• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSP. Pokaż wszystkie posty

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła (Recenzja Storm Lover Kai!!, Psp)

Miłość ma nie jedno imię. Jak jednak pokazane jest to w grach? Jak wiadomo panie mają pierwszeństw, a więc zacznę od tytułu skierowanych do nich, a jutro coś dla nas chłopów.

O otome grach, czyli haremówki łamane na randki mówi się Storm Lover Kai!! takrzadko..., że aż wcale. Jasną sprawą jest, że podgatunek jakim jest visual novel raczej się nie sprzedaje dobrze.


Tylko czytanie i czytanie ewentualnie jakiś wybór i tyle. Dla hecy włączyłem Storm Lover Kai!! zdając sobie sprawę, że to skierowane wyłącznie do kobiet. Jak się uda to poszukam jakiejś wersji dla panów. Nie będzie to ero gra tylko coś bardziej normalnego.

SLK na dzień dobry pozwala w stopniu minimalnym dostosować bohaterkę. Jest to czysta kosmetyka, która nie będzie miała znaczenia. Jeśli oglądaliście klasyczne haremówki, gdzie protagonista jest otoczony przez swoje fanki to tutaj na start ma znaczenie więcej wielbicieli....

Skoro gra stoi wyłącznie fabułą to skupiono się zapewne na dość sporym wachlarzu niepowtarzalnych bohaterów. Od niegrzecznych nauczycieli przez burzliwego tsundere, a kończąc na męskim, mężczyźnie ratującym niewiastę z opresji.


Początkowo spotyka się ich w różnych lokalizacjach jako "niespodziankę". Potem już gra sygnalizuje to na mapie. Jest to hub, z którego się można wybrać miejsca do odwiedzenia. Wszyscy wielbiciele są dubbingowani. Warto zapamiętać ich głosy, może się to przydać. Animacje w głównej mierze odnoszą się do ruchu ust. Na pocieszenie dodali jakieś pozy i raz na jakiś czas zmieniają miny.

Nie brakuje też dodatkowych wizualnych efektów jak trzęsący się ekran. Ma to sygnalizować jakieś nagłe wydarzenie. W kolejnych sesjach jakie zaliczyłem zostały  wyjaśniane, co można robić. Podzielono aktywności na szkolne, prywatne i zawodowe. Wszystko zostało rozdzielone nie tylko na pory dnia, ale na dni wolne i robocze.

Najciekawszą mechaniką jest stamina, czy też liczba tur, które można wykonać. Malowanie lub takie uczenie ma swój pasek do wykonywania. Przez to gracz nie będzie w stanie zaniedbać coś kosztem innych obowiązków. Również interakcje z poszczególnymi bohaterami będą bardziej istotne. Trzeba będzie się zastanowić komu odpisać w pierwszej kolejności. Mimo odnawiania się owej "staminy" trzeba poczekać więcej niż dzień, aby w pełni zacząć działać. 


Istotne będzie zaglądanie do kalendarza, gdzie będą oznaczone wszystkie ważne wydarzenia. Nawet comiesięczny wybór drogi do szkoły będzie istotny. Tyle teorii, a w praktyce każdy dzień to raptem jedna rozmowa i sprawdzanie jak idzie romantyczny progres. Fabularnie nic szczególnego się nie dzieje. Jednak w rozmowach i na forum szkoły można uzupełnić wiadomości kto, jaki jest, a także jego pozycja społeczna itp. Daje to lepszy pogląd z kim się ma do czynienia.

Historia, im szła dalej, tym bardziej była nijaka. Poziom podrywu chłoptasiów był bliski zeru. Większość jakichkolwiek relacji opierał się na duperelelach typu odprowadź mnie do domu. Jak się nie wybierze lokacji, gdzie znajduje się któryś z kandydatów to adieu i koniec "zmiany". Trzeba wybrać tego jednego i wałkować punktu miłości, aby łaskawie coś się ruszyło.

W czasie gry podkreślono ważność eventów i do pewnego stopnia są istotne. Jednak taki festiwal sportu nic nie znaczy. Podobnie jest z egzaminami i lekcjami dodatkowymi. Nie daje to możliwości zbliżenia się do innego amanta. Po prostu: dalej, dalej i koniec. Jak się przyjrzeć paskom w statusie można zauważyć pewną granicę i potencjalny przełom. Okazało się jednak, że dzieje się to wcześniej. Jeej, może to się skończy w końcu.


Opcja z sms miało coś wnieść. Teoretycznie pomaga gromadzić info o bohaterach podobnie jest ze forum szkolnym. A tak naprawdę to można to olać. Kompletnie nie wiadomo dokąd ta gra zmierza. Początkowo wydawało się, że celem jest nabicie miłosnej reputacji. Po zrobieniu pewnych kamieni milowych zaczyna się coś zmieniać. Zaangażowania było znacznie więcej, nawet dodano cukierkowe momenty. Nie zmienia to faktu, że dałoby się zrobić lepiej.

W czasie pierwszych wakacji można zacząć pracę dorywczą. Tylko, po co? Nie ma opcji swobodnego dawania prezentów. Owszem raz było, ale startowa kasa pokryła zakup. Zabawne jest różnica stawek, jakie można dostać za dzień pracy. Na automatach jest 4.500 yenów, a kawiarnia 6.000 tyś yenów. Taka ciekawostka, po kiego grzyba tak to ustawili.

Początkowo pisałem, że poszczególni adoratorzy się od siebie różnią. Jednak ich występy były w późniejszym czasie zminimalizowane do minimum. Jak już się kogoś wybrało to tamci stali się jedynie nieistotnym elementem tła. Żeby zdobyć ujemne punkty naprawdę trzeba by się starać, bo gra tylko raz może dwa daje taką możliwość. Jak się nie wstrzeli we właściwą odpowiedź. Widać było plan na pewne skoki w bok. Tyle że ewentualna rywalka, która słynie z odbijanek nie raczyła nic zrobić. Wielka szkoda, bo mogło być naprawdę ciekawie.


Wreszcie skończyłem tego potworka. Gra strasznie zaniedbała aspekt fabularny. Praktycznie nic się tam nie dzieje. Ktoś może wyskoczyć z wątkiem plażowym, imprezami szkolnymi itp. Jednak są one rzadko, a do tego przez większość czasu przeklikuje się poszczególne dni. Gra zajęła mi ponad 10 godzin. Jakby skróciło się, chociaż do 5 to nic by się nie straciło. Natomiast sielankowe bezsensowne życie nie dobijało.

Gra w żaden sposób nie zachęca, aby spróbować z pozostałymi. Mierna to produkcja. Z dobrym początkiem na coś więcej, a potem nic. Teraz zabieram się za wersję dla chłopów, gdzie boginie będą zdobywać serce protagonisty (śmiech).
Share:

Recenzja Dante Inferno na PSP

Ogłoszenie parafialne: skończyłem ogrywać tytuły na konsolach Sony. Nie oznacza to, że nie pojawi nic więcej na blogu. Chodzi jedynie o to, że teraz przez jakiś miesiąc dwa będą omawiane tytuły z Nintendo, a następnie z Xbox’ów.

No dobrze skoro już wiemy co i jak to przejdę do recenzji gry Dante Inferno wydanej na konsole 7 generacji i PSP. Specjalnie podkreśliłem to ponieważ ten właśnie port jest recenzowany w tym tekście.


Pierwsze wniosek po przejściu kampanii był taki klon God of War z pewnymi różnicami. Oczywiste jest zmiana religi, ale nie do tego zmierzam. Chodzi o same dobijanie wroga, gdzie trzeba było masakrować „kółko” na padzie.

W GoW wnerwiało mnie to niemiłosiernie specjalnie kłaść pada, a następnie robienia prawie tego samego co z bossem. W DI tego na szczęście nie było chwała Bogu (śmiech). No, ale tak na poważnie jest spora ulga jak nie trzeba powtarzać jednej czynności z takim „entuzjazmem”.

Dante miał być pogromcą Kratosa, o ile to w ogóle jest to możliwe. W pewnym sensie udało mu się to, bo raz dorównał jeśli nie przewyższył okrucieństwem, a dwa jego wachlarz umiejętności o wiele bardziej jest przystępny.


Jest to o tyle dziwne z tego powodu, że miałem nieodparte wrażenie, że liczba skilli była skromniejsza. Nie sprawdzałem tego. Twierdzenie opieram jedynie na tym jak zapamiętałem pierwszą część GoW na Ps2.

Fabularnie jest nawet dobrze, doskonale widać co się stało i czemu protagonista jest tam, gdzie jest. Skłonny jestem pochwalić twórców jak zaprezentowali duchownych, którzy wysłali krzyżowców do Ziemi Świętej. Ich chciwość i zło, aż się wylewało, co w sumie pokrywa się z rzeczywistością.

Natomiast jak się już przejdzie dalej jest po prostu zadawalająco. Nie jest to wybitna historia, wróć ekranizacja, bo samo dzieło literackie to inna klasa ma się rozumieć. Sytuacja się zmienia jeśli chodzi o same poziomy i ich zawartość.


Poszczególne kręgi nie są jakieś długie, a raczej krótkie. Dzięki temu nie zdążycie się nimi znudzić, ale też nie nacieszyć. Mimo ograniczeń platformy jaką jest PSP to czuć epickość na każdym kroku. Jak to ktoś zauważył nikt nie chciały się tam znaleźć.

Walka z przeciwnikami jest całkiem wymagająca, a co niektórzy bossowie są naprawdę ciekawie zaprojektowani. Skoro o nich mowa to nie będzie to wielkim spoilerem jak wspomnę, że spotka się tam rodzinkę. Najbardziej mnie zastanowił szwagier Dantego, który nic nie zrobił złego, a mimo to trafił do piekła.

Jedną z rzeczy do których muszą przyczepić jeśli chodzi o walki z szefami jest znikający za ekranem znaczek R, który sygnalizuje możliwość wykończenia wroga. Jeśli się go nie zauważy trzeba powtarzać końcową rundę. Nie jest to zasadą, bo w większości jeden może dwa przyłożenia ponownie uruchomią qte.


No dobrze, ale jak lub czym walczy się z tymi piekielnymi hordami? Krzyżem, który robi za magiczny artefakt i kosom, którą się „pożyczyło” od kostuchy. W trakcie przejść między kręgami można trafić na dusze, które można ukarać lub wysłać do raju. Zależnie od wyboru będzie się dostawać Pd do kosy lub krucyfiksu.

Nie ma możliwość wymaksowania obu drzewek jednocześnie, a przynajmniej w pierwszym podejściu. Twórcy udostępnili New game + i tam z stanem końcowym można znów zrobić przebieg po piekle i odblokować brakujące umiejętności.

Oprócz wspomnianych duszyczek są jeszcze do odnalezienia srebrniki Judasza. Będą potrzebne do odblokowywania ataków itp. Mała ciekawostka jeśli chcieliście kogoś uratować z potępionych z portu na stacjonarną konsole to włączała się gra rytmiczna podobna do Gutitar Hero Live. Natomiast w wersji na handhelda już tego nie ma.


W samym Dante Inferno nie zabraknie też zagadek. Większość z nich przechodzi się samoczynnie. Nie jestem pewny, czy te etapy były częścią łamigłówek, ale nie raz można było stracić orientacje, gdzie należy się udać. Przyznam, że to trochę męczące było.

Podsumowując DI na PSP dobrze się zestarzał. Gracze co prawda skarżą się na wersje na duże konsole, ale w tym przypadku tego nie było czuć. Animacje wciąż zachwycają płynnością i praktycznie błędów nie było. Mniejsza liczba skilli umożliwiła szybsze zapamiętanie i wykręcanie dłuższych combosów. Sądzę, że mogę wystawić Dante Inferno 8/10.

Share:

Recenzja LittleBigPlanet na PSP

Platformówki jak one by one wyglądały, gdyby Nintendo opatentowało skakanie? Tego nie wiem, ale jasne jest dla mnie, że LittleBigPlanet jest grą wyjątkową.

Perspektywa wiele może zmienić w grze i dzięki czemu zadziwi odbiorców końcowych. W szkole uczono o niej na podstawie przykładowych ilustracji. Hmm, a jakby tak dodać pewien zmiennik w tym jak widzimy postać ruszającą się pozornym środowisku 2D?


W ostatnim czasie ograłem sobie LittleBigPlanet na PSP. Sięgnąłem po ten tytuł z czystej ciekawości. W poprzednim tekście, o którym omawiałem Crusha wspominałem o problemach w ocenie wspomnianej perspektywy.

W LBP nie dość, że wszystko jest widoczne jak na dłoni to jeszcze twórcy wykorzystują pozorną grafikę 2D do urozmaicenia rozgrywki. Gra ta nie jest trudna, co to, to nie. Przechodziłem ją z włączonym podcastem lun innym vlogiem w tle. Nie oznacza to, że się nudziłem w czasie kampanii.

Tak jak wspomniałem wcześniej większość kampanii jest prościutka. Dopiero na sam koniec wyłapałem parę momentów, które wymagały nieco większego zaangażowania. Zabawne jest to, że gdyby tak wyglądała rozgrywka od samego początku nie odczułbym jako dyskomfort.


Mogli sobie darować, bo ten nagły skok wyrwał mnie i pewnie innych graczy z sielankowej atmosfery tej jakże sielankowej produkcji. Oprócz tradycyjnych elementów platformowych umieszczono tu niewielkie zagadki logiczne. Na każdym poziomie spotyka się „npc”, a właściwie makiety. No mniejsza…

Bohaterowie ci lubią prosić lub właśnie dawać problem do rozwiązania. Rozgryzienie ich jest tylko czystą formalnością. W niektórych sytuacjach można załatwić sprawę po swojemu np. zamiast dotargać źródło zasilania można wykorzystać balonik, który służył tylko do przejścia na wyższe piętro do dodarcia na metę.

Gdzie nigdzie zostawiono nieświadomie furtki, które robią to samo. Skróty tego typu nie umieszczono specjalnie. Lecz każdy kto wie co to speedrun i tak znajdzie niedociągnięcia tego typu do bicia rekordów przejścia kampanii.


Skoro się tak przymierzam do samego trzonu LBP. Jeśli miałbym z czymś porównać ten tytuł to bez wahania wskazałbym Super Mario Maker. Podobieństwa są bardzo wielkie i nie próbujcie z tym dyskutować.

Na dzień dobry na płycie jest przygotowane sporo poziomów do przejścia. Dalej, podobnie ma się sytuacja z pobieraniem małych dzieł sztuki przygotowanych przez innych graczy. Wisienką na torcie można uznać tryb tworzenia własnych poziomów. 

Jak widzicie wydana w 2008 r. LittleBigPlanet na Ps3 i rok później na PSP jest „inspiracja” dla Nintendo. W sumie warto sprawdzić, czy Sony pozwała ich o to. No mniejsza, oprócz przyjemnej rozgrywki mamy też tu fabułę z którą trzeba się zapoznać.


Ok., naciągnięte jest to stwierdzenia jak cholera, ale po włączeniu LBP to samo intro sprawia takie wrażenia. Narrator zarówno w angielskiej i polskiej wersji językowej wywołują takie złudzenie. 

Jednak im dalej w las tym mniej drzew. Nie przeczę, że są tu jakieś mini historie jak z Małpim Królem Złodziei, ale jedna jaskółki wiosny nie czyni.

Przejdę do bardziej prozaicznych części, a mowa o błędach, muzyce, czy też o oprawie graficznej. LittleBigPlanet nie zdołało uciec od niedociągnięć typu problemów z fizyką. O dziwo twórcy przewidzieli to i można było cofnąć do punktu kontrolnego po przez wysadzenie się w powietrze.


Co jednak jeśli to jest jedynie zawadzenie o jakąś przeszkodę? A no, trzeba się ciut pomęczyć i na spokojnie się wydostać. Nie jest to jakieś szczególnie upierdliwe, ale zawsze zawraca na siebie uwagę. Dalej, muzyka na każdej mapie charakteryzowała się podkładem dźwiękowym tak, aby oddać klimat miejsca w którym się akurat znajdowałem.

Jak sam tytuł podpowiada wszystko rozgrywa się na małej wielkiej planecie w tym przypadku ziemi. Grafika jest cukierkowa co w ogóle w niczym nie przeszkadza. Nałożono nacisk na interakcje między graczami nawet w trybie singlowym. Zacieszki i strojenie uznano za coś tak ważnego, że dodano parę filmów instruktażowych.

Podsumowując, wszystko to jest naprawdę pocieszne. Gra nie jest jakaś długa, bo zaledwie trzy godziny. Bawiłem się dość dobrze. Nie jestem jednak przekonany, czy chciałbym wrócić ponownie do LittleBigPlanet. Póki co mogę polecić wam ogranie tego tytułu. Ocena końcowa 8/10.

Share:

O PSP i Crash of the Titans słów kilka


Oto pierwsza recenzja gry z PSP na blogu. Spokojna głowa w kolejnych miesiącach będą się pokazywać kolejne tytułu, ale nie będę się tu rozpisał po próżni. Sami zobaczycie. 

W czwartek pisałem już na Fb o wstępnych wrażeniach z gry Crash of the Titans. Powiem wam szczerze nie mogłem się nadziwić jaka moc znajduję się w tym niepozornym sprzęcie CotT jest niezwykle grywalny, a do tego wygląda obłędnie. 

Postaram się jak to ja omówić zarówno Crash of the Titans i moje wrażenia z użytkowania PSP. Zacznę od handhelda. Jest boski mimo swoich lat. Zanim się w niego zapatrzyłem czytałem różne artykuły i oglądałem materiały wideo na jego temat. Dowiedziałem się dość sporo zarówno o PlayStation Portable i kolejnej generacji PS Vicie. Jasne było, że brak gier zniszczył młodszą siostrę, a stało się tak między innymi przez zaniedbania Sony.

Ok, przyjąłem to do wiadomości, ale tak naprawdę doszło to do mnie, jak zacząłem grać w Crasha. Japończycy mieli „bombę atomową” (taki sucharek), a zamiast zmiażdżyć konkurencję to zawalili na całej linii. Wielka szkoda, no trudno. Przejdę do tematu, mam nadzieje (śmiech).

Konsola jest wyjątkowo poręczna. Nie jest ciężka, bardzo cicha mimo, że ma napęd na płyty umd. Zaopatrzyłem się w egzemplarz z ostatniej serii wartej zakupu, a chodzi tu o 3004. Wyświetlacz jest bardzo dobrej jakości. Dźwięk czysty i bateria trzyma 4 godziny ciągłej gry. Więc nie mogę narzekać. Nie będę się rozwodził o stanie tego egzemplarza, bo to sprawa drugorzędna, a do tego kwestia jak używał jej poprzedni właściciel. Menu jest takie samo jak w PS3, bo z PSP je powielono. Płynność przechodzenia między poszczególnymi zakładkami była jak najbardziej w porządku. 

Ale was zapewne interesuję jak się na tym grało zalety i wady, o ile takie były. Początkowo nie mogłem się przyzwyczaić to suwaka, gałki spełniającej funkcje grzybka w padzie. Odczuwałem jego toporność do której musiałem się przyzwyczaić. Na szczęście wystarczyło trochę poużywać i zaczął działać z odczuwalnie lepszą jakością.

Kolejną istotną sprawą było sposób trzymania konsoli. Suwaczek włączający PSP jak i przycisk wyłączający grę jest bardzo, ale to bardzo blisko dłoni i przez to bezwiednie je użyłem, skutkowało to problemami natury technicznej, a mianowicie wyłączała się. Responsywność krzyżaka i pozostałych przycisków odpowiadających za sterowanie działały bez zarzutu przez co mogłem w pełni czerpać radość z grania.  

Wyświetlacz LCD jaki jest zamontowany w PlayStation Portable 3004 nie cierpi na martwe piksele tak jako miało to miejsce w wersji fat. Obraz naprawdę jest czysty i daje to co najlepsze, a przypominam, że piszę tu o używce. To co mnie najbardziej zaskoczyło była grafika. Nie mogłem początkowo się nadziwić jaka jest piękna. Pierwsza myśl była taka, że mam PS3 w wersji mobilnej. Po doświadczeniu takim wiedziałem już czemu sprzedało się ponad osiemdziesiąt milionów egzemplarzy. 

Zaraz powie ktoś, hola, co ty gadasz jedna gra już takie twierdzenia? No niejedna potestowałem też możliwości tej konsolki w innych tytułach, chociażby w Dante Inferno, czy God of War.
Póki co jestem naprawdę zadowolony. Jeśli będę miał coś jeszcze do dodania to napisze w kolejnych tekstach.

A dziś zagram w
Teraz przyszła pora na omówienia Crash of the Titans. Solidna platformówka połączona z beat em up.  Z jednej strony odgrzewany kotlet 3D, a z drugiej coś nowego smakowitego. Produkcja daje to coś co zachęca do dalszej gry. Przez większość kampanii czułem syndrom jeszcze jednej tury. Ze swego rodzaju ciekawością oczekiwałem kolejnych niespodzianek. Miałem też swoje oczekiwania w końcu protagonista był Crash Bandicoot. Nie zawiodłem się dostałem naprawdę solidną produkcję.

Fizyka działa tak jak powinna. Crash nie jest ani ciężki ani lekki. Uważam, że jest sam raz, dzięki temu łatwo wyłapać rytm poruszania się. Reakcje są naprawdę płynne, a przez to tempo rozgrywki nigdy nie spada.


To co wyróżnia tę grę są „tytani”, czy też mutanci stworzeni przez doktora Cortexa. Gdy tylko wbije się odpowiednią liczbę gwiazdek, mogłem przejąć nad nimi kontrolę. Każda z bestii miała swoją specjalną umiejętność. Przyznaje całkiem interesujące. Niestety walka z nimi na dłuższą metę była powtarzalna. Si najczęściej ustawiało się w tryb całkowitego blokowania zadawanych obrażeń. Istniał tylko jeden sposób, aby przełamać obronę. (Sami musicie wpaść jak ;p). 

Poszczególne poziomy miał swój indywidualny charakter, jedynie gdzie nigdzie powtarzały się etapy z jazdą na „desce”.

Fabuła rodem z Hiszpanii
Nim podsumuje ten hybrydowy tekst parę uwag dotyczących fabuły, a w szczególności przerywników. Dawno je miałem do czynienia z tak świadomą produkcją. Cutscenes trwały zaledwie ok. 18 minut, ale znalazły się tam perełki w których czwarta ściana została przełamana. A jeśli komuś było mało twórcy podśmiewają się z różnych sztuczek filmowych jak np. zrobienie dużego zbliżenia na twarz antagonisty w celu wywołania niepokoju u widzów.


Ciemna strona mocy
A teraz przyszła, a dobra wiecie na co. Błędy ech, jako takich nie było w pewnym senisie. Mam dwa zarzuty. Numero uno ocena gdzie się znajduję awatar, a ujmując rzecz ściślej, czy wyląduje się tam gdzie się chce. No nie zawsze się da, wielokrotnie poddawałem się złudzeniu i lądowałem parę metrów dalej lub bliżej. Skutki były rozmaite nie da się ukryć. Kolejną bolączką jaką odczułem to regeneracja co silniejszych przeciwników. Aby pokonać wroga należało go na tyle stłuc, aby wbić wszystkie gwiazdki jakie się nad nim pokazały, jeśli się nie udało licznik się zerował. 

Oznaczało to wtedy, że cały proces należy powtórzyć i tak, aż do pożądanego skutku. Naprawdę idiotyzm. Teraz wiem jak mogliby się czuć Npc w grach, którzy starają się wykończyć gracza, a ten się chowa i regeneruje. Pół biedy jak się tylko trzeba uczyć ruchów bossa, gorzej jak trzeba walczyć z głupią mechaniką w grze.     

Kończę ten recko recenzencki tekst lol. Zakup się powiódł i możecie mi wierzyć, że psp ma dużo więcej zalet, ale pozwolę wam samemu je odkryć. Kupcie sobie konsolkę i jakąś fajną grę, której nie mogliście do tej pory zobaczyć na pewno nie pożałujecie. 

A wy gracie na PSP, a może daliście szanse PS Vita? Napiszcie w komentarzach, o waszych ulubionych konsolach kieszonkowych i grach. Może i ja w nie pogram?

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie