• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xbox 360. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xbox 360. Pokaż wszystkie posty

Recenzj Gears of War 2 (Xbox 360)

Jak wpadnie się już trybki to nie ma jak z nich wyjść. Prawda to jest, bo gdy raz się zrobi się coś dobrze wtenczas trzeba kontynuować, aż do skutku.  


Gears of War 2 wydane na Xbox 360 zaledwie dwa lata po pierwszej części. Grając tą część szybko dopada człowieka wrażenie, że gra ponownie to samo co te parę lat wcześniej. Główne założenia praktycznie się nie zmieniły. Dalej się brnie od areny do areny przez ciasne korytarze dzikiego świata.


Jeśli zapoznaliście się z recenzją pierwszej części, o tutaj to praktycznie wiecie wszystko czego można się spodziewać po tej odsłonie. Mimo tego co napisałem są kosmetyczne, ale zawsze jakieś różnice. Pierwszą i w sumie najważniejszą to ciężar biegu. Panowie napakowani testosteronem biegają o wiele lżej niż ostatnio. Czyżby przeszli na dietę?

Idąc dalej, ale bez dowcipkowania łatwo było zauważyć spory nacisk na kooperacje. Zaczynając od tego, że gracze mogą się wzajemnie ratować, a kończąc na tym, że gra oferuje parę atrakcji dla tych, co się zdecydują przejść po raz drugi GoW, aby wybrać nieco inną ścieżkę. Mam jednak wątpliwości, czy te parę etapów jest tego warte.

Stan techniczny gry jest naprawdę zadawalający dopiero na samiutkim końcu jak się pokazało więcej szarańczy konsola zaczęła się co nieco dławić. Żeby nie było nie chodziło o przecinków z którymi trzeba było walczyć, a spełniających rolę dekoracyjną.


Wroga armia może się pochwalić całkiem ciekawymi jednostki. Lecz nawet nie oni są najważniejsi, a bossowie. Lepiej byłoby nazwać ich mini szefami, bo nie były to w moim odczuciu klasyczne walki, a większe przeszkody mające jedynie chwilowo przystopować to co się dzieje. W wielkim zamiłowaniem dodawano więc wszelkie aktywności wymagające celnego oka, a jednocześnie zapomniano dodać systemu wspomagania celowania.

Nie było jakoś tragicznie i w stosunku do Hardline grało się znacznie lepiej. Jednakowoż wszelkie etapy, gdzie kazano celować z całkiem sporą dokładnością nie należały do przyjemnych. Dodatkowo devowie szybko przyzwyczają do tego, że ołów będzie się sypał na tony. Trafiłem jednak na moment, gdzie było dość cienko co do posiadanej amunicji.

Jasna sprawa, że można zabrać  giwerę trepowi i po kłopocie. Wspomnę jednak o samych skrzyniach z amunicją, które leżą dość często, czasami, aż za bardzo. Sprawiało to wrażenie, że coś tu jednak jest nie tak. Mógłbym teraz od tak przejść do fabuły, ale zostawiłem małą niespodziankę. Kiedy w pewnym momencie trzeba wykorzystać dźwig do przejścia na drugi budynek to stało się coś czego się nie spodziewałem i raczej nie należy tego spostrzegać jako rzecz zamierzoną. Za pomocą platformy dało się podnosić szarańczę i po chwili takowy osobnik ginął od tak. O co w tych chodziło? Jeśli wiecie napiszcie w komentarzach.


Fabuła, no cóż, do pewnego momentu uznałem ją za najsłabszą część kampanii Gears of War 2. Gram i gram czekając na coś ciekawego i nawet o dziwo się doczekałem. Co autor miał na myśli było dość oczywiste. Dlatego widzę jaki zmarnował potencjał tego jakże ważnej sytuacji. Żeby nie psuć zabawy nikomu, a nakręcić to jakoś napisze tak. GoW nie jest misją eskortową, a więc wszelkie wzruszające momenty jakie mają nastać kończą się zawsze tak samo.

Stare powiedzenie mówi, że najlepszą obroną jest atak. Rany boskie, nie zapomnę jak ta kampania wielkich obrońców wyglądała pokracznie. Z jednej strony nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wygrana jest czymś poza ich zasięgiem i to dosłownie. Potem jest cięcie i wszystko się odwraca i pyk całość.

Podsumowujmy czy warto zagrać Gears of War 2? Bossowie są na pozór, bo o ile wszelkie elementy charakterystyczne są to nie stanowią takiego wyzwania jak być powinno. W czasie kampanii mogłem w pewnym momencie poczuć się jak Kratos z przedostatniego God of War. Wiąże się to z jedną z najbardziej krwawych scen jakie dane było mi zobaczyć. Pewne etapy jakie dodano miały być swojego rodzaju odskocznią. Mam wobec niech mieszane uczucia, bo jazda na trollu lub strażnikach z Matrixa trochę zaburzały tempo, a jeszcze bardziej rozgrywkę, która przyzwyczaja do pewnych standardów. Uważam, że kampania jest zrobiona typowo pod grę w duecie. Dopiero wtedy naprawdę pokaże co tam w niej drzemie. Ocena końcowa 7/10.





Share:

Recenzja Lollipop Chainsaw

W czasach kiedy wszystkich można obrazić czymkolwiek. Jeden człowiek pokazał temu środkowy palec. A wtenczas bóg powiedział: k*rwa to jest dobre.

Lollipop Chainsaw zostało stworzone przez nikogo innego jak samego Goichi Suda (Suda51). Produkcję ogrywałem na Xbox 360, gra jest również dostępna na Ps3, a więc bez konsoli się nie obejdzie.

Początek jak początek, od samego intra wiedziałem, że coś jest nie tak. Jakoś niesterylnie tak niegrzecznie jak na dziejesz czasy. LC pochodzi jeszcze z 2012 r. kiedy to rak „grzeczności” jeszcze nie był tak silny.

Coś jednak od samego początku mówiło mi, że jakoś za japońska to gra. Ten humor rodem z anime lub ecchi. Nie myliłem się sprawdziłem dopiero w necie kto był autorem (patrz drugi akapit).  

Lollipop Chainsaw to z jednej strony zwykły slasher, ale jest tak jeśli będzie się go analizować pod kątem rozgrywki. Jednak po dodani aspektów wizualnych i innych nieszablonowych pomysłów mamy ostrą jazdę po bandzie. (No dobrze są jeszcze lepsze, ale ta nada się na rozgrzewkę).

Protagonistką jest pomponiara lub jak mawiają amerykanie cheerleaderką. Juliet Starling to chodzące wcielenie kiczu filmowego z nastolatkami w roli głównej.

Na dodatek ma wielkie „oczy” i nie tylko na tym można zawiesić oko. Z tego samego powodu feministki mogą odpuścić sobie tą grę, bo dość często będzie walić seksizmem, (co pewnie przyciągnie męską publikę).

Oczywiście na tym absurdy się nie kończą. Akcja toczy się w San Romero, hmm jakoś dziwnie znajome nazwisko. Chwila, a tak wielki artysta i twórca horrorów o zombie. Jak widać nazwa zobowiązuję i w mieście zapanowała, a jakże apokalipsa nieumarłych.

Skoro jesteśmy przy nich, mamy tu całą plejadę uszeregowaną tematycznie. Od profesorów, przez uczniów, policjantów, aż do nerdów. Dla każde coś zgniłego, jakkolwiek to nie zabrzmiało. Same umarlaki serwują jakieś swoje mądrości od pieprz się suko, po aż kocham Cię itp. W większości przypadku nie da się zrozumieć.

Na ich szczycie znajdują się bossowie. Każdy z nich reprezentuję inny gatunek muzyczny od punk rock, przez funk, metal po rock and roll. Walki z nimi nie są trudne. Praktycznie jedzie się po nich jak po łysej kobyle.

Nie jest to złe, bo można bardziej się skupić na ich kreacji i oryginalnych mechanikach, które się nie powtarzają. Warto dodać, że są równie wygadani, a wiec uważajcie na ich słowa. Może zaboleć…

Każdy szef to osobna lokacja, a ekran wczytywania będzie pokazywał się dość regularnie. O dziwo poczciwa konsola wciąż daję radę i jakoś dało się to przetrzymać.

Rozgrywka, jaka jest w slasherach, każdy widzi. Szybka, dynamiczna i zawrotna. Tutaj mamy oczywiście to zapewnione i wraz z postępami zdobywamy walutą wewnętrzną potrzebną do odblokowania skilli.

Tyle, że brońmy będą pompony i tęczowa piła łańcuchowa to nie żart. Podstawowy atak, który jest pod Y jest dość wolny, warto go używać już w połączeniu z innymi kombinacjami. Długo nie będzie się na to czekać.

Szybko odblokowuję się to co przypadnie, każdemu do gustu i będzie można szybko zaszaleć. Wraz z kolejnymi rozdziałami pozna się resztę rodziny Juliet, którzy są łowcami zombie. Nie mówiłem wam o tym? Ups…

Piła wraz z rozwojem daję dodatkowe opcje bojowe. Najlepszym przykładem jest zmiana w mobilnego gatlinga. Przy tej okazji muszę wrzucić pierwszy kamyczek do ogródka twórców. Automatyczne namierzanie działa dość kiepsko w momencie jak chce się trafić konkretny cel.

Łatwo temu zaradzić i wyłączyć tą opcję. Wtenczas upierdliwy zombie baseball polegający na zdobywanie baz i eksterminacji konkurencji nabiera rumieńców. Jeśli chodzi o inne dolegliwości to można wspomnieć kamerę, która rzekomo nie radzi sobie w ciasnych pomieszczeniach.

Osobiście nie doświadczyłem tego, a wiem o tym jedynie z materiałów jakie przeczytałem. Jeśli graliście Deadpoola to wiecie czego się spodziewać pomiędzy walkami z bossami. Dla tych co niemieli tej przyjemności uprzejmie wyjaśniam.

Liczne mini gry jak choćby baseball, czy koszykówka w której z góry był podany wynik jaki należało przebić w określonym czasie. Nie zabraknie też nawiązań do Pac-Mana i innych retro gier z ubiegłego stulecia.

Istotną choć mało ciekawą aktywnością będzie ratowanie kolegów ze szkoły. Jeśli się wam uda będą nagradzać medalami. Jeśli nie, no to będzie jeszcze jeden truposz do odstrzału. Warto jednak się do tego przyłożyć z dwóch powodów.

Pierwszy to kasa za którą będzie kupować umiejętności, apteczki (lizaki) kupony itp. o tym za chwilę. Ważniejszą sprawą jest fakt, że wpływaja to na zakończenie, które pokazuję się po napisach końcowych. Jeśli nie dotrwacie to nawet nie będziecie tego świadomi. Podobnie było w The Darkness 2.

Co do sklepu można zaopatrzyć się w rzeczy wymienione wyżej jak i przedmioty kosmetyczne np. skiny. Możecie mi wierzyć dla każdego coś zbocz… dobrego się znajdzie, tak właśnie. Dodatkowo będą tam piosenki do odblokowania, można samemu sobie je ustawiać w playliście.

Tyle co do tematów mechanikowo – rozgrywkowych. Czas na fabułę. Nie jest ona jakoś zawiła, czy ambitna. Za to dość zakręcona i czuć, że nie miała być poważna. Nie obśmiewa jakiś szablonów, ale stara się dać trochę radochy.

Bohaterowie są przerysowani i relację między postaciami to istna kompilacja wszystkiego co najlepsze np.: Misiu, tata Cię polubi. Co rzecz jasna nie będzie prawdą, aż do przełomowego momentu jak mu się odmieni. Co zabawniejsze niby czemu ma tak się stać? Kochaś córki robi za brelok (to ten z okładki gry).

Nie próbujcie odpowiadać na pytania co, czemu i dlaczego. W Lollipop Chainsaw nie ma za grosz logiki i w tym tkwi jej piękno. O dziwo Nick stara się zachować normalny punkt widzenia na bieżącą sytuacje, ale czy to ważne?

Same relację i wątek miłosny jest oparty na dziele Szekspira. Podpowiedź to imię protagonistki. Czy warto wnikać w ich relację? No cóż mamy tu skrzyżowanie typowej nastolatki „idiotki” i sportowca szkolnego. Taki zestaw mówi sam za siebie. Co nie zmienia faktu, że przyjemnie się słucha wymianę zdań pomiędzy nimi.

Podsumowując Lollipop Chainsaw to produkcja na zaledwie sześć godzin. Jeśli jednak komuś było mało można włączyć New game + i walczyć w światowym rankingu,  o ile ktoś to jeszcze robi. Poziom trudności jest domyślnie prosty i tylko gdzie nigdzie może zmusić do powtórek (patrz. Gry nas czas i qte). Fabularnie też niczego nie brakuję jak na ten gatunek. Ocena końcowa 8/10 (jakbym wykupił skin bikini dałbym więcej (śmiech).

Share:

Recenzja Dragon Age 2


W ostatni weekend była posucha to teraz się zmieni! Udało mi się z pewnym opóźnieniem skończyć grać w grę. Ale czy było warto? Zaraz się przekonacie.

Po wielu latach udało mi się w końcu dorwać drugą odsłonę Dragon Age. Pierwszą część przechodziłem kilka razy i powiem wam, że największe wrażenie zrobiła po pierwszym przejściu. A jak się ma sytuacja z kontynuacją? Jeśli poczytacie w sieci komentarze to znajdziecie głosy mówiące pochlebnie opinie jak i takie twierdzące, że to tylko skok na kasę.

Niezależnie z kim się zgadzacie to wiedzcie, że są to tylko subiektywne poglądy. Nie przeczę, że da się zrobić bezwzględny skok na kasę, lecz tutaj takiego nie było. Tak jak zawsze rozbije to na części pierwsze (no bez przesady) i przybliżę co i jak.


Zacznijmy od tego co nie wyszło w moim odczuciu. Wszelkie decyzje jakie dokonało się w pierwszej części nie mają w sumie znaczenia. Prawda, spotkamy paru znajomych, a nawet dowiemy się co się stało na kontynencie. Niestety nie ma to znaczenia. Kampania nijak się nie zazębia z poprzednią odsłoną. Dlatego możecie śmiało sięgnąć po tą odsłonę i zagrać bez obaw, że czegoś nie zrozumiecie lub umknie wam jakieś nawiązanie zgrabnie wplecione między zadania poboczne.

Kolejną bolączką tej odsłony jest backtracking. Map jest co prawda kilka, ale to za mało przy liczbie godzin, które spędzi się  w grze. Dragon Age 2 ma także ciekawe błędy rodem z programy Gry z Kosza. Zapytacie jakie? Już śpieszę z odpowiedzią. Mój ulubiony to znikające jeden po drugim elfy z zaprzyjaźnionego klanu, które spotykamy po wykonaniu q dla towarzysza, inny ciekawy moment to jak naczelna kapłanka idzie po schodach. Nic nie było w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że była w połowie zanurzona w nich.


Szczęśliwie więcej takich smaczków nie zobaczymy w końcu mówimy tu o produkcji 3a. To co mnie osobiście poirytowało w czasie kampanii był wymóg posiadania określonych statystyk, aby móc włożyć określony ekwipunek. Fakt, że wykonywałem wszystkie zadania jak leci nie przyspieszyło tego jakże wolnego procesu.

Było narzekanie to teraz chwalenie, choć przy omawianiu systemu walki będę musiał wytknąć małe niedociągnięcie.

Opowiem wam  ciekawą historię…
Najmocniejszą stroną, DA2 jest fabuła. W pieszych godzinach kampania praktycznie mnie wciągnęła mimo, że nie była wybitna. Zaczynamy od ucieczki przed pomiotami. Wojna dobiega końca i trafiamy do „Wieży Babel”. W sumie prawie, że dosłownie, bo wrogą atmosferę można kroić nożem. To co mnie ujęło w pierwszych godzinach było wyraźne rozdzielenie fabuły na lata w jakiś się odbywała.

Sprecyzuję tę myśl dokładniej, po wykonaniu pierwszych zadań w nowym domu mija rok. Potem jest tylko lepiej, bo mamy nawet ok. 3 lata luki. Skok za skokiem, że się tak wyrażę.


Drugim istotnym elementem w kampanii to brak celu. Chodzi o ten jedyny słuszny, o którym twórcy muszą informować gracza z subtelnością młota pneumatycznego. Tutaj tego nie doświadczymy. Choć o dziwo devowie podeszli do sprawy znacznie delikatniej, ujawniali stopniowo to co się wydarzy. Konflikt, który został pokazany między templariuszami, magami i Qunari. 

No dobrze, ale co będzie się robić przez całe Dragon Age 2? Łoić moby, bandytów itp. i raz na jakiś czas komuś się zafunduje kosę pod żebro. Proszę o nie kopiowanie tego cytatu jest to duży skrót myślowy. Najbardziej ciekawe zadania będzie się otrzymywało od towarzyszy i w sumie warto je wykonywać. Przekonacie się czemu na samym końcu.

Nie zabrakło też fedeksów, czy jak Ja je nazywam przenieś, zanieś pozamiataj, są jeszcze „ciekawsze” misje. Nie będę o nich się rozpisywał, bo robią się w sumie same i tak przy okazji. Zapychacze, które nie są kulą u nogi na szczęście. Brakuje mi jednak wędrówek, a rzecz ujmując jaśniej obozowisk. Co prawda rozmowy z poznanymi bohaterami została zachowana, ale jednak nie to samo.


Kolejną istotną sprawą są relacje między bohaterami i możliwość romansowania. Ci co są poprawni politycznie lub przewrażliwieni na punkcie LGBT to niech przejdą do dalszego akapitu. Totalna gejoza. Babeczek jak na lekarstwo, a zamiast tego mogłem mieć cały męski harem (błe) Tylu pedziów jeszcze nie widziałem na raz. Nikt nie słyszał w EA o zdrowych i normalnych związkach? 

Jak już wybierzemy z całych dwóch panien z czego jedna z nich nie jest zupełnie zainteresowana związkiem z protagonistą musimy się zadowolić tym co dali. Na pocieszenie powiem, że Merrill jest naprawdę pocieszna. Z jednej strony mamy dzielną dziewczynę, która dąży do swego celu, a z drugiej słodką niezdarę, która się chce opiekować i nie tylko…  W takim wypadku lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

W DA2 nie można kupować prezentów w celu zdobycia przychylności naszej drużyny w sumie nawet gotów jestem zaryzykować, że zmotywowanie ich do odejścia będzie znacznie trudniejsze niż przekonanie do siebie. Sam system przyjaciel / rywal jest trochę spaczony. Przekonałem się o tym jak dostałem negatywną ocenę za odstąpienie od zadania, które po chwili przyjąłem i też skończyło się reprymendą.


Przejdę teraz do umiejętności i rozwoju naszych milusińskich. Nie będzie tu możliwość stworzenia sobie krasomówczego krasnoluda lub łotrzyka elfa. Mamy tylko trzy klasy, wspomniany złodziej, mag i wojownik. Jedyne co możemy wybrać to wygląd i płeć swoją i rodzeństwa. Trochę się pobawiłem w edytorze, lecz domyślny wygląd był najlepszy. Brakowało tylko zakładki sklepu z skinami itp. do „szczęścia”.

Same dialogi też zasługują na wspomnienie nie tylko dlatego, że są zabawne, ale i z tego też powodu, że podział ich jest dość prosty. No może nie do końca. Czempion jak nazywają głównego bohatera mówi coś innego niż piszę. Żeby było śmieszniej rozmówca rozumie to jeszcze inaczej. Jedyną ciekawą mechaniką jaką wrzucono do rozmów są rzadkie, ale zawsze wtrącenia przyjaciół, które trzeba wywoływać. Nie raz uratowały mi życie lub wprowadziły ciekawą zmienną w sytuacji jaka miała miejsce.

No dobrze, a teraz umiejętności postaci i jej rozwój. Co jakiś odległy czas dostaje się PD i PW (punkty wiedzy) dające możliwość podnieść statystyk i jedną na nową aktywną lub pasywną umiejętność. Mimo, że gra nie jest krótka, bo przechodzi się ją w 30 godzin to nie miałem jak przetestować różnych broni itp. Szybko można do takiego wniosku dojść i zacząć inwestować punkty w interesujące nas „drzewko”.


Ostatnim kamykiem jaki trafi do twórców jest nie równa potyczki. Aby taki wojownik mógł sobie walczyć w miarę regularnie musi pić sporo wzmacniaczy. Bez tego starcie przypomina skakanie liczby fps. Jeśli w ekwipunku nie zabraknie eliksirów to z powodu cooldown wciąż będą widoczne przerwy. Jest to upierdliwe, ale trzeba się z tym jakoś pogodzić.

Podobnie jak w pierwszej części możemy programować skrypty odpowiadające za drużynę. Zajrzałem tam z czystej ciekawości, co nieco przetestowałem. Fajny bajer i nic po za tym, a taktyczna pauza jest tyle warta co vats w Fallout 3.

Na sam koniec co nieco o grafice. Na PC wyglądało to tragicznie i wymagało aktualizacji w tempie ekspresowym. W przypadku wersji na Xbox 360 nie mogłem narzekać. Nie miałem wrażenia, że obcuje z czymś gorszym i robionym na szybko. Najwyraźniej dołożono więcej starań do tego portu. Zaklęcia były wyjątkowo krwiste i nie zabrakło kultowej przesady z liczbą plam krwi na twarzach i pancerzach.


Całkiem sporo tego, ale na pewno dało się wyciągnąć jeszcze więcej. Po pierwszej godzinie byłem pewien, że zakupię ostatnią część, a teraz… w sumie też. Pora na podsumowanie.

Całkiem przyzwoity rpg, dla przeciętnego miłośnika tego gatunku. Dość nietypowa narracja fabuły i podział na poszczególne akty. Walka klatkująca, ale i tak daje radę, a do tego zabawne błędy. Oceniam ten jakże zacny tytuł na 7.5/10.

Rozpisałem się trochę, dobra a teraz wracam do Wii U, ja ne (tł. z japońskiego na razie)

Share:

Recenzja Gears of War

Kolejna niedziela z kolejnym mega hitem! Były super produkcje z stajni Sony pora teraz na  Microsoft. Na pierwszy ogień pójdzie Gears of War na Xbox 360.


Jak dobrze wiecie nie lubię się ograniczać dlatego uwielbiam grać na najróżniejszych platformach. Wiem skromny jestem (śmiech). Wracając jednak do meritum. Tytuł ten (patrz GoW) jest naprawdę ponadczasowy w swojej lidze. Epic tak to ten EGS, który strasznie teraz smrodzi, wydał wtedy naprawdę fantastyczną grę.


Zacznę od trzech istotnych rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Ciężar protagonisty jest naprawdę odczuwalny. Jak biegnie, nie mylić ze sprintem to miałem wrażenie, że się od tych pneumatycznych kroków zapadniemy do tuneli szarańczy. Kolejna sprawa to przechodzenie między przeszkodami. Nigdy nie zapomnę pierwszego przeskoku. Czuć, ale naprawdę czuć było, że Fenix to chłop, który waży ponad 100 kg.

Ostatnim może nieco mniej istotnym wątkiem jest pogodzenie muzyki, efektów dźwiękowych i dialogów. Wszystko współgra ze sobą naprawdę bardzo dobrze. Kiedyś to wiedzieli jak to zbalansować bez utraty jakości. Skoro już piszę o soundtracku to odniosłem wrażenie, że kompozytor nałożył duży nacisk na instrumenty typu tuba itp. Miłe urozmaicenie, które wprowadziło swojego rodzaju doniosłą atmosferę i pokazało inne oblicze epickiej muzyki.


O fabule słów kilka
No może warto napisać ciut więcej niż parę zdań? Na samym początku kampanii mamy więzienie o wysokim rygorze, ale takim naprawdę pokręconym, że się tak wyrażę. Szybko trafiamy w wir walki, który ocieka testosteronem. Bleszyński i spółka nie patyczkowali się w tej kwestii dając swoim bohaterom giwery z magazynkami na 600+ amo. Fabuła jest dość oszczędna i dobrze skrojona pod to co będziemy robić.

Nie można było tego powiedzieć o zwiastunie, który chciał dać do zrumienia, że będzie to historia o sporej głębi. Cały czas jesteśmy informowani o bieżących celach i ewentualnych zmianach. Początkowo mamy dotrzeć do zespołu, który ma bombę mającą zrobić duże kuku szarańczy. A następnie, a co będę mówił, coś poszło nie tak. Konstrukcja prosta jak cep.


Dzięki temu nie zaprzątamy sobie głowy myślami, czy nasze decyzje były i czy kolejne będą właściwe. Co nie oznacza, że nie będziemy mieli opcji do wyboru. Przez całą drogę przeskakuję się od areny do areny, gdzie łuski od amunicji lecą setkami tysięcy.

Rozgrywka jak jest widać
Tak jak napisałem akapit wyżej wszystkie starcia, na prawie, bo większość opierają się na walce na ciasnych obszarach. Mimo tego faktu są dostępne różne opcje taktyczne, które można zastosować, aby się dobrać do przeciwnika. Wrogowie też nie próżnują i próbują coś tam zrobić. Przez większość czasu mówią coś po swojemu, ale jak rzucają granat to naglę zaczynają gadolić po naszemu. Czy to nie miłe z ich strony? Sama sztuczna inteligencja miewa wpadki, można to zauważyć na poziomie w którym poruszamy się nocą. Z beztroską chowają się przy zaciemnionych osłonach o ile zdążą tam dobiec #nietoperze.


Innym ciekawym przykładem jest berserker, który służy za taran w wyzwaniach czasowych. Wielokrotnie deptał naszych towarzyszy lub się gubił. Szczęśliwie występuję tylko ok. trzy razy w ciągu gry. 

Rodzajów przeciwników niema za dużo, a przez co walczy się ciągle z tymi samymi co na dłuższą metę ułatwia sprawę, bo zna się dokładnie ich zachowania. Warto wspomnieć też o samych bossach. Mimo, że są wielkie jak góry z wyjątkiem ostatniego to są łatwe do pokonania nawet ten finalny jeśli się zauważy jego słaby punkt. 


A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Wspomniałem o wyborach, tak są tu takie. Co jakiś czas można zdecydować, czy idziemy prawą lub lewą drogą. Podział ten miał służyć, za zachętę do ponownego przejścia kampanii, aby zobaczyć pewne fragmenty w nieco innym świetle.

Na tych etapach można robić za wsparcie lub grupę uderzeniową. Przyznaję, że sytuacja naprawdę potrafi się zmienić, ale nie jest to wartę ponownego przechodnia Gears of War. Ostanie parę zdań poświęcę Npc, które towarzyszą nam przez całą grę. Niedźwiedź  jest najbardziej przypakowany a do tego przypomina typowego gangstereka wesołka z GTA. Blondi to stereotypowy ból dupiec, który będzie marudził przez cały czas, a o przydupasie Markusa szkoda gadać, on jest nijaki.

(Mała ciekawostka, da się wydawać polecenia członkom zespołu, tylko po co?) Po reklamie lol


Na tle tej plejady sam Markus jest najbardziej wyrazisty i konkretny w swoich działaniach. Co nie oznacza, że można go polubić. Koleś to typowy samiec alfa, który musi pokazać wszystkim kto tu rządzi i tyle w tym jakże subiektywnym temacie.

Czy warto zagrać w Gears of War? Dla samej rozgrywki tak, pomimo lat dalej trzyma się bardzo dobrze mimo, że ma sporą konkurencję, a w niektórych produkcjach zrobiono to nawet lepiej (Ghost Recon z 2012 r.) Jeśli macie Xbox 360, a nie graliście to polecam, bo tytuł kosztuję grosze, a zabawy daję sporo.       

Napiszcie w komentarzach jaki model rozgrywki wam bardziej przypadła do gustu i dlaczego wolicie walkę za osłoną, czy raczej wybiec na rambo i walić co popadnie.

Share:

Recenzja Halo: Reach


Niedawno wróciła do mnie konsola Xbox 360 z serwisu Advance RS. Zapytacie, ale od kiedy ty masz xklocka, ono od jakiegoś czasu tylko jakoś czasu brakło na przetestowanie.

Zanim przejdę do samej recki, opowiem mała historyjkę. W roku bieżącym kupiłem sobie kolejny sprzęcik do kolekcji. Była to jedna z tych „oryginalnie brudnych”, co poprzedni właściciele nie czyścili od nowości. Dałem do „szorowania” do innego punktu nazwę przemilczę. Po jakimś czasie miesiąc podejrzę lub dwa zasiadam w końcu, aby ograć Halo: Reach.


Czekała mnie niespodzianka konsola, która działa przestała być w pełni sprawna. Oddałem więc do innego serwisu o którym wspominam na samej górze. Udało im się zreperować Xbox 360 czego dowodem ten oto tekst. Ostanie zdanie polecam serdecznie wszystkim  Advance RS dobra firma, ale nie śpieszą się tam. Hmm, zapewne z powodu dokładności i solidności.

Tematem recenzji będzie wspomniana w akapicie powyżej Halo: Reach. Moje pierwsze zderzenie z tą serią. Zdaję sobie sprawę, że jest to prequel wydany po ostatniej przygodzie Master Chiefa. W sumie dla mnie dobrze, bo będę miał nieco lepszy ogląd całościowy fabuły.


Akcja się zaczyna na planecie Reach atakowanej przez Przymierzę, które ubzdurało sobie, że należy wybić ludzkość co do nogi. Wcieliłem się w członka oddziałów specjalnych Spartan pseudonim Sześć. Pod kontem fabularny mamy uboższą wersję Mass Effecta. Jeśli komuś było tego mało zastosowano tu jeden z częściej wymienianych przez  zemnie patentów, co jakiś czas, a jakże, ginie jeden z towarzyszy. Nie muszę wspominać, że nie dali szansy związać się emocjonalnie z kimkolwiek?

No właśnie, a szkoda. Na szczęście w tym pełnym patosu tytule można odnaleźć coś ciekawego dla siebie i nawet zacząć delikatnie współczuć mieszkańcom planety. Mimo wyraźnego nacisku na dramat to się go nie odczuwa. Zwyczajnie czułem się jak przy każdym jednym FPS. Pancerze głównych bohaterów nie podnosiły tego wrażenia, no bo wiecie (te kolory).  

To co było wyraźnie lepsze to rozgrywka, która jak czytałem jest przekrojem The Best of Halo, czyli mogłem tu zobaczyć najważniejsze nowości jakie pojawiły się na „łamach” poprzednich części. Genialnymi ich nazwać nie mogę dla tego powiem krótko, solidne. Zapyta się ktoś, ale co tam było? Arenówki i to okraszone tym co najlepsze szybka akcja, dość dobre Si i wybór broni całkiem przyzwoity.


Skoro wspominam o sztucznej inteligencji to miała pewne babole. Jednym z ciekawszych niedociągnięć był skrypt odpowiadający za podążanie za protagonistą. Boty potrafiły się zatrzymywać na sporych odległościach i teleportować się jak tylko się odwróciłem. Na szczecie to były tylko drobne niedociągnięcia.  

Jeśli komuś było mało apteczek to rozlokowano co jakiś czas, aby dało się przywrócić stabilny stan naszego Spartanina. Sam pasek, a raczej paski życia dzieli się na dwa. Punkty Hp częściowo same się regenerują lecz reszta na szczęście nie. Co motywuję do opracowywania na bieżąco taktyki działania.
W całej grze najgorzej wypada model jazdy samochodami to jedno z gorszych doświadczeń jakie miałem w tym roku. W sumie można ten wątek skończyć uzasadniając brakiem lub niedbalstwem twórców. Niestety tak nie jest, bo inne pojazdy jak chociaż myśliwce kosmiczne  nie cierpiały ten problem może dlatego, że latały?


Najmocniejszą stroną Halo: Reach była ścieżka audio która zachwycała od samego początku do końca. Muzyka symfoniczna robiła swoje i to bardzo. Taki balans to rzadkość o czym zawsze warto wspominać. Jeśli było wam mało dźwięk przestrzenny sporo daje do klimatu. Dla tego radzę grać z słuchawkami.

HR zestarzało się naprawdę dobrze przez co nie kaleczyło oczu. Ragnole były „oryginalne” widać, że nikt ze znajomością bezwładności ludzkiego ciała pracował przy tym. W sumie nawet i lepiej, bo było się z czego pośmiać.

Na koniec ostatni zarzut przeciwko tej produkcji. Samo zakończenie jest naprawdę rozczarowujące. Zostać zmuszony do kolejnej obronny i walka z falami Przymierza było bardzo, ale to bardzo nużące. Gdy dodacie do tego ostatnią walkę za sterami działa przeciwlotniczego to ręce wam opadną. Ktoś ewidentnie nie miał pomysłu co zrobić na san koniec.


Czy warto zagrać w Halo: Reach? Spędziłem z tą produkcją parę naprawdę przyjemnych godzin. Gra pokazała, że ma czym się pochwalić, ale nie zachwycić swoją niepowtarzalnością. Obecnie możecie zagrać w HR na steam, ale jeśli masz okazję ograć na Xbox 360 to lepiej zainwestować w grę towar, a nie usługę. Ocena końcowa 7/10.

A wy od której części zaczęliście ogrywać serie Halo? Też od jakiegoś prequela, a może reedycji na PC?

Komentujcie, udostępniajcie itp. :P


  

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie