• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PS3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PS3. Pokaż wszystkie posty

Ico, czyli tam i z powrotem (Recenzja PlayStation 3)

Gry kultowe, legendarne i te ponadczasowe, które każdy powinien znać i kochać. No może przesada, ale szanować już tak! Jak jednak wypada taka konfrontacja? Zaraz wam opowiem...

Pierwotnie wydana na PlayStyation 2, a następnie na PS3, ICO to dzieło, które się wpisało do kanonu najlepszych produkcji wszech czasów. Historia o miłości i poświęceniu, a także niezwykle przemyślane lokacje opowiadające liczne opowieści.  


Jak jednak jest naprawdę? Niczym w pewnej baśni, otóż król jest nagi. Jak miałbym w paru słowach opowiedzieć, z czym mamy do czynienia napisałbym tak. Losy dwójki bohaterów się krzyżują. Żadne z nich nie mówi w języku drugiego. Dlatego mogą się swobodnie „porozumiewać”.

Wyruszą w daleką podróż niczym Hobbit tam i z powrotem. Wszystko to, aby skakać po „mrocznym” zamku niczym Mario. Na ich drodze stanie wiele przeciwników, ale siła miłości pokona wszystko! W środku i na końcu kampanii czegoś się dowiecie. Wszak sterylne lokacje, przez które przeleciała armia sprzątaczek dopowiedzą resztę.

Teraz podejdę do tego bardziej poważnie. Jedynie zakończenie jest warte uwagi, bo wreszcie coś się tam dzieje. Wszelkie gadki szmatki o niezwykłym klimacie i narracji można wsadzić między bajki. Ogrywana przeze mnie wersja na PS3 nie miała niczego takiego.


Po przejściu gry zacząłem szukać jakichkolwiek informacji, czemu ludzie się tym badziewiem tak zachwycają? Ze stron typu gry-online doczytałem, o co tutaj wreszcie chodzi. Naprawdę się zdziwiłem jak dobudowano nieistniejące elementy. Fabuła praktycznie nie ma, a te parę przerywników, jakie się pokazują nie dają większej głębi.

Ledwo łagodzą irytację po ciągnięciu za sobą tej „kłody”. Relacji między nimi próżno się doszukiwać. Możecie doczytać, że to słynne trzymanie się za ręce powodowało chęć ochronny naszej damy w opałach. Rozczaruje was... Gracze robią tak, bo jest to praktyczniejsze rozwiązanie niż klikanie R1 i darcie mordy. Ujmując rzecz jaśniej. Naszą towarzyszkę można było wołać lub po oddaleniu się przywołać krzykiem. 

Si kuleje w tej grze i to zasadniczo. Nie raz nie dwa, tytułowa waifu potrafiła wejść na drabinie tylko po to, aby zejść. Czemu to zrobiła? Bo jest kobietą (śmiech), a na serio takich numerów jest więcej. Jej ulubionym zachowaniem było informowanie gracza hasłem „jane” co oznaczało, że nie da rady przekroczyć lub podjąć jakieś akcji. Po czasie okazywało się całkiem inaczej, a ja traciłem czas na rozwiązaniu tego problemu.


Kolejnym przeszkodą jest kamera. Naprawdę jest z piekła rodem, a sądziłem, że nic nie pobije Alone in the Dark na szaraka. Zobaczenie czegoś wymaga sporej cierpliwości. Obraz lubi się przesuwać w bliżej nieokreśloną stronę. Uniemożliwia to zorientowanie się lepiej w terenie.

Jak pisałem wcześniej lokacje są puste i tylko gdzie nigdzie można było zobaczyć jakiś elementy dekoracyjne. W takim momencie pytam: pokażcie jakieś przykłady tej narracji? Póki co jakichkolwiek nie mogę się doszukać, a na drugie podejście się nie wezmę.

Rozgrywkę podzielić można na etapy platformowe i walkę. Starcia z wrogami zostały zrobione na jedno kopyto. Zobaczysz pierwsze to zobaczysz wszystkie. No ok, jeszcze jest jedna finałowa, ale prosta jak drut.


Jakbym już miał wskazać jakiś mocny element tego tytułu to podałbym zagadki. Wędrując po zamku trzeba nie tylko wykazać się zręcznością, ale i sprytem. Raz jest to dość jasne, innym trzeba się domyśleć. Podobnie jest ze wsparciem od twórców. W pewnych momentach wprost kierują do danego miejsca, a innym już nie.

Graficznie jest przyzwoicie, wszystko jest wysokim poziomem, który będzie się podziwiać ze różnych stron. Całe zamczysko ma spory rozmach i widać, że ma robić wrażenie. Jest to już jednak indywidualna kwestia jak się to odbierze. Grę docenią miłośnicy sztuki, bo cała gra jest wielkim odwołaniem do takowych.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w ICO? Otóż nie bardzo.... Nie oczekujcie tu narracji niczym Uncharted 4 lub The Last of Us. Cała kampania to raczej wielka zagadka pozwalająca poćwiczyć umysł. Sam finał naprawdę bardzo fajny, ale to nie sztuka zrobić wrażenie jak wcześniej skopało się to, co najważniejsze. Będzie to jak na razie moje rozczarowanie roku 2024. Ocena końcowa 6/10.
Share:

Recenzja Battlefield Hardline (PS3)

Jak jednemu się uda to zaraz zlatują się naśladowcy i próbują zrobić to samo. Jednym wyjdzie, a innym nie. Wszystko zależne jest od starań studia i ich wydawcy.

Ostatnio przeglądając posiadane gry na PS3 rzuciło mi się Battlefield Hardline z 2015 r. Pamiętałem, że były jakieś kontrowersje związane z tą produkcją. Miało to być takie bida GTA. Nie jestem wstanie się z tym zgodzić, bo fabularni jest lepsze od GTA V. Równocześnie sama rozgrywka w wielu momentach nie trzyma się kupy, system strzelenia woła o pomstę do nieba.


Zacznę od mocnych stron, bo i takie tu są. Po pierwsze BfH można porównać do dobrego serialu kryminalnego, który został obsadzony przez aktorów znających się na swoim fachu. Natomiast sam scenarzysta zjadł zęby na pisaniu tego typu kryminalnych historii. Bohaterowie z jakimi się zetknąłem to czysta klasyka. Nie ma tam nikogo oryginalnego, a jedynie same archetypy, szablony itp. Pomimo, że wszystko jest dobrze znane to i tak z ciekawością się śledziło każdy jeden epizod.

Poszczególne odcinki nie są długie, a można dodać, że całkiem urozmaicone. Spory nacisk położono na sceny plenerowe w czasie których można podziwiać piękne widoki. Gdzie nigdzie dołożono sporo destrukcji otoczenia wyrenderowanego bezpośrednio na silniku gry. Nie zabraknie też paru zwrotów akcji, które nawet potrafią zaskoczyć.

Podkreślę też, że graficznie nawet dobrze się trzyma. Pomimo, że tytuł ten wyszedł trzy lata po premierze PS4 to i tak całkiem dobrze zrobili port na 7 generację. Nie powiem, że było idealnie, bo dwa razy gra potrafiła się zawiesić bez wyraźnej przyczyny. Nie zabrakło też mojego ulubionego błędu z kolizją. Ostatnio coś mnie to prześladuje.


Kolejną sprawą, która bardzo oddziałuje na odbiór tego dzieło będzie system strzelania. Dawno się nie spotkałem z czymś tak tragicznym. Formalnie dodano wspomaganie celowania, ale praktycznie trzeba naprawdę się postarać, aby dostrzec jakiekolwiek działanie. Paradoksalnie jak się wyłączy tą pseudo pomoc idzie to znacznie lepiej. Warto jeszcze na dzień dobry zmniejszyć czułość kamery.

Praktyczne trafienie tu czegokolwiek z niedużej odległości graniczy z cudem. Jasne, da się przyzwyczaić i nauczyć, ale to jedynie droga przez mękę. Z drugiej stronny mamy system eksperta, gdy się awansuje to dostaje się bonusy w postaci lepszego wyposażenia. Zależnie od potrzeby da się je zmienić przed misją lub w jej trakcie. Żeby położyć łapska na nich musiałem grać jak najbardziej pacyficznie. Chodziło o machnięcie legitka i zakucie przestępców. Trochę to nie logiczne, aby po przez pokojowe zakuwanie dostawać lepsze giwery, które wykorzysta się w przymusowych rozwałkach. Jeśli kogoś z was to jednak zainteresuje to warto zgarnąć poszukiwanych listem gończym przestępców.

Przed wyruszeniem do walki da się zeskanować okolicę. Dzięki temu można lepiej się orientować, kto gdzie jest. Same bronie też miały „swoje 5 minut”. Jak sięgałem, po karabiny to okazały się słabsze od zwykłych giwer. Trzeba będzie się domyśleć co miał autor na myśli. O sztucznej inteligencji też nie mogę napisać w superlatywach. 


Jeśli grałbym co do joty jak chcą twórcy to rzeczywiście jest dość operatywna. Jednak człowiek nie byłby sobą i protestowałem, co się tam kryje. Boty tracą bardzo szybko zainteresowanie. Na dokładkę niby potrafią zapamiętać ostatnią lokalizację gracza. Lecz nic im to nie pomaga.

Przez takie chocki klocki wyprowadzić je w pole jest dość łatwo. Jak się ogarnie ich ograniczenia. Zaczyna się człowiek zastanawiać, po co na początku kampania kreowała się na produkcję tak poważną prawie, że niemal symulator policjanta.

Na koniec wspomnę o dubbingu. Domyślnie jest on ustawiony na język polski. Szybko jednak go zmieniłem na angielski, bo w naszej wersji językowej brzmiało to bardzo sztucznie. Było to wprost nienaturalny sposób mówienia, co mocno wytrącało z imersji. Jak tylko sobie przypomnę synchronizację, a raczej jej całkowity brak to, aż się odechciewa. Natomiast oryginalna jest jak na najbardziej na tak.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w Battlefield Hardline? Fabuła dobra, a może nawet bardzo dobra, ale nie jest to dostateczny pretekst, aby się katować. Możliwe, że to pad co używam wpłynął na ten odbiór. Jednak powątpiewam w to, bo już miałem okazje go protestować na innych schooterach i nie było to, aż uciążliwe. Biorąc pod uwagę plusy i minusy daje 6.5/10.
Share:

Recenzja Metal Gear Solid 3: Snake Eater (PS3)

Służby, tajne organizacje zawsze rządziły zakulisowo światem. Nie inaczej jest w kultowej produkcji Hideo Kojimy.

Jak wiecie, albo nie jest to pierwsze moje zderzenie z tą serią. Pisałem już o Metal Gear Solid V. Jaka ta gra jest taka jest, czyli kiepska. Fakt, że mi nie przypadła do gustu nie skreśla ją w ogóle. Możliwe, że brak znajomości poprzednich odsłon wpłynął na moją ocenę. Warto dodać, że w czasie kiedy premierę miał MGSV Konami i Hideo - san mówiąc delikatnie poszli na noże.


Dlatego postanowiłem dać ponowną szansę tej marce i zagrać zgodnie z chronologią fabularną, aby tym razem zrozumieć lepiej o co w tym wszystkim chodzi. Omawiana wersja to jedna z trzech części wydanych w ramach Metal Gear Solid HD Collection. Remaster został stworzony przez Bluepoint Games.

Rozpocznę więc tą sekretną misję w Metal Gear Solid 3: Snake Eater na konsoli Ps3 Slim. Przyznam bez ogródek, że mam mieszane uczucia co do tej produkcji. Odniosłem wrażenie, że robiło ją wielu projektantów, liderów, czy jak tam się ich zwie.

 
Każdy wsadził tam swoją koncepcję nie pytając się pozostałych o zdanie ani plany dotyczące tego co ma się stać, czy jak gracz ma przez to przebrnąć. Zabawne jest to, że Hideo Kojima odpowiadał jako szef za niemal wszystko, czyli teoretycznie jest to jego koncepcja.


No dobrze, ale wpierw konkrety potem komentarz. Bossowie, zwani Kobrami są naprawdę ciekawie zaprojektowani. Nie będzie to spoilerem, bo to dość powszechne informacji. The End jeden z najlepszych sniperów może umrzeć jeśli zrobimy przerwę na dwa tygodnie i uruchomi się MGS 3 z ostatniego save. Ewentualnie można przestawić datę w konsoli. Oczywiście nie jest to jedyny sposób. Dzięki, o ironio snajperce da się go zestrzelić na pomoście jest jeszcze opcja załatwienia go w tradycyjnej walce.

Wszyscy antagoniści są zaprojektowani tak, aby mieć bogaty wachlarz sztuczek i ataków, które mają zaskoczyć gracza. Dalej, same misję są na pozór, hmm zwyczajne. Jednakowoż mają ukryte smaczki, a raczej nietypowe metody przechodzenia. Dobrym przykładem jest dostanie się do bazy, gdzie ma być Sokolov. Chcesz otworzyć zamknięte drzwi? Niema problemu! Wystarczy pukać, aż otworzy je ktoś wewnątrz.

Takich rzeczy jest więcej, dodać warto, że przy zapisach stanu gry raczony byłem ciekawostkami dotyczącymi filmów za każdym razem, ale najbardziej zaskoczyło mnie kreatywne wykorzystanie jednego przedmiotu na kilka sposobów przykładowo cygaro jako „latarka”, brawo, chylę czoła. Już w samym intro kampanii przypominało mi początek z filmów z agentem 007 w roli głównej.

                         

Przerywniki, a tych trochę było są naprawdę dobrze wyreżyserowane w 2004 r. kiedy miała premiera oryginalna wersja musiały robić wrażenie i to zasadnicze. Nawet dzisiaj spokojnie dałyby radę. Następny punkt, fabuła bardzo dobre kino akcji, tyle, że z szczyptą japońszczyzny.

Nie powinienem narzekać i nie zamierzam, ale pierwszy raz dotarło do mnie czemu ludzie czują niesmak względem Japońskiej popkultury. W momencie poznania Ocelota czułem się tak jakby ktoś zaczął opowiadać dowcipy na pogrzebie. Innymi słowy WTF?! Musicie to zobaczyć na własne oczy, a sami zrozumiecie.

Nie da się ukryć, że pozostali główni bohaterowie też mieli swoje za uszami, ale ten miał najlepsze wejście 10/10. Fabuła jak pisałem jest na zadawalającym poziomie i zachęca do poznawania jej. Rozkręca się dopiero na sam koniec i po napisach końcowych.

 

W sumie dopiero narrator mówiący po napisach naprawdę zaciekawił mnie tym co się stanie dalej, ale niestety w Metal Gear Solid 3 jest tyle samo goryczy co słodkości. Z tego też powodu zrobię przerwę od przygód Snake.

Rozgrywka z jednej strony prawdziwy diament, ale z drugiej to takie drewno, że się chce wyć. Brak celownika, marna mobilność i ta kamera to istna kula u nogi. Nie wiem, czy było to wtedy modne, ale w takiej Mafii 1 lub Gta San Andreas model strzelania był o niebo lepiej zrobiony.

Tutaj, aby oddać strzał celny, a nie taki jak w starym Doom, trzeba użyć, aż kilku przycisków, które robią z protagonisty nieruchomą „wieżyczkę strzelniczą”. Oczywiście można strzelać na zasadzie ustawienia się w kierunku wroga i próby zabicia go. Szybko przekonałem się, że to jedyna słuszna metoda otwartej walki, ewentualnie używajcie bagnet.

Wielokrotnie przez tą kiepską mechanikę musiałem się męczyć z bossami, którzy byli bardzo mobilni (patrz The Fear). Sam finał był hmm, denerwujący. Kamera zachowała swoje „walory” w trakcie oddawania strzału. Ale ktoś doszedł do wniosku, że trzeba jeszcze utrudnić widoczność, żeby nie było za łatwo.

Jak widzicie, MGS 3 to prawdziwy kociołek najróżniejszych smaków. Dzisiaj tak wydana gra niemiałaby prawa bytu i wymagała paru korekt to płynnej rozgrywki. Jednak wtedy jeszcze panowały inne trendy dobrze to widać w Residentach itp. tytułach. Ocena końcowa 7.5/10, bo znam gry z tamtych lat lepiej wykonane, a więc nie mogę dać więcej.


Share:

Recenzja Red Dead Redemption: Undead Nightmare.


Survival horror miła odmiana od klasyki, gdzie latamy z latarką i chowamy się pod łóżkami lub w szafkach. Pora na coś nieco pośredniego. Pora na Red Dead Redemption: Undead Nightmare.

Zacznę od pewnej anegdoty. Zanim zacząłem grać podstawkę włączyłem DLC. Nie wiedziałem jak rzucać lassem (śmiech) i zacząłem się ganiać z rządną mordu rodzinną protagonisty. Jeszcze nigdy się tak nie uśmiałem.

Ukryty skarb w Mexico
Nieumarły koszmar stoi klimatem. Tak jest, tego nie brakuje, ale przez to, że jest skrzyżowaniem horroru z Westernem dostajemy super mix. Sam początek jest najprawdziwszym odwołaniem do klasyki gatunku w której to narrator opowiada o bieżących wydarzeniach.


Natomiast na samym końcu prologu można niemal usłyszeć Vincenta Price, który deklamuje fragment głośnego przeboju Michaela Jacksona Thriller. No i ten śmiech, boski. Rozwój kampanii jest naprawdę dobry momenty kiedy zwalnia są dość krótkie. Napiszę o tym później, bo najpierw będę chwalił.

UN jest naprawdę nieszablonowym dziełem. Mamy tu totalną mieszankę wybuchową. Krew leje się strumieniami. No, chyba nie spodziewaliście się czegoś innego w czasie apokalipsy zombie? W trakcie kampanii spotkamy znajome twarze z Red Dead Redemption. Niektórzy z dawnych ziomków będą mieli dla nas krótkie misje np. „przyprowadzić” aktora na plan filmowy. Spotkamy też znajomego wędrownego oszusta, który ma leki na wszystko. Nie zabraknie też Setha, który nie pozwoli się nam nudzić.

Kamień, papier, pochodnia…
Celem głównym jest nic innego jak znaleźć lek lub inne rozwiązanie, które zakończy tę klątwę. Rockstar musiał wziąć sobie do serca uwagi fanów dotyczący pustego świata, bo teraz jest wypełniony. Co prawda nie po brzegi, lecz już więcej żywych jak nieumarłych. Główną atrakcją w czasie przemieszczania się po mapie są ocaleni, którzy zapewniają nam dodatkową poboczną aktywność. Nie ukrywam, że na krótszą metę jest to naprawdę zabawne, ale na dłuższą już niekoniecznie.


No, ale skoro jestem przy tych co przetrwali warto dodać o jednej z ważniejszych zajęć jakie będziemy obowiązkowo robić. A mianowicie wyzwalać miasta. Zależnie od tego jak się na to spojrzy mamy niezłą bijatykę lub pług. Niezależnie, którą opcję zakreśliliście wiąże się z tym pewien obowiązek. Rockstar zmusza nas do robienia tego za każdym razem, aby mieć dostęp do zadań pobocznych. Questy te mogą naprawdę zaskoczyć pod względem treści. Jeśli się zbliżycie zbytnio do miejsca ich rozpoczęcia to możecie się uratować przed zgonem.

Niekiedy wychodzą z tego śmieszne sytuacje, gdzie w jednym momencie prowadzicie walkę na śmierć i życie, a potem jakby nigdy nic włącza się przerywnik i mamy spokojną gadkę szmatkę. Innym ciekawym rozwiązaniem side q jest zginąć i wrócić do najbliższego miasta. Przez takie niedopatrzenie w mechanikach gry będziecie mieć wszystkie potrzebne rzeczy do skończenia misji. Dzięki temu oszczędzicie sobie czasu jaki trzeba było poświęcić na grind.


 Dodatkową atrakcją jest atak „hordy” na wyzwolone miasteczka. Na papierze brzmi to interesująco, ale  wy rzeczywistości jest nico inaczej, bo mamy tam parę zombie na krzyż. Jeśli wydaje się wam to znajome to się nie mylicie, bo mogliśmy to robić w Gta SA tyle, że tam atakowały gangi nasze dzielnice. Oczyszczanie jest to opłacalne, bo tylko wtedy można korzystać ze szybkiej podróży.

Walką z nieumarłymi nie jest za bardzo różnorodna mimo tego, że występuje kilka rodzajów zgniłków. Odnajdziemy tu tanka, który będzie szarżował, plujka atakującego kwasem i pospolitego zombie. Główną bronią szybko staje się pochodnia, ale jak tylko wpada broń palna mogąca strzelać „wszystkim” to zmienicie się na nią bez wahania. Główną strategią jaką możemy przyjąć w walce z nimi jest ganianie się w koło cmentarza lub wyciągania co szybszych osobników.


P.S Ale na zamku to zje*ałeś
A teraz pora na to co nie wyszło. Losowość pokazywania się ocalałych i upierdliwa powtarzalność. O ile spotkanie pewnego „małżeństwa” w którym żona zombie jest przywiązana na łańcuchu raz robi „wrażenie” o tyle trafianie na nich co jakiś czas, raz w Meksyku innym w górach zaczyna denerwować. Kolejnym przykładem absurdu tej randomowości są pojawiający się Npc w miejscach tymczasowo niedostępnych jak np. druga strona mostu. Co tam, że trafimy do tej lokacji za parę godzin, ale tak na wszelki wypadek umieszczamy tam bohatera niezależnego.

Największą wadą gry są zadania, w których jesteśmy zmuszeni oczyścić cmentarze. Polega to na spaleniu trumien, a następnie pokonanie grupy nieumarłych i bossa. Szefowie niestety nie mają specjalnych mocy, a jedynie indywidualny wygląd. Zawiodłem się na tym srogo.


A teraz przyszła pora na wszystko co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Największy WTF?! wywołał u mnie „kocioł” rodem z anime. Z jednej strony mamy jakąś klątwę powiązaną z ludami prekolumbijskimi, a z drugiej mogliśmy dosiąść konie jeźdźców apokalipsy. Dla tych co nie robi to wrażenia mam jeszcze jednorożca, który „sra” tęczą i motylkami, a na dokładkę maciei yeti. Przyznacie, że jak przywalić to z grubej rury, prawda?

Na sam koniec mała ciekawostka językowa w jednym z zadań trzeba przyprowadzić nowo zmienionego w zombie. A co autorzy mieli na myśli? Nie, wbrew pozorom nie trzeba szukać kogoś kto zmieni się na naszych oczach w umarlaka, choć ta opcja jest jak najbardziej do wykonania, ale o przyprowadzenie zwykłego truposza (facepalm). Innym mankamentem jest zachowanie bohaterów. Gdy ci mają za towarzystwo grupy zielonych to ich ignorują zamiast walczyć, czy nie wiem co, ale coś konkretnego to tylko paplają. Koszulkę lidera w zawodach na narcyza roku dostaje London.

Czy warto kupić Red Dead Redemption: Undead Nightmare? Balansując plusy, jak i minusy to stanowczo przeważy to pierwsze. Tytuł ten nie jest idealny, ale wart jest poświęcenia tych 10 godzin. Ocena może być tylko jedna 7.5/10.

Dzięki wszystkim za ostatnie komentarze. Postaram się włożyć jeszcze więcej sił, aby dobrze wam się czytało moje recenzję.

A wy jesteście za klasycznym podejściem, czy bardziej survivalem w horrorach? Podzielcie się swoimi ulubionymi produkcjami w komentarzach.

Share:

Recenzja The Last of Us: Remastered

Dawno już nic nie pisałem... Chciałbym wam to jakoś wynagrodzić i dlatego dokonałem pewnej korekty w planach. Obiecałem wrzucić recenzję z retro gry, a dam coś innego.

The Last of Us wydano na PS3 i wersja remaster na PS4. Produkcja stworzona przez twórców Uncharted. Zacznę od tego, że ten tytuł zestarzał się naprawdę dobrze, przez co zrobił na mnie spore wrażenie. W trakcie kampanii zaliczyłem tu klasyczne postoje na podziwianie widoków i zachwycaniem się oddaniem detali otwartej miejskiej przestrzeni jak i wnętrz domów, hoteli czy kampusu studenckiego. W wersji na PS4 mogłem się cieszyć 60 FPS w 1080 p. Dzięki temu rozgrywka była wyjątkowo płynna, ale odbiło się to na cieniowaniu. W jakiej postaci zapytacie? Już spieszę z odpowiedzią! Ząbkowanie, tak jest pojawiły się tak zwane "ząbki" na cieniach.


Nie ma co się martwić, bo nie zwrócicie na to uwagi, chyba że będziecie bardzo, ale to bardzo przyglądać się każdemu elementowi graficznemu. Tak jak napisałem wyżej gra jest prześliczna, lecz gdzie nigdzie widać, że to nie jest produkcja zrobiona wprost pod bieżącą generacje i kole to w oczy.  Skupię się jednak na czymś bardziej istotnym na klimacie w TLoU. Poszczególne miasta i miasteczka itp. opowiadały dość dobrze swoje historie i bez większych problemów mogłem otworzyć wydarzenia jakie tam miały miejsce, a wielokrotnie (no bez przesady), odegrały się tam tragedię, bo dramatem jest śmierć jednego człowieka, a masy to tylko statystyka.

Wrzucę teraz pierwszy kamyczek do ogródka Naughty Dog. Zabrakło ciał ludzi, czegokolwiek, co by świadczyło, że coś się tam wydarzyło. Co prawda było parę miejsc, gdzie dodali te "brakujące elementy", ale naprawdę trup powinien ścielić się bardziej. Dodam, że nie na pojedynczych lokacjach, a na całej drodze jaką trzeba przejść.


Ok, nie będę już się tak czepiał, bo reszta jest bardzo dobra. Ani razu nie pomyślałem, daleko jeszcze? Gra wciąga mimo, że jak na dzisiejsze standardy opiera się na sztampowych wydarzeniach. Uwaga spoilery, ogólne co prawda, ale są. Na dzień dobry córka Joela zostaje zabita przez żołnierza, który ginie chwile później. Dalej Tess początkowa partnerka protagonisty zostaje zarażona i wali gadkę o tym, że jeśli ją kocha to zabierze małą do świetlików. Nie muszę mówić, że za chwile też zginie? Dalej wątek dwóch braci, którzy są ze sobą mocno zżyci, gdy tylko młodszy został zarażony "grzybicą" i wymagał kuracji ołowiowej to starszy z nich się załamał i popełnił samobójstwo. Koniec spoilerów! 

Okrutne to z moje strony, lecz tak to widzę z perspektywy innych gier wykorzystujących do znudzenie te same schematy. Na szczęście twórcy nie podeszli do tego jak pies do jeże i wykonali to wzorowo. Przejdźmy teraz do samej fabuły. Mamy tu, a jakże wiecznie żywy motyw apokalipsy zombie. Nie dostaniemy tutaj wesołego Drake i skarbu jakiegoś podróżnika w sosie wybuchowo strzelaninkowym. Tempo jest wolne i tylko na arenach przyśpiesza delikatnie.


Podobnie jak Bilbo z Hobbita przeszedłem tam i z powrotem. Fabuła była treściwa i opowiadała w kilku aktach historie Joela i Ellie. Relacje między nimi się stopniowo zmieniały co zostało wyraźnie zarysowane w poszczególnych etapach. O ile nasz "papa smerf" pozwala się polubić i poczuć więź jak z kimś bliskim, to o tyle z Ellie wiecznie mówiącą co parę minut o rany, kurwa i szmaciarz już nie. Dostała za mało czasu antenowego, że się tak wyrażę, bo jak już wychodziła na pierwszy plan to błyszczała i to aż zwalało z nóg. Jestem przekonany o tym, że w oryginalnej wersji językowej wypadło to znacznie lepiej. W wersji na bieżące konsole mamy tylko polski dubbing, który okaleczał dialogi, mało tego widać było gdzie nigdzie, że aktorzy nie wiedzieli, co się w danej scenie dzieje, a jedynie domyślali, przez co niekiedy dochodzi do śmiesznych wydarzeń.

W samej fabule powtórzono głoszone jak mantrę twierdzenie, że to ludzie są największym zagrożeniem w tego typu uniwersum. No i mieli skubańcy rację, a skoro, o adwersarzach mowa czas na rozgrywkę. TLoU to miks strzelanki, skradanki, i surwiwal horroru (wiem, że jest to dreszczowiec). Mimo, że jest to SH to nie przeraża, a zarażeni są bardziej upierdliwi niż straszni. Gdy trafiłem na podstawowe jednostki jakimi są biegacze to na początku starałem się ich eliminować po cichu, okazało się, że przyjemniej się ich boksuje bez żadnych pomocy w postaci pałki czy siekiery.


Sytuacja pogarszała się jak przyszło uprać się z klikaczami. Z nimi trzeba było rozprawiać się w pierwszej kolejności inaczej czekał krwawy "całus". Sposobów na usunięcie przeszkód było kilka od walki z metalową rurką, po broń palna, koktajlami Mołotowa, granat odłamkowe i dymne robione z cukru (słitaśnie). Rozgrywka się zmienia jak na przeciw staną żywi, ci są jeszcze bardziej wymagający, bo gdy jeden dowie się gdzie jestem reszta przyleci jak ćmy do światła. Flankowanie i wykorzystywanie różnego rodzaju sztuczek będzie czymś na porządku dziennym. Czego chcieć więcej?

Zabawa była dość schematyczna przedstawiając rzecz z grubsza, bo musicie wiedzieć, że prawie do samego końca coś nowego się pokazywało. Część pierwsza: gdzie mamy iść, część druga: walka z wrogiem, część trzecia zbieranie surowców i tak w kółko Macieju. O dziwo jakoś ten wzór nie nudzi się z dość prostego powodu, trzeba kombinować jak z dostępnych surowców rozwiązać daną łamigłówkę wiedząc, że jeśli zrobimy apteczkę możemy się pożegnać z innymi rzeczami itp. 

Kolejnym istotnym elementem jest rozwój głównego męskiego bohatera (jakie to jest szowinistyczne). W trakcie podróży zbiera się pigułki, które są potrzebne do odblokowania poszczególnych umiejętności jak np. lepszego słuchu pomagającemu w lokalizacji wrogów.

W The Last of Us dodano jeszcze zębatki, za które można wykupywać ulepszenia broni, a żeby nie było za łatwo potrzebne są jeszcze specjalne narzędzia. Interesujące nas itemy są tak ustawione, że na pewno je znajdziecie w tracie poszczególnych misji.


Teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej.  Dźwięk, rozumiem, że jeśli ktoś jest daleko to go nie słychać, ale parę metrów i już bez napisów nie da się rady zrozumieć o czym rozmawiają poszczególne postacie. Naprawdę denerwująca dolegliwość. Początkowo sądziłem, że może to kwestia sprzętu, ale jednak nie. Kolejna rzecz co robi Ellie jak się nie patrzy na nią? Wraca do pozycji startowej, nawet jak się ją widzi za pomocą "wiedźmińskich zmysłów".  Ktoś poskąpił dla małej tekstów, które mogłaby mówić w trakcie drogi. O rany, potrafiła powtarzać jak katarynka, a jak trafił się etap z bandytami to było k*rwa lub szmaciarz.

Ostatnią rzeczą na jaką chciałbym zwrócić uwagę jest losowość przedmiotów jakie możemy znaleźć lub dostać od Ellie. Gra ma umieszczone w sobie mechaniki pomocnicze, gdy gracz zacina się w danym obszarze. Interesującym faktem jest, że możemy otrzymać niepowtarzające się itemy od naszej towarzyski, a także odnaleźć amunicje to strzelby zamiast do miotacza ognia w tym samym miejscu. Dropy z zarażonych podlegają tej samej zasadzie. Kolejną ciekawostką jest, że system gry potrafi dać nawet amo tej broni, której najczęściej się używało od ostatniego punktu kontrolnego. Nie jestem tego w 100% pewny, bo zaciąłem się tak tylko w jednym punkcie, gdzie zauważyłem te wspomagacze  

Czy warto zagrać w The Last of Us? Hmm, tak bo to solidna produkcja. Co prawda nie jest jakoś szczególnie ambitna na tle innych tytułów, jakie wyszły w ciągu ostatnich lat. Jednakowoż to wciąż bardzo dobry kawałek kodu, po który warto sięgnąć, jeśli posiadacie PS3 lub PS4. 

Będę się starał pisać bardziej regularnie. Spodziewajcie się następnego tekstu w kolejny weekend. 

Share:

Recenzja Red Dead Redemption

Historia ukazana w trzech aktach, historia pokazująca prawdziwy dziki zachód! Mamy rok 1911 żelazne rumaki rozjeżdżają się po pustynnych terenach USA, a cowboy odchodzą do lamusa.


Mamy 2019 r. Rockstar wydał Red Dead Redemption 2, a gracze pecetowi wiąż nie mogą się doczekać pierwszej części RDR'a. Co w takim wypadku należy zrobić? Zagrać w kręgle? Zatrzymać cholerny pociąg? A może zaopatrzyć się w PS3 i zobaczyć czy legenda jest prawdziwa i zaobserwować jak druga część serii się zestarzała. Powiem wam jak to ja  mam w zwyczaju jest dobrze.

Ocena może być tylko jedna 8/10. Dzięki pa, pa no sio, na co czekacie?

Hej! Żartowałem to nie koniec! Rozsiądźcie się wygodnie, bo opowiem wam o najlepszej historii, jaką opowiedziały szkockie gwiazdy rocka*. Dawny członek gangu zostawiony na śmierć John Marston protagonista który przeżył. Na szczęście nie została mu błyskawica na czole. Żarty na bok, czas przejść do sedna sprawy.



Zanim zakupiłem PS3, a wraz z nią RDR miałem okazję nasłuchać się jaki ten tytuł wspaniały i jedyny w swoim rodzaju. Trochę w tym prawdy jest... Tylko musi być takie małe maleńkie, ale. Skupie się na początku na tym co dobre, a potem wyhaczę to co poszło nie tak.

Nagroda Darwina trafia do...
Sam początek jest mocny. Wygodnie siedzący Marston słucha rozmów pasażerów o tym jak biały człowiek wprowadza "cywilizacje" i wiarę, która wyjaśnia wszystko, więc nie myśl samodzielnie. Dalej jest już tylko lepiej! Świat RDR to sporej wielkości piaskownica żyjąca swoim życiem, w którym my jesteśmy słońcem. Na każdym kroku wyskakują atrakcje jak karty z rękawa. Generalnie zbiór niezobowiązujących mini gierek jest spory, tak samo jak Npc, które proszą nas o pomoc. Zależnie od tego gdzie się udamy otocznie się zmieni i to raptownie. Dzięki temu nigdy nam się nie przejedzą widoki.

Gra świateł i sposób jaki przechodzą między obiektami potrafi oczarować, a sam styl graficzny zestarzał się godnie. Animacji też nam nie pożałowano, bo dzięki temu obserwowanie naturalnych ruchów głównego bohatera dawało naprawdę wrażenie, że obcujemy z żywym człowiekiem.

Co tu jeszcze dodać? Gra dzieli się na parę rozdziałów i każdy z nich w innej części mapy. Ok , pisałem coś tam ogólnie przed chwilą, a teraz to rozszerzę. Rockstar wiedział co robi i to czuć, bo każdy nasz cel odsłania coś niepowtarzalnego. Innymi słowy nigdy nie trafiamy do tego samego miejsca, chyba że musimy, lecz to już inna bajka. Nie obawiajcie się i z tym sobie poradzono. Do Red Dead Redemption wprowadzono kilka opcji szybkiej podróży. Jeśli chcecie możecie wykorzystać dyliżans, który za opłatą przewiezie nas, gdzie chcemy. Opcja numer dwa ognisko. Jak widać pomyślano o wszystkim, ja natomiast preferowałem tradycyjną jazdę konną.


Czegoś mi brakowało, gdy jechałem na Płotce eee, na koniu jakimś o bliżej nie znanym imieniu przeżywałem coś w rodzaju deja vu, gdzieś to widziałem i odczuwałem brak pewnej ścieżki dźwiękowej. Czy jazda była realistyczna? Bo ja wiem, na pewno wygodna i nie było żadnych problemów. Co ciekawe dodano pasek, który pokazuje wytrzymałość rumaka, jeśli spadnie do zera to Marston zleci z niego.

RDR można śmiało pokazywać jako solidny przykład ciekawej plejady osobowości. Nic nie jest tutaj czarno białe. Motywy, cele itp., każdy się czymś kieruję i wyraźnie to widać w poczynaniach bohaterów, jakich spotkacie w czasie kampanii od drobnego oszusta, który sprzedaję lek na wszystko po profesora przekonanego, że zabijanie bawołów dla sportu wzmocni je, a nie spowoduje ich wymarcia.

Radosna cywilizacja zabija dziki zachód i wprowadza coś znacznie gorszego, urzędników, którzy są jeszcze gorsi, bo mordują w "białych rękawiczkach". Doskonale to przedstawiono, bo w ramach odpuszczenia win mamy za zadania dorwać byłych kompanów, a żeby  Marston się nie wahał rodzina jego została uwięziona. Antagonista wraz z swoim przydupasem cały czas mu o tym przypominają w sposób charakterystyczny dla mafii itp.


Akcja Red Dead Redemption podzielić można również ze względu na konflikty w jakie się wplątał protagonista. Po jednej stronie rzeki mamy federalnych i bandytów, a z drugiej wojna domowa. Skupmy się na tej meksykańskiej części, która pokazuje bezsensowności konfliktu wewnętrznego i jego okrucieństwa. Każda ze stron uważała, że ma rację i działa w słusznej sprawie. Zdradziecki generał z jednej strony, a z drugiej casanowa z sklerozą, a jedyne co mu w głowie to rzekoma wolność i panienki, które chce "uszczęśliwić".

Przejdę teraz do rozgrywki i tym samym zacznę narzekać, bo ta część wypadła moim zdaniem najsłabiej. Na dzień dobry mamy włączone ułatwienie, a mianowicie celownik sam przylepia się do wroga, ba wystarczy, że skieruję w jego stronę lufę i pociągnę za spust i już po robocie. Kolejną rzeczą jest fakt, że przeciwnicy namiętnie atakują z dużej odległości przez co zlewają się z otoczeniem i bez tego w/w udogodnienia nie da się grać. Inną super mocą protagonisty jest dead eye. Na początku po jego uruchomieniu system sam decyduje, gdzie się trafi przeciwnika, w wersji dla zaawansowanych trzeba zrobić to manualnie. Szczerze? Wolałem jak to działo się z automatu, bo w "kropki" trudno celować. Twórcy postarali się o realizm w nocy, a w szczególności w wąwozach i jaskiniach.


Ledwo co widać, masakra, jak grać? No tak, auto celowanie i już! Brawo! Nie prościej było lepiej doświetlić otoczenie zamiast na siłę stawiać na realizm? Upierdliwe nie powiem, ale da się z tym żyć. Hmm, a co by było jakby dołożyć, a może Kartaczownice Gatlinga i walkę w dzień. Czy zabawa się poprawi? Powinienem napisać, że tak lecz jest inaczej, co prawda lepiej, ale brak tu precyzji, która jest niezbędna do tego, aby czerpać w pełni przyjemność z tego co się dzieje na ekranie, (tak wszystkie konsole mam przypięte do monitora).

Zadanie jakie miałem okazję wykonać są naprawdę dobre nie zabrakło misji z pociągiem (taka mała aluzja do GTA SA) lub ratowania damy w opresji. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo to wykonano solidnie tylko, gdzie nigdzie projektanci nie pomyśleli, co się stanie jak gracz inaczej "wykona" polecenie, a raczej nie zauważy "prowadzącej go rączki" i zrobi to po swojemu. SPOILER jednej z misji w której Marstom wpada w pułapkę zostaje uwolniony przez frakcję socjalistów. Ich dowódca zaleca szybko zdobyć broń. Odruchowo sprawdziłem, że mam nuż i myślę spoko. Podkradłem się do jednego z żołnierzy i zdobyłem strzelbę i załatwiłem resztę. Tego faktu nikt nie przewidział, bo choć wrogowie nie żyli to boty dalej faszerowali kulami pusty budynek. KONIEC


Absurdów tego typu jest więcej, co w sumie jest nawet śmieszne. Przedstawię inny przykład dość ogólnie, aby nie psuć nikomu zabawy. W pewnym mieście rozpocząłem zadanie poboczne jako protagonista, lecz olałem je i ruszyłem za wątkiem głównym, po zakończeniu kampanii wróciłem tam jako drugi bohater tej historii syn Johna. No i tu zaczyna się komedia. Koleś siedzi tam x lat i czeka, aż do niego przyjdę i nie zauważył, że coś jest nie tak (LOL) a junior lat 20+ zachowuję się jakby jego ojciec go "opętał". Czary? Możliwe :D A teraz parę słów o pojedynkach.

Czym byłby dziki zachód bez spotkania się na środku ulicy w samo południe? No właśnie... Potyczek nie zabraknie i są nawet interesujące. Trzeba jak najszybciej oznaczyć punkty na przeciwniku, które dają największe obrażenia. Im szybciej to zrobimy tym bardziej zwiększamy szansę na zwycięstwo.

No i wreszcie nadszedł ten moment na rubrykę wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Ci z was co grali w inne produkcje Rockstara na pewno wiedzą, że obowiązkiem gracza jest sprawdzić co głupiego da się zrobić w grze! Rozpocząłem od czegoś nietypowego "zaparkowałem" konia na torach. Jak sądzicie, co się stało? Przesunął się na bok? Poleciał jak z procy hen przed siebie? NIE! Eksplodował! Tak dobrze widzicie. Sam się zdziwiłem, ale tak było. Kolejnym smaczkiem jest "wchodzenie" na schody tyłem. Jeśli skorzysta się z schodów z pierwszego piętra i kliknie przycisk odpowiadający za schowania za osłonę nasz cowboy cofnie się wślizgiem z powrotem na górę.


Ciekawa jest jeszcze jedna rzecz, a mianowicie sposób w jaki jesteśmy karani, gdy zaczniemy strzelaninę. Nie będzie żadnych gwiazdek tylko licznik z grzywną i coraz to większa liczba szeryfów wyskakująca jak królik z kapelusza. Jeśli im uciekniemy to łowcy głów będą na nas polować w określonej okolicy do momentu, aż  opłacimy grzywnę. Możemy też się podać i trafić za kratki, co nie zwalnia nas od uregulowania opłaty. W sytuacji, gdy na koncie nie ma kasy to sami musimy zapolować na kogoś ściganego listem gończym. Przyznam, że jest to pomysłowe. Jedynym minusem jest fakt, że niezależnie, gdzie zacznie się sieczka tam "policja" się pokazuję co psuję imersję.

Nie zabraknie też otrzymywania punktów honoru, coś podobnego do karmy z Fallouta. Im więcej dobrego robimy tym reputacja się zwiększa i mamy zniżki w sklepach. Tylko po co nam skoro amunicja sama się sypie w ilości hurtowej ze bandytów i można odnowić magazynki w skrzynkach, które znajdują się w wynajmowanych pokojach. Ktoś może zasugerować, że lepsze giwery będą tańsze. Spokojnie te które dostaniemy za darmoszke w zupełności wystarczą i nikt nie poczuję potrzeby zakupu nowych.

Czy warto kupić Red Dead Redemption? Gra nie jest doskonała ma błędy, to tu to tam, gdzie nigdzie otocznie się doczytuje lub jest widoczny spadek klatek, ale to tylko małe niedociągnięcia. Opowieść jest naprawdę przednia, a że na PS3 takich perełek jest więcej zalecam kupno tej konsoli i tej super produkcji. Rzekłem
.
Pierwszy tak obszerny tekst w tym roku! Mam nadzieje, że docenicie moją pracę i podzielicie się ze mną swoimi uwagami dotyczącymi waszej oceny RDR.

Przypominam o udostępnianiu i co tam się jeszcze robi ;] Do zobaczenie wkrótce!



*Chodziło mi ogólnie o Rockstar, a nie o określoną część tej firmy.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie