• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

Omówienie serialu Gwiezdne Wojny: Akolita

Pewna jesieniara napisała, że mógłbym napisać jeszcze coś o Gwiezdnych Wojnach. W sumie czemu nie? Jednak jak podejść do tego tematu? Film, gra, może komiks? Wybór spory, materiałów do wyboru co niemiara. Więc przynoszę wam omówienie, w którym odnoszę się szczegółowo o serialu Akolita.

Pierwszy odcinek słynnego Akolity. Pierwsza rzecz znam z różnych recenzji, a bardziej streszczeń cały serial. Jednak coś mnie zaskoczyło. Nie jest to tak tragiczne jak mówiono, a przynajmniej pierwszy odcinek.


Bardziej niż gnoić cały epizod mogę się skupić na paru szczegółach, które wspólnie z zapracowały na niechęć do Disneya i zaowocowały całą tą krytyką. Co poszło dobrze na start? O dziwo gra aktorska jest niezła. Wcielająca się w protagonistka zwana Mae, i Osha (Amandla Stenberg) wypada najlepiej ze wszystkich bohaterów, co mieli dłuży czas antenowy.

Pozostali jak mistrz Yord Fandar (Charlie Barnett) póki co robił za fan serwis i kolesia z kołkiem w dupie. No dobrze, ale co jeszcze wyszło jak należy? Wystrój to kontynuacja tego co jeszcze można było zobaczyć w najstarszych odsłonach serii. Pochwalę za lepsze wykonanie strojów dla statystów. Wreszcie są takie jak należy. Nie są to łachy starające się udawać obce rasy, a w rzeczy samej mamy kosmitów pełną gębą.

Dla fanów sagi Skywalkera na pewno zwrócą uwagę jak Osha rozmawia dość często z odpowiednikiem R2-D2. Miało to już zmiękczyć widzów i dać dodatkowe punkty na start. Na tym kończą się pozytywne strony. Teraz czas na grillowanie.


Pierwsza kontrowersja, czy też element, z którego się śmiali widzowie była walka Dark Mapetki (Mea) z mistrzynią Triniti znaczy się Indara (Carrie-Anne Moss). W czym leżał problem. Ktoś z choreografów poniosło i chciał na początek zrobić Wejście Smoka. Natomiast wyszła beka śmiechu z ruchów mających nadać kozackiego wydźwięku.

Następnie objaśniono w skrócie zasady użycia świetlistego miecza. Jedi miało sięgać po broń tylko wtedy, gdy ma zamiar zabić. W pierwszych minutach widać jak Triniti znaczy się Indara myli mi się. Robi sobie co chcę z swoją oponentką. Dało się zauważyć, że nie mieli pomysłu na sensowne rozstrzygnięcie tej walki.

Sięgnęli po postęp, który od biedy ma sens, ale lepiej było postawić na równą walkę. Tutaj ktoś wyszedł z założenie, że lepiej pójść po najniższej linii oporu. Jakby nie wnikać w szczegóły to by przeszła i ta farsa, a mowa tu tylko o pierwszych minutach seansu.


Następną gorącą sceną był ogień… w kosmosie… w próżni… Wszystko logiczne, prawda? No nie bardzo. Znając szerszy kontekst tej sceny wiem do czego się ona odnosi. Pomysł nie najgorszy. Sensownie łączy się z kolejnymi wydarzeniami o których się dowiemy w następnych godzinach serialu. Tylko mogli tą awarie wywołać wewnątrz statku, a wtedy miałoby to ręce i nogi.

Następnie kwestia morderstwa mistrzyni. Śledztwo opiera się o tradycyjne dowody i świadków. Tylko już tutaj wywali się na ryj do reszty, bo pożar w kosmosie to przy tym pikuś. Mistrzowie Jedi pokazali jak potrafią zmusić dzięki mocy od mówienia prawdy. Jaki był problem, aby zweryfikować to w ciągu chwili? Praktycznie żaden, ale nie można od tak przyspieszać fabuły. Na podsumowanie tego epizodu Yord dość szybko sięgał po brzytwę, czyżby miał skłonności do przejścia na ciemną stronę mocy? A no właśnie…

Chwila moment, był jeszcze jeden fikołek. Początkowo utrzymują Oshe jako jedyną protagonistkę, potem przypominają sobie o jej siostrze… bliźniaczce. Jednak mistrzunio Sol, a dla znajomych Solnica pytany oto zaprzecza. Wszystko po to, aby na pstryknięcie zmienił zdania jak ratuje swoja ex, byłą podopieczną miało być.


Odcinek drugi jest no cóż krótki. Nie z powodu długości, a swojej zawartości. Dałoby by się zgarnąć połowę treści, a i tak nikt by się tym przejął, ba nawet nie zauważyło. Skąd taki wiosek? Otóż na samiutkim początku dostało się całe streszczenie poprzedniego epizodu i nawet było to lepsze i bardziej treściwy niż pełnowymiarowy seans.

Wracając do tematu. Nie jest najlepiej z kilku powodów. W głównej mierzy muszę obwinić rozplanowanie antagonistów. O tak, jest ich więcej zapomniałem wspomnieć na początku. Po pierwsze, po co wymyślono, aż 3 ścieżki do celu, który miał zostać wyeliminowany? Powinna być w sumie jedna. Paradoks polega na tym, że przez tą różnorodność pogłębili problem.

Cel znajduje się w świątyni pełnej jedi. Co to oznacza? Teoretycznie szybkie wykrycie użytkownika mocy. Tak przynajmniej powinno być, ale jakoś dziwnym trafem co najwyżej zafundowano krótki etap z randomowej skradanki. Następnie jak trafia tam druga z sióstr to o mało co, a znów ją oskarżyli o morderstwo. Dotarła do miejsca zbrodni jako druga. Natomiast ci co powinni być pierwsi przyszli na koniec.


Najmniej banalnym rozwiązaniem było wejście przez okno w dachu, czemu nie skorzystano z tego nadzień dobry? Potem robi się ciekawiej. Ktoś wymyślił podstawienie apteki pod ich bazą. Odległość tak symboliczna, że wystarczy spojrzeć z tarasu, werandy, czy jak się to tam zwie. Jednak ponownie ktoś stwierdza coś „innowacyjnego” wzięli lornetkę, aby obserwować kogoś kto jest oddalony poniżej 20 m od nich.

Najbardziej rozbawił mnie padawan z otyłością. Po kiego grzyba ktoś taki? Oni są przecież zwinni, wysportowani, a nie żrą hamburgery, czy inne głupoty. W imię różnorodności można posuwać się do coraz dziwniejszych wstawek.

Kwintesencją odcinaka była sama walka z mistrza Solnicy i Mea. Ponownie nie miała szans, a pokazali jak łatwo da się stwierdzić kto mówi prawdę. To wyjaśnia, czemu „aptekarza” trzeba było nagrać z przyznaniem się do winy. Takie błędy, czy też nie przemyślane wydarzenia sprawiają to kiepskie wrażenie. Jednak póki co jest to dość zjadliwe dzieło. Tylko takie, o którym się zapomni tuż po wyłączeniu telewizora. 


Trzeci odcinek póki co jest najlepszym jaki omawiam. W głównej mierze z tego powodu swojej odtwórczości. Skupiono się na pokazaniu przeszłości bliżniaczek i ich rodziny. Spora cześć odcinka to pokazania jak to jedna z sióstr chce zostać, a druga ciągnie w świat. Pokazanie sekty wiedź, czy też plemienia to kolejny bezpieczny zabieg nie miejący wienieść nic większego.

Jednak jak pozwoli się mówić kosmicznym „mamusiom” to zaczynają się fikołki logistyczne. Pierwsza rzecz uczone są czym jest moc. Pacyfistyczne bla, bla jak z zielonym ładem, a potem widzowie dostają pokaz walki. To jak to miało być? Nić przeznaczenia, a nie jakieś ble ataki, bo nie do tego to zostało zrobione?

Większym chochołem było sugestia co do powstania dzieciaków. Miały być zrodzone z mocy. Tylko jedno "ale" wybraniec już, był (obrzydliwy biały samiec, śmiech). W żadnej kolejnej części nie ma słowa o tych dzieciach. Między innymi z tego też powodu nie można zaliczyć tego serialu do kanonu.


Następnie co do większej pomyłki to zaliczyłbym spalenie kamiennej twierdzy. Od biedy ta elektryka mogła coś tam zrobić, ale bez przesady. Uszkodzenie elektryki w danym pomieszczeniu, a w polotach powinno być to piętro. Natomiast tu ktoś stwierdził puśćmy z dymem wszystko. Nawet jeśli jest to lity kamień, czy metal. Co za różnica? Natomiast z mniejszych głupotek, ale zawsze weszła jeszcze jedna. Dlaczego Solnica sensei nie złapał za pomocą mocy protagonistek? Było to łatwiejsze niż potrzymania mostu.

Kolejnym zaskoczeniem było w tej „epickiej” historii utrzymanie jakiegoś sensownego poziomu. Jednak chcąc zachować poważny ton to po prostu chodzili i gadali. Nie było opcji, aby jakoś to dało się to schrzanić. Jedynie drętwe, czy tez generyczne teksty jakie rzucali mogły komuś więcej lub mniej przeszkadzać.

W odcinku piątym jedna rzecz jednak się udała. Walka na ledy, znaczy się świetliste miecze wyglądała tak jak powinna. Piękna chorografia i dało się na czymś skupić poza głupotami jakie wyprawiają. Słowem ciekawostki jak skróciłem wydarzenia z tego serialu osobie, która nie znała go zapytała mnie: czy jest to parodia? Tak było, nie zmyślam.




Odcinek szósty potwierdza kolejną niesamowita wpadkę, która budowano od jakiegoś czasu. W serialu pojawia się jeden z członków rady. Ki-Adi-Mundi, który chronologicznie występuje w późniejszych wydarzeniach. Stwierdził, że Sithów nie ma. Jednak jeden taki „aptekarz” ma odmienne zdanie. W takiej sytuacji należy po raz kolejny zadać pytanie, czy oni zapoznali się ze starą trylogią? Póki co skopali kwestie fabularną.

Odcinek siódmy przedostatni. Ponownie wraca do wydarzeń z wiedźmami. Podobnie jak reszta serialu nie zebrał lepszych ocen. Wspomniano w nim jak to spędzili ok. dwóch miesięcy badając planetę. Dziwnym trafem nie zwrócili uwagi na twierdzę, czy też opuszczono kopalnie znajdująca się na szczycie góry. Wydawałoby się to idealnym miejscem na schronienie dla każdego, ale co tam niech się Jedi pobawią w przyrodników.

Bardziej niż to zwraca na siebie uwagę kolejny brak konsekwencji jeśli chodzi działanie mocy. W scenie jak Solnica sensei trafia na bliźniaczki to matka dwa (ta z rogami, ktoś jej dorobił?) nie wyczuwa w żadnym wypadku jego obecności. Następnie jak ten sam jegomość od tak penetruje ich dom to coś jednak zauważa. Czyżby miała tam lepszy zasięg? Trudno powiedzieć, w każdym razie… dalej nie jest lepiej.


Rozwinięcie dalszych wydarzeń to coś w rodzaju: nie chcemy z wami walczyć, a i tak spuszczamy wam łomot. Natomiast śmierć matki Dredziarki (Jodie Turner-Smith), a dla przyjaciółek Yes, yes* używa jakiś dziwnych  coco jambo i zostaje zabita. Co chciała zrobić od razu nie wiadomo, bo miało to formę chaotyczną.

Jednak po wielkiej przegranej było to coś w rodzaju ataku ostatecznego. Jednak siła plemienia została pokona i się "przepaliły" zaliczając zbiorowy zgon. Gwiazdą programu okazał się ponownie Solnica senei. Kiedy ratował dzieciaki to zamiast łapać je same za pomocą mocy, ma się rozumieć. Wybrał on o wiele cięży pomost i dziewczynki. Geniusz, prawdziwy geniusz. Wiem, powtarzam się, ale to jest tak głupie. 

Finałowy etap to z jednej strony najbardziej spójny odcinek i znowu musieli się twórcy potknąć o własną nogę. Wątki Sola i siostrzyczek zostały rzeczywiście domknięte nie można do tego się doczepić. Nawet zmiany jakie zaszły u protagonistek zaczęły robić się… ciekawe. Nie spodziewałem się tego, że pochwale ten serial ponownie. Powiem więcej nawet byłbym gotów obejrzeć kolejny sezon, ale jak wiadomo zostało to anulowane.


Na czym się tym razem przejechali? Otóż zakończenie rozgrywa się na tej samej nieszczęsnej planecie od której się rozpoczął ten fanfik. Na czym polega problem? Otóż Sol użył mocy i bez problemu zlokalizował Mae. Czyli po co szesnaście lat temu bawili się w zielarzy jak mogli zrobić to samo i znaleźć od razu wiedźmy? Pomniejsza sugerowana wpadka to jak Oshia z Sithem dostają się twierdzy. On praktycznie wykorzystał moc i się przeniósł do środka, a mógł przecież się pospinać trochę. W końcu ruch to zdrowie!

Tak prezentują się Gwiezdne Wojny: Akolita. Czy to do świetny serial? Nie bardzo, bo robili liczne błędy pod względem kanonu i logiki wydarzeń. Dostałem tutaj jedynie przeciętny produkt, który pod względem dekoracji, strojów i klimatu jest całkiem niezły. Jednak fabularnie mocno okaleczył zasady jakie zostały ustalone przez kanoniczne produkcje. Ocena końcowa 60%

1. Co waszym zdaniem wpłynęło ostatecznie do klęski tego serialu?
2. Taki fanik to był dobry pomysł, a może jednak skok na kasę?
3. Jakie widzie plusy lub minusy Akolity? 

*W jednym z wywiadów z Jodie Turner-Smith, która grała matkę 1, ta się tak zaczęła zachwycać serialem, że palnęła słynne: Yes, yes. Brzmiało to tak memicznie, że musiałem utrwalić w artykule. 
Share:

Retro recenzja Zawrót głowy z 1958 r.

Jak rozróżnić opętanie od choroby psychicznej? Może jednak jest to coś jeszcze innego chytrze zaplanowane. Na wszelkie te wątpliwości opowie ta recenzja.

Zawrót głowy to był w rzeczy samej. Kolejny wybitny kryminał w starym stylu w reżyserii Alfreda Hitchcocka, a w roli głównej ponownie James Stewart jako John "Scottie" Ferguson. Naprawdę wybitny aktor, czapki z głów.
Nie zdziwię was jak napiszę, że miło mi go ponownie gościć na blogu, tak jak i inne ikony wielkiego ekranu. Podobnie jak poprzednia produkcja tak i ta wciągnęła mnie od samego początku. Z pełnym przekonaniem powiem kolejne dzieło przy, którym czas popłynął tak szybko jak to tylko możliwe.

Jak zechcecie odświeżyć sobie tego klasyka trzeba poświęcić nieco ponad dwie godziny. Wy naprawde lubicie podrzucać mi takie długo filmy. Lecz zamiast znużenia jest zachwyt, a czas minął tak szybko jak mrugniecie oka. Nie zarejestrowałem nawet kiedy się to stało.

Pierwsza połowa to nie lada gratka dla miłośników starej ameryki. Dla nas to tylko obraz dla starych pokoleń powrót do przeszłości. Tym razem było mi dane zobaczyć coś więcej niż salon i widok za oknem. Fabuła rozgrywa się w wielu lokacjach San Francisco. Lata 50-te zostały jeszcze lepiej pokazane, a każdy miłośnik oldschool’u będzie wniebowzięty bogatymi dekoracjami, licznymi modelami aut i widokami na znane miejsca, w którym rozgrywa się fabuła.


Lecz o czym jest sam Zawrót głowy z 1958 r.? O miłości i stracie, o pazerności, a także o demonach z przeszłości. Kto sieje wiatr ten zbiera burzę. Główny bohater z powodu wypadku w pracy rezygnuje z służby w policji. Jego stary przyjaciel proponuje mu nietypowe zlecenie. Ma śledzić jego żonę z którą jest szczęśliwy. To w takim razie w czym rzecz?

Nie wchodząc w szczegóły rozległa się tu wielowątkowa intryga. Nie jest to jasne od początku, a nawet i trakcie. Nie dzieje się nic, co mogło wzbudzić podejrzenia. Spodziewałem się ponownie morderstwa, które będzie czyhało, gdzieś za rogiem. Jednak zamiast tego byłem mamiony. Wyraźnie sugerowane były choroby psychiczne, ale jak to zwykle bywa jest i drugie dno.

Jednak zanim całość nabierze kształtu trzeba przybliżyć co się stało pomiędzy początkiem, a końcem. Wszelkie wydarzenia tworzyły logiczną całość, krok po kroku w odpowiednich momentach sceny naturalnie się rozwiały i mimo chodem podsuwały mi wnioski. Nie były to moje własne, a takie jakie oczekiwał Hitchcock.


Przepuszczenie to opieram na banalnym wątku miłosnym między Scottie, a Madeleine Elster (Kim Novak). Widząc ten romans trochę się wówczas zawiodłem. Jak można było coś tak banalnego dodawać? W ostatecznym rozrachunku było to genialne posunięcie. Uśpiło to całkowicie moją czujność i dałem się zaskoczyć sporego kalibru zwrotem akcji jaki miał miejsce w samym finale.

Koniec, końców okazało się to być kryminał. Nie było tam jednak początku, czy jak pisałem sygnału pozwalającego zacząć łączyć kropki. Obraz ten przyjął postać nieszczęśliwej sceny miłośnej. Najlepszy przyjaciel zakochuje się w żonie swego kumpla.

Nawet bohaterowie drugoplanowi odciągają od jednej, ale przewijającej się przez cały czas myśli. Kto, kiedy i czemu? Barbara Bel Geddes grająca (Midge Wood) stała się mimochodem cichą, nieświadomą wspólniczką zbrodni. Była ona nie tyko zagrana z pomysłem, jej kreacja ujmowała swoim dowcipem, charyzmą i przede wszystkim wiarygodnością. Jak tu nie uwielbiać takich zawiłych gier, gdzie „przeciwnik” jest zawsze dwa kroki przed widzem?


Warto jednak patrzeć z uwagą, bo jednak poszlaki zaczęły się pojawiać. Nie są one za wcześnie ani za późno. Pokazano je dokładnie kiedy były potrzebne. Jest jedna sytuacja nie wyjaśniona. Co prawda nie odcisnęła piętna swego na całej sprawie, lecz pozostawiła pytanie. Czy to błąd scenariusza, a może jakiś podchwytliwe zagranie?

Jeszcze warto wspomnieć o aspektach technicznych. Kolory były intensywne dla jednych odpowiednie, ale dla kogoś innego, aż bijące po oczach. Uderzało to w momentach koncentracji jednej dominującej barwy. Ważniejsze od nasycenie barw odegrały konkretne odcienie: zieleń i czerwień. Pierwsza z powyższych odnosiła się do tajemniczej natury Madeleine. Z kolei następna to był lęk wysokości protagonisty.

To co rzuciło mi się jeszcze oczy to sposób nagrywania ujęć z auta. Wykorzystano do tego technikę projekcji tylnej. Aktorzy (James Stewart i Kim Novak) odgrywali swoje role w samochodzie, udając, że prowadzą pojazd, podczas gdy kamera filmowała zarówno ich, jak i wyświetlane tło. Tak by to wyglądało w dużym skrócie. Pozwoliło to na pełne kreowanie realistycznego miasta w kontrolowanych warunkach studyjnych.


Czy warto obejrzeć Zawrót głowy? Jest to w głównej mierze dramat, w którym nie ma zwycięzców. Jest to kolejne dzieło warte zapoznania się. Nie ukrywam znalazły się fragmenty mogące być bardziej dopracowane. Te ryski jednak nie zaszkodziły tej produkcji, a sądząc po tym co tam wymyślono nie trafiły tam przypadkiem. Ocena końcowa 80%.

1. Gdzie postawiliście granice między miłością, a szaleństwem?
2. Czy dało się zapobiec tej tragedii?
3. Kto był rzeczywista ofiara tej historii?

Dzisiejsza recenzja na życzenia była od Kacpra z Blogu 137. Tradycyjnie itp. itd. na jego bloga, ;p Jak ktoś ma propozycje na jakiś film to niech napisze w komentarzach.
Share:

Retro recenzja Piąty element z 1997 r.

Pamiętacie kalendarz Majów i przypowieść, czy inne proroctwo o końcu świata? Świetnie, po temat apokalipsy wraca z powrotem na tapetę.

Piąty element z 1997 r. to kolejna historia, o cyklicznym wydarzeniu, które się odbywa raz na kilka tysięcy lat. Jakby chcieć lepiej to porównać to byłby to filmowy Mass Effect tylko kilka lat starszy. Patrząc na to oczywiście z grubsza, bo też ma dojść do wymazania wszelkiego życia. Jednak tym razem permanentnie.


Wstępnie prezentowało się to jako produkcja dość poważna z nutką pewnego łowcy skarbów z biczem. Lecz koncepcja ta dość szybko została obalona i weszła zmiana na pełnej gwiezdno - wojenna stylistyce. Jak zobaczycie Dive to w pełni przyznacie mi rację. 

Fabuła nie stawia na ciężkie tematy w szerszym rozumieniu, bo w szczegółach dało się coś zauważyć. Podsumuje to cytatem z filmu: Po co mam ratować świat skoro wiem co z nim robicie? Trochę zacząłem tu zwyczajowo gmatwać, więc cała zwrot i zacznę raz jeszcze.

Dwie pradawne frakcję walczą ze sobą o balans świata. Siły ciemności nazwane tutaj „panem cieniem” dążą do całkowitej zagłady. Aby temu zapobiec trzeba dokonać odpowiedni "rytuał". Należy odnaleźć specjalne przedmioty i tytułowy piąty element. Jednak nic nie jest tak proste jak się może wydawać.


Film można podzielić w następujący sposób. Początek, gdzie dostaje się garść informacji o co chodzi w tym bigosie (jadłbym). Następnie przerwa na satyryczny pokaz władzy w krzywym zwierciadle. Wszystko to w sumie dałoby się pominąć i przejść na druga połowę i zobaczyć część istotną jaka się rozgrywa w finałowej lokacji.

Diabeł tkwi w szczegółach i liczne komediowe kąski przepadły bez powrotu. Zaczynając od prezentacji Zorga (Gary Oldman) będącego wprost wzorowym na komiksowych antagonistach. Chłodny i dość nie lubiący rozczarowań. Jego metody rozwiązywanie takowych niedogodności zawsze były takie same. Wysadzał w powietrze tego, kto zawiódł, mało subtelne, ale dość charakterystyczne dla tego typu postaci.

Następnie kosmici, którzy robili za siłę bojową i źródło kolejnych prześmiewczych scen idealnie łączących się z tytułowym antagonistą. Swoją drogą to między innymi oni są tymi bohaterami dramatycznymi. Jak to ujął Zorg walczą za przegraną sprawę. Szerzej nie zostało ujęte o co chodzi, ale z ich licznych deklaracji o honorze itp. dałoby się domyśleć w czym rzecz.


Skupię się teraz na najjaśniejszej gwieździe tego seansu, a może głośniejszej? No nieważne, Ruby Rhod (Chris Tucker) to najbardziej widoczna osobistość z perspektywy całego seansu. Mimo, że ten celebryta był jedynie postacią drugoplanową to kradł każdą minutę czasu antenowego. Dziś nazwałoby się go transem, zresztą wtedy też, ale nie zrobiło tak głośnego zamieszania.

Jego żywa, no ok, jego ADHD połączone z przyrostem ego rozsadzało wszelkie wydarzenia w jakich brał udział. Nawet jak dochodziło do scen ostrej akcji dalej był na pierwszym planie zagłuszając Korbena Dallasa (Bruce Willis). Jak już przy nim jestem Bruce pomimo bycia 12 lat od premiery Szklanej pułapki wciąż emanował tą samą charyzmą, a może aurą?? Jakoś tak...

Wracając do rzeczy, od pierwszych chwil łatwo go polubić nie jest już pierwszej młodości, ale wciąż bywa zadziornym twardzielem o złotym sercu. Chwila, a nie zakochał się? (to spoiler, nie czytaj tego). Wraz z nim i jego podejściem do prawa przedstawiono wizję przyszłości. Żeby jeździć trzeba było nie tylko mieć prawo jazdy, ale i je trzymać w stacyjce jak kartę bankomatową.


Nie zabrakło do tego sytemu pokładowego komputera, który przypominał o stracie punktów pozwalających prowadzić. Takie zmiany urealniały pokazaną przyszłość. Widoki jakie tam stworzono zaprezentowały całkiem interesujące wizje. Nie był to świat neonów z Ghost in the Schell. Mimo to wciąż są całkiem zacne.

Jest jeszcze jeden aktor, o którym w szczególności chciałbym co nieco napisać. Ian Holm znany z roli Bilbo Baginsa z Władcy Pierścieni. Tutaj wcielił się w Ojca Vito Corneliusa. Jego udział był dość skromny, lecz mimo to dało się wyłapać jego charakterystyczne zachowania, które jeszcze nie raz pokaże. Żałuję, że tak mała to była rola, bo zgrał ją rewelacyjnie.

Jeszcze nadmienię słów kilka o Divie Plavalaguna (Maïwenn) strój jaki zaprojektowali dla niej to prawdziwa kwintesencja Star Wars. Zresztą inspiracja tamta serią była cały czas widoczna jak na dłoni. Jednak nasza śpiewaczka pokazała co to znaczy potrafić śpiewać. Pomimo bycia tylko drobną wstawką to i tak warto ją wyróżnić.


Wspomnę jeszcze o efektach specjalnych. W pierwszej kolejności mój ulubiony skoku w przepaść, który przewijał się wielokrotnie w filmach omawianych na łamach tego bloga. Od kiczowatej lub ładniej będzie powiedzieć pierwotnej formie jaka miała miejsce w Oknie na podwórze przez Egzekutora, aż po Piąty element. Tutaj nareszcie przybrało właściwą formę. Generalnie całe to CGI jest już trochę "przykurzone". Nie powiedziałbym, że trąci myszką, bo wciąż trzyma poziom, a nawet przebija niektóre abominacje od Disneya.

Czy warto obejrzeć Piąty element? Jest to lekkie kino akcji wiedzące co chce przekazać. Postawiono wielokrotnie na zabawne akcenty, które z całą pewnością wyłapią fani kina z tamtych lat. Gwiazdorska obsada zachęci tych, których lubią poszczególnych aktorów. Wszystko to natomiast zostało okraszone świetną muzyką.

1. Jak oceniacie Bruce Willisa w tej roli? Trzyma wciąż poziom, czy już zaczął przemijać?
2. Kontrowersyjny prowadzący w filmie to przesada, czy wizjonerska rola jakich dziś pełno?
3. Kto waszym zdaniem najlepiej wypadł w tej produkcji?    

Sponsorem dzisiejszej recenzji była Lou Fontaine. Tradycyjnie zachęcam na zajrzenie na jej blogi, jest z czego wybierać.


Share:

Retro recenzja Okno na podwórze z 1954 r.

Najlepsze zdjęcia robię w czasie dni wolnych – takimi słowami L.B. "Jeff" Jefferies (James Stewart) zapowiedział niezwykłą zagadkę jaką zacząłem razem z nim rozwiązywać. Pomysł na film podrzucił przypadkiem, ale zawsze Tomek z Nauka jazdy. Tradycyjnie zachęcam do odwiedzenia jego bloga.

Włączyłem, zobaczyłem, obejrzałem… Okno na podwórze z 1954 r. to jedno, jeśli nie najlepsze dzieło Alfreda Hitchcocka. Początek nie był niezwykły, nie było wielkiego huku i coraz większych emocji.


Było inaczej… wstęp był spokojny. W ten sposób przedstawiono tytułowe podwórze. Czujecie to? Każde okno, a w nim inny seans leci. Nie było pośpiechu, a wyważony przekaz, a do tego dobiegały od jednego z sąsiadów niezwykła muzyka. Dramaty, romanse i morderstwo. Czego więcej chcieć do szczecią?

Zacznę jednak od? Od tego czego powinno być na samym początku! Przykuty do wózka reporter Jeff w wyniku wypadku wylądował z złamaną nogą na 7 tygodni w gipsie. Jego jedyną rozrywką była obserwacja co porabiają ludzie za oknem.

Początkowo Oko na podwórze przedstawia się jako produkcja obyczajowa. Pokazano liczne warianty życia w związku i samotności. Temat ten wstępnie stanowił główny wątek. Odwiedzająca Jefffa, pielęgniarka Stella (Thelma Ritter) to nieoceniona pomoc. Nie tylko jej błyskotliwe komentarze pobudzały fabułę. Humor miała równie cięty co czarny.


Nie była jedyną drugo planowa postacią, o której warto wspomnieć, ale wszystko musi być po kolei. Lisa Carol Fremont (Grace Kelly) uzupełniała temat relacji damsko męskich w idealny sposób. Kto ma się zmienić, kto się dostosuje? Wątek ustatkowania się szanownego reportera nie był ubrany w jakieś wzniosłości. Pomimo swojego wieku i miejsca, w którym się rozgrywa film jest wciąż aktualny.

Jednak nie to było głównym daniem. Obserwowanie rutyn codziennego życia pozwoliło odkryć niezwykłą zagadkę. Nie będę więcej zdradzał. Wierzę, ze narobiłem smaku i sięgnięcie po ten Okno na podwórze. Teraz omówię jak radzi sobie po tych 71 latach od premiery.

Zacznę od jednej rzeczy, która się zestarzała najgorzej. Widok z okna to plan filmowy w studiu. Niby oczywiste, ale diabeł tkwi w szczegółach. Nawet przez chwile nie miałem wrażenia obcowania z rzeczywistym osiedlem. Inaczej miała się sytuacja z mieszkaniem protagonisty.


Tutaj było na bogato, główne i jedyne pomieszczenie jest pokazywane z wielu stron, a tym samym nie ma opcji przesytu w oglądaniu ciągle tego samego obrazu. Kamera nie raz wędruje również po okolicy. Nie jest to tylko urozmaicenie, ale i możliwość poznania perspektywy podglądacza. Ciekawostką jest wzmianka o konsekwencjach karnych za takie przestępstwo.

Warto nadmienić spory wkład jaki włożyli Roberta Burksa i Johna Michaela. Pierwszy z panów odpowiadał za zdjęcia. Ukształtował je tak, aby nadać tej niepowtarzalnej atmosfery. Następnie scenarzysta, który czerpał natchnienie z opowiadaniem Cornella Woolricha: To musiało być morderstwo.

Nie byłbym sobą jakbym nie uzupełnił recenzje o ocenę gry aktorskiej. Już sam sposób ich zachowania był inny. Styl odbiegający jak od dzisiejszych standardów. Każdy z odtwórców był ponad czasowy. Jamesowi Stewartowi pokazał, że wcielanie się szlachetnych bohaterów jest czymś co opanował do mistrzowskiego poziomu. Podobnie się miała sytuacja z jego narzeczoną, czy pielęgniarką. Jednak nie mogę pominąć Wendell Corey odgrywającego detektywa.


Błyskotliwie analizował poszlaki, aż… będzie trzeba obejrzeć, aby to zobaczyć, co tam wymyślił. Oddał on naprawdę dobrze klasycznego gliniarza, który wie co robi podobnie jak Inspektor James Japp (Philip Jackson) w Herkulesa Poirot.

Na koniec jeszcze garść luźnych spostrzeżeń w ramach bonusu. Zacznę od budowy mieszkań u sąsiadów. Akcja rozgrywa się w Stanach, a co większe wnętrza to jeden wielki korytarz. Klitki te wprost przypominają te z Japonii. Mniejsze lokale to znowu jedno, słownie jedno pomieszczenie. Takie były pierwsze co przyszło do głowy. Jednak jak się nad tym zastanowić, uznać to można za cięcia w kosztach. Innymi słowy pewne uproszczenie tamtej rzeczywistości. 

Oglądając to najważniejszą lokum widać, że jest tam kuchnia oddzielona symboliczną ścianką i pokój sąsiadujący. Pytanie, a gdzie łazienka? Następnie nachodziło pytanie: skoro on widzi ich, to oni też powinni zauważyć protagonistę. Początkowo mogło się to wydać bez sensu. Jednak, aby wybić argumenty krytyków w tej kluczowej kwestii podkreślono to na kilka sposobów. Po pierwsze wielokrotnie robiono sceny, w których włączano kilka lamp rozstawionych w salonie. Miało to podkreślić kiedy pozostali bohaterowie mogą zajrzeć do mieszkania głównego bohatera. 


Następnie pokazywano jak wyglądają lokale z wyłączonym oświetleniem. W takim momencie   jedynie sygnalizowano obecność osoby przebywającej w pomieszczeniu np. poprzez żarzący się papieros lub cygaro. Zabieg ten również był wielokrotnie wykonywany. Jedynie raz światło słoneczne wchodziło i zdradzało „niecnego” podglądacza.

Młodsi widzowie na pewno zwrócą uwagę na dwa „artefakty” telefon z obrotowa tarczą. Nie mogło zabraknąć książki telefonicznej z numerami telefonów. Dla dzisiejszych młodzików to starożytność. Jeszcze jedna rzecz się rzucała w oczy. W jednej z scen jest wykorzystany efekt specjalny. To było tak stare, że aż piękne. Robi równe wrażenie jak było to pokazane w latach 80-tych. Nazwałbym to pra alfą tamtego "CGI".

Czy warto obejrzeć Okno na podwórze? Pokazano tam przekrój społeczny pod względem życia rodzinnego. W najmniej oczekiwanym momencie i czasie może wydarzyć coś niezwykłego. Zostałem naprawdę zaskoczony i jest to naprawdę strzał w dziesiątkę. Ocena końcowa 100%. 

1. Czy reżyser wystąpił w filmie?
2. Spalibyście na schodach przeciw pożarowych?
3. Jak wspominacie stare telefony stacjonarne?  

P.S. W dzisiejszych czasach ten film wywołałby skandal z powodu pewnej damy, która przez cały seans bawi się w królową ula. Podbija ona jeszcze stawkę faktem bycia w związku. Natomiast on, no cóż rogaczem został tak, czy inaczej.  
Share:

Retro recenzja Gliniarz z Beverly Hills z 1984 r

Ostatnio coś nie mało tych propozycji filmów na życzenie. Nie to żebym się skarżył, czy coś… Wracamy do barwnych lat 80-tych, w których kolorowe neony i szybkie fury robiły swoje.

Kiedy jeszcze było normalnie, czyli nigdy, oglądało się aktorów, którzy musieli zabłysnąć umiejętnościami, a reżyser pokazał co to znaczy tworzyć wielkie kino. Do kin trafia Gliniarz z Beverly Hills w 1984 r. Jeszcze młody Eddie Murphy dostaje swoją druga wielką rolę. Zagra on tytułowego gliniarza.


Początkowo widziano Sylvester Stallone jako protagonistę, ale ostatecznie trafił tam Eddie. Po kultowych 48 godzinach ponownie staje się stróżem prawa tym razem jednak będzie pełnoprawnym policjantem, a przepraszam detektywem.

Martina Bresta, który reżyserował ta produkcje miał nosa i stworzył najbardziej ikoniczną produkcję tamtej dekady. Od samego początku postawiono na wartka akcję, aby widz nie miał czasu się nudzić. W otwierającej scenie Axela Foley’ego (Eddie Murphy) wciela się w tajniaka. Warto już tutaj się zatrzymać, bo jest przedsmak tego jak za pomocą pewności siebie, a mówiąc wprost bezczelności da się pokazać z kim się ma do czynienia.

Przechodząc dalej, cała ta komedia opiera się na dorwaniu zabójców przyjaciela Axela. Nie jest to jakiś błyskotliwy motyw. Podchodzić należy do niego z rezerwą i warto pozwolić rozwinąć dalszym wydarzeniom. Jak nazwać to co tam pokazano?


Zderzeniem, tak jest to pokazanie dwóch światów Detroit i Beverly Hills. Surowość i tropikalny klimat, ogień i woda, a także roszczeniowość made in US. Jak zapewne pamiętacie scenę z 48 godzin w barze, w której Reggie Hammond wykazał się zimną krwią i rozstawiał wszystkich po kątach? Tutaj wyeksploatowano to na ile jest to możliwe.

Nie znaczy jednak, że zabrakło czegoś więcej. Axela działa na granicy prawa i bez wyrzutów sumienia wykorzystuje wszelkie zasady jakimi kieruje się lokalna policja. Pokazuje to na każdym kroku wyprzedzając ich o kilka kroków. Były to momenty kiedy Murphy błyszczał. Nich za przykład weźmie odwrócenie uwagi śledzących go glin za pomocą kolacji zamówionej w hotelu, a następnie… Wsadził banany do rury wydechowej. Prawdziwy geniusz! Jednak dziś to byłoby z nieznanych mi powodów kontrowersyjne. Mój humor jest tak czarny, że aż zbiera bawełnę.

Nie były to jego jedyne asy w rękawie. Axel wykazuje się wielokrotnie bystrym umysłem i szybkością działania. Błyskawiczne orientowanie się w sytuacji pozwalało stworzyć niepowtarzalne sceny przepełnione intensywną akcją nie bodącą pokazem jedynie umiejętności kaskaderów. Myli się jednak ten, kto widzi w Gliniarzu z Beverly Hills tylko klasyczne kino z ubiegłego stulecia.


Inteligentne i zarazem cięte odzywki bohaterów, a miejscami uzasadniona brutalność podkreślała co się tam tak naprawdę kryje. Ugrzeczniony thriller zamaskowany licznymi skeczami wytykającymi potknięcia służb porządkowych. Warto wspomnieć też o kolejnych istotnych elementach bez których film ten nie zaszedłby tak daleko. Montaż Huga Friedhofera i muzyka Harolda Faltermeyera w tym motyw „Axel F” – budowały unikalny atmosferę, która do dziś jest rozpoznawalna na całym świecie.

Żeby nie było aż tak poważnie jeszcze wspomnę o samym humorze. Jest subtelny, żeby nie powiedzieć lekki, a do tego nie żałuje sarkazmu. Warto zwrócić uwagę na komentarz jaki w sobie zawiera ta produkcja. Bez większych hamulców punktuje sytuacje w US w tamtych latach.

Czy warto obejrzeć Gliniarz z Beverly Hills? Cięty dowcip i charakterny protagonista to turbo kombo, które jest gwarantem udanego seansu. Plus pokazanie w pełniej krasie kultowych lat 80-tych jest uzupełnieniem, nie! To kropka nad „i”. Ocena końcowa 90%.

1. Jak spostrzegacie wykorzystywanie jednego motywu muzycznego jako głównego tła w całym filmie?
2. Komedia powinna zawierać ocenę społeczną, a może tylko bawić widownię?
3. Czy dziś Gliniarz z Beverly Hills osiągnął taką samą popularność?

Sponsorem naszego programu, tfu recenzji była Crouschynca. Tradycyjnie zachęcam do odwiedzenia jej bloga. Zachęcam również do napisania w komentarzach kolejnych propozycji. Nie żebym zachęcał, czy coś…
Share:

Retro Halloween recenzja Hardware z 1990 r

Grozy to czas, niech strachy i licha wyjdą z leśnych kniei, bo czas się bać!

Zasiadłem do Hardware z 1990 r. bez oczekiwań. Niech mnie zaskoczy tym co ma do zaoferowania. Powiem wam szczerze jest na czym oko zawiesić. Nie chodzi tu nawet o sceny dla dorosłych jakie tam miały miejsce. Sądziłem, że z Boogie Night temat się skończył, ale pikanterii jak widać nie mogło zabraknąć. Do tego jeszcze wrócę.


Podobnie jak w Cyborgu ziemia jest po apokalipsie. Richard Stanley w swoim obrazie nie wspomina ani słowem o samym uniwersum. Praktycznie większość filmu rozgrywa się w jednej lokacji, a ściślej rzecz biorąc mieszkaniu.

Produkcja ta nie jest też niczym większym niż kinem klasy B. Jednak było to trochę krzywdzące, bo jednak czuć było posmak teatralny i nawet ciekawą wizję w finalnych częściach filmu. Jednak o czym jest sam Hardware?

Hardware to horror, który pokazuje zderzenie elit z plebsem. Ludzi jest za dużo i trzeba się pozbyć zbytecznego balastu. Natomiast nowy jeździec apokalipsy ma być rozwiązaniem. No dobrze, nie ma sensu ubierać to w górnolotne słówka. Jeden z głównych bohaterów Moses Baxter (Dylan McDermott) przynosi swej ukochanej Jill (Stacey Travis) głowę cyborga M.A.R.K. 13. Maszyna ta miała tylko jeden cel, zabijać ludzi.


Najzabawniejsza była autonaprawa tej maszyny i pobieranie energii z dowolnego źródła. Wspominam o tym, bo z jakiegoś powodu starano się nadać spójności i logikę wszystkiemu co pokazywano na ekranie. Jak się okażę bestia ma też słaby punkt i też skończyła zgodnie z tym co powiedzieli w filmie.

Jak natomiast straszył ten tytuł? Jak dla mnie wcale nie był w tym względzie szczególnie wybitny. Nie chodzi o słabe efekty specjalne te były naprawdę porządne, ale scenariusz był przewidywalny. Na swój sposób nawet same postacie podpowiadały co się za chwilę stanie. Poszczególne wydarzenia pokazywały jasno kto jest kim i czym się kieruje. Jednowymiarowość bohaterów już sama w sobie naprowadzała na potencjalne warianty wydarzeń.     

Jak już tak to rozkładam fabułę. Oglądając z uwagą poszczególne momenty kiedy jest prezentowany apartament Rudej staje się jasne, co nastąpi. Nie są to słowa krytyki w żadnym wypadku, wprost przeciwnie.


Groza w Hardware opiera się w głównej mierze na gore wykonane klasycznymi metodami, które już przechodziły w tamtym czasie do lamusa. Wykorzystanie mechatronicznego robota jakim był M.A.R.K. 13 dały temu czemuś niepowtarzalny styl. Miałem wrażenie obcowania z rzeczywistą sztuczną inteligencją, a nie byle złomem.

Niektóre sceny nie były do końca zrozumiałe, lecz nie będę tym razem doszukiwał się błędów w fabule, bo o dziwo i tak wszystko trzymało się na zadowalającym poziomie. Warto jeszcze wspomnieć o prowadzącym stacje radiową. Redaktor był wyjątkowo sarkastycznym komentatorem tego co się działo w tamtym świecie. Był to komentarz jasno mówiący: ludzkość przegrała.

W scenach, których gołąbeczki są razem jest czytany cytat z biblii o apokalipsie. Odnosi się on do ciężarnych kobiet i o tym co ma nastać. Wątek cielesności, rozmnażania się był równoległym tematem, który cały czas się krył w półmroku.


Przed podsumowaniem dodam garść ciekawostek. Film został oparty na komiksie Shok! autorstwa Steve’a MacManusa. Natomiast w nomada, którego widzi się na samym początku wcielał się Carl McCoy wokalista bandu Fields of the Nephilim. Interesującym zabiegiem było wykorzystanie czerwonego światła jako przewodniej barwy. Miało to nadać klimatu, niby tanie, a jakie skuteczne w odbiorze.

Czy warto obejrzeć Hardwere? Sądzę, że tak. Jest to kino będące świadome swoich możliwości. Nie oznacza braku dodania jakiegoś przesłania. W filmie jest ukryta wiadomość o przedmiotowym traktowaniu społeczeństwa. Mogło to umknąć jak się nie  słuchało narratora z radia. Wybrzmiało to na początku, a następnie ponowie w środku. Jednak sens ukazał się w pełnej krasie na samym końcu. Ocena 85%

1. Czy kino klasy B może być platformą do ambitnych tematów?
2. Ile powinno się pokazywać scen dla dorosłych w takich produkcjach?
3. Czy Horror może być czymś więcej niż pokazem przemocy?

Pomysłodawcą na ten materiał był mr Andrzej W. Jak zwykle zapraszam wszystkich do zajrzenia na jego blog.  

Share:

Retro Halloween recenzja Koszmar z ulicy Wiązów z 1984 r. (Wednesday edition)

Horror film skupiający się na grozie charakteryzujący się scenami przepełnionymi gore, jump scare'rami, czy wykorzystującymi światło, dźwięk lub efekty socjalne, aby wywołać pożądany efekt przerażenia u widza. Tyle w teorii…

W ramach tegorocznego Halloween pojawi się na początek Koszmar z ulicy Wiązów z 1984 r. Nie będę ukrywał dawno się tak nie uśmiałem. Nie ma tam oczywiście nic do śmiechu, ale przestraszyć również nie było czego.


Od czego tu zacząć? No tak, od podstawowych braków. Od samego początku seansu nie było żadnego klimatu. Barwy, liczne sceny w otoczce filmu przygodowego, a nawet młodzieżowego. Nie było w tym napięcia lęku przed tym co jeszcze nie jest nazwane, a czyha w cieniu.

Teraz nie jestem pewny co wpierw na grill wrzucić, bo jest tego wszystkiego pod dostatkiem. Już wiem, pierwsza scena z Freddym. Zamiast wielkiego wejścia bestii pojawił się dziwoląg z śmiesznie długimi łapami. Przerażających ciachnięć, robali wychodzących z jego ciała nie zabrakło. Wprost przeciwnie wszystkiego było w pełnej obfitości.  

Wraz z rozwojem wydarzeń robiło się coraz ciekawiej. Metody dręczenia były dość przewidywalne. Pokazano naprawdę zręcznie przerysowaną i zarazem nierealną przemoc. Tylko ponownie czemu nie dodano odpowiedniej otoczki, aby nadać swojego rodzaju realizmu? Jak ma to przerazić jak w byle współczesnym kinie robi się gorsze rzeczy?


Praktycznie obdarli wszystkie te wydarzenia z tego co je definiowało. Zostawili resztki, a raczej podawali zaledwie wersje koncepcyjną, a w szczytowym momencie wersje alfa. Ujmując rzecz dokładnie jest to szkielet, ale do stanu surowego daleko. Natomiast tutaj starają się wcisnąć tą kpinę jako gotowy produkt.  

Sposób w jaki zabijał Freddy robiło wrażenie. Nie zrozumcie mnie źle. Efekty specjalne były dopracowane w kulminacyjnych momentach. Lecz nie przerażały, były to pokazy solidności i braku zrozumienia przerażania. Żeby ktoś nie wytykał, że wszystko było w sielankowej oprawie są i nocne koszmary, gdzie teoretycznie wszystko się zgadza. No prawie, bo i tam były ujęcia za mocno doświetlone, a przez to lęk znikał szybciej niż się pojawiał.

W Cobrze w samym finale jest właśnie stara kotłowania, czy była straszna? Nie? A szkoda, bo to samo dali tutaj i dziwnym trafem już miała być. Następnie logika świata, na początek co może zrobić straszny demon? Teleportować się, przechodzić przez obiekty i zabijać we śnie. Oglądając przez półtora godziny zauważyłem spore nieścisłości w tej kwestii.


W jednym z trzech morderstw doszło do zabójstwa jak ofiara była przytomna. Można uznać to za przypadek, albo jakieś pominięcie. Jednak przez cały czas tłumaczono na liczne sposoby jak to działa. Nawet po tym jednym przypadku walili tymi zasadami tak, jakby widz był równie trzeźwy jak matka protagonistki.

Kulminacją absurdów był Freddy prawie sam w domu. Skoro mógł wykonywać wszelkie magiczne sztuczki, co robił w większym lub mniejszym stopniu to czemu wyłączono to na sam koniec? Dałoby się jeszcze jakoś zrozumieć jakby zakończenie nie było tak skopane i przewracało do góry nogami wszystko co do tej pory twórcy pokazali.

Teraz o logice pozostałych bohaterów. Jak wygląda najczęstsze miejsce zbrodni? Trup i rany postrzałowe, albo klasyczne kosa pod żebro. Nie może zabraknąć bałaganu i krwi dla lepszej estetyki. Jednak litry krwi na łózko, podłodze ścianie i suficie to już niecodzienny widok. Czyżby morderca wycisnął ofiarę jak szmatę i zachlapał wszystko? Najwyraźniej w tamtym mieście tak robią skoro nie zwrócili na to uwagi.


Następnie Nancy Thompson (Heather Langenkamp) odkrywa zasady świata koszmaru. Wszystko jasne i klarowne, ale… Jak rozmawia z oskarżonym o pierwszą zbrodnię Rod Lane’em (Jsu Garcia) kompletnie mu nie wierzy. Rozmowa jest powalająca. Naprawdę trzeba tego posłuchać, aby uwierzyć jakie to jest denne. Jednak potem kto inny wchodzi w rolę idioty. Takich perełek jest jak na pęczki. Jakbym dostawał za każdą taką bzdurę złotówkę to byłbym bogaty.

Dopiero włączając muzykę, aby lepiej się pisało dotarło do mnie czego tam jeszcze nie było. Dźwięku, który sygnalizował, ostrzegał lub wprowadzał w błąd. Kompletnie nic, coś jednak być musiało, ale nie odegrało żadnej większej roli.

Natomiast jak wypadł sam Robert Englund jako Krueger? Nie mogę odmówić mu odpowiednich umiejętności. Był żywiołowy, pełen ekspresji psychopatą, który emanuje złem i szaleństwem. Zmarnowany potencjał przez niekompetentnych twórców.

Czy warto obejrzeć Koszmar z ulicy Wiązów? Oczywiście, jest to naprawdę rozluźniająca czarna komedia, a może lepiej parodia horroru. Straszny film pod tym względem był naprawdę przedni, ale to jest mistrzostwo. Ocena końcowa 70%

1. Kiedy musi paść trup, aby film nie okazał się nudny?
2. Wolicie końską dawkę gore, a może coś bardziej subtelnego?
3. Jaki jest waszym zdaniem podręcznikowy przykład udanego horroru? 
Share:

Retro recenzja Boogie Nights z 1997 r.

Proszę państwa tym razem w ramach recenzji na życzenie będzie omawiany dramat Boogie Nights. Z propozycją wyszła Karolina z Carolyna's world. Klasycznie zachęcam do zajrzenia na jej blog.

Dramat jest czymś po co nie sięgam chętnie. Wystarczy włączyć telewizje i jest tego, aż nadto. Tutaj jednak będzie to historia młodego chłopaka, który został wciągnięty w branżę filmów dla dorosłych.


Boogie Nights z 1997 r. nie jest po prostu kolejną produkcją mającą jedynie przestrzec przed szkodliwością pornografii. Zostały tutaj przestawione losy prawdziwego człowieka Johna Holmesa. Jednak nie jest to jego biografia w stricte tego słowa znaczeniu. Jest to jedynie inspiracja, aby nadać wiarygodniejszej formy.

Powiem co mnie zaskoczyło od samego początku i nie były do pikantne sceny. Uwagę przykuła gwiazdorska obsada. Każdy szanujący się kinomaniak wyłapie wszystkich lub przynajmniej większość i zacznie wymieniać ich najlepsze role. Omówieniem jak komu poszło będzie później.

Fabuła kręciła się początkowo wyłącznie wokół młodego siedemnastoletniego Eddie Adamsa później znanego jako Dirk Diggler. Zostaje wciągnięty w świat kina z powodów swojego wielkiego „talentu”. Wraz z nim zaczyna się poznawać ten zakazany zakątek ameryki. Co jednak najbardziej mnie zaskoczyło, gdy zaczęto prezentować arkana cielesności?


Wcielający się w reżysera Burt Reynolds tłumaczy swoją wizję i pragnienia. W jego marzeniach jest wyreżyserowanie filmu, który jest czymś więcej niż pornolem do masturbacji. Pragnął zawrzeć tam coś co utrzyma uwagę ludzi do samego końca. Przyznaje jest to coś szokującego i zaskakującego jednoczenie. Nie bez powodu mówi się: a po co komu fabuła w pornosie?

Jak się to ma do całości? Otóż całkiem nieźle, bo stworzył coś więcej niż obraz oddający barwne lata 70 i 80-te. Jako, że był bardzo ambitnym reżyserem starej daty, a do tego zajął się swoimi aktorami. Pomimo, że stali się oni tylko czasową sensacja, to i tak wpłynął na ich przyszłe życie. Przez cały seans dało się obserwować przemiany jakie w nich zachodziły i w co się wplątali.

Niezaprzeczalnie poszli w skrajnie różne kierunki. Natomiast cień przeszłości ciągnął się za nimi do samego końca. Zabrzmiało to złowieszczo i tak też jest. Obraz stworzony przez Paul Thomas Anderson to jedno z bardziej przemyślnych dzieł o jakich mam okazję pisać. Cały czas krąży tutaj aura dramatu, ale na czym dokładnie polega w tym przypadku?


Było to sięgnięcie po łatwe pieniądze i szybki upadek na dno, w którym się zaczęło. Ironią jest fakt samego wątku porno. Miał przyciągnąć widownie do kin. Nawet bez tego niczym by się to nie różniło od tego co się działo w Hollywood. Alkohol, narkotyki i wykorzystanie pozycji społecznej było czymś na porządku dziennym. 

Istotny jest okres kiedy rozgrywa się akcja. Do końca lat 70-tych tworzenie filmów było poza zasięgiem przeciętnego człowieka. Natomiast następna dekada zostanie zapamiętana jako początek kina amatorskiego dzięki kasetom VHS.

Wielkie zmiany uderzyły z sporą siłą przywołując wszystkich na skraj przepaści. W tym momencie zaczynała się część właściwa. Równocześnie zacznę przybliżać jak poszło niektórym odtwórcą ról. Mark Wahlberg zagrał rewelacyjnie rolę Eddiego. Pokazał jego burzliwą drogę od nastolatka, którego nic nie czeka, aż do gwiazdy filmów dla dorosłych. Przygotowanie do tej roli wymagało od niego schudnięcia 30 kg. Jego kreacja roli oddawała idealnie każdą jedną emocję i tą bezradność kiedy zrozumiał, że to koniec.


Jednak kolejną osobą, która jest Buck Swope (Don Cheadle), którego znacie roli agenta federalnego z filmu Gliniarz. Na tle pozostałych członków obsady musiał pokazać człowieka w sytuacji na pograniczu. Udało się mu pokazać kogoś żyjącego w dwóch światach. Przez takie miks to on był takim klasycznym bohaterem dramatu, który robi coś wbrew sobie, aby utrzymać się na powierzchni.  

Następnie warto co nieco napisać o Julianne Moore jako Amber Waves. Jej rola to też pokaz warsztatu aktorskiego. Z jeden strony jej bohaterka funkcjonuje jako gwiazda porno, a drugiej walczy o prawo do widzenia z dzieckiem. Małym zajmował się jej były i wykorzystywał fakt czym się zajmuje zawodowo do tego, aby jak najbardziej utrudnić kontakt. Oddanie takiej postaci niejednoznacznej to nie lada wyczyn. Najczęściej sceny z jej udziałem to był pokaz aktora dramatycznego przepełnionego wątpliwościami, ale i pełne troski. Nie była kryształowa i sięgała po narkotyki. Równocześnie robiła za "matkę" dla najmłodszej części tej załogi.

Ciekawostka jest ta postać została odwzorowana na znanej aktorce porno Veronice Hart. Jak jesteście ciekawi jak wypada jako aktorka to przyjrzyjcie się uważnie pani sędzinie jak się pokaże przed kamerą. Na koniec nie mogę nie wspomnieć o barwnej oprawie. Playlista jaka leciała to były same szlagiery z tamtych lat. Można nawet się doszukać odwołania do Gorączki sobotniej nocy. Fragmenty Boogie Nights nagrany w klubie to niemalże istna kalka tamtej produkcji. Pokuszono się nawet na mały pokaz umiejętności tanecznych, w którym dało się zobaczyć John Travolta w jego kultowej pozie. 


Czy warto obejrzeć Boogie Nights? Nie przeczę jest to dzieło wielowątkowe z dobrze rozłożonymi akcentami. Zaczynając od przedstawiania wszystkich bohaterów na przyjęciu, a kończąc na ponowne połączenie ich na koniec. Pikantne sceny zostały ograniczone do minimum koniecznego, a brutalniejsze są ocenzurowane. Jednak jak ktoś mdleje na widok krwi niech minie jedno lub dwa ujęcia na końcu filmu.

Jest to trudny w ocenie film. Raz porusza ciężkie tematy, a dwa trwa ponad dwie godziny. Radzę zostawić sobie obejrzenie tego na weekend. Następnie gęsty klimat, który nie przemówi do wszystkich i ostatecznie sporo z was zrezygnuje z tego typu kina. Jeśli jednak dacie szansę to zobaczycie coś co na długo zostanie z wami. 
Ocena końcowa 87%

1.Czy dramatem można nazwać film, który ma zakończanie z pozytywnym wydźwiękiem?
2. Jaki macie stosunek do porno?
3. Dalej będziecie w komentarzach prosić o filmy dwu godzinne? 
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie