-
Recenzje
Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
-
Manga i anime
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
-
Filmy i seriale
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
-
Publicystyka
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Recenzja Death Stranding Początek (Wednesday edition), Część 1 (PC)
Recenzja Sniper Elite III: Afrika (PC)
Natura rozkwita, grill się rozpala, a tutaj wypadł wyjazd do Afryki, co za czasy...
Recenzja Little Nightmares (Nintendo Switch)
Recenzja Metal Gear Solid 3: Snake Eater (PS3)
Tutaj, aby oddać strzał celny, a nie taki jak w starym Doom, trzeba użyć, aż kilku przycisków, które robią z protagonisty nieruchomą „wieżyczkę strzelniczą”. Oczywiście można strzelać na zasadzie ustawienia się w kierunku wroga i próby zabicia go. Szybko przekonałem się, że to jedyna słuszna metoda otwartej walki, ewentualnie używajcie bagnet.
Wielokrotnie przez tą kiepską mechanikę musiałem się męczyć z bossami, którzy byli bardzo mobilni (patrz The Fear). Sam finał był hmm, denerwujący. Kamera zachowała swoje „walory” w trakcie oddawania strzału. Ale ktoś doszedł do wniosku, że trzeba jeszcze utrudnić widoczność, żeby nie było za łatwo.
Recenzja Ucharted 4: Zaginione dziedzictwo
Krótka, czy długa gra? Odwieczne pytanie jakie zadają sobie gracze i twórcy. Z jednej strony dobrze by było, aby trwały jak najwięcej. Lecz, czasami miło jest zaliczyć coś na jednego strzała.
Taką grą jest właśnie Ucharted: Zaginione dziedzictwo wydany
jedynie na Ps4. Nie zapomnę pierwszych minut gry. To było, ba jest czymś w
rodzaju tsunami wysokiej jakości oprawy graficznej.
Wszystkie szczegóły na budynkach, światła i odbicia w kałużach to była po prostu magia jaką mogli zrobić tylko ludzie z Naughty Dog. Warto jeszcze zauważyć jaką dbałość włożono w takie elementy jak mimika twarzy lub fakt, że jak jedna z bohaterek musi coś odłożyć to widać jak to robi zamiast znikać w „nicości’.
Smaczków tego typu jest o wiele więcej, co nadaje pewnej wiarygodności. Oczywiście nie zabrakło baboli typu przenikające obiekty lub nadnaturalnych umiejętności postaci i śmiesznych błędów z fizyką.
Skoro zacząłem od
formy, a nie treści to muszę zwrócić uwagę na inspirację lokacjami z
Madagaskaru. Indie trochę je przypominały, a jedyna otwarta lokacja to już do
bólu wyglądała tak samo jak w Kresie złodzieja.
Zaryzykuje i stwierdzę,
że była nawet większa. Swoją drogą jak tam trafiłem to nawet się na chwilę
zaciąłem, ale jak już znalazłem właściwy trop to poleciało już z płatka. Zanim
przejdę do fabuły warto dodać, o dość już popularnym trybie fotograficznym,
który jest już praktycznie standardem.
Tutaj też zaliczyłem
niespodziankę. Ani złą ani dobrą neutralną. Uncharted przyzwyczaiło mnie do tego, że zaczyna się od jakiejś sceny
pełnej adrenaliny, a potem mamy cofnięcie do początku.
Tutaj nie było czegoś
takiego. Nie znaczy to, że od razu jest nuda, bo kampania jest na to za krótka. Zajęło
mi to jedyne 6 godzin na poziomie średnim. Głównymi protagonistkami jest
wspomniana Chloe Frazer, i antagonistka z U4 Nadine Ross i
jeszcze ktoś.
Jak łatwo się domyśleć
wiąże się to z walką z hordami najemników i na końcu z samym złowrogim
przydupcem. Sama walka praktycznie niczym się nie różni od tego co znamy w
podstawce. Choć jest pewien paradoks. Z jednej strony wrogowie stają się
stosować różne taktyki z całkiem niezłym skutkiem, a z drugiej... No cóż, można im wisieć
przed nosem i stwierdzą, że nic nie widzą. Taka ironia jak widać.
Przyjże się teraz
relacją pań. No tutaj mamy coś w rodzaju od nie cierpię cię do moja najlepsza
przyjaciółko. A gdzieś pośrodku będzie poruszanie ważnych spraw osobistych i
ocean empatii itp.
Osobiście mnie to nie
przeszkadzało, ale jak się na tym człowiek zastanowi, choć sekundę to widzi, że
nie trzyma się to kupy. No, ale kto powiedział, że musi być, aż tak realistyczne.
Na sam koniec co nieco o balansie akcji i eksploracji.
Mamy tutaj stanowczo
więcej spokojnych momentów jak się zrobi analizę. Na szczęście nawet tego nie
czuć. Liczba ciekawych rozmów między paniami, a nawet monologi samej ze sobą są
na tyle przyjemne, że nie zwraca się uwagi na ich częste czasy antenowe.
Paradoksalnie ma to
jeden duży plus! Sam finał dużo dzięki temu zyskuje. Włożono tam tyle
kaskaderskich scen, że nie sposób oderwać oczu od tego co się dzieje na
ekranie. W sumie bardzo dobrze. Nawet walka z bossem nie była tak upierdliwa
jak w U4, co należy pochwalić.
Czy
warto zagrać Ucharted:
Zaginione dziedzictwo? Nie mam co do tego wątpliwości, że tak trzeba. Jest to
naprawdę warta uwagi pozycja, która stanowi kropkę nad i tej serii. Ocena
końcowa 9/10.
Recenzja Watch Dogs (PC)
Gry rzadko uderzają w mocne tony. Wielka szkoda, ale czasami to robią z dość różnym skutkiem. Zobaczmy co tym razem wymyślił Ubi.
Francuzi pozazdrościli Amerykanom serii GTA i fenomenu jakim się cieszy ta marka. Jak każdy wielki gracz postanowili zawalczyć o kawałek tortu. Rockstar stawia zwykle na humor i brak poważnego traktowania się. Jak dobrze wiecie lub nie mieliśmy okazję ograć jeden wyjątek wydany na 7 generację konsol GTA 4.
Odsłona ta uderzała w
poważne tony i znacząco odbiegała od standardowych części. Powiem wam szczerze,
że jak kilka lat temu ogrywałem tą produkcję ta odmiana przypadła mi do gustu.
Przejdźmy jednak
rzeczy. Mistrzowie odgrzewanych kotletów (tak mówię tu o Ubi) postanowiło zrobić coś podobnego. Nie chodzi tu o wymienioną
wyżej produkcję, a o całą serie.
Nie oni pierwsi nie
ostatni co próbują tego dokonać, znowu się rozgaduję. Watch Dogs, bo o tej grze będę tu pisał traktuje się śmiertelnie
poważnie jak dramat na faktach. Mamy tu zabójstwa z zimną krwią, załamania nerwowe
spowodowane utratą bliskich i chęć vendetty.
Sporo też będzie
przemyśleń głównego protagonisty Leo Za….
znaczy się Aidena Pearce’a. Będzie
chrypiał jak rasowy twardziel i myślał jedynie jak uchronić swoją siostrę i
siostrzeńca. Wykaże się on sporymi rozterkami moralnymi.
Chyba zaczynacie
załapywać, że wszystko to jest sarkazmem? W pewnym sensie tak i nie. Aiden faktycznie sporo ma wniosków co
do swojej przeszłości i rodziny. Bardzo dobrze, nadaję mu to sporej
wiarygodności i pokazuję jego drugie obliczę.
Problem leży w tym, że
trochę to sztampowe. Jakoś nie jestem mimo szczerych chęci wstanie wczuć się w
jego cierpienie. Może to trochę za duża dawka pitolenia? Możliwe, że nasz
protagonista jest dość jedno wymiarowy.
Tutaj w Watch Dogs jest bardzo podobnie. Aiden jest zbyt odrealniony i brakowało
mi tej ludzkiej cząstki. Na jego tle najlepiej wypadł dość dowcipny Jordi Chin jedyny wesołek w całej
kampanii.
Fakt, faktem wygląda
jakby się urwał z Yakuzy z lat 80-tych, ale jest w nim coś z artysty i ma w
sobie charyzmę. W pewnym momencie żałowałem, że to nie on jest głównym
bohaterem dodałby trochę barw tej przepełnionej patosem fabule.
Kończąc część pierwszą,
celem głównym jest zemsta na tych, którzy skrzywdzili rodzinę Aidena. Nie będę więcej pisał, bo
musiałbym to i owo ujawnić.
Przejdę
teraz do rozgrywki. W dość dobry sposób przeportowano znane
mi mechaniki z Ac, gdzie jako
assasin biegałem po dachach Florencji. Nie zabrakło składanek i załatwiania po
cichu przeciwników,
czy takich „wieżyczek”, które odblokowały aktywności poboczne.
A skoro już o nich
mowa. Z nieznanych powodów twórcy zmuszają gracza, czyli między innymi mnie do
wykonania jednej z tego typu atrakcji, aby móc odblokować jedno z wielu drzewek
umiejętności. Genialne (facepalm)! Trochę to przykre, ale mówi się trudno i
obejdzie bez tych paru perków.
Innym dość męczącą
mechaniką, pardon aktywnością był atak macherów, czyli graczy. Żebym
przypadkiem nie ominął tego, przymusowo trzeba było odbębnić misję szkoleniową.
Na szczęście można wyłączyć tego typu niedogodności w menu.
No dobrze tyle
mankamentów, bo reszta to już tradycyjne błędy, które zawsze występują w
produkcjach od Ubi. Skupie się teraz
na plusach. Twórcy dość kreatywnie podeszli do hackerstwa.
Wielokrotnie mogłem bez
bezpośredniej aktywności (patrz. strzelając za osłony) załatwiać przeciwników.
Odciąganie, zwabianie i wysadzanie to i wiele jeszcze innych opcji pozwalały mi
dochodzić do celu bez wystrzelenia ani jednej kuli.
Przyznaję, że jest to
dobre rozwiązanie wprowadzające pewien powiew świeżości do skostniałego
strzelania z Gearsów. Oczywiście,
żeby nie było za łatwo nie zabraknie też łamigłówek polegających na odpowiednim
połączeniu sieci zabezpieczającej.
Po większości tego typu
akcji musiałem uciec lub wybić przeciwników. Jeśli zdecydowałem się na to
pierwsze mogłem wykorzystać sieć miejską, aby zmienić światła, włączyć blokadę
lub…. Dokonać najbardziej popisowej ucieczki kolejką miejską i przesiąść się
gdzieś za miastem i zwiać.
Wszystko to i więcej
jest naprawdę bezcenne. Poczujecie też syndrom jeszcze jednej tury, a ujmując
rzecz jaśniej kliknięcia przycisku włączającego jakąś przeszkodę. Pod sam koniec i może w paru jeszcze innych
misjach broń będzie musiała „przemówić”.
Strzelanie jest
naprawdę bardzo przyjemne, a poszczególne shotguny, uzi i inne karabiny mają
właściwą sobie siłę odrzutu za co należy pochwalić. Boty niekiedy próbują
dokonać jakiegoś manewru okrążającego, ale szybko można się zorientować, że
biegają od ostatniego punktu z którego strzelałem.
Szybko wykorzystuje to
na swoją korzyść. Oprócz zwykłych oprychów dodano jeszcze średnio opancerzonych
i takich co są żywymi gąbkami.
Z pomocą przyszły mi
granaty, dynamit i inne materiały wspomagające. W niektórych wypadkach można po
prostu przebiec obok, ale rzadko przynosi to właściwy skutek.
A
teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej.
Miasto jest prześliczne. Możemy znaleźć tu istniejące miejsca podobnie jak L.A. Noire lub Spaider-manie. To co
jeszcze wyróżnia z tłumu, czy też na tle GTA
jest gps. Zamiast gapić się na mini mapę miałem niebieski pas składający się z
strzałek, które prowadziły do celu.
Samo zakończenie jest
zrobione ciut lepiej niż reszta część kampanii. Wreszcie mogłem poczuć się, że
jest to świat posiadający więcej niż tylko dwa kolory.
Podsumowując.
Watch Dogs wydany między innymi na PC jest grą wartą uwagi. Mimo, że gdzie
nigdzie trąci myszką to wciąż bardzo dobra gra, a że już minęło te dobre parę
lat od premiery możecie kupić ten tytuł w dobrej cenie. Moja ocena 8/10.
A jak prezentuje się
wasz ulubiony „klon” GTA? Napiszcie
w komentarzach :D


















































