Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Pora się ruszyć! Mleko zostało rozlana, co oznacza komu w drogę temu czas. A może szło to jakoś inaczej? No mniejsza zaczynajmy!
Po stacji Moskwa, którą odwiedziłem w Metro Exodus przyszła pora na basem śródziemnomorski. Lecimy do starożytnego Egiptu.
Drodzy studenci tematem
dzisiejszym będzie Assassin's Creed Origins Zapowiedziana przez francuskiego wydawcę Ubisoft,
jako tytuł przełomowy na tle serii. Śmiem zauważyć, że tak jest, bo…. Jedyne co
ma wspólnego z poprzednikami to nazwę i parę mechanik na krzyż.
Naczelnym z nich jest rozwój
postaci poprzez wykonywanie zdań za które zdobywamy punkty doświadczenia,
potocznie zwanych expem. Ac Origins
oferuję szereg fedexsów, ale czasem zdarzy się zdanie wartę uwagi jak choćby rozpieszczona
winorośl, której protagonista robi za ochroniarza.
Zwrócić należy uwagę na
fakt, że ekwipunek jaki będziecie zdobywać posiada swoje statystyki i wymaga określonego
poziomu. O ile kiedyś można przyjąć to za normę tak dziś jest to śmieszne.
Kłóci się to z narracją reżysera gry, który przedstawia bohatera jako doświadczonego wojownika będącego medżajem. Czy nie wydaje wam się dziwne, że taka elita w egipskiej armii nie jest wstanie użyć łuku, bądź miecza tylko dlatego, że lv się nie zgadza?
Sztuczne spowolnienie jedynie psuje realia jakie twórcy nakreślili. Niestety Ubi poszło o krok dalej. O ile w trylogii Ezio zmiana wyposażenia wpływała na wygląd naszego bohatera tak tu nic się nie dzieje.
Mamy możliwość zdobycia skina lub kupić go za realne pieniądze w sklepie, ale o tym później. Nie zabrakło również drzewka talentów, które może z nas zrobić myśliwego, wojownika lub wróża.
Jeśli będziecie się rzucać na wszelkie aktywności to zapewniam, że w pierwszym podejściu wszystko odblokowujecie. Ci z was co grali Far Cry 3 zapewne pamiętają system craftingu, który opierał się na polowaniu na zwierzęta w celu pozyskaniu skór.
O ile było to uzasadnione,
ale to miało się wrażenie, że zaimplementowano na siłę, tak tu jest to pożądane i na
szczęście opcjonalne. W czasie przechodzenia kampanii loot będzie się sypał
niemalże tak jak w Diablo.
Żeby nie było za łatwo
jest jeszcze potrzebny minerał jak miedź, stal itp., aby słynne ukryte ostrze
mogło zadziałać tak jak powinno. W innym wypadku skrytobójstwa będą, mało
skryte i boleśnie się o tym przekonacie.
Mamy tu też pewne nawiązanie do Cienia Mordoru. Jeśli jakiemuś graczowi się nie powiedzie to dostaniemy możliwość pomszczenia go. Ot taka ciekawostka. Przejdźmy teraz do sytemu walki.
O ile inspiracja i
powtórzenie na podobnym lub lepszym poziomie czegoś z innej produkcji to pochlebstwo,
tak spartaczenie tego jest obrazą.
Gry od From Software każdy zna i nie raz od bossa lanie dostał. Można się kłócić co do siły jaką posiadają tam wrogowie, tak hitbox’y są na tyle dobrze ustawione, że broń musi dotknąć ciała, aby zaliczyć cios.
Tutaj tego nie doświadczycie, o co to nie! Wzajemnie przenikające animacje będą waszym chlebem powszednim, a walką będzie niczym jedzenie tabliczki mlecznej na której ktoś napisał prawie jak czekolada.
Same potyczki wypadają
w ogólnych założeniach średnio. Jednak broń jaką będzie można się posługiwać
rzeczywiście się różni. Nie będzie się to kończyło na samym wyglądzie, rzecz
jasna.
W trakcie przemierzania
Egiptu będziemy spotykać nie raz, nie dwa forty rzymian lub bandytów. Posiadają
one różne poziomy trudności i tym samym inne „atrakcje”. Warto zwracać uwagę na
stopień wyzwania, bo już dwa, trzy lv powyżej naszego są wymagające.
Do żołnierzy z oznaczeniami
„trupich czaszek” nad głową nie zbliżajcie się, bo zabiją od razu, próżne
będą wasze trudy. Mając tą wiedzę
rozumiecie, że jeśli celem waszej wizyty nie jest zrobienie krwawej jatki to unikacie tego jak greckiego ognia.
Aby swoimi „pierdami”,
że się tak wrażę zagazują wrogów. Jeśli jednak chcecie załatwić sprawę po staremu,
czy też po nowemu to dalej można zeskoczyć z wysokości, czy wciągnięcie w „siano” będzie działać.
Świat Assassin's Creed Origins jest bardzo wrażliwy
na ogień. Dlatego wszelkie oblane oliwą lub drewniane przedmioty zapalą się
natychmiast, co warto wykorzystać na naszą korzyść. Jeśli cel stoi za ogniskiem, a strzała przeleci przez płomień to zada mu dodatkowe obrażenia od podpalenia.
Skoro najważniejsze
rzeczy są wiadome, pora przejść do fabuły. Osobiście uważam, że jest to najmocniejsza
strona tej produkcji, główne założenia się nie zmieniły. Dalej mamy szereg
celów do zlikwidowania.
Aby usunąć każdego z
nich należy wykonać szereg zadań. Niektóre z nich są „łańcuchowe” wydawane u
określonego Npc. Bossowie, o ile ci istnieją to niektórzy są nimi jedynie są nimi
z nazwy. Raz będą walczyć i to w sposób ciekawy, a innym razem wystarczy kosa
pod żebro.
Jedną rzeczą jaka ich
łączy jest scena z zaświatów. Widzieliśmy to w
poprzednich częściach, tutaj podniesiono to na inny poziom.
Wszystkie postacie
można pochwalić za wyrazistość i nie będącymi pustymi wydmuszkami. Jedynie
możecie zwrócić uwagę na oklepane archetypy lub schematy, ale to małe piwko. Główne
misje są nawet do przyjęcia i chciałoby się powiedzieć, że poboczne są
interesującym uzupełnieniem.
Tutaj
kończę część bez spoilerową, Ci co nie chcą wiedzieć co ważniejszych faktów proszeni są do przejścia na sam koniec.
Gracie sobie Baytekiem rozwijacie go, a na sam
koniec wciskają wam na siłę Aye (początkowo miało być jego „dupę”) i
likwidujemy Cezara. Ludzie myślałem,
że kurwicy dostanę. Nie mam nic to kobiet, ale już się zżyłem z medżajem, a oni
na siłę mi wciskają ją.
W czasie
zabójstwa w łaźni wyniku walki z członkiem zakonu tracimy palec od ukrytego
ostrza. Choć jak wcześniej pokazano nie ma takiej potrzeby. Wiecie co wymyślono
na końcu? Odcinanie, to w sumie oczywiste, bo Altair i spółka to robili zamiast unowocześnić mechanizm. Głupot i
pewnych niezgodności jest znacznie więcej.
Koniec
przecieków.
Podsumowując. Assassin's Creed Origins ma potencjał, ale do
eksploracji. Jednocześnie nie jest on na tyle dobry, żeby zaglądać pod każdy
kamień, czy inną piramidę. Fakt miasta są piękne, ale to zawsze było, a więc
nie ma co powtarzać oczywistości. Gra mnie rozczarowała, bo o ile przed
uruchomieniem byłem nastawiony pozytywnie tak bardziej się cieszyłem, że
skończyłem i nie będę musiał do tego wracać. Ocena końcowa 6/10.
Krótka, czy długa gra? Odwieczne pytanie jakie zadają sobie gracze i twórcy. Z jednej strony dobrze by było, aby trwały jak najwięcej. Lecz, czasami miło jest zaliczyć coś na jednego strzała.
Taką grą jest właśnie Ucharted: Zaginione dziedzictwo wydany
jedynie na Ps4. Nie zapomnę pierwszych minut gry. To było, ba jest czymś w
rodzaju tsunami wysokiej jakości oprawy graficznej.
Wszystkie szczegóły na budynkach, światła i odbicia w kałużach to była po prostu magia jaką mogli zrobić tylko ludzie z Naughty Dog. Warto jeszcze zauważyć jaką dbałość włożono w takie elementy jak mimika twarzy lub fakt, że jak jedna z bohaterek musi coś odłożyć to widać jak to robi zamiast znikać w „nicości’.
Smaczków tego typu jest o wiele więcej, co nadaje pewnej wiarygodności. Oczywiście nie zabrakło baboli typu przenikające obiekty lub nadnaturalnych umiejętności postaci i śmiesznych błędów z fizyką.
Skoro zacząłem od
formy, a nie treści to muszę zwrócić uwagę na inspirację lokacjami z
Madagaskaru. Indie trochę je przypominały, a jedyna otwarta lokacja to już do
bólu wyglądała tak samo jak w Kresie złodzieja.
Zaryzykuje i stwierdzę,
że była nawet większa. Swoją drogą jak tam trafiłem to nawet się na chwilę
zaciąłem, ale jak już znalazłem właściwy trop to poleciało już z płatka. Zanim
przejdę do fabuły warto dodać, o dość już popularnym trybie fotograficznym,
który jest już praktycznie standardem.
Tutaj też zaliczyłem
niespodziankę. Ani złą ani dobrą neutralną. Uncharted przyzwyczaiło mnie do tego, że zaczyna się od jakiejś sceny
pełnej adrenaliny, a potem mamy cofnięcie do początku.
Tutaj nie było czegoś
takiego. Nie znaczy to, że od razu jest nuda, bo kampania jest na to za krótka. Zajęło
mi to jedyne 6 godzin na poziomie średnim. Głównymi protagonistkami jest
wspomniana Chloe Frazer, i antagonistka z U4 Nadine Ross i
jeszcze ktoś.
Jak łatwo się domyśleć
wiąże się to z walką z hordami najemników i na końcu z samym złowrogim
przydupcem. Sama walka praktycznie niczym się nie różni od tego co znamy w
podstawce. Choć jest pewien paradoks. Z jednej strony wrogowie stają się
stosować różne taktyki z całkiem niezłym skutkiem, a z drugiej... No cóż, można im wisieć
przed nosem i stwierdzą, że nic nie widzą. Taka ironia jak widać.
Przyjże się teraz
relacją pań. No tutaj mamy coś w rodzaju od nie cierpię cię do moja najlepsza
przyjaciółko. A gdzieś pośrodku będzie poruszanie ważnych spraw osobistych i
ocean empatii itp.
Osobiście mnie to nie
przeszkadzało, ale jak się na tym człowiek zastanowi, choć sekundę to widzi, że
nie trzyma się to kupy. No, ale kto powiedział, że musi być, aż tak realistyczne.
Na sam koniec co nieco o balansie akcji i eksploracji.
Mamy tutaj stanowczo
więcej spokojnych momentów jak się zrobi analizę. Na szczęście nawet tego nie
czuć. Liczba ciekawych rozmów między paniami, a nawet monologi samej ze sobą są
na tyle przyjemne, że nie zwraca się uwagi na ich częste czasy antenowe.
Paradoksalnie ma to
jeden duży plus! Sam finał dużo dzięki temu zyskuje. Włożono tam tyle
kaskaderskich scen, że nie sposób oderwać oczu od tego co się dzieje na
ekranie. W sumie bardzo dobrze. Nawet walka z bossem nie była tak upierdliwa
jak w U4, co należy pochwalić.
Czy
warto zagrać Ucharted:
Zaginione dziedzictwo? Nie mam co do tego wątpliwości, że tak trzeba. Jest to
naprawdę warta uwagi pozycja, która stanowi kropkę nad i tej serii. Ocena
końcowa 9/10.
Wakacje
tego mi trzeba było. Koniec z pisaniem na określone terminy! Pora podejść do
tego na luzie. Zacznę więc swoją gamingową podróż w 80 dni dookoła świata.
Plan jaki przyjąłem
jest dość prosty. Zamierzam zrecenzować produkcje osadzone w istniejących
miastach. Epoka nie będzie miała znaczenia i dzięki temu lista może być dość obszerna.
Zastanawiałem się,
gdzie najpierw się wybrać? Jaki kraj i czas będzie najlepszy, aby rozbujać ten
urlop. Zawsze chciałem odwiedzić dwa kraje USA i Japonię. Stany jak zwykle
wzięły górę. Teraz tylko dobór miasta. San Francisko, a może Los Angales?
Chicago lub taki Boston brzmią lepiej! Puściłem piosenkę Sinatry i wiedziałem
już, gdzie się skierować. Do Wielkiego Jabłka, nie inaczej New York.
Przejdźmy do rzeczy. Każdy
z was dobrze zna Spider-man’a. W 2018 r. wydana została ostatnia cześć jego
wirtualnych przygód. Recenzje zebrała dobre. Nie ma co się dziwić, bo jest to
naprawdę doskonały kawałek kodu.
Pierwszą i
najważniejszą rzeczą jest przedział czasowy w której rozgrywa się akcja. Peter
nie jest już amatorem. Dostałem do dyspozycji prawdziwego zawodowca. Nawet jego
dowcip się wyostrzył.
Kolejnym istotnym
wątkiem jaki warto poruszyć jest fakt, że nie jest to ekranizacja filmu lub
komiksu. Insomniac Games dostało dzięki temu wolną rękę do działania.
Jeśli oglądaliście serial kreskówkowy lub jakąkolwiek ekranizację to będziecie
doskonale się orientować kto jest kim.
W sumie to potwierdza
moje odczucie, że Spaider-man jest
kierowany do fanów pajęczaka. Skoro tak jest to powinno być sporo znanych postaci.
Nie chcę zdradzać kogo dokładnie poza tymi oczywistymi jak ciotka May, czy MJ.
Miałem szczere nadzieję,
że będę miał okazję zmierzyć z całą plejadą antagonistów. Częściowo się to
spełniło. Niestety większość z nich dostała bardzo krótki czas antenowy. Przez
większość cześć wiedziałem, że istnieją, ale nie miałem okazji ich zobaczyć.
Warto robić zadania
poboczne, żeby nie minąć opcjonalnej walki z jednym z nich. Devowie skupiają
się początkowo tylko na jednym przeciwniku, aby pod sam koniec na hura wrzucić
kogo się da. Czy to dobrze? Trochę średnio, bo mimo, że wprowadzili
urozmaicenie i ciekawe misje to nie mogłem odpuścić sobie wrażenie, że to wciąż
tylko atrakcja dodatkowe.
Ujmując rzecz jaśniej
Premium zapchaj dziura. Jeśli jednak przejrzy się temu całościowo to składa się
zgrabną kompozycje.
No, a jak wypada sam
główny wątek? Cudowanie! Wreszcie się wciągnąłem i miałem ochotę na więcej. Sony
zainwestowało w polską wersję językową. Okropną, kreskówkową, czyli najlepszą
dla tych co się wychowali na kreskówkach z Pajączkiem. W innej produkcji
potraktowałbym to jako sporą wadę.
Historia nie jest
jednoznaczna, choć tak się może początkowo wydawać. Pewne wydarzenia mają
drugie dno. Po napisach będziecie mieli dwie sceny. Warto je zobaczyć, ale i
bez tego można się domyślić, że planowana jest kontynuacja.
Grając czułem się
jakbym oglądał film z Tobey Maguire w
roli głównej z 2002 r. klasyka i obowiązkowa pozycja dla fanów Spaider-mana. Fabuła zachowywała dobre tempo, a aktywności poboczne z
pewnym bonusikiem, o czym napiszę za chwilę dawały niepowtarzalne
doświadczenie.
Tym głośnym dodatkiem
był nikt inny jak J. Jonah Jameson,
który prowadził audycję radiową w której jechał po Peter jak po łysej kobyle.
Wbrew pozorom dobrze się słuchało tych krótkich wypowiedzi.
Przejdę teraz do
podziału kampanii na zadania i to zarówno główne i poboczne. Wielokrotnie w
trakcie wykonywania wątku głównego zostawałem wytrącany q, które były cholernie
krótkie.
Mimo, że nie wiązało
się to z jakimś traceniem czasu na oglądanie ekranu wczytywania, to czułem
wytrącenie z imersji, a szkoda. Jak już zacząłem się czepiać misji to podobnie
jak w Wieśku musiałem rozegrać poziomy z MJ i nie tylko. Wszystkie zrobiono na
jedno kopyto. Skradanki pod kątem mechanik różniły się jedynie akcesoriami i
sposobem odwracaniem uwagi wrogów.
O dziwo nawet pod
koniec nie znudziłem się tym, co to, to nie. Bardziej już były uciążliwe zadania logiczne. Nie były one
szczególnie wymagające, ale szczęśliwie można je pominąć. Normalnie teraz
zaczął omawiać system walki lub rozwoju, ale wpierw zacznę od poruszania się.
Insomniac
nie
stworzyli koła od nowa, a jedynie ulepszyli to co można było zobaczyć w The Amazing Spaiderman. Wszelakie ruchy
zachowano w sposób taki, że nie można było zarzucić łamania zasad fizyki. Animacje
były bardzo wierne tym z filmom.
Tak bardzo mi to przypasowało,
że nawet po skończeniu kampanii dalej wykonuję aktywności poboczne i z wielką
chęcią się bujam na pajęczynach.
Teraz słów kilka o
typowych atrakcjach rodem z sandboksów. Zbierałem plecaki, robiłem fotki
kultowych miejsc itp. Nie były one dostępne wszystkie naraz. Blokowało to
możliwość tworzenia nowych kostiumów, które posiadały specjalne moce.
Rozumiem, że powinno
się dawkować doświadczenie, ale skoro już widać interesujący skin, który
chciałoby się zdobyć to taka przeszkoda jest po prostu upierdliwa. No, ale pal
pięć. Dziwniejszą sprawą są drzewka talentów.
Sądzicie, że jak tylko
wbijecie poziom to przełoży się to na nowe umiejętności? Nic bardziej mylnego.
Na to też będzie trzeba poczekać. Nazwałbym to prowadzenie za rękę 2.0 Niby
swoboda jest, ale została sztucznie ograniczona.
Jednak jak tylko się to
przeskoczy dostanie się system walki jak z Batmana. W moim odczuciu był
bardziej rozbudowany. Natomiast sam pajączek jest bardziej brutalny niż jego
kolega po fachu z Gotham.
Walka nie jest pozbawiona
wad, po sporo ciosów ustawionych jest pod jednym przyciskiem co wywołuje różne
efekty. Sami wrogowie też się bardzo powtarzają i różnią się tylko przydziałem
do określonej frakcji.
Dobrze, że poszczególne
ugrupowania mają też niepowtarzalne jednostki ze własnymi umiejętnościami. Peter
może też tworzyć akcesoria, które bardzo wspomagają jego pracę jako
pełnoetatowego super bohatera.
Używanie ich wiąże się
z grindowaniem potrzebnych punktów. Warto w szczególności zainteresować się
wyzwaniami. Nie zdradzę wam dlaczego sami zobaczycie.
Podsumowując dostałem bardzo
dobrą grę, która została staranie wykonana. Mimo, że po chodnikach chodziłem
rzadko to i te partie Nowego Yorku zostały zrobione szczegółowo. Sama muzyka w
czasie lotu dodaje skrzydeł, szkoda, że wciąż mamy gwałtowne przejścia, gdy się
nagle zatrzymam.
Nie przedłużając, jeśli
masz PS4 to koniecznie zagraj, naprawdę warto.
Siemaneczko, konbanwa – czy o której godzinie to czytacie! Aktualizacja 1.3d W tym tygodniu w moje ręce trafił telewizor kineskopowy i PS2 F...