• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bijatyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bijatyki. Pokaż wszystkie posty

Najlepszy spam jaki widziałem (Lost Judgment: The Kaito Files PS5)

Spam w telefonie jest upierdliwy, ale zdarza się od tego wyjątek i zobaczyłem coś wartego uwagi.

Ostatni odcinek mody na Japonie. Dzielny Takayuki Yagami jest gdzieś hen daleko na urlopie, a na jego miejsce wskakuje pocieszny Kaito. Zacznę od tego jak wielkolud zaliczył naprawdę dobre wejście od samego początku. Nie tylko mowa tutaj o jego nietuzinkowej osobowości, ale stylu walki. 


Fabularnie jest bardzo zbliżony poziom względem podstawki. Wskakując dzień po przejściu Lost Judgment czuję się jak w domu. Są jednak odczuwalne różnice. Zaczynając od samej atmosfery, która płynie przechodzi z dość humorystycznej do poważnej.

To co w szczególności wybija się na pierwszy plan to skrajnie różniące się podejście do rozwiązywanie poszczególnych zagadek. Oprócz luźniejszego podejścia doszły nowy tryb detektywistyczny. Tym razem trzeba opierać się na własnych zmysłach. Przez taką zmianę jest prościej w rozwiązywanie takich wyzwań.

Fabularnym celem jest odnalezienie ex-Kaito, której jak to zwykle bywa grozi niebezpieczeństwo. Wraz z postępami poznawałem jego przeszłość, co będzie nie lada gratką dla tych którzy polubili tego bohatera. Skupiono się tam na pokazaniu relacji między nim, a Mikiko Sadamoto. Nie brakowało tam jeszcze innych znajomych twarzy. Naprawdę nie dało się nudzić. 


Walka jest równie dynamiczna, a nawet bardziej agresywna. To jak w AC Shadows, gdzie Kaito byłby czołgiem niszczący wszystko co podejdzie pod rękę. Swoją drogą gra zaliczała pewne niespójności. W czasie rozprawiania się z byłymi członkami yakuzy niszczy wszystko w zasięgu. Ok, fajnie i miło, ale potem wraca do stanu przed walką. Prawdziwy brak konsekwencji. 

Czy czuć, że jest to tylko dlc? A i owszem! Mimo wszelkich starań czuć to. Nie jest to tak porażające jak miało miejsce w Mafii 2, ale rozwój protagonisty jest znacznie słabszy. Żeby to lepiej zobrazować porównam do rozwoju umiejętności bokserskiej mini gry z podstawki. Nie ma tragedii, ale czuję niedosyt. 

Z drugiej strony nie cierpię na brak wyraźnie widocznych postępów. Demolka jest taka jak być powinna, siarczysta i mocno widowiskowa. Fabularnie wraz z kolejnymi godzinami robiło się coraz lepiej i szybciej, gdzie nigdzie dostrzegam (teoretycznie) nawiązania do głównej serii. Mogą to być tylko moje przepuszczenia. Napiszcie w komentarzach, czy też macie takie wrażenie.


Nie zabrakło również miksu: mieszana, mieszana. Trochę spraw rodzinnych łamane na gang Olsena, a kończąc na solidnej akcji. Kaito zaliczył epizod, czy jestem tatą?! Nie wstawiono tam jakiegoś nowatorskiego scenariusza. Był to raczej popularny schemat z krnąbrnym nastolatkiem, który do pewnego stopnia podziwiał "swego ojca", a czy ni nim był to się okaże. Protagonista natomiast stara się być najlepszą swoją wersją, lecz nie koniecznie idzie po jego myśli. Napiszę to tutaj, bo trochę jest to śmieszne oglądać w telefonie Kaito reklamę rozszerzenia z nim w roli głównej.

Zakończenie dlc nie było złe ani do końca genialnie. To naprawdę solidne rozwinięcie Lost Judgment, które każdy fan powinien potraktować jako pozycję obowiązkową. Misje fabularne potrafiły naprawdę zaskoczyć. W regularnych dawkach zostawałem zaskoczony tym co się tutaj działo. Ucieczki, pościgi liczne walki, niektóre były trochę na siłę przyznaję, ale co tam zamiecie się po dywan.

Koniec końców pewien wątek nie został moim zdaniem zamknięty. Niby Makitto powiedziała co wiedziała, lecz końcówka wyraźnie stała się jedną wielką kliszą dobrze wszystkim znaną. Jak podsumować ten dodatek? Skręcony dość szybko, a przez to pewne elementy były niedoszlifowane. Biorąc jednak wszelkie plusy i minusy dałbym mocne 7.5/10







Share:

Lost Judgment vs Assassin's Creed Shadows, kto robi lepsze poboczne aktywności? (PS5) (Wednesday edition)

Wiele gier opiera swoje aktywności poboczne na odhaczaniu znaczników. Powtarzalne i niejakie zajęcia, a w najlepszym wypadku w ramach misji opcjonalnych są fedeksy. Jakby to wszystko wyglądało jakby dało się pełnoprawną kampanie?


Siemanko, uszanowanie z Strony Bezimierz i dziś zapraszam was do trybu Przygoda premium… Nie, chwila no tak Premium Adventure trzeba z angielska napisać. W tej części Lost Judgment ma się dostęp tylko do szeroko rozumianych zadań pobocznych i wszystkiego co można pod nie podciągnąć.


Główny cel kampanii jest zamknięty i nie ma co sobie tym głowy zawracać. W poniższym tekście będę musiał odnieść się niekiedy do poszczególnych elementów. Tradycyjnie ostrzegam przed spoilerami, a resztę zapraszam do lektury.

Skoro już to czytasz to wiesz co nieco o grze, a prawdopodobnie znasz całość z grubsza. Nowa poboczna gra plus nie cofa Yagumiego do samego początku. Pewne rzeczy już są mu znane, a waleczna Kyoko Amasawa nie oskarża nikogo o zboczenia.

Fabularnie akcja toczy się tym razem wokół człowieka zwanego Profesorem. W zamian za pewne honorarium spełnia zlecenia uczniów. Czasami sam z siebie wtrąca się, ale bardziej przyjmuje role Rumpelstiltskina. Zadaniem dzielnego detektywa i opiekuna klubu detektywistycznego jest zamknięcie go za kraty. Aby tego dokonać potrzeba dobre 40 godzin. W ramach tego czasu oczywiście będzie się przeżywać poboczne historii w pobocznej kampanii.


Poza szkolnymi historiami dojdą sprawy detektywistyczne, które pobiera się z biura kolegów po fachu. Można aktywować kilka naraz, ale nie wszystkie. Później się o nich szerzej napiszę. Z innych urozmaiceń czekają jeszcze wyścigi dronów i salon Vr i sklep z dopalaczami. Nie ma obawy nikt nie promuję szkodliwych środków.

Pierwsza sprawa dotyczy klubu tanecznego Króliczki. Jest to nic innego jak mini gra rytmiczna polegająca na rytmicznym klikaniu odpowiedniego przycisku/ków w właściwym czasie. Za pomocą krzyżaka da się odpalić okrężny styl podbijając ostateczny wynik. Nie ma co liczyć na jakieś kary wizualne za błędne ruchy.

Jedynie ocena tańca będzie niższa. Wraz z odblokowywaniem kolejnych piosenek (każda ma kilka poziomów trudności) włączą się kolejne wątki fabularne mające ostatecznie doprowadzić do Psora jak wewnętrznej historii klubu tanecznego. Perypetie tego zespołu są zaraz przy tajemniczym bokserze najbardziej rozbudowane fabularnie i nagrano najwięcej dubbingu. Ostania piosenka nawet na normalu daje wycisk. Jednak warto je wszystkie wymaksować, (aż palce zaczynają boleć).


Biegając po szkole za kolejnymi zleceniami od Amasawy można trafić na "szybkie strzały". Chodzi tu o krótkie historyjki z ciekawym pomysłem na siebie. Zaczynając na kapsule czasu o niezwykłej niespodziance, a kończąc na biegającym nocą manekinie. Misje te charakteryzowały się niekiedy spora dawka japońszczyzny. Twórcy wyraźnie podeszli do nich z większą dozą zainteresowania, po to tylko, aby zapadły głęboko w pamięć.

Następne szkolne sprawy odnoszą się do innych klubów. Przyznam, że możliwość poznania uczniów z klubu esportowego było wyjątkowo wykonane. Działo się tak w głównej mierze z powodu pracy kamery, która pracowała w bardzo tendencyjny sposób. W przerysowany sposób podkreślała członków tej społeczności. W ramach tego wyzwania trzeba było odkryć, czy prezes nie kantuje w grze Virtua Fighter 5 Final Showdown.

Żeby nie odnosić się do wszystkich spraw skupię się na tych większych, a inne może wspomnę. Następną atrakcją, która jak się później okazała czymś znacznie większym było Death Racing. Wraz z kolejnymi wyścigami śmierci, w których trzeba było pokonać oficerów i bossa frakcji dostawało się nowy pojazd. Natomiast z faktu, że kasy ma się jak lodu robiło się go na maxa. Było spora części do kupienia, ale wszystko zaprojektowano tak by osiągi były najlepsze przy tych najdroższych.


Każda z frakcji miała swoje tło fabularne. Skromne, ale jakoś podkreślało różnice między grupami. Pod względem swoich charakterystycznych zagrań też nie brakło różnic. Od głośników atakujących falami dźwięku, przez kopanie, a nawet strzelali, brutale! Reakcję na ich ataki zasadniczo się różniły wystarczyło robić blok. Dopiero przy szychach trzeba było, o dziwo zastosować jakaś taktykę. Odpowiednie wykorzystanie driftów i ładowanie turbo było zalecane.

Równolegle w pół finale zaczął się totalny recykling tego co już zdążyło się zobaczyć. Niesmak pozostawiło, lecz jakoś trzeba żyć. Powtarzalność pod koniec końcu jednak była tylko przedsmakiem do już znacznie lepszego finału wymagającego pewnego skilla i cierpliwości. To co bardziej uderzyło to terapeutyczne gadki szmatki Yagumiego i siła miłości, przyjaźni i zaraz zacznę rzygać tęczą.

Pierwszy raz totalnie się tego nie dało czytać. O ile w pojedynczych krótkich rozmowach z liderami było to jakoś strawne. Tak w samym finale to jakaś parodia była. Sztuczne oburzenia z jednym wyjątkiem raziły w oczy. Była to sytuacja, w której dobro zwycięża, bo tak i nie zadawaj głupich pytań.


Zepsuło mi to obraz tej misji która naprawdę wyglądała ciekawa. A wraz z nią była przyjemna rozgrywka, która starczyła na kilka wieczorów. Lecz zakończyli to w stylu japońskich Dlaczego ja?, czy inne Trudne sprawy.

Teraz warto przesunąć się nieco w czasie. Wraz z opuszczeniem murów szkolnych pora ruszyć do dzielnicy Czerwonych latarń. W jednym z barów pracuje potencjalna informatorka. Po początkowym zachwycie misją Girl Bar zostałem oblany lodowatą wodą z studni. Trzonem tej misji jest łącznie na czas odpowiedzi składających się z trzech części. Wszystko okraszone błędami językowymi zależnie od upojenia alkoholowego. Prawie jak Walking Dead.

Elementami zadowalającymi to dobrze napisane bohaterki. Plus w trakcie 'odblokowania' relacji wychodzą pomniejsze mini historie. Tutaj wszystko jest w najlepszym porządku. Gorzej wyglądało z dojściem do tego stanu. Liczba odpowiedzi jakie można udzielić była mocno ograniczona. Można odnieść wrażenie, że niektóre zdania były praktycznie bez sensu. Kropką nad i było zniknięcie jednej z barmanek. Po przez  wielokrotne odwiedziny dobiło się rangę stałego klienta i kontynuowało wątek profesora.


Udało się dobić limity popularności i zacząłem romansowanie z Emili. Jeśli już miało się  dość tych powtarzających pytań to szykujcie się na dokładkę. Czeka jeszcze test z tego co już było plus parę osobistych pytań. 

Dalszy wątek nie wnosi nic o Profesorze. Osobiście uważam, że póki co dostaje się bardzo szczątkowe dane. Najbardziej rozbawiło mnie zabawa w podryw. Czemu, bo w wersji podstawowej jest tylko jedna Emili, a reszta za opłatą. Gra o tym w ogóle nie informuje. Natomiast dwukrotnie przypomina jakie to miłosne przygody czekają.

Atrakcje na początku są takie same jak w poprzedniej części. Zamiast tego zacząłem ładować w nią prezenty. Można dać każdą błyskotkę, a jej miłość rośnie w oczach. Podsumować można tak, tragedii nie ma. Kolejny akapit i znowu side questy, lecz tym razem z agencji. Pomysł na zrobienie odskoczni od głównego wątku.


Wraz z kolejnymi zleceniami historie tam opowiedziane są coraz bardziej złożone. Są to intensywne piguły z pomysłem na siebie, a wraz z nim akcesoriami i czworonożnym towarzyszem. Zagadki jakie trzeba rozwiązać dają nutkę wrażenia bycia detektywem. Poszlaki, nagłe wydarzenia są istotne i trzeba umieć łączyć szczegóły.

Na warsztat niech pójdzie studio robiące gry. Wraz z poszczególnym etapami trzeba zrealizować określony cel. Aby do tego dojść należy przy pomocy tryby detektywa odnaleźć poszlaki. Niekiedy do tego wykorzystać należy przyrządy do wykrywania dźwięku, a innym razem czworonoga. Schemat ten jest bardzo powtarzalny, ale co się dzięki temu człowiek dowie to jego. W przypadku tej misji kończy się walką z bossem. Nie jest to reguła, a jedynie odstępstwo od zasady.

W czasie eksploatacji Yokohamy jak i starej dzielnicy przyszło mi się zmierzyć z mini jaki i maxi szefami. W głównej mierze tworzą oni wrażenie trudnych. Było tylko złudzenie mające dać graczowi iluzję wyzwania. Wszystko to zrobiono, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ego udobruchane, a nerwy nie zszargane.


Wróciły w końcu misję skradankowe. Są proste, a zarazem jest w nich ta nutka radochy, gdy w tej prostej mini gierce wszystko idzie naprawdę gładko. Jednak wyłapałem pewne pęknięcie. W siedzibie pewne gangu trzeba coś rozwiązać za pomocą trybu detektywa. Zagadka prosta i powinno się rozwiązać bez problemu. Ktoś wymyślił sobie takiego wała! Wymuszono odpowiednią kolejność, bo tak. Trochę blado to wypadło.

Na sam koniec coś o wiewiórkach i chat GPT w japońskim wydaniu. Jedną z mniejszych punktu programu są wymalowane na ścianach wiewióry. Każdy taki obrazek to podpowiedź do zagadki, która sprawdzi bezpośrednio do mety. Podobnie ma się spraw z Si w telefonie z którym dla odmiany na podstawie usłyszanych rozmów na ulicy prowadzi do bliżej nie określonego wydarzenia. Wspominam już tylko o tym dla formalności.

Jakbym naprawdę chciał omówić każdy jedną rzecz to zamiast trzech stron to wyszłoby o wile więcej. Sporo rzeczy jeszcze będziecie musieli odkryć na własną rękę. Podsumowując naprawdę warto. Ocena cząstkowa 80%.

1. Jakie według was powinny być aktywności poboczne w grach?
2. Czy bardzo takie aktywności mógłby się wyróżniać na tle głównej kampanii? 
3. W pierwszej kolejności robicie główny cel fabularny, czy  wszystko na około?
Share:

Lost Judgment, moją grą roku 2025? (Część pierwsza, PS5) (Wednesday edition)

Jak tutaj zacząć? No tak, już wiem mam przyjemność przedstawić pierwszą grę w tym roku kalendarzowym jaką ograłem.


Świetnie, skoro mamy to z głowy pora na omówieniu tego wiekopomnego dzieła studia Ryu Ga Gotoku wydanego w 2021 r. Recenzowaną wersję ograłem na PS5 Fat jakby kogoś to interesowało.


Początek jak najbardziej pozytywny. Kontynuacja spin-off do Yakuzy wciąż stoi na tym samym fundamencie. Pierwsze co uderza to nie tylko znajome lokacje, czy podział Npc na premium i pozostałe.

Gra tłumaczy wszystko, a jest tego sporo do zapamiętania. Równolegle nie brakuje licznych podpowiedzi. Czyli mamy mimo wszystko niski próg wejścia. Jedynie brak spolszczenia może być problem dla niektórych.

Obiecałem dość szczegółowe omówienie. W tym tekście w głównej mierze skupię się wyłącznie na głównych zadaniach kampanii. Natomiast aktywności poboczne, które zostały podzielone na zlecenia detektywistyczne i szkolne historie zostawiłem na następna publikację.


Pierwszą istotną wiadomością jest czas jaki przyszło mi spędzić z ta produkcją. Aby dojść do napisów końcowych potrzeba było 45 godzin. Kolejna istotną sprawą była ukryta zawartość za paywall. Sega poprowadziła dość agresywną kampanie reklamową. Już w samym telefonie Yagami (protagonista) ma zamieszczoną reklamę fabularnego DLC.

Żeby nie było, że tylko się czepiam. W czasie gry jest możliwość romansowania z kobietami. Komunikat wielki jak stodoła informuje o licznych opcjach romantycznych zapomniał dodać tylko o tym, że trzeba dodatkowo zapłacić. Całkowicie nie popieram kradzieży podstawowej zawartości i wymuszania dodatkowej płatności, a było tego więcej.

Przez takie zagranie trudno wystawić z czystym sumieniem wysoką ocenę, a naprawdę Lost Judgment do tytuł wart zapoznania się. Podzielę reckę na na części. Zacznę od fabuły, rozgrywka, a na stanie technicznym itp. zakończę.


W samej produkcji mamy nie jedną historię, ale aż trzy. Pierwsza to zagadka rozgrywająca się w Yokohamie. Przeniesienie części akcji do Yokohamy to w moim odczuciu strzał w dziesiątkę. Każdy otaku będzie czuł powiem świeżości lub coś tym stylu.

Cała historia zaczyna się w szkole średniej i dość często będzie o nią zahaczać. Jednakowoż jak już się zacznie wchodzić głębiej okaże się, że i tam rozgrywa się kolejna samodzielna fabuła mogąca być spokojnie osobnym tytułem. Jest możliwość przejścia od razu, co jest oczywiste, albo po zobaczeniu napisów końcowych skorzystać z nowego trybu.

Premium adventure pokazuje się dopiero po zakończeniu głównego wątku i zawiera jedynie aktywności poboczne, co zajmie 40 godzin grania. Łącznie 85 godzin na samą podstawkę przy czym nie wbiłem jeszcze platyny. Daje to sporo dodatkowego czasu spędzonego przed konsolą.


Pierwszą niespodzianką był powrót starej gwardii skład taki sam jak poprzednio. Dodam, że w sposób humorystyczny zostali wprowadzeni. Dla wszystkich fanów Yakuzy będzie to rzecz oczywista, bo seria ta charakteryzowała się powagą i satyrą.

Wszystko zaczyna się od propozycji współpracy z Sugiura Fumiya i Tsukumo Makoto, którzy założyli swoją agencje Yokohama 99. Początkowo sprawa nie wydaje się jakaś szczególnie ważna, bo chodzi o szkolnych patusów. Lecz im dalej las ty więcej drzew, a sprawa zaczęła szybko nabierać rumieńców.

Pierwsze zlecenie będącą zaledwie rozgrzewką, którą załatwiło się dość szybko. Jednak miałem parę uwag. Pierwszą sprawą przed przybyciem do szkoły sporo mówiło się o umieszczeniu ukrytych kamer. Cicho liczyłem na to, że samemu będzie można je ustawić. Koniec końców dostałem pokaz całkiem zabawnych przerywników filmowych. Jak na to nie patrzeć to tylko gotowe nagrania. Następnie devowie stwierdzili, że nie wolno dać za dużo przestrzeni do eksploatacji. Czyżby bali się zmniejszenia zaangażowania gracza?


Moje przepuszczenia okazały się całkiem uzasadnione. W trakcie zwiedzania tego liceum trafiłem na liczne poboczne aktywności i przedmioty do zebrania. Wniosek z tego taki: otwarcie całej lokacji zepsułoby tempo rozwoju kampanii. Budynki jednak nie są aż tak duże, a do tego nie wszystkie sale są dostępne. Nie wspominając już o powtarzalności poszczególnych pomieszczeń.

Wątkiem głównym Lost Judgment jest morderstwo, żeby tylko jedno. Cicho, nie czytaliście tego! Wstępnie twórcy operują dość mocnymi scenami. Nie radzę przy tym jeść, bo zwrot będzie gwarantowany. Podążając dalej za główną sprawą otwierają się coraz to inne drzwi. Zagadkę goni kolejna i aż szkoda wyłączać konsolę. Nowi bohaterzy są całkiem, całkiem lecz bez większego szału. Mówiąc krótka, gdzieś już to widziałem.

Wydarzenia fabularne to jest to co każdy fan serii zna dobrze. Ważne momenty dostają dubbing, a resztę sobie doczytajcie. Devowie doszli najwyraźniej do pewnego winsoku. Trzeba coś dodać do tej formuły. Jak się zobaczyło te „gadające głowy” to od razu widziałem inspiracje zaczerpniętą z Persony. W większości przypadku dodano animację ust, a w szczytowych momentach dochodzi do tego fizyka włosów.


W trakcie wykonywania misji przyszło mi rozwiązać liczne zagadki. Podobnie jak w pierwszej części opierają się na trybie detektywa, a następnie odpowiedni wybór dialogu. O ile w pierwszej części było to istotne, aby wyciągnąć jakiś dobry wynik. Tak tutaj nie trzeba zwracać na to uwagi, bo nie ma jakichkolwiek konsekwencji.

Wydarzenia natomiast są przemyślane z dość spora skrupulatnością. Każdy wątek został domknięty, ale nie zabrakło tez pewnych rysek. Inny powiedzą rys wszystko jest rzeczą subiektywną. Na drodze Yagamiego stanie tajemniczy ktoś. Nie będę spoilerował tak ważnej postaci. Jedynie nadmienię, że będzie niczym zdarta płyta powtarzał określone tematy. Są one bardzo poważne to fakt, jednak jak się robi to ciągle tracą na swojej sile i ma się tego naprawdę dość.

Pajęcza nić jaka splatała wszystkich jest gęsto przędzona. W ciągu tych kilkudziesięciu godzin można było spodziewać się wszystkiego, aż trudno uwierzyć jaki rozmach ma ta produkcja. Naprawdę chętnie bym zaczął analizować poszczególne fakty. Moim zdaniem zrobienie tego było wyrządzenie wielkiej krzywdy tym co jeszcze nie zagrali. Nie powiem, ryski są widoczne o czym pisałem wcześniej. Lecz generalnie jest naprawdę bosko. Czas ucieka jak szalony, a człowiek tego nie odczuwa.


Sporo faktów wychodzi na jaw. Nic nie jest takie jakie wydaje się na początku. Zgrabnie powiązano wszelakie fakty. Póki co nie doszukałem się żadnych nieścisłości. Jest to naprawdę tytaniczna praca jak na dzisiejsze czasy.

Pod kątem części właściwej gry muszę zwrócić uwagę na coś, co można może zostać uznane za kontrowersyjne. Przerywniki filmowe, które są istotne dla fabuły zaczynają być przytłaczające. Zauważyłem, że wraz z postępami fabularnymi balans się zaczął psuć i więcej było przerywników jak rozgrywki. Cutscene były niczym bloki reklamowe. Jedynie wewnętrzne monologi Yagumi sygnalizują o przejściu z jednego do drugiego zadania.

Koniec kampanii bardzo zmienia charakter gry. Jest to ostra jazda bez zapiętych pasów. Warto się zaopatrzyć w zapasy żywności, bo będą szły jak alkohol na ostrym melanżu. Walki było tyle, że aż herbaty trzeba było się napić.


Generalnie tak jak pisałem już przez wiele stron fabuła to wyjątkowy mocny element gry. Przemyślano go w najdrobniejszych szczegółach od misji, aż po sprawy szkolne. Powtórzę tu jeszcze raz trochę szlifów i  zadania w szkole byłby jak Bully od Rockstar.

Trochę o fabule było pora na rozgrywkę i eksplorację nowego miasta. Nie zabrakło starych elementów jak pomoc przypadkowym pracownikom gastronomi. Jest to co prawda błahostka, ale budowała immersję.

W trakcie eksploatacji miasta zauważyłem naprawdę zaskakujące rzeczy. O ile niczym nadzwyczajnym jest wejść w interakcje z obiektami typu kwiaty w donicy, tam z rowerami już jest inaczej. Nie chodzi o potrącenie ich, a przechodzenie jak przez płot. Wyglądało to naprawdę komicznie jak Yagumi zaczął idealnie przechodzić przez kolejne pojazdy.


A teraz mały fun fact. Tryb detektywa da się uruchomić w dowolnym momencie. Jak to można wykorzystać? Przykładowo zwiedzając przyszło mi na myśl, aby przyjrzeć się lepiej zawartości sklepów. Poziom szczegółowości naprawdę potrafi zaskoczyć jak się ma możliwość przejrzeć bliżej. Wchodziłem też do barów. Hp w końcu samo się nie odnowią, a można jeszcze dostać bonusy np. zbieranie lepszych materiałów do craftu.

W jednym z nich usłyszałem coś znajomego. Jest to pewna piosenka, która jednoznacznie kojarzy się z Yakuzą. Jeszcze mała dokładka. Oprócz klasycznej formy przemieszczania się dodano deskorolki. Nie powiedziałbym, że to jakiś Tony Hawk's Pro Skater, ale daje radę. Odległości są na tyle długie, że z chęcią z tego korzystało. Warto zbierać widoczne monety później bardzo się przydadzą, ale o tym już za tydzień. 

Skoro jestem przy małych rzeczach. Miasto jest o wiele bardziej szczegółowe. Przez fakt dużej ilości neonów Ray tracing może błyszczeć. Wszystko rzecz jasna z umiarem. Wyostrzony obraz dodaje jakości. Trzeba jednak zwrócić uwagę na jeden efekt uboczny. Wykończenie budynków, czy też chodniki sprawiają bycia z gumy. Paradoksalnie nie psuje to końcowego wyniku. Jest wprost przeciwnie wpisuje się w zamysł artystyczny.


Zwiedzając miasto trafiało się również na zbiorów. Tutaj też są i zostali podzieleni na dwa kategorie zwykłych i groźnych (czerwoni i purpurowi) Generalnie robią to samo co ich poprzednicy. Różnica leży w nagrodach dla zachęty. Teoretycznie ci pierwsi są opcjonalni. Jest to tylko teoria, bo atakują za każdym razem. Jest opcja ucieczki. Warto z tego skorzystać jak się trafi na mini bossa. Mały to jest z nazwy, ale staty ma większe niż ich więksi odpowiednicy. 

Warto nadmienić o kolejnej ciekawostce. Watahy jakie spotka się różnią się zależnie od miasta. Przykładowo tylko w Yokogamie można spotkać bandy młodzieżowe, a jak się wróci do Kamurocho już nie. 

Walka tak, pewnie wielu się zastanawia jak z tym poszło. Jest dobrze, a nawet powiem więcej jest genialnie. Nowe ruchy dodają prawdziwego kopa. Lecz najbardziej zrobiły na mnie wrażenie połączone akcje które przeprowadzało sie wspólnie. Trudno mi z 100% pewnością napisać, ale finiszery Taka i Kaito są arcydziełem. Zgrabnie wykorzystano slowmo i pracę kamery. Nie ma co ukrywać, że obraz wtedy staję się tak ostry jak brzytwa. O mało bym się skaleczył.


Skrobnę parę słów o bossach. W stosunku do nich mam naprawdę mieszane uczucia. W większości przypadków to klasyczne segmenty w kampanii. W tym wypadku nie ma co tłumaczyć. #ODGRZEWANY KOTLET

Na pewnym etapie trzeba dość istotnym trzeba obić kilkukrotnie jednego waść mościa. Jakby jeszcze jakoś połączyli poszczególne etapy w sposób płynny to wszystko byłoby w porządku.

Jednak wszystko oddzielono grubą linią. Chcąc nie chcąc jest to tak boleśnie widocznie, że aż boli. Żeby było jaśniej osoba ta dostaje przysłowiowe lanie kilkukrotnie z rządu z minimalnymi przerwami. Zamiast jakieś redakcji to tylko amnezja. Następnie kolejny bandzior daje nam w łeb. Cały trud w piach, bo w ramach wygranej przegrać trzeba. Aż Wiedźmin 2 mi się przed oczami pokazał.


No dobrze, a jak się ma drzewko talentów? Powiem krótko: kopiuj wklej. Tutaj nic się nie zmieniło. Jeśli już na siłę się czegoś doszukiwać to jedynie w poszczególnych perkach. Osobiście uważam, że niezależnie co się weźmie to będzie wydajnym buildem do grania. Koniec, końców to nie jest sieciówka, aby się tak tym przejmować.

Ostatnia strona to już kwestie techniczne. Jak doszedłeś dotąd zostaw komentarz: Jeszcze Czytam. No to jedziemy z tym koksem (tego nie musicie dodawać w komentarzu). Lost Judgment zawiera liczne przerywniki. W rozmowie z pierwszym dużym klientem zauważyłem odpychającą gumową animacje twarzy. Dziw mnie przez to bierze, wszak w przypadku Taki i Kaito tego zaobserwować się nie dało.

Rozumiem okrojone wersję w przypadku postaci epizodycznych, pobocznych itp. Tutaj jednak jest mowa o kimś ważnym fabularnie. Na obronę warto dodać szczegółowość skóry itp. W tej kwestii jest, aż za dokładnie. Wspólnie tworzy to spory kontrast.


Wypadałoby wspomnieć w tym momencie o animacjach. Po niestety wyłapać mogłem niedoróbki. Warto się przyjrzeć kurtce Yakumiego w czasie ostatecznego kopa po wciśnięciu trójkąta. Szarpnięcie ciuszka kaleczy w takiej sytuacji oczy. Z innych błędów najbardziej rzucił się jeden. Mowa tu o uczniach spędzających przerw na dachu. W anime takie rzeczy są na porządku dziennym, jednak w realu nie ma takiej opcji. Ok, to już czepialstwo, ale warto je dodać.

Zaszalałem w tym segmencie, nie ma co! Lost Judgment błędów ma jak na lekarstwo o jeszcze jednym napiszę w następnym tygodniu. Trafiłem na niego w czasie zadań pobocznych, a więc sorry nie tutaj.

Teraz małe podsumowanie tej części. Gra to jest pokazem niezwykłych umiejętności Ryu Ga Gotoku Studio. Nie jest to dzieło idealne to fakt. Jednak na tle dzisiejszych lewoskrętnych twórców aktywistów tytuł ten świeci jasno jak słońce. Ocena cząstkowa: 90%.

1. Co siądziecie o takim przeskoku z retro do nowych gier? 
2. Dać więcej nowości, czy dalej ciągnąć retro?
3. Jakieś uwagi, lub propozycje na bloga? 

Są to tylko luźne pytania, ale będę wdzięczny za wszelki feedback. 
Share:

Dragon Ball Figher Z, czyli stare, ale jare (Recenzja Xbox One S)

Wielki powrót do dzieciństwa, a raczej sentymentalna podróż do czasu beztroski i starych klasycznych anime. Tym razem trzeba dokonać pewnej zmiany i sięgnąć po grę.

Będzie to pierwszy tytuł z gatunku dobrze znanego jako bijatyki, który omówię w tym roku. Dragon Ball Figher Z ograłem na poczciwym Xbox One S. Co prawda dało się to zrobić na Series X, ale jakoś postawiłem na oryginalną platformę.


Zacznę od rzeczy, jaka mnie oburzyła na dzień dobry. Nim zdążyłem zacząć grać zaoferowano przymusową reklamę swojego abonamentu Game Raka Passa. Jeszcze jeden raz można byłoby wybaczyć, ale to się działo za każdym razem. MS szybko stara się zebrać ujemne punkty.

Sytuacja znacznie się poprawia, po wejściu do lobby, gdzie czeka szereg atrakcji. Jeśli czujesz/jecie się na siłach można zabrać się za "mortalową" wieżę lub turniej mocy. O tym jednak napisze na końcu, bo to, co mnie przede wszystkim interesowało to kampania fabularna.

Okazuje się dość szybko, że nie jedna, a aż trzy story mod będzie do przybycia. Żeby nie zdradzać szczegółów zarysuje jedynie ogólne informacje. No dobrze, trochę się odniosę do pewnych wydarzeń. Postaram się jednak nie popsuć nikomu zabawy.


Od czego tu zacząć, a tak od początku... To, co może spodobać się starszym fanom tej franczyzy to powrót starych znajomych. Nie mówię tu o Goku i paczce, a antagonistach. Paradoksalnie zobaczenie starej gwardii było naprawdę sentymentalne.

Największym szokiem była zmiana języka na japoński. Musicie wiedzieć pewną rzecz. Gdy anime to było transmitowane w telewizji. Tak kiedyś oglądało się w Tv, a nie streaming jak dziś. Wracając do rzeczy. Smocze kule miały francuski dubbing, a potem już zmienili, ale to już inna historia.

Wszystkie kapanie łączy kilka faktów. Świat opanowały tajemnicze fale, które osłabiły najśliczniejszych wojowników. Dziwnym trafem armia czerwonej wstęgi ma coś z tym wspólnego jak i androidy. Pierwsze dwie kampanie się pokrywają fabularnie i wyjaśniają sporo niewiadomych.


Nie będzie to wielkim uszczerbkiem na „zdrowiu” jak zdradzę, czym jest tajemnicza dusza dzięki, której nasi milusińscy mogą walczyć. Uwaga, echem tu chodzi o nas. Tak dobrze czytasz o nas, czyli graczy. Jak już przy tym jestem wraz z rozwojem poszczególnych zawodników rośnie więź między duszkiem nazwijmy go Wojtkiem a danym wojem. Wiąże się to również z przełamaniem czwartej ściany kiedy się bezpośrednio zwracają do gracza.

Pierwsza trasa to praktycznie łatwa przebieżka mająca jedynie zapoznać z panującymi mechanikami. Nawet jak się człowiek nie stara to i tak się wygrywa. Każda walka opiera się na starciu dwóch drożyn, które składają się z trzech zawodników.

Dla hecy dodano informacje, w których ostrzegają, aby nie łączyć postaci, które za sobą nie przepadają. Jest to tylko dla jaj wstawione, bo naprawdę w żaden sposób nie wpływa na fabułę. To co bardziej może zainteresować to przebieg poszczególnych pojedynków. Wymagane jest eliminacja wrogiego zespołu.


O dziwo nie będzie to solo walka, a cała praca zespołowa. Takie żonglowanie bohaterami pozwala stworzyć naprawdę ciekawe kombinacje. Warto również zwrócić uwagę na cooldown. Nie ma tak dobrze, aby pożonglować według swojego widzimisię.

Wraz ze skuteczniejszym kręceniem combo nabija się specjalny pasek umożliwiający wykonywania ataków specjalnych.

Tak można streścić pierwsze dwie kampanie. Dopiero ostatni pokazuje w pełni działające Si. Srogie lanie dla nowicjuszy gwarantowane. Swoją drogą nie wspomniałem, o bonusach. Kiedy przemieszcza się po mapie w systemie taurowym można ugrać coś ekstra. 


Turowe poruszanie się w tej grze nie polega na naprzemiennych posunięciach w obu stron konfliktu. Wymóg jest taki, aby przejść do finalnego bossa w określonej liczbie ruchów. Przemieszczając się i walcząc leweluje się swoich zawodników jak i zdobywa pasywne umiejętności. Te natomiast trzeba wrzucać do slotów, aby móc ich użyć. Twórcy lubią przypominać o tym, żeby zmieniać składy, jakimi się gra.

O ile po przejściu 2/3 tej przygody, patrząc już całościowo. Nawet się na to nie zwracało większej uwagi. Po co się tym interesować, skoro nic człowieka nawet nie motywuje do takich działań. Na szczęście, albo i nie w ostatnim etapie wszystko się zmienia. Jak się dostanie bęcki to chęć i zainteresowanie wraca w 5 minut.

Teraz trochę wrażeń z samej rozgrywki, czy też zawodników. W większości wypadków gra się całkiem przyjemnie nie miałem większych zaostrzeń. Jeśli miałbym wskazać kto mi nie podszedł to wskazałbym na Cell.


Po każdej rundzie i jednocześnie lekcji, bo tak jest opracowana pierwsza kampania nawet się wciągnąłem. Dość dobrze devowie zachęcają do eksperymentowanie i zapoznania się tajnikami gry. Przez brak większego progu wejścia szybko ogarnąłem swój dream team.

Sielanka jednak się skończyła w momencie kiedy trzeba już wszystko ogarnąć na poważnie z uszczuploną drużyną. Tak jak pisałem już wcześniej zaczyna się robić rotacje w zespole. Dopiero na końcu mechanika regeneracji wychodzi na pierwszy plan.

Bardzo się męczyłem na końcu. Odklepując po raz enty kolejny wariant tej samej historii nie miałem większej motywacji. A na horyzoncie majaczyły już Gears of War 3. Więc nie zrozumcie mnie źle. Szlifowanie skilla nie było częścią mojego planu wobec Dragon Bal Fighter Z.


Nim skończę parę zdań o dodatkowych trybach. Dostępna jest już wieża, w ramach której trzeba stoczyć szereg pojedynków bez ani jednej przegranej. Jeśli komuś było mało to tutaj pojawiają się kolejni herosi do przetestowania. Korporacje nie były sobą jakby nie dodali pary dodatkowych zawodników za ukrytą płatną ścianą. Poklikałem trochę, ale jest to tylko ciąg dalszy tego co dobrze znałem.

Podobnie spraw się ma z turniejami mocy. Możliwe jakby dodali jakieś modyfikatory to, kto wie? Mógłbym się skusić na jeszcze parę rund, a tak z wielką chęcią odstawiłem to na półkę.

Podsumowuje Dragon Ball Faither Z w taki sposób. Produkt solidny. O całkiem dobrej optymalizacji. Wad ma nie wiele, ale potrenować trzeba, bo klikanie na palę nie jest właściwą drogą.

Najdziwniej wypada system zapisu. Pamiętajcie jak się zrobiło save to lepiej dać wyjście do menu niż zaczęcie mapy od początku. Szkoda na to nerwów i czasu, a zwłaszcza wtedy jak się pracuje. Ocena końcowa 7/10, gra jest po prostu dobra. Jeśli jednak ktoś preferuje taką rozgrywkę to może dodać punkt lub dwa. Animacje to cud malina, a klatkaż dostateczny, aby rozwinąć skrzydła.






Share:

Recenzja Judgment (Xbox Series X)

Co zrobić jeśli nie można pojechać do Japonii, ale jednak bardzo się chcę zobaczyć chociaż jakąś jej namiastkę? Oczywiście się sięga po Yakuze!

Dokładnie rzecz biorąc zgarnąłem z półki spin off Judgment. Jest to całkowicie osobna historia, która pozwoli wejść w tą kultową serie. Miałem dość spore oczekiwania, co do tej produkcji. Z jednej strony zostały one spełnione, a gdzie nigdzie trochę się zawiodłem.


Wielokrotnie powtarza się fraza, że ta marka stoi fabułą. Zaglądając w swoje notatki odhaczyłem następujące rzeczy. Fabułą jest jak w budżetowym serialu z pomysłem na siebie, ale bez szału. Porządnie i aż porządnie, co dziś nie jest standardem. Na szczęście wraz z rozwojem wydarzeń gra pokazuje pazura. Główne misje z kampanii potrafią zachęcić do podążania za tajemniczym zabójcą, który będzie kreowany na pro zawodowca. A co, jeśli jednak, będzie chciało się zrobić przerwę?

Powiem tak, przepadnie się w otchłani side questów. Wszystkie morza pochwał na temat tego co można robić poza wątkiem głównym są w sporej mierze prawdą. W przypadku Judgment trzeba przebić przez sam początek, aby się do nich dostać, ale naprawdę warto, bo im dalej w las tym więcej drzew.

Chodząc, bo dość klaustrofobicznej Kamurocho spotykałem potencjalnych przyjaciół i sojuszników. Praktycznie czekali wszędzie w sklepach, restauracjach, a nawet zwisali ze ścian. Tak było nie zmyślam, ale nie był to jakiś upiór, czy inne cholerstwo. Dość często i gęsto się do nich wracało siłą rzeczy. Sprytnie powiązano ich z systemem regeneracji HP. W konbini (odpowiednik Żabki) mogłem się zaopatrzyć w jedzenie, które służyło do regeneracji podczas walki. Bary spełniają z grubsza tom samą rolę z tą różnicą, że zamówione danie nie da się zabrać ze sobą.


Wraz z kolejnymi potrawami, które się będzie wybierało włączą się nowe opcje dialogowe. Nie zabraknie też ludzi, których pozna się przypadkiem na ulicy. Praktycznie nie da się ich pominąć, bo gra za każdym razem o tym przypomni skutecznie. Są mniej lub bardziej ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Lecz za każdym razem jak się do któregoś wraca ma się wrażenie, że rozmawia się z starym przyjacielem.

Nie zabraknie też takich, co wyskoczą jak Filip z konopi. Ci z kolei będą tworzyć fundament wszelakich dziwnych japońszczyzn, które mogą odstraszyć ludzi nie będących otwartych na tamtejszą kulturę masową. W samych misjach fabularnych też nie zabraknie przepełnionych satyrą momentów dla tego naprawdę warto na nie czekać. Równolegle muszę wrzucić mały kamyczek. O ile przechodząc kampanie wszystkie dialogi są dubbingowane tak już reszta nie. Wiąże się to z czytaniem, bardzo dużo czytania.

Jako, że Yagumi jest detektywem, będzie wykonywał różne zlecenia. Z jednym z bardziej powtarzalnych było śledzenie podejrzanych. Początkowo jest to nawet interesujące. Chodzi się za Npc i kryje w wskazanych miejscach lub za jakimś rogiem. Żeby na końcu strzelić odpowiednią fotkę. Wstępnie jest to na plus. Lecz powtarzając ten schemat po raz setny można mieć go dość. Pal licho, jakby tylko w pobocznych to by się znajdowało, ale i w tych z kampanii też nie zabraknie. Podobnie jest z wyszukiwaniem określonych osób lub celów z listy do odhaczania. Kamera zmienia się wtedy na FPP.


Jest to tylko drobna niedogodność, którą spokojnie zepchnąłem na bok. Pozostałe detektywistyczne prace to już całkiem inna liga. Polecam gorąco, warto je wykonywać, aby zobaczyć coś co może naprawdę zaskoczyć. Więc pamiętajcie o tym i wyrabiajcie sobie opinie w mieście, co będzie jednym z czynników decydującym o dostępie do tych q.

Wspomnę jeszcze, że można pobawić się w romansowanie. Tutaj jest trochę dziwnie, bo kandydatki nie pokazują się wszystkie jednocześnie. Oficjalnie można się domyśleć które to będą. Początkowo jest to jedna dziewczyna i dopiero długo nic i aktywują się pozostałe. Ta poboczna linia fabularna jest nawet całkiem spora więc straciłem parę wieczorów na robieniem jej szturmem. Nie żałuje, bo wszelkie atrakcje dodatkowe były przednie.

Nie zabrakło też mini gier, czyli salonów z automatami, rzutek, kasyno, a nawet wyścig dronów itp. Liczyłem, że tutaj będzie coś więcej, a tak było dość blado. Hazard to nie moja bajka, a więc na dzień dobry papatki. Dalej rzutki, co tu dużo pisać żuty do tarczy nie są jakoś ekscytujące. Sytuacja się zmienia jak się lubi retro gry od Segi to można trochę czasu spędzić w salonach. Teoretycznie wyścigi dronów powinny być czarnym koniem w tym wyścigu. Odbiłem się od tego na dzień dobry.


Kampania jest natomiast prawie lustrzanym odbiciem tego, o czym pisałem powyżej. Tutaj fabuła jest o wiele sztywniejsza i bardziej poważna. Nie powiem, że wszędzie, bo niekiedy pomysły devów zwalają z krzesła swoją oryginalnością. Trochę posłodziłem to teraz też i coś gorzkiego dodam. Spory nacisk położona na zapamiętywanie wielu faktów. Ważne jest, aby je znać na pamięć, bo inaczej posypie się sprawa w sądzie lub innym ważnym momencie, co może namieszać. „Bonusem” jest jeszcze utrata punktów Sp, a po naszemu Pd. Są i takie sytuacje kiedy można to olać temat zdobywania punktów doświadczeń.

Napisze o tym tylko tak w ramach ciekawostki. Parę q praktycznie nie było widocznych na mapie i jedynie z zgromadzonych informacji trzeba było ustalić dokąd się wybrać. Trochę denerwujące, bo w 90% wszystko jest oznaczone na mini mapie.

Niezaprzeczalnie rozpisanie odpowiednio wszystkich postaci będzie kluczowe, aby nadać pewnej wiarygodności danemu światu. Nie powiem, to jest najmocniejsza część Judgment. Zawsze z wielką chęcią wracało się z do biura Genda – sensei. Sporo istotnych momentów właśnie tam miało miejsce. Pogaduszki jakie się zresztą tam odbywały będę zawsze ciepło wspominał. Praca na ulicy jednak nie była zbyt rozsądna bez asystenta. Taką rolę spełniał właśnie Masaharu Kaito. Jego praktycznie nie da się nie polubić. Zwłaszcza jak wpadnie z hukiem w grupę yakuzy.


Natomiast wątek główny jaki taki jest naprawdę bardzo dobrze przemyślny, a twisty fabularne stają się tu czymś będącym na porządku dziennym i to dosłownie. Cała intryga ma tyle warstw, że dopiero po przejściu całej gry zrozumiałem, jak to się łączyło ze sobą. Prawdziwy majstersztyk. Mimo, że gra spokojnie zabierze lekką ręką ponad 50 godzin to nie ma się ani chwili poczucia rzucenia tego wszystkiego w kąt. Wszystkie te zagadki są niczym lokomotywa napędowa, która ciągnie wszystko na przód.

Dobrze teraz pora na walkę, rozwój i wszelkie wyjaśnienia jakie dostaje gracz. Zanim zacznie się cokolwiek robić będzie trzeba przebrnąć przez ściany tekstów. Nawet w tak oczywistych aktywności jak skradanie się będzie co poczytać. Na dłuższą metę to dość męczy, zawsze można je zamknąć. Pozytywną stroną jest fakt, że dzięki temu nie strzeli się gafy na randce i kupi się coś głupiego lub nie wykorzystać bonusów w postaci odnawiającej życie muzyce w agencji detektywistycznej itp.

Dalej mam rozwój bohatera. Podzielono to na kilka drzewek talentów, które z kolei potrzebują specjalnych książek, aby dostać dostęp do aktywnych umiejętności. Podobnie jak same skille wymagają one Sp. Poszczególne kocie ruchy można pogrupować na te, które przydadzą się do walki indywidualnej i grupowej. Warto walczyć przy miejscach, gdzie stoją towarzysze, bo odblokowują się specjalne wykończenia, które są kolejnym plusem.


Biegając po mieście wielokrotnie włączą się randomowe walki. Jeśli się nie wyrobiłem to przybiegała policja. Natomiast jak poszło zgodnie z planem to leciało doświadczenie na konto i kasa. Była też opcja ucieczki tyle, że nie zawsze się dało. Wraz rozwojem fabularnym pokazywali się mini bossowie wraz z przydupasami. Gra informowała o specjalnej potce dającej bonus w walce, co jest tylko opcjonalne. Większym utrapieniem były momenty kiedy pojawiał się wrogi klan. Należało poczekać, aż licznik zejdzie do zera ewentualnie pokonać kilku bossów.

Sama walka to swego rodzaju balet. Rzucać można niemal wszystko wszystkich, co się podwinie pod ręką. Zaryzykować można i stwierdzić, że jedynie wyobraźnia ogranicza jak zakończyć sprawę. W ramach urozmaicenia dostaje się sporo przedmiotów dających super moce. Żeby nie przedobrzyć dodano ograniczniki czasowe, a na jednej przedmiot zmniejszyli silę rażenia jeśli wykorzysta się przeciw bossowi.

Skoro przy nich jestem to są naprawdę fantastyczni. Najpierw zaczyna się bardziej sparnkgiem jednym i tym samym, aż trzy razy. Potem pokazują się coraz to bardziej wymyślni, co tylko urozmaica rozgrywkę. Dzięki żelaznym zapasom jedzenia żaden nie jest jakimś większym wyzwaniem.


Nie oznacza to jednak, że nie ma konsekwencji. Poza zwykłymi obrażeniami, które się normalnie regeneruje jedzeniem są jeszcze poziom wyżej rany. Wymagają one apteczki lub leczenia, a to słono kosztuje.

Zarówno przy boss fight i pościgach położono niemały nacisk na qte. Wrzucałbym to zdanie akapit wyżej. Lecz uznałem, ze poświecę temu osobny fragment. Ogrywając Judgment na Xbox Series X zauważyłem w pierwszych godzinach, że ruchy drążkiem, czy grzybkiem były opóźnione. Był to jednym problem techniczny o jakim mogę wspomnieć.

Ostatnią sekcję zostawię oprawie graficznej. Od samego początku do końca w tej kwestii nie zmieniałem zdania. Tytuł ten prezentuje się jak podrasowana na modach produkcja z Ps3. Z czego główni bohaterowie dopóki się nie odezwą po prostu błyszczą. W momencie jak zaczynają się animacje to cały urok pryska.

Podsumowując czy warto zagrać w Judgment? Po tak długim wywodzie jest to raczej jednoznaczne. Mocna produkcja na moją grę roku 2023 r. Ma co prawda swoje dolegliwości, lecz są one na tyle małe, że w sumie nie istotne. Najbardziej mnie zastanawia jak devowie wpadki na pomysł z szukaniem kotów w poszczególnych śledztwach. Kiedy były za czymś ukryte to wszystko ok. Ale małe coś widoczne z któregoś z rzędu piętra na drugiej stronie ulicy to już przesada.






Share:

Recenzja Sleeping Dogs, Nightmare in North Point (Halloween Edition)

Tak sobie myślałem, co tu wrzucić na początek miesiąca grozy? Coś z zombie? Może ZmobiU na WiiU, albo Rezydencje Diabła na Kostkę Grową (GameCube). Na początek jednak pójdzie coś innego.

Nightmare in North Point jest to dlc do Sleeping Dogs, które zostało stworzone specjalnie na Halloween. Nie jest ono jakoś szczególnie długie po ledwo zacząłem, a po godzinie zabawy wszystko się skończyło.


Podstawa rozgrywki generalnie się nie zmieniała. Dalej jeździło się po mieście i wymierzało się sprawiedliwość za pomocą pięści i kopniaków. W większości wypadków można przyjąć, że jest to całkowita kalka z podstawki.

Tak oczywiście… nie jest. Dodano tu drobne urozmaicania są one dość symboliczne, ale to zawsze coś. Wiąże się to z dwoma nowymi typami przeciwników. Przyszło mi się zmierzyć z chińskimi wampirami Jiāngshī i demonem Yaoguai.

Dobrze, że nikt nie postanowił dodać do tego kotła pospolitych nieumarłych, a wykazano się pewną inwencją twórczą. Wspomniane bestie bezpośrednio wywodzą się z chińskich wierzeń. Skoro tak jest to wszystko się trzyma kupy i tworzy spójną całość. 

Nowa reguła jaka zaczęła funkcjonować w grze polegała na obijaniu skaczących krwiopijców. Nie mogę  napisać, że byli jacyś wymagający. Robili za mięso armatnie i booster do walki z ich dowódcami. Chodzi o tych drugich.

Yaoguai zawsze atakowały pojedynczo, co nie znaczy, że było łatwo się ich pozbyć. Aby odesłać ich tam, gdzie ich miejsce należało mieć miecz z drzewa brzoskwiniowego, który randomowo się pokazywał na mapie. Drugą, a właściwie domyślną opcją było naładowanie mocy, jaką się dostaje po wypiciu magicznej herbaty (misja fabularna). Dołożono do tej kupki cukierków parę warunków. W niektórych misjach wystarczyło tylko obić na śmierć wrogów, a w innych wrzucić do specjalnego kręgu.

Jeśli kogoś to pocieszy jednymi aktywnościami było odbijanie porywanych cywili. Żeby im pomóc trzeba… Tak macie rację, obić mordy demonom. W tej jakże epickiej wyprawie spotka się paru starych znajomych. Głównym celem będzie ich odnaleźć i załatwić. Jeśli ktoś się łudzi, że walki z bossami będą się jakoś szczególnie różnić to porzućcie nadzieje. Nic takiego się nie dzieje.

Teraz trochę pogrzebmy w fabule. Historia z dodatku jest kontynuacja tego co wydarzyło się w Sleeping Dogs. Początkowo wydawało się nawet równie poważne dopóki nie doszło do spotkania z pierwszym z yokai. Przemawia on językiem godnym gangstera. Najwyraźniej w zaświatach jest tak samo jak i na ziemi.

Całość ma raczej wydźwięk horroru klasy B. Niby niczego, powiedzmy, że nie brakuje, ale jest jakoś łyso. Sama otoczka też została odpowiednio przyozdobiona. Zaczynając od świetlistych oczu, a kończąc na skąpanych we krwi ubraniach. Do tego klimatu grozy dochodzą jeszcze nieco podrasowane głosy ludzi. Wszystko to dodaje funu z rozgrywania tej przygody.

Podsumowując, jeśli macie edycję kompletną tego tytułu to śmiało zagrajcie. Będzie to całkiem miły powrót na stare śmieci. Trzeba jednak trochę wybaczyć grze. Podobnie jak w Undead Nightmare. Ocena końcowa…, a pies ją jeb..!

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie