• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manga i Anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manga i Anime. Pokaż wszystkie posty

Recenzja anime Ore dake Level Up na Ken Season 2: Arise from the Shadow (Wednesday edition)

W tą środę wbrew temu co by się wydawało nie pokaże się druga część recenzji Death Stranding. Miała być to niespodzianka i tak też będzie. Na warsztat lecie jedno lepszych anime tego roku Solo Leveling sezon 2.

Pierwsze dwa odcinki to mocne wejście w drugi sezon Solo Leveling. Twórcy się nie patyczkują i wrzucają głównego protagonistę do czerwonej bramy. Dla przypomnienia jest to instancja na wyższym poziomie trudności.


Oprócz tego w wielkim skrócie wspomniano o wydarzeniach z pierwszej części. Dla tych co nie mieli okazję się zapoznać zapraszam to tej recenzji Klik. Wracając do fabuły. Tempo wciąż jest bardzo szybkie i praktycznie nie tracą czas na wszelkiego rodzaju wypełniacze. Główny czas antenowy skupia się na Jin-Woo Sung.

Walki, które są najwyższym priorytetem w tym anime wykonano wyśmienicie. Nie poszli animatorzy na skróty i wszelkie momenty zaprezentowane tak, aby widzowie czuli co oglądają. Całość potęguje jak zwykle dobra gra aktorska i przekonywujące wrzaski będące nieodłączną częścią takich serii.

Walka z pierwszym istotnym przeciwnikiem była pokazem przemyślnej taktyki z wykorzystaniem nowej karty atutowej, która zmieniała układ sił na polu walki. Z koeli w świecie rzeczywistym pojawił się znaczący przeciwnik klasy S. Jednak uprzedzając pewne fakty dodano go tylko dla hecy. Na swoje pięć minut będzie musiał poczekać.  


W trzecim odcinku rozłożono akcenty na kilka wątków. Ten najważniejszy dalej skupia się na rozwoju protagonisty. Natomiast pozostałe przedstawiają wątki obyczajowe. Nazwałbym to próba wypełniania tej historii i oderwaniem od potyczek jakie się rozgrywają przez większość seansu.

Kolejne odcinki czwarty i piąty przeszły na nieco wolniejsze tempo. Wbrew opiniom jakie są necie. Solo Leveling nie skupia się wyłącznie na walce. Akcja jaka się rozgrywa poza lochami skupia się w większości na pokazaniu działań topowych gildii. Nieco bardziej intymnym, czy też prywatnym życiu, czy odnalezienie leku dla matki Jin-Woo Sung.

Autor manhwy, która została adaptowana zadbał, o równowagę i pospiesznie wrzucił na ruszt to co tygryski lubią najbardziej. Kolejny loch z dużą dawką przemocy. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że od czwartego odcinka zaczęto wstawiać bardziej stateczne sceny z mniejszą lub praktycznie żadną animacją Tym samym wracamy na stare tory jeśli chodzi o podział przedstawienia wydarzeń.


Finał kolejnego rajdu to co tu dużo mówić majstersztyk. Pokazówka możliwości w pełnej klasie. Musze jednak wrzucić łyżkę dziegciu i zwrócić uwagę na oszczędzaniu kasy przy animacji armii orków stojących w głównej sali. Na plus z kolei wspomnę, o całkiem niezłym modelu tych potworów. Zamiast klasycznych świnio podobnych mobów dali coś bardziej konkretnego.

Powoli zaczynają się ćwierć finały i widać spory przeskok w wydarzeniach. Rozgałęziania fabuły dalej ciągną ten sam układ pierwsza to dalsze podnoszenie poziomów protagonisty. Następnie wchodzą największe gildie, które stanowią autonomiczne władzę. W pewnym stopniu, ma się rozumieć. Nie zabrakło jeszcze bardziej dram rodzinnych z Jin-Ho Yoo (to ten bogaty i ambitny młodziak).

Każdy z tych wątków wyróżnia się mniejszym lub większym pomysłem na siebie. Praktycznie podstawy wszystkich tych tematów zrobiono porządnie i nie można się doczepić jakiś niespójności logicznych. Wprowadzono nową waifu, która jest po prostu pocieszna i tyle w jej temacie. Natomiast jest coś co wymagałoby poprawki w zakończeniu odcinka ósmego. Widać tam momenty, w których łączono poszczególne sekwencje. Dzieje się to zaledwie kilka razy, ale jest to i tak odczuwalne. W tym samym epizodzie powstał element łączący wszystko jedną klamrą.


W dziewiątym i dziesiątym odcinku dokonuje się wiele istotnych wydarzeń zmierzających już do końca tego sezonu. Warto odnieść się do krytykowanej przez wielu widzów sceny z Jin-Woo Sung. Okazanie łez zostało potratowane jako przerost formy nad treść pozbawionej jakiejś solidnej podstawy. Jest to oczywistą bzdurą, bo każdy kto musiał przejść przez to samo też by się tak zachował.

Inną sprawą jest jego dalsze  podejście, w którym nie wyrusza ze wszystkimi na wyspę Jeju. Pokazano motywacje i powody, ale osoby, które przeżyły sporą traumę potrafiły stanąć na wysokości zadania.

Ciekawą sprawą jest popełnienie pierwszych błędów w logice fabularnej. Protagonista jak i prezes poczuli fale magicznej mocy z sali sparingowej. Natomiast wielkiej fali z wyspy już nikt. Następnie moc naszego milusińskiego wzrośnie ponownie na końcu ostatniego odcinka, a w czasie pojedynku towarzyskiego cacka się liderem japońskiej gildii. Nie będę wchodził w szczegóły, bo zepsuło by to wam seans.


W finałowym starciu jest jedna symboliczna scena odwołująca się do zasad z sesji sparingowej. A mowa była, że przegra ten kto da się chwycić za nadgarstek. W tamtym epizodzie było popisywanie się i złapanie za palce. Tylko jak miałby to powtórzyć protagonista jak przeciwnik atakuje z otwartej łapy? Rozumiem przesłanie, ale identyczne ułożenie „dłoni” bossa byłby bardziej wyrazisty.

Następnie komunikacja między zespołami. W jaskini w najgłębszej części nie mieli problemu z łącznością przez większość czasu. Ci co byli na zewnątrz tym bardziej nie powinni mieć problemu, a jednak jak poszczególni członkowie "tracili zasięg". To spoko, nie ma problemu, logiczne, prawda?

Kolejna sprawa to plan Japończyków, którzy ewidentnie robią tu za rezerwowych antagonistów. Dziwnym trafem ich konszachty się spełniają. Tylko w ten wzór wrzucono nie tych co trzeba. A tym samym, czy nie jest to swojego rodzaju wskazanie prawdziwego złola tego sezonu? Kolejna rzecz czemu na wyspę nasz mocarz przybywa tak późno? Przecież „czujki” zostały rozłożone już dawno. Czemu dopiero zareagował jak jego mieli skończyć swój „występ” jego rodacy?


Czy warto obejrzeć Ore dake Level Up na Ken Season 2: Arise from the Shadow? Dla fanów shonenów jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa. Nie można jednak pominąć pewnych faktów, które nieco obniżają ranking tej produkcji. W całościowej ocenie daje 91%

1. Jak oceniacie anime, w którym protagonista ma zawsze miażdżącą przewagę?
2. Preferujecie serie od zera do bohatera, czy koksa na dzień dobry?
3. Czy drobne potknięcia fabularne mają dla was większe znaczenie, czy jesteście wstanie je przeboleć? 

Share:

Recenzja anime Dagashi Kashi

Ohayo moi drodzy. Po jakże radosnej animacji Flying Witch przejdziemy do nieco bardziej energetycznego tytułu. Rozgośćcie się wygodnie, a ja zacznę opowiadać.

Dagashi Kashi to produkcja będąca jedną wielka reklamą słodyczy. Nie będę jednak uprzedzał faktów i postaram się rozłożyć wszystko na części pierwsze. Jak wiadomo Japończycy to łasuchy, a im bardziej urocze tym głośniej słychać kawai (słodki) lub oishi (pyszne). Fundamentem serii było przedstawienie nie tylko samych słodkości, ale przekąsek jako takich.


Żeby jednak nie było za nudno dodano równoległe wątki majce urozmaicić całą fabułę. Najważniejszym z nich będzie „trójkąt miłosny”, w którym nic nie składa się jak trzeba. Nie ma jednak powodu do zmartwień. Oprócz niego pojawi się próba pozyskania ojca protagonisty do wielkiej korporacji. 

Anime nie traktuje się śmiertelnie poważnie i od początku czerpie garściami z rożnych produkcji. Zacząć należy od wykorzystania typowych ujęć z shonen do przeprowadzenia zwykłych rozmów o mandze. Szybkie przycięcia zmiana perspektywy, aby poczuć się jakby było w samym środku akcji. Kropka nad i zaś wyraziste rozmowy między bohaterami z pomysłem na siebie.

Musicie wiedzieć, że twórcy nie tracili czasu i szybko wprowadzili pierwszą z dam. Hotaru to Hotaru prawdziwa pasjonatka małego co nieco. Nie została przedstawiona ani jako cundere, czy tsundere. Jest ona typem deredere, a po naszemu ma adhd. Jej zadaniem jest jak już wspominałem przejścia taty Kokonotsu do ich firmy rodzinnej.


Nawet w tak prostej historyjce da się zawrzeć nawiązania, które będą widoczne dla fanów chińskiej mitologii. A nawet dla miłośników mangi tworzonej od ok. 40 lat. Z innych plusów jakie warto wspomnieć jest pokazanie wnętrz, które są inspirowane tradycyjnymi miejscami jakie można spotkać w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla otaku nie lada gratka.

Warto nadmienić fakt, że nie łatwo będzie przejść przez przez tą serię. Każdy ma jakieś skojarzenia z tak zwaną japońszczyżną jest to stereotypowe myślenie o chińskich bajkach. Tutaj wszystko to zostanie podane na tacy. Cześć widzów to pokocha, a inny odbiją się od tego.

Wspominałem początkowo o trójkącie jest on, ale nie będzie raczej tym czego można się spodziewać. Są to tylko momenty kiedy o nich sobie przypomną twórcy. Starają się to zrobić na swój specyficzny sposób. Jeśli odgadnęliście sitcomy pamiętacie jak w określonym momencie słychać śmiech. Tutaj zastosowano tą samą metodę tylko w nieco zmieniony sposób. Podrasowano wszelkie subtelne, acz oczywiste dowcipy sytuacyjne, w których żartem jest nieporozumienie i błędna interpretacja.


Chciałoby się powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda, a wszystko łączy w spójna całość. No raczej nie… Niech za przykład wezmę zepsucie klimatyzacji w sklepie. Co należy w takim wypadku zrobić, aby towar się nie popsuł od upałów? Iść na basen! Przecież to logiczne, czego nie rozumiecie. Wydarzeń połączonych w ten sposób jest znacznie więcej. Pytanie, czy warto się tego czepiać skoro od samego początku rozgrywa się kliszowy maraton?

Przerabiając kolejne odcinki widać jak wachlarz nawiązań jest coraz to większy. Zabawa kolejnymi konwencjami i niedowiedzeniami robi swoje. Wszytko jest pokazane z wyraźnym dystansem. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. Jednak należy zadać najważniejsze pytanie. Ile będą ciągnąc ta parodie wszystkiego, co im się podwinie?

Wspominałem jaka jest to reklama, ale przy tej samej okazji sypią wieloma ciekawostkami. Zamiłowanie do edukowania przy zabawie jest jedną z powodów dla, których warto obejrzeć to anime. Przy okazji promowania i uczenia przemycane są i ważniejsze tematy jak np. hazard. Nie ma tam poważnej krytyki. Psułoby to całą narracje jakie została do tej pory stworzona. Starają się bardziej poruszyć istotne watki poboczne i ostrzec przed negatywnymi skutkami.


Powraca temat jednostronnych miłośnych relacji między „przyjaciółmi z dzieciństwa” wszystko po to, aby dodać kolejne dwuznaczności w retrospekcji. Tylko skąd mistrzyni wiedziała na czym polega zabawa w doktora? Zważając na jej młody wiek jest to bardzo podejrzane.

W anime jest zazwyczaj kilka odcinków bonusowych: plaża, festyn szkolny lub miejski. Ósmy odcinek w całości poświęcono festiwalowi miejskiemu. To co jednak w nim warto wspomnieć to odejście od klasycznego szybkiego przebiegu, w którym jest jedno może dwie sceny i sayonara.

Oprócz typowego aspektu edukacyjnego w postaci skąd mamy te słodycze wrzucono parę atrakcji z jakich da skorzystać. Pozwala to nieco szerzej zobaczyć na czym polegają tego typu ewenty.


W półfinale nie tracą na tempie, a jest zgoła inaczej. Przekąski wchodzą na kolejny poziom, który jak zwykle zaskakuje. Niezależnie od okazji można dobrać jakieś ciekawe dodatki nawet jeśli miałoby to być opowiadania o duchach. Nie pozostano tylko na tym jednym. Poszli o krok dalej i dodano wróżby i garść informacji co do sposobu dystrybucji produktów. Ciekawostką jest, że niektóre wyroby są rozprowadzane jednanie po południowej lub północnej części kraju.

Ostatnie trzy odcinki to w głównej mierze konsekwentna kontynuacja tego co już pokazano. Jednak twórcy o dziwo przypomnieli sobie o głównym wątku, który rozpoczął całą serię. Teoretycznie tak można było to nazwać. Jednak poszli w całkiem inną stronę i postanowiono na nieco pikantne akcenty.

Jakby zastanowiono to na drobnej rozbieżności w interpretacji wypowiedzi to podsumowało się jedynie brakiem pomysłu na zakończenie. W tym przypadku odsłoniło nieco greyowe oblicze bohaterów. Pokazanie ich fetyszy popsuło sielankową wizję milusińskich. Równolegle do tego nie zabrakło żenujących klisz z pośrednim pocałunkiem, czy retrospekcji wspomnień Kokonotsu.


Podsumowując, czy warto obejrzeć Dagashi Kashi? Przez większość sezonu jest to zbiór parodii różnych gatunków. Wiele motywów dobrze znanych, a tym samym fabuła jest dość przewidywalna, ale nie ma to większego wpływu, bo nie wpływa na odbiór tego sielankowego tytułu. Trzonem jednak była wielka reklama przekąsek słodkich i wytrawnych. Jeśli ktoś chciał się dowiedzieć, co warto zamówić i spróbować to właśnie Dagashi Kashi dedukuje we wszystkim. Ocena końcowa 6.5/10.

Od siebie dorzucam swoje testy produktów gastronomicznych jakie można kupić w naszym kraju: 

Share:

Recenzja anime Flying Witch

Pora na kolejny odcinek spokojnych anime. Na warsztat leci Flying Witch. Obiecuje uroczyście nie będzie tu żadnych niespodzianek.

Powinienem zacząć od tej produkcji, bo jest podręcznikowym przykładem spokojnego anime. W praktyce niczym się nie różni od zwykłego serialu obyczajowego. Jeśli się czegoś doszukiwać to lekkiego humoru podkreślanego przez typowe dla tego typu dzieł kreską.


Na samym starcie jest wielki przeskok od tego co można zazwyczaj zobaczyć w japońskich tytułach. Zamiast wielkiego miasto typu Kioto będzie mała miejscowość prawie wieś, która jest gdzieś hen na Hokkaido lub innej prefekturze na północy. Skąd to wiem?

Jest to dość oczywiste w pierwszym odcinku Makoto (protagonistka) mówi, że jest kwiecień, a śniegu jest sporo. Chodźmy dalej, no właśnie jedną z istotniejszych cech na których będzie bazować bohaterka to bycie taką uroczą gapą, albo jak to mówią otaku moe.

Od samego początku twórcy przedstawiają szeroki wachlarz postaci od głównych przez poboczne, a kończąc na epizodycznych. Mało tego po pierwszym epizodzie już jest zapowiedź kto jeszcze się pokaże, ale tak, aby nie zdradzać kto dokładnie.


Oprawa Flying Witch ma malarski sznyt. Jest to bardzo widoczne zwłaszcza jak są przebitki na wszelkie krajobrazy. Jednak w tym gąszczu piękna nie sposób nie wspomnieć o ograniczonej ilości animacji. O ile na istotnym fabularnie postaciom nie mogę nic zarzucić tak ich otocznie jest tylko nieruchomym tłem, są też wyjątki. 

Nadmienię później o pewnym easter eggu, który zaskoczy fanów mangi i czarów. Młodsi widzowie zapewne nie skojarzą, ale już stare pryki będą wiedzieli o co chodzi. Najprzyjemniejszą rzeczą w oglądaniu tej serii jest błogi spokój.

W głównej mierze obserwuje się codzienne perypetie bohaterów. Bardzo dobre relacje między nimi są całkiem zmyślnie napisane. Żeby jednak nie było za nudno poszczególne wydarzenia jakie maja tam miejsca opierają się na kilku elementach. Pierwszy to magiczna natura Makoto. Skoro jest czarownicą to czemu tego nie wykorzystać?


Rodzina u której mieszka zyskuje dzięki temu nowe przeżycia. Jej największym odbiorcą będzie najmłodsza Chinatsu – chan. Jednak to nie koniec jej udziału w tej historii. Kolejną istotną sprawą jest gotowanie. To już nie jest przypadek… gotowanie jest nierozerwalnym elementem w spokojniejszych seriach, gdzie ma być lekko i przyjemnie.

No i krem de la krem promowanie regionu. Wszystko w przystępnym sposób, aby nie zaburzyć odbioru anime. Dalej twórcy idą w bezpiecznym kierunku jakim był festiwal, który pozwolił dodać nowe wątki do całości. Wprowadzając kolejne bohaterki mające swój debiut w pierwszym odcinku.

Nowa wiedźma Inukai została wprowadzono jako postać o wielu twarzach, a w głównej mierze miała dać wiatr w żagle w połowie sezonu. Przy tej okazji mogłem się dowiedzieć o poziomie lokalnych wiedźm. No co tu dożo mówić za dobre nie są w te klocki.


Wiecie co jest najlepsze w Flying Witch? Da się tu upchać sporo i nic. Praktycznie można streścić, omówić w paru słowach to co się tam dzieje. Wraz z rozwojem wydarzeń. Istotniejszym pytaniem byłoby jaki jest sens oglądać ten tytuł? Powiem szczerze, nie dla historii, bo tam się nic nie dzieje. Tutaj bardziej chodzi o klimat i sposób w jaki oddziałuje na odbiorcę. Uspokaja i sprawia, że człowiek się czuje zrelaksowany.  

Oglądając dalsze losy wieźmy i jej bliskich można jedynie się relaksować i przy okazji się nauczyć modlić w świątyni według ich zasad. Przyznaje dość nieoczekiwany sposób na to, aby dowiedzieć się jak wygląda poprawne modlenie się według tamtego obrządku.

O czym jeszcze tutaj warto napisać? Niech będzie o prawie graficznej. Wszelkie budynki są przepełnione szczegółami, a szanowne panie i jeden kawaler robi lekko przerysowane miny. Taki maja tam klimat. Dość często i gęsto są robione ujęcia na wnętrza poszczególnych domów, czy też innych lokali.


Skoro przy tym jestem to nie mogę się oprzeć i wspomnieć o kawiarni Shiiny, która stworzyła naprawdę przytulne miejsce, w którym chciałoby się zostać na dłużej. Hmm, być może to sielankowe życie jakie pokazano jest naprawdę przekonywujące.

Kontynuując pod koniec sezonu zmienia się nieco rozwój wydarzeń. Z przypadkowych momentów ułożonych w losowy sposób zaczyna wyłaniać się coś co można nazwać spójną całością. Pomimo tego sielanka dalej jest tam na porządku dziennym i nawet sobie z tego żartują.

Podsumowujmy czy warto obejrzeć Flying Witch? Sądzę, że jak najbardziej warto poświecić trochę czasu na tą serie. Anime pokazuje uroki życia na prowincji i charakterystyczne zwyczaje dla Japończyków. Nie jest to głównym trzonem, a jedynie pobocznym. Bardziej można wyróżnić uspokajające działanie na widza. Pokazanie błogiego spokoju życia codziennego niezwykłej rodzinki były naprawdę pocieszne. Natomiast dla tych co uważnie oglądali to zauważą parę ukrytych smaczków. Ocena końcowa 8/10.

P.S. Podpowiedź zwróćcie uwagę na okładkę opakowania filmu i obraz w kawiarni. Jedna podpowiedz już zobaczyliście czytając tą reckę.  
Share:

Recenzja anime Nihon e Youkoso Elf-san (Sezon 1)

Na dobry początek pójdą anime z gatunku okruchy życia. Czy też jak wolę je nazywać relaksacyjne. Charakteryzują się głównie skupianiem się na wątkach fabularnych i unikania wszelkiej przemocy, czy epickich starć.

Nihon e Youkoso Elf-san jest nie do końca czystym przedstawicielem tego gatunku. Posiada drobne wtrącenia z ecchi i shonen. Jednak biorąc rzecz całościowo jest to obyczajowy tytuł. Wszelkie odstępstwa rozłożone są po trochu w całym sezonie. Jednak dawka dwuznaczności jest naprawdę symboliczna.


Nadmienię, że wynika to z fabuły, która w głównej mierze skupia się na romansie głównych bohaterów. Rezultatem tego będą typowe heheszkowe sceny jakie można obejrzeć w innych produkcjach. Interesującym elementem jest próba pokazania odwrotności klasycznego Isekai. Już w takim Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chū dało się zauważyć jak odczuwalnie podkreślają te różnice kulturowe. Tutaj wszelkie zachwyty i zdziwienia będą na porządku dziennym.

Istotny jest niski próg wejścia i brak bodźców mogący odwrócić uwagę od fabuły. Zasugerowałem się komentarzem od Przygodozona. Mam nadzieje, że przypadnie Ci do gustu ta polecajka. Wracając do rzeczy, relacje między Kazuhiro i Marii to klasyka gatunku. Zachowują się jak stare małżeństwo, które jest wciąż w sobie zakochane. Kawai!

Innymi dobrze znanymi elementami to oczywiście zamiłowanie do kuchni. Powtarzałem to nie raz, ale napiszę ponownie. Oni naprawdę kochają jedzenie i uwielbiają to podkreślać na każdym kroku. Więc nie ma czemu się dziwić jak będzie to dość często wyciągane z rękawa. Odmianą natomiast jest poznawanie języka japońskiego przez Marii. Wszelkie przywitania typu Okaeri (おかえり), czy życzenie smacznego ita taki mas (いただきます).


Ich przygody nie są do końca jasne, do czego tak naprawdę zmierzają? Czas podzielono między światem rzeczywistym, a tym fantastycznym. Sekcje te są całkowicie odrębnymi bytami. Można powiedzieć niemalże niezabijającymi strefami mogącymi funkcjonować jako osobne kampanie.

Dość szybko wprowadzono nową bohaterkę. Jednak nie jest to zapowiedz haremu, ale jedynie postać towarzysząca. Warto się będzie przyjrzeć owej osóbce, po będzie kontrastem do Władcy Bestii z Clevatess: Majuu no Ou to Akago to Shikabane no Yuusha. Nie ma co ukrywać, obie produkcje celują w całkiem inne wątki, fabułę itp.

Kolejną sprawą jest niepotrzebne wtrącenia  typu shonen w krainach inspirowanych starożytnym Egiptem i nie tylko tam. Pierwsze, co się rzuciło w oczy to luzackie podejście do walki będącej wąskim epizodem nie mającym odgrywać ważniejszej funkcji w narracji.


Niespodzianką nie będzie jak wtrącę fakt, że znowu wrócili do świata rzeczywistego. Rozwinięto tam wątki dobrze znane jak poznawanie zasad życia społecznego, czy językowe. Praktycznie nawet można się czegoś nauczyć. Przykładowo skróconego przedstawienia się, czy przyrostków dorwanych do imion.

Twórcy poszli nawet o krok dalej i dali trzęsienie ziemię jako uzasadnię fun serwisu. Oprócz tego pokazano jaki obywatele są informowani o zagrożeniu itp. Wyszło z tego pożyteczne z przyjemnym widokiem dla oka. Najbardziej pocieszne są reakcje Marii, która nie udaje, że zna ten świat, czyli jak to zwykle bywa u bohaterów w Isekai. Taką odmianę należy wyróżnić i pochwalić.

Chciałoby się powiedzieć: doszliśmy do środka sezonu, a wraz z tym twist fabularny. Praktycznie w tym momencie zaczynają się niedociągnięcia. Do tej pory otworzono wiele drzwi, ale nie będzie już dalszego rozwinięcia. Najzwyczajniej w świecie pozostawiono bez szerszego komentarza. Jest też inna sprawa, o której trzeba wspomnieć.


Objaśniając na szybko zasady świata fantasy dochodzi do kuriozalnych scen kiedy zamiast gładkich przejść mamy widoczne pauzy na zbyteczne komentarze. Żeby było śmieszniej napastnicy grzecznie czekają. Wytraca to tempo i może zniechęcać do dalszego oglądania. Żeby nie było tak szaro rozwinięto historie biednego dzieciaka, który był niewolnikiem u bandytów. Tym samym wreszcie pojawił się ktoś nowy z nieco większą rolą.

I hop do Tokio i ciąg dalszy dobrze znanych perypetii. Zacznie się to może robić nudne, ale dzięki Marii przypomniałem sobie jako ponownie można się dziwić światem. Różnice kulturowo/ światowe wchodzą coraz to na wyższe poziomy. Na tle innych tytułów jest to wyższa liga.

Ponownie przypomniano sobie o dołożeniu elementów z innych podgatunków. Jest to wyraźna domieszka czegoś co rozwadnia cześć właściwą. Usilne przekonywanie widza, że jest to typowy shonen z ecchi zwyczajnie w świecie nie przechodzi. Jednak trzeba przymknąć na to oko i skupić się na switaśnych wstawkach.


Dochodząc do pól finałów dopiero przypomniałem sobie (siłą rzeczy) o kolejnych „niespodziankach” mogących zepsuć pewną naraję. Rozkładając ósmy i dziewiąty odcinek na części odnieść można wrażenie, że jednak jest to powiedzmy akcyjniak. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. Wszelkie charakterystyczne sceny są podlane sielankowym sosem. Niby shonen, ale jakiś relaksacyjny. Odnosi się wrażenie, że to jakiś Yuru Camp w świecie czarów.

Ten klimat jest tak intensywny, że z pamięci uciekają wszelkie wstawki skupiające się na walce, czy fan serwisie. Intensywność uczuć protagonistów i pra rozwydrzonego smoka zgarniają całą uwagę swoim luźnym podejściem do wszystkiego co jest możliwe. Jak o smoczycy mowa. Tutaj dopiero pokaże się prawdziwy wulkan emocjonalny. Z jednej strony przedstawiona jest jako pradawna mądra i potężna, aby po chwili zrobić z niej duże dziecko. Lepiej byłoby powiedzieć postać komediową.

Finał tego sezonu to już przejrzejcie do części właściwej. Skupiono się w 99% na relacjach romantycznych. Oczywiście nie zabrakło kolejnych zaskoczeń szanownych dam. Aby jednak w pełni się cieszyć wszelkimi momentami warto wiedzieć co to jest Golden Week (ゴールデンウィーク, Gōruden Wīku), fenomen małych ciężarówek typu kei track, czy czemu używanie imienia jest tak podkreślanym momentem.


Wracając do głównego tematu. Zrzucono już maskę i zabawy w łowcy przygód odeszły niemalże w zapomnienie. Pokierowano się w całkiem inny kierunek. Najlepiej opisałoby to słowami: poradnik dla turystów pierwszy raz odwiedzających Japonię. Dopełniono całą serię o aspekty historyczne, ale bez jakiś konkretnych szczegółów bardziej był to spacer z pilotem wycieczki. Jednak brak domknięcia spraw w świecie snów ani dodania jakiejś mocnej sceny sprawia pewien zawód. Koniec, końców miało być tam coś niezwykłego.

Podsumowujmy więc, czy warto obejrzeć pierwszy sezon Nihon e Youkoso Elf-san? W plusach napisałbym o przybliżeniu kultury Japońskiej w bardzo przystępny sposób. Do tego warto dorzucić sielankowy klimat, który obfituje w większości czasu antenowego. Wszystko to jest okraszone naprawdę delikatna i przyjazną dla oczy kreską.

W wadach nadmieniłbym próbę złapania kilku srok za ogon. Sceny walki być były, lecz są one całkowicie zbędne. Naruszają harmonię, która się wylewa z ekranów. Do tego dochodzi fan serwis będący bardziej przeszkadzającym urozmaiceniem. Bez tego młodsi widzowie bez problemu mogliby zasiać do seansu. Ocen końcowa 7.5/10
Share:

Recenzja anime Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu (Sezon 2)

Było miło i wesoło to teraz trochę akcji. Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu Season 2 to kontynuacja ciepło przyjętej anime o tym samym tytule. Na sam początek zostałem zaszczycony bardzo, ale to bardzo krótkim streszczeniem z poprzedniego sezonu. Uważam jednak, że lepiej się zapoznać co tam się działo, bo za dużo bohaterów i miejsc, które nie będą zrozumiale dla nowych widzów.


Kolejną istotną sprawą jest sam Mc. Powiedzieć, że jest Op to jakby nic nie powiedzieć. Jego możliwości nie zostały jak na razie pokazane w 100% i nie zanosi się na to. Więc mogę wstępnie odwołać się do słynnego zdania jakie często się używa na shortach: użył zaledwie 3% mocy.

Seria ta może przyprawić o zawrót głowy, bo nie jest jednoznacznie zadeklarowana. Będzie to krzyżowanie się głębokich przemyśleń protagonisty i jednocześnie komedia. Wiecie czego można się spodziewać? Licznych klisz i rozwiązań fabularnych wykorzystywanych w innych anime.

Szybko wprowadzono całą listę nowych bohaterów drugoplanowych. Pytanie, czy nie mieli lepszego pomysłu, czy chcieli na te parę odcinków pokazać jak zrobić dramaturgię niskich lotów? Wszelkie mniej lub bardziej wzniosłe chwile jakie miały miejsce w epizodach, w których epizodyczne postacie odgrywali pierwsza rolę były to potężne odgrzewane kotlety. Nie będzie to jakimś wielkim spoilerem, ale zostaliście ostrzeżeni.


Polar Naval towarzyszka bohaterki Hibiki ginie poświęcając się dla niej. O nie! Jakie to smutne, no bez jaj gorzej już się nie dało tego wymyślić. Generał frakcji demonów załzawił ją prawie bez wysiłku. Natomiast Tomoki kreowany jest na zepsutego pseudo bohatera. Niby starano się to jakoś uzasadnić wszystko jego życiem szkolnym. Szybko to schodzi na boczny tor, bo jego relacje Lily (rodzina królewska) to pokazywanie, że dopiero teraz będzie miał pod górkę. Koniec spoilerów.

Kolejne wydarzenia o wiele lepiej trzymają się kupy, a anime przybrało już lepszą formę niż poprzednio. Z komedio - dramtu przeszło w klasyczną przygodówke w Isekai. Dziwnym trafem poszli śladem Tensei Shitara Slime Datta KeTensei Shitara Slime Datta Ken moda na uczenie się odcinek któryś tam z rzędu. Jednak bardziej niż samą szkołą warto przyjrzeć się temu co się kryje w ciemnych zaułkach.

Czy to początek ciekawej intrygi? Niczego nie można wykluczyć, pewne jest tylko to, że nikt nie zdoła pokonać Makoto. Idziemy dalej powaga odchodzi już zupełnie na bok, a cała budowa jakiś wzniosłych wątków poszła w piach. Tylko Hibiki i ten jakoś mu tam, no nieważne przypominają o walce ludzi z demonami. Jakby kogoś to obchodziło.


Nawet autorów anime to nie interesuje, a bardziej się skupili na miłośnych podbojach Mio (pajęczyca). Wędrując po świecie uczy się gotować i spotyka bohaterkę. Przynajmniej miała szczęście i coś na tym ugrała. Bogini, która zaczęła ten między światowy sajgon nie jest na tyle potężna, aby rzeczywiście zrobić coś realnego w tym świecie, w którym rzekomo się zajmuje.

Panie i panowie w końcu, bo w połowie sezonu coś się zaczęło przesuwać do przodu. W jakim sensie? Tutaj nawet nie chodzi o wojnę jaka rozpętała się między ludźmi, a demonami. Tomoe i Mio mogły wreszcie wyjść z swoich ról haremowych i pokazać głębszą więź jaką mają z młodym mistrzem.

Co prawda już to jest przerabiane od samego początku, ale dopiero wraz pokazaniem się odklejanego bohatera, a może bohaterki. Trudno powiedzieć…. Scena w której Tomoe rozmawia z Mistrzem Gildii, a następnie z Pajęczycą pokazuje co naprawdę się tam dzieje. Takie krótkie momenty są prawdziwym rodzynkami. W czasie gdy watek główny zaczyna nabierać jakiegoś kształtu w postaci opozycji względem bogini i bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. Intryga ta jest przedstawiona banalnie. Właściwiej byłoby powiedzieć. Jak każda inna tego typu nie ma pomysłu na siebie, a jedynie kopiuje znane motywy.


Jakbym chciał potraktować poważniej tą serie to musiałbym mocno skrytykować za nijakie łączenie wątków. Nie tylko tych, które są następstwem następnych, ale też i pobocznych. Rozkładając na papierze poszczególne wydarzenia i narrację wszystko trzyma się kupy. Diabeł tkwi w szczegółach i zaczyna się sypać jak przygląda się motywom poszczególnych bohaterów. Jakby robiło to małe studio to by się jeszcze dało przymknąć oko. Jednak od większego zespoły oczekiwałoby się lepszego rozwinięcia historii uczniów i tego co ich napędza do dalszego działania.

Podobnie ma się sprawa Mokoto. Następnie jest próba pokazania go jako centralnej postaci będącej raz bliżej, raz dalej centrum wydarzeń. Wprowadzanie nowych frakcji jak kapłanów bogini będących zainteresowani jego interesami miało dodać jakiejś powagi, czy innej nuty emocjonalnej, ale tak naprawdę robią jedynie za ozdobę. Po „błyskotkach” niczego się spodziewać nie można. Bardziej aktywny udział byłby mile widziany. W samej Sferze też się coś dzieje, ale znowu z pozoru. Pije do tego, że krowa która dużo muczy mało mleka daje.

Nie ma jak sobie przypomnieć o sprawach „drugorzędnych”. Po zabawie w nauczyciela wraca z powrotem walki międzynarodowe. O ile początkowo jakoś to się trzymało kupy jak na standardy serii tak potem posypało się i to wybitnie. Mc jest prawdopodobnie drugą jeśli nie pierwszą najpotężniejszą osobą w tym uniwersum. Mowa o aktywnie działających bohaterach.


No i właśnie zaczyna się dywersja w mieście akademickim ludzie giną. Nawet już nie chodzi o tych, którzy znajdują się w całym mieście, ale terenie uczelni. Makoto patrzy jakby nigdy nic i prowadzi sobie luźne pogawędki, bo znowu bujanie w obłokach wróciło psując wszystko. Idąc dalej głupoty tego typu się jeszcze powiększają. Niby ma być dramatycznie, gdzie nigdzie dodano szczyptę gore. Lecz najważniejsze jest gadanie po próżni. W takich momentach dociera do mnie jak śpiewająco zwalili całą narrację. Do tego komediowe wstawki całkowicie zdominowały rozwój wydarzeń z półfinału. Ręce opadają.

Dalsze perypetie opierające się już wyłącznie na kampanii wojennej wypadają już o wiele lepiej. Jednocześnie nie można oprzeć się wrażeniu braku większego pomysłu na dalszy rozwój wydarzeń. Oczywiście zaczynają się szczęśliwe zbiegi okoliczności, które wszystko naprostują tak, aby jakoś to posunąć do przodu. Powracają również duet przekonanych kim to nie są Mitsurugi, Sofia Bulga wszystko po to by przejść tą samą drogę co im podobni antagoniści.

Nie brakło też czasu na pokazanie wszelakich rozterek u (Hibiki). Nie ma to jak próba zagranie kartą herosa męczennika. Jednak dziwniejsze są te ograniczenia demonów którzy nie są wstanie przejrzeć sztuczek Mc. Z kolei on cały czas kombinuje jak przedłużyć walki, choć tylko bogini jest dla niego jakimś zagrożeniem. Stanowczo lepiej się to wszystko ogląda jak się pozwoli porwać przygodzie i nie zwraca uwagi na każdy szczegół.


Ostatnie odcinki to pokaz brutalnej siły, a może są to tylko oczywiste fakty, które niekiedy próbowały coś zbudować. Pokaz umiejętności to coś w rodzaju "wysokiej jakości" McDonalada, który nawet nie stał z prawdziwymi burgerowniami. Bardziej niż tym pokazem odgrzewania kotleta w mikrofali udało się napisać krótki dramat rozgrywający się na dalszym planie. Zobaczyłem w tym pewne nawiązanie do mitologii greckiej, w której do bogowie bawili się życiem i nie interesowało ich co z tego wyniknie.

To było najjaśniejsza światło jakie ukazało się na samym końcu. Lecz z gracją słonia zdeptano i zignorowano ten wątek. Samo zakończenie to po prostu radosna uczta w wiosce galów, znaczy się w demisferze.

Jak to podsumować jako całość? Produkcja nie dla wymagających. Coś do obiadu, albo dla tych co chcą odmóżdżyć się po ciężkim dniu. No i od biedy dla tych, których męczą udawane pojedynki trwające cały sezon, choć doskonale wiadomo, że dobro i tak musi zwyciężyć.
Share:

Recenzja anime Mayonaka Punch

W zeszłym roku trafiłem na sporo naprawdę udanych anime. Szkoda by nie napisać o nich. Na pierwszy, a już raczej drugi trafi Mayonaka Punch.

Czym się ta seria wyróżnia na tle innych produkcji komediowych? Zacząć należy od tego, że nie pożałowano budżetu na wszelkie animacje. Nawet w scenach, w których można było się ograniczyć do czegoś prostego dali znacznie więcej niż mogłem się spodziewać. Gdyby był to akcyjniakiem pochwaliłbym za bogata oprawę rodem z Solo Leveling.

Trzonem fabularnym będzie drama na YouTube w przypadku tego uniwersum zwany NewTube. Jednak nie będzie to jedynie wspinanie się na sam szczyt z sieciowego piekiełka. Dojdzie tutaj aspekt fantastyczny. Czy to było przeznaczenie, czy dzieło przypadku (scenariusza) tego nie wiem! Lecz jedno jest pewne losy Masaki i Live (wampirzyca) się zetknęły w opuszczonym szpitalu.


Żeby nie było za różowo jedna jest napalona na drugą. W jakim sensie sami sobie odpowiedzcie. Odniosłem jednak wrażenie, że wizja twórców była dość jasna. Lecz, czy będzie to szło w jakąś konkretną skrajność trudno powiedzieć. Czuje jednak w kościach, będzie dobrze.

Dobiłem do 3 odcinka i mam mieszane uczucie. Po samym początku miałem spore nadzieje co do tego tytułu. Same wampirzyce z Live na czele są jak najbardziej do przyjęcia, no prawie. Sprawa ma się całkiem inaczej, gdy do głosu dochodzi protagonistka. Powiedzieć, że nie może się zdecydować jaka chce być to jakby nic nie powiedzieć.

W trakcie drugiego odcinka wyjaśnione jest czemu tak jej zależy na nagrywaniu. W trakcie tego typu wydarzeń wszystko łączy się w przychylną narrację. Taka sytuacja nie trwa na tyle długo, aby zmienić podejście do jej władczego stylu bycia. Jasną sprawa jest fakt, że ma to być przerysowane zachowanie. Zamiast jednak osiągnąć zamierzony efekt staje niczym ość w gardle. W takim razie czemu nie przestać tego oglądać?


Kotwicą trzymająca widzą są wampirzyce, które w swojej bardziej klasycznej kreacji są warte zostania na jakiś czas. Najzabawniejsze jest widoczny jak na dłoni GL (girls love). Póki co jest to jednostronne i biedna Live smoli cholewki bez rezultatów. Ewentualnie jest tak zdesperowana na krew Masaki. Po wielkim piku dochodzi do zwrotu, akcji, ale wbrew pozorom jest lokomotywą napędową dalszej historii.

Zabieg ten jest kolejnym powszechnym zagraniem, bo tu nagle wszystko idzie w pizdu. Ma to swoje plusy. Pierwszy będzie wymagało to kreatywności od bohaterek jak osiągnąć 1 mln subów, a drugi pojawiły się kolejne osobistości, które otwierają kolejne opcje.

Odcinek czwarty został napisany pod Fu i jej muzyczną przeszłość. Seria dopiero zaczęło się rozkręcać, a tu już zrobiono przerwę. Mayonaka Punch kreuje się na dość luźną komedię z toksyczna protagonistką. Tak, czy inaczej wchodzenie w przeszłość konkretnej postaci wydaje się jedynie stratą czasu antenowego.


Następnie w ramach kursu do bycia newtuberem dzielne wampirzyce mają przetrwać 7 dni na bezludnej wyspie. W tym momencie warto podkreślić jaką bekę kręcą sobie z dzisiejszych gwiazd internetowych. Wyzwania w jedzeniu, głupie poradniki typu jak pić wodę itp. Obok tego wszystkiego powtarza wątek ciągle wchodzącej Masuke w dupę Live. Jej uległość i łatwość manipulowania po prostu powala.

Komedia, komedią, ale ten brak szacunku do samego siebie przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Małe wtrącenie w czasie pobytu na wyspie twórcy dołożyli easter egg z pierwszego sezonu Dragon Ball. Oglądajcie uważnie, a na pewno zauważycie.

Kolejne trzy odcinki to pokaz tego czym jest współczesna twórczość w sieci. Jak się śledzi co się dzieje social mediach to nie można zaprzeczyć, że to co tam pokazano to prawda. Wiadomą sprawą było przesadzenie co do zawartości. Lecz dziś kanały yt, czy w tym przypadku nt to firmy.


Zacząłem oddalać się od głównego wątku. Natężenie jadu ceo grupy trochę osłabło, ale dalej mocno ciśnie. Nie wiem już, czy bardziej współczuć, czy też śmiać się tego. Ósmy odcinek był swojego rodzaju ciekawym materiałem. Jak twórcy mówią o współpracy to przede wszystkim ma się w głowie jakiś wspólny projekt na kanał. W tym przypadku przybrało to format teleturnieju.

Dalej natomiast jakoś szczególnie nie odbili w górę, a próbowano złapać za serduszka. Konfrontacja sióstr i umizgającej się Live to jednak nie to czego się mógłbym spodziewać na końcówkę serii.

Finał serii można odebrać w sposób mieszany. Z jednej strony po złączeniu się w całość pasuje do pewnego stopnia z resztą serii. Jest jednak jeden spory zgrzyt w samym końcu będący czymś w rodzaju: wielkiej improwizacji. Czy była zaskakująca i owszem tak właśnie było. Lecz wolałbym, aby sezon był dłuższy lub zakończył się tak, aby wszystko przeszło na kolejne odcinki w przyszłości. Zamiast tego stworzono koncertant, który był intensywny i dość chaotyczny.


Co jeszcze dodać? Przewijające się problemy Masaki z jej odbiorem na reakcję publiczności. Dobrze, że poruszono tak ważny temat, ale nie był dostatecznie zaprezentowany. Utonął między lofciową Live i licznymi śmieszkowymi sytuacjami.

Podsumowując Mayonaka Punch to średniak z pewnymi mocnymi momentami. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, a mógł pokazać pazura. Mimo wszystko chętnie bym obejrzał kontynuację.
Share:

Stary człowiek, a może (Recenzja manhwe, Mamuśki)

Nastaje taki czas w życiu, że trzeba sięgnąć po utwór trudny i zmuszający do refleksji. Nie miałem innego wyboru jak zapoznać się ze manhwe autorstwa Ma Yeong-shin.

Nie wiedziałem czego się spodziewać. Jednak po przeczytaniu pierwszych rozdziałów ukazało się coś całkiem nowego. Komiks ten jest, póki co obyczajówka o bardzo pesymistycznym wydźwięku. Tytułowe mamuśki to kobiety w średnim wieku, które nie są w stanie ułożyć sobie życia.


Za jedną z bohaterek tej historii zdecydowała jej rodzicielka, z kim ma się chajtnąć. Pociągnęło to szereg przykrych konsekwencji. Wydarzenia, jakie się rozgrywają nie są jakieś szczególnie, powiedzmy koreańskie. Alkoholizm, bezrobocie i liczne romanse. Można to porównać do serialów typu M jak miłość, gdzie zawsze coś się musiało złego stać. Dość życiowo i bez udawania, że jest inaczej. 

Pod względem technicznym też postawiono na czerń i biel. Styl rysowania przypomniał mi rysunki do książek autorstwa Tove Jansson z serii „Muminki”. Dość prosta kreska niesiląca na jakąś większą szczegółowość. Kadry stateczne nie ma, co szukać tutaj dramatyzmu, układu postaci, czy czegokolwiek w tym stylu. Tak samo jak komiksy zachodnie czyta się z lewej do prawej, innymi słowy jak książkę.

Autor lubi też dodawać liczne opisy wydarzeń. Przedstawione są jako narracja protagonistki, od której się wszystko zaczęło. Większa część tego dramatu obyczajowego zaliczyłem, ba zmęczyłem całość. Dość ciężko się czyta ten tytuł. Przepełniony jest gorzkim rozczarowaniem.


Pokazuje ono społeczeństwo koreańskie w bardzo niekorzystnym świetle. Pazerność i zachłanność szybko wychodzą na pierwszy plan. Do tego roszczeniowość głównej bohaterki jest rozbrajający. W głównym wątku najwięcej skupiono się na toksycznej relacji protagonistki z jej „chłopakiem”. Typek też jest niezłym ziółkiem, który uważa się za króla życia.

Wyraźnie zarysowana jest w manhwie dominacja i hierarchia społeczna. Zarówno w strefie prywatnej jak i służbowej. Dość często powtarzającym się segmentem były wydarzenia z miejsca pracy szanownych mamusiek. Co się tam działo to w głowie się nie mieści.

Nawet jak dano jakieś 5 minut pozostałym bohaterkom drugoplanowym widać było, że jedno im w głowie. Oprócz oczywistych skojarzeń chodzi też o miłość. Jednak przechyliłbym się do tej pierwszej opcji. Zdradzanie partnera/erkę przychodzi im, aż za łatwo. Zacząłem się zastanawiać, czy robienie z tego czegoś więcej, a może ważniejszego wątku ma sens.

Wieczne podkreślenia: to koniec, idź w diabły itp. tracą na znaczeniu, po tylu symbolicznych granicach. O ile te z pań, które były stanu wolnego robiły co chciały to ich rzecz. Nie zabrakło nawet szokującej sceny, w której jedna z nich (mężatka i niezdradzona) rozmawia z córką zachęcająca do skoku w bok!

Autor ma chyba bardzo kiepskie zdanie, o kobietach skoro robi z nich takie ladacznice. Nie ma też sensu spodziewać się jakiś szczególnych wydarzeń. Wszystko, co tu pokazano to każdy następny dzień z życia.

Finał manhwy jest naprawdę przytłaczający. Nie jest to kwestia dynamizmu wydarzeń, czy jakiegoś innego zabiegu. Sam ton wydarzeń robi robotę. Roszczeniowość głównej bohaterki, której wszystko się należy jest, aż za bardzo odczuwalny, że nawet tylko śledząc jej losy ma się jej dość.



Pod koniec tej historii pojawia się też jej córka. Mimo krótkiej chwili to widać było krew z krwi, ciało z ciało. Prawdziwy sobowtór swojej matki. Najmłodszy syn koniec końców potrzebował motywacyjnego kopa, aby wyjść na prostą. To co jednak jest taką kropką nad i było zamknięcie wątku pracy w firmie. Nie wchodząc w szczegóły: hardcor januszex. Jednak zwieńczenie naprawdę satysfakcjonujące.

Podsumowując starsze pokolenie Koreańczyków to bardzo specyficzna grupa społeczna, o wyjątkowo luźnym podejściu do związku. Przewija się to zresztą przez całą manhwe. Najważniejsze było dla nich seks i pieniądze. Te podkreślenia o środkach do życia naprawdę potrafią dać przysłowiowy strzał w mordę.

Jeśli ktoś jednak szuka czegoś innego niż w japońskich działach to tutaj to znajdzie. Wszystko nabierze większej mocy po przeczytaniu posłowia od autora. Ocena końcowa 9/10.

Share:

Recenzja mangi Yakuza w fartuszku. Kodeks perfekcyjnego pana domu (Tom od 1 do 7)

Yakuza jedna z bardziej groźnych organizacji przestępczych na świecie. Ma wiele oblicz, a nie kiedy i specjalizacji.

Pierwszy tom zaliczony. Po raz kolejny powtórzę: Japończycy są najbardziej kreatywnym narodem. Yakuza w fartuszku już samym tytułem przyciąga. Na pierwszy rzut oka prezentuje się to jako clickbait. Jest to jak najbardziej mylne przekonanie, bo protagonista jest byłym członkiem Yakuzy.


Aż się wierzyć nie chce, że ktoś ot, tak robi sobie z nich jaja bez konsekwencji. Najwyraźniej są bardzo otwarci na takie rzeczy. Przechodząc do samej mangi, od samego początku dostaje się jasno do zrozumienia z kim ma się do czynienia. Z typową przesadą, jak to w ich działach protagonista nie może być jakimś szarakiem.

Wszystkie te podkreślenia wstawiono jako kontrast do dynamicznych ujęć, w których pokazuje co potrafi. Po tej prezencji doskonałej gosposi można się przestraszyć, co robił jak był czynny "zawodowo".  Pierwszy tomik to głównie żarty opierające się na zachowaniu i kontraście z jego wyglądem. Jedynie dodatkowe monologi wewnętrzne dopełniają, o co mu chodzi.

Jak można się spodziewać przeszłość musiała go dorwać. Póki co jest to tylko sygnalizowane. Wątek ten jako taki stoi sobie spokojnie i czeka. Dopełnieniem, bo pełno porwanych rozdziałów z udziałem jego żony nie było. Liczę, że w późniejszych tomach dadzą jej więcej miejsca. Czuję się wyraźnie, że jak pokażą jej więcej wyjdzie to na dobre.


Aby humor nie był jednolity dołożono pomocnika, który do pewnego stopnia jest wpatrzony w Tatsu. Aż One Punchman mi się przypomniał jak Saitama przyjął ucznia, choć na dobrą sprawę sam nie wiedział czemu. Warto jeszcze się pochylić nad językiem. Choć komedia dominuje to nie zabrakło wulgaryzmów. Lecz to co bardziej rzuca się w oczy to w rozległe wyjaśnia sprzedawcy w księgarni. Wydawało się, że niemieszczące się dialogi to jakiś zabieg specjalny. Jak się później okaże tak właśnie miało być.

Jak widać autor nie spoczął na laurach i jeszcze podbił poziom w kolejnym tomie. Nie mogę powiedzieć: łał. Heheszkowe momenty tym razem podzielono na subtelne komentarze, które odbijały się w ciągu całego roku.

Żeby nie było, za łatwo dołożono pewne sugestywne rozwinięcie poszczególnych scen. Podobne zabiegi widywałem w seriach ecchi. Różnica jednak tkwi w szczegółach. Zamiast podtekstów seksualnych były gangsterskie. Reakcje osób postronnych, oczywiście bezcenne. Dla jasności, zamiast wprost zapytać w sklepie o mąkę, to szuka dobrego towaru. Białego proszku... Z jego facjatą skojarzenia przychodzą same.


Kropką nad i były powroty demonów z przeszłości. Tutaj też szału nie było. Generalnie synaptyczne rozwinięcie. Tyle że wszystko opiera się na błędnym zrumienieniu co jedna strona mówi do drugiej. Nie ma tragedii, ale jakoś da się przeżyć. Zgodnie z moimi przypuszczeniami pojawiła się w końcu pani domu. Kazali czekać, aż do drugiej połowy mangi, ale się nareszcie doczekałem. Do kompletu zjawili się i teściowie.

Pełen komplet, który do reszty pociągnął zawarte elementy. Za plus warto jeszcze zaznaczyć dynamikę, jaka towarzyszyła poszczególnym wydarzeniom. Naprawdę dobra kreska i dbałość o szczegóły sprawia, że wszelkie braki są do wybaczenia. Dodatkowe smaczki można wyłapać jak się dokładnie wczyta w dodatkowe teksty. Tłumacz dodał swoje 3 grosze do całości.

Dobrą mangę nie poznaje się po tym jak zaczyna, ale jakie bonusy dodaje. Musicie wiedzieć zaprawdę są jajcarskie. Następny tomik nie zatrzymuje się pędzi przed siebie na złamanie karku. Pewne elementy są jak najbardziej kontynuowane nadając subtelną całość.

Równolegle rozwijane są nowe wątki niepozwalające się absolutnie nudzić. Każdy rozdział, aż za dobrze się czyta. Ujęcia zyskują cały czas na jakości i niektóre sceny przypominają Ja, Sakamoto. Podkreślenia i pozy nadają pazura, który zaostrza apetyt na więcej.

Do głównego wątku dodano więcej integracji z sąsiadami, co doskonale wykorzystano, aby jeszcze bardziej rozkręcić akcję. Jednak jednym sprytnym zabiegiem, a mowa tu o fartuszku sprawiła, że cokolwiek się dzieje zawsze jest ciekawie.

Rozwinięto dalej wątek ze starymi znajomymi. Jakbym miał to jakoś nazwać to jest to coś w rodzaju yakuzowe "ecchi", gdzie, zamiast mieć ciągłych dwuznaczności jest element ustawek niby z kryminałów.
Rozszerzone jeszcze bardziej kulinaria, co jest jak najbardziej na plus. Tutaj jeszcze więcej jest smakowitych podtekstów odwołujących się do środków psychoaktywnych, a będących w rzeczywistości zwykłymi produktami spożywczymi.

Skupiono się też na relacjach rodzinnych, którym wyraźnie czegoś brakuje. Przez większość T.3 są razem, ale nie był to jakiś zapalnik do długo treningowych wydarzeń. Doceniam starania i to, co wydarzyło się w centrum handlowym. Lecz to za mało. Liczę na znacznie więcej.

Schemat T.4 dość podobnie się rozwija co w poprzednich częściach. Skupie się bardziej na nocnych stronach. Tatsu jako pomoc do dzieci odkrył swoje nowe talenty. Siła ich jak zwykle leży w sposobie interpretacji. Wstawki w poszczególnych kadrach wpasowywały się dobrze.


Nie były to jednak jakieś szczelnie powiewem świeżości. Umiejętnie wykorzystano znane motywy. Dzięki temu miała powstać z tego wiekopomne dzieło. Jednak coś czuję, że autor sobie daruje. Bardziej mnie zaskoczył epizod na plaży z dość klasycznym programem. 

Spokojna głowa, pozorny fan serwisowy przerywnik dał Miku możliwość zabłysnąć i przypomnieć jej mężusiowi jak być prawdziwym mężczyzną! Jak ona go kocha!!! Jednak jej pierwszy bonusowy epizod pokazuje jej potencjał jako, OTAKU. Liczne, celne uwagi o stroju magicznych dziewczynek był naprawdę bezcenny. 

Schemat dalej idzie ten sam. Tomik to wciąż zbiór luźnych historii. Łączą je ci sami bohaterowie. Odnieść można wrażenie, że całe miasto lub tą dzielnie zamieszkują byli członkowie Yakuzy. Jest to prawdziwy dom późnej starości. Brak określonego celu w tej mandze powoli daje o sobie znać. 


Jego mocne strony jak wieczne nawiązania do poprzedniego życia Tatsu już nie błyszczą z taką mocą. Wrzucanie znanych twarzy bez większego rozmachu sprawia, że zaczynają być bardziej tłem, a niż solidnym wsparciem. Spadek jest już widoczny, ale liczę na poprawę.

Tom szósty w pewnym sensie mnie zaskoczył. Autor odszedł od typowego języka, jakim się posługiwał Tatsu. Również humor przeszedł na nieco bardziej ogólny styl. Wyraźnie da się to zaobserwować w rozdziale z dołączeniem do koła gospodyń miejskich.

Wszystko przebiegało w dość oczywisty sposób. Poszczególne wydarzenia bardzo przewidywalne. W sumie jak kulinaria całkowicie wyszły na pierwszy plan to miałem przed oczami Shokugeki no Souma.


Tylko że tam poziom był o wiele wyższy niż tutaj. Próby naśladowania były mocno widoczne. Lecz król jest tylko jeden. Z rozdziału na rozdział Miku coraz bardziej jest aktywna. Lecz ciągle mi jej mało. Mogliby wydobyć jej potencjał waifu. Jednak podchodzą do tego jak pies do jeża.

Warto wspomnieć też o Masie. Jego wątek, który miał na samym początek jakiś widoczny cel. No i znikł ten punkcik hen daleko. Z narwańca stał się bardziej dużym dzieckiem lub innym ciepłym kluchem. Za bardzo odstaje, a że jest cieniem Tatsu to jest go na tyle dużo, że nie sposób tego nie zauważyć.

Manga staje się coraz bardziej odtwórcza i zaczyna zjadać swój własny ogon. Ledwo ponarzekałem na to co się działo w poprzednim tomiku, a tu nagle zmiana. Tori - sama już na sam dzień dobry dostała rozdział dla siebie. Musicie wiedzieć jedną rzecz. Kawiarnie z kotami są w Japonii bardzo popularne. Nie ma co się dziwić, że wątek uwielbienia Tori do kotów będzie coraz bardziej rozwijany. Dalsze perypetie to wciąż pokaz niezwykłych umiejętności Tatsu jako gosposi. Do tego coraz bardziej się angażuje w życie społeczne osiedla.


Pomimo takiej, a nie inne formy promowane są liczne pozytywne wartości. Pomoc bliskim przyjaciołom i sąsiadom. Pojawia się ponownie szef Tatsu i wszystko zgodnie ze zwyczajem, o ile można tak nazwać jest naprawdę zakręcone. Seria powoli zbliża się do zakończenia. Ujmując rzecz dokładniej zostały już tylko dwa tomy, które wydano w Polsce.

Wstępne wnioski są takie. Fabułę Yakuzy w fartuszku można ciągnąć bez końca. Brak konkretnego celu nie jest problemem samym w sobie. Jednak wymyślanie wciągających wydarzeń skłaniających czytelnika do ciągłego powracania. 

Czuję wyraźną potrzebę zrobienia przerwy. Kolejny tekst omawiający ta serie zacznę od T.8, aż do ostatniego, jaki będzie dostępny w sprzedaży. 

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie