wydawałoby się, że parę sekund to niewiele. Owszem, tak jest jeśli bierzemy tylko gracza pod uwagę. Natomiast w odwrotnej sytuacji to już wymagało postarania się, aby coś zmienić.


Wszystkie mankamenty dałoby się przełknąć, gdyby żelaznym wymogiem nie było zdobycie pierwszego miejsca. Nic by się nie stało jakby do przejścia starczyło trzecia pozycja. Ci gracze, którzy będą chcieli mieć platynę i tak będą wałkować dalej.

A teraz przyszedła pora na wszystko co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Wraz z postępami dostaje się nalepki, dodatkowe części do autka, walutę itp. Za pomocą tego ostatniego można odblokowywać grywalnych bohaterów, którzy są podzieleni na poszczególne typy, a także podjazdy itp. Niby powinno się czuć zmiane grając różnymi nazwijmy to zestawami, ale jakoś nie dało się tego rzeczywiście odnotować. Sztuka dla sztuki.

Tak prezentują się moje wrażenia z Crash Team Racing Nitro-Fueled. Nie mogę nic napisać o multiku, bo nie mam wykupionego abonamentu na Nintendo Online. Póki co nie mogę polecić tej produkcji fanowi Mario Kart.

Share:

Recenzja Mario Kart Wii

Mario Kart jesteś jak zdrowie, ten Cię doceni kto zgrał i oberwał kilka razy z rzędu Spiny Shell. No i przegrał…

Tym razem zrobiłem mały odskok, aby przejść coś na szybko. Oczywistym wyborem było Mario Kart na Wii. W końcu sięgnąłem do jednej z lepszych bibliotek gier na siódmą generację konsol.


Mamy 2008 r. Wielkie N chwali się swoim kolejnym genialnym pomysłem, a właściwie plastikową kierownicą, która jest tylko dodatkiem, ale kto bogatemu zabroni. Na rynek trafia kolejna odsłona Mario Kart. Tym razem będzie to wersja na stacjonarną konsolę Wii, które posiada domyślnie kontrolery ruchowe.

Dzięki połączeniu dwóch powyższych powstaje kierownica, która daje namiastkę… symulatora? To jest zbyt naciągnięte, ale wiecie o co chodzi, a mianowicie o immersję jaką ma dać. Dziwnym trafem zmiana z klasycznego pada na ten jakże awangardowy zdało egzamin.

Jednak to nie była jedyna zasadnicza zmiana miejąca wpływ na rozgrywkę, a było ich znacznie więcej. Największą kontrowersją jaką dostrzegłem, było znerfienie driftów przy użyciu kartów. Jak dobrze pamiętacie odpalały się one od razu wraz z bustem na szybkość. Teraz trzeba odpowiednio długo wykonać manewr, aby uzyskać ten sam efekt.


Jeśli jednak nie podchodzicie do tego jak do e-sportu możecie skorzystać z kolejnej nowości. Big N wprowadziło automatyczny wślizg, który sam się włączą, gdy tylko przekręcam wii remote. Bardzo wygodna opcja, choć większą radochę daję jak się jedzie na ręcznym.

W poprzednich odsłonach miało to większe znaczenie, bo statystyki poszczególnych grywalnych postaci odróżniały się zasadniczo od siebie. W przypadku Mario Kart Wii sytuacja jest nieco spłaszczona i niekiedy próżno doszukiwać się ich.

Następną nowością jest wprowadzenie motorów. Wpłynęły one odczuwalnie na balans rozgrywki. Widać to szczególnie jeśli gracie w multi na fanowskich serwerach. Starzy wyjadacze będą pędzić tam na niech jak szaleni. Mało tego nie raz, nie dwa wychodzą cało z podbramkowej sytuacji dzięki zwrotności tych pojazdów.


Jednak to co mnie osobiście zabolało, o ile można tak to nazwać, a mowa tu o złotej zasadzie serii Mario Kart: Ostatni będą pierwszymi, a jeśli wyjdą na prowadzenie znowu polecą na koniec. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. 

Jak zwykle miałem do wyboru trzy poziomy trudności 50 cc, czyli turtial do zapoznania się z trasami, 100 cc to z kolei tryb domyślny. Granie na normalu już nie jest powiedzmy takie nudne. Si zaczyna reagować żywo i do samego końca nie można być pewnym, czy coś się nie stanie i odwróci sytuacje. Cóż nie odkryje Ameryki pisząc, że tak jest.

Warto zauważyć, że ktoś uznał za stosowne, aby podbić tą mechanikę. Ale, o co chodzi? Jeśli raz oberwie się powiedzmy Czerwoną Muszlą to trzeba spodziewać się, że zaraz pojawi się kolejna. Sam item nie ma w tej kwestii znaczenia. Przeszkadzajka może być randomowa poza oczywistymi wyjątkami jak Skórka Banana.


Skoro jestem przy przedmiotach to wspomnę o tych kilku, które dodano w tej odsłonie MK. Pierwszym będzie Pow Block. Rękę w górę, kto pamięta ten bloczek ze starszych gier z Marianem.

Zadaniem PB jest jest spowodować chwilowy stun, a raczej korkociąg, który zatrzyma pozostałych zawodników. Kolejnym jest Burzowa Chmura, która działa jak broń obusieczna. Dzięki niej można krótki czas poruszać się szybciej od reszty, lecz jest jeden haczyk, na nawet dwa.

Pierwszy to efekt uboczny, jeśli w odpowiednim czasie nie „oddało” komuś chmurki zatrzymywała na parę sekund, co jest bardzo bolesne. Natomiast jeśli podrzuciło się kukułcze jajko komuś innemu to cóż sami dośpiewajcie sobie resztę.


Ostatnim najmniej innowacyjnym itemem był Mega Grzyb. Powiększał zawodnika i taranował wszystko jak leci. Trochę to rozczarowujące, bo Złota Gwiazda w sumie działa na tej samej zasadzie. Na szczęście grzybol nie przepadł i pojawił się w Mario Tennis: Ultra Smash.

A jak wyglądają same trasy? Praktycznie nie można się przy nich nudzić. Nawet jak przejeżdża się po raz enty koło zamku księżniczki było wciąż magicznie. (Ach ta nostalgia). Stare trasy jak zamek Bauzera, czy kosmiczna trasa naprawdę odżyły. W sumie wszystkie mapy, które nie pochodziły z dużych konsol sporo zyskały.

Podobnie jest z nowymi. Widać, że starano się, aby każdy zakręt, czy inny skrót dział jak należy. Szlifowanie czasów na 150 cc, była praktyczną przyjemnością. Jeśli już się czegoś czepić to fakt, że wszystko da się ogarnąć w jeden wieczór.


Jest jedna rzecz, która może podzielić fanów Mario Kart Wii. Tryb bitwy jest dość kontrowersyjny z dość zasadniczego powodu. Śmierć nie ma większego znaczenie. Walka do ostatniego nie funkcjonuje i każdy jest skazany na walki zespołowe.

Mnie osobiście to nie przeszkadzało, bo jest to dla mnie tylko dodatek do głównego dania, ale innym może zniesmaczyć. Główną zmianą jest fakt, że zamiast stać się dajmy na to mobilną bombą wraca się od tak na arenę.

Kolejną sprawą jest, że grając drużynowo można zostać pociągnięty na dno mimo, że samemu grało się fest. Uważam, że jednak nie należy skreślać tak łatwo tej aktywności. Pola bitew są inspirowane lub też przeróbkami ogrywanych tras z turniejów. Budowa ich dają sporo możliwości i jeśli się przymknie oko na pewne zmiany to walka na balony lub zbieranie monet może przypaść do gustu.

Podsumowując Mario Kart Wii jest mimo wszystko bardzo dobrą grą. Nie raz można uznać, że przegrana była niesprawiedliwa, ale ten dreszczyk emocji dodaje pikanterii. Jeśli macie parę wii remote to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zagrać z rodzina lub znajomymi na kanapowym posiedzeniu. Gwarantuję, że będzie to dobrze spędzony czas w gronie najbliższych. Ci z was co preferują samotne sesje też coś znajdą dla siebie. Tylko trzeba przerobić Wii, aby grać na nieoficjalnych serwerach. Ocena… niech będzie wasza.
Share:

Recenzja The Crew

The Crew od samej nazwy crew mnie zalewa. Taki żart na dzień dobry. Jednak na poważnie to jednak mnie trafia, bo gra z potencjałem, ale niewykorzystanym.

Z Tyn tytułem jak i jej jakością od strony technicznej wiąże się pewna anegdota. Kilka lat temu jak Ubi rozdawał tą produkcję na prawo i lewo. Byłem zachwycony, bo nadarzyła się okazja, aby zobaczyć USA.

Niestety coś poszło nie tak. Pomoc techniczna stwierdziła, że to łącze. No i wiecie co? Nie mieli racji. The Crew miało w sobie problemy, które nijak się miały do PC, czy łączą. W tym roku ponownie uruchomiłem grę na nowym blaszku i wreszcie mogłem wyruszyć w podróż i zebrać drużynę.

Zacznę od modelu jazdy. Nie oczekujcie symulatora ani czegoś podobnego. Mamy tu jedynie, albo aż system zręcznościowy. W sumie przypadł mi do gustu, bo uwielbiam taką niezobowiązującą jazdę na pełnym gazie. Dziwny jest natomiast system kolizji.

Raz miałem okazję jedynie „musnąć” o inne auto, aby zaraz w identycznej sytuacji zobaczyć spektakularną kraksę. Niezbadane są wyroki boskie… Jednak to wszystko to wielkie nic przy „sztuczkach” Si. Tutaj zaczyna się magia.

Tak z rodzaju tych kiedy pad znika z oknem. The Crew pokazuję to bardzo dobrze na samym początku. Wyścig z Zoe był pamiętny, jej auto jaki i innych potrafiło osiągnąć prędkość światła, dźwięku itp. Krew zalewa, nie znaczy to, że nie da się tego obejść. Szybko się zorientowałem, że trzeba szukać skrótów. Samo to mogło nie wystarczyć i zalecane było spychanie na bok.

W miarę czasu jak się odblokowywałem nowe ulepszenia sytuacja się zmieniała i mogłem czerpać przyjemność z jazdy. Niestety co jakiś czas trafiałem na misję od której mnie… sami wiecie co.

Jedynym sposobem, aby jakoś się uporać z tym problem było robienie pobocznych aktywności sprowadzający się do jazdy od bramki do bramki lub skoki w dal. Atrakcji było więcej, ale nie są jakieś warte wspomnienia.

Najwięcej radochy dawały zadania z dedykowanymi z góry autami. Projekty tras robiły swoje i zachęcały do maksowania wyników. Co potem okazało się koniecznością, aby odblokować misje fabularne, co za ironia.

The Crew jest grą z gatunku mmo i o dziwo sporo ludzi bawi się wciąż, a przynajmniej na PC. Co chwila byłem zapraszany na pościgi policji itp. Nabiera to pazura, ale to nie to samo co zabawa z znajomymi na Ts. Jeśli zechcecie można zignorować ten aspekt, bo TC ma kampanie singlową.

Nie jest jakaś wybitna, ale daję radę. Cel prosty zemsta na mordercach brata protagonisty. Spora część z przerywników była tylko rozmowami między bohaterami na tle samochodów. Nie zabrakło też takich pełnoprawnych, które już robiły swoje.

Przy premierze tego tytułu ludzie skarżyli się na to, że serwery zawieszał się bez informowania o tym. No nic się w tej materii nie zmieniło. Nieumarłę fury też dalej się mają dobrze.

W całej grze to najlepiej wyszły miasta. Każde z nich jest naprawdę rozbudowane i to chyba najbardziej skłaniało mnie do jeżdżenie po wirtualnych stanach. Same tereny wokół były już nieco rozmyte i średnio szczegółowe. Szczęśliwe w grach, gdzie się pędzi na złamanie karku to nie przeszkadza w odbiorze.

Tak oto prezentuję się MMORacing produkcja, która zapędziła się i zleciała w przepaść Wielkiego Kanionu. Ocena 6.5/10.


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie