• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PS2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PS2. Pokaż wszystkie posty

Recenzja retro Ratchet & Clank 3 (PS2) (Wednesday edition)

 Skaczemy i strzelamy, a może na odwrót? No nieważne liczy się w końcu dobra zabawa, której nigdy nie jest za wiele! Żeby tylko było jeszcze coś do zrobienia…


Zagramy sobie dziś w Ratchet & Clank 3  wydanym na PS2. Miała to być najlepsza odsłona serii dająca pełne doznania itp., itd. Osobiście nie mogę się z tym zgodzić, bo gra jest niemiłosiernie powtarzalna.


Początkowo przewija się lekki humor i wszelkie parodie z celebrytami, którym wchodzi się dupę. Ktoś za bardzo lubi tanie komedie, a jeśli komuś było mało mamy motyw z niesłusznym przepisywaniem czyjś zasług innym. Wpisz wymaluj klisza jak się patrzy.

Nie zabraknie też wielkiego herosa Kapitana Qwarka mogę go śmiało zakwalifikować jako ciężki przypadek narcyza. Jasne, że taka konwencja ma sens w końcu nic tutaj nie jest na poważnie. Zważając, że większa część kampanii ma niski próg wejścia sprawia, że jest to całkiem spójne. Podobnie jest z głównym celem, czyli powstrzymaniem dr Nefariousa, który między jednym rechotem, a drugim oświadcza, że wybrał przeznaczenie dla całego świata.

O dziwo on i jego lokaj to najzabawniejsi bohaterowie tej gry, a liczne wstawki z ich udziałem są po prostu bezcenne. Nie zabrało też całkiem fajnych postaci drugoplanowych, co mają swoje 5 minut w całej fabule. Jak jednak wygląda sama rozgrywka? No i tutaj zaczynają się schody. Po pierwsze trzeba się przyzwyczaić do nieco innej klawiszologii i pracy kamery. Jest to dość niewygodne i mogące początkowo sprawiać kłopot, ale da się przyzwyczaić.


Sam gameplay jest mocno powtarzalny. Chodzi się po małych poziomach, które swoją drogą dobrze wykorzystują powierzchnie, gdzie Ratchet radośnie eliminuje przeciwników w hurtowych liczbach. Wraz kolejnymi etapami pokazują się coraz to inni wrogowie, a przez co nie będzie się gracz nudził w pierwszej połowie Ratchet & Clank 3.
 
W ramach urozmaicenia dodano dość spory arsenał, który rozwija się automatycznie. Czyli im więcej się korzysta z danej giwery tym szybciej otrzymuje się jej ulepszoną wersję pozwalającą siać większy chaos, a niektóre zabaweczki potrafią być naprawdę OP. Warto wspomnieć o etapach w których to Clank przejmuje stery. Są one o wiele lepiej dopieszczone i dzięki nowatorskim, a może lepiej powiedzieć oryginalnym rozważaniom przechodzi się z większą chęcią niż te główne.

Latając tak, od planety do planety można w końcu zaliczyć wtopę i zacząć od punktu kontrolnego lub się gdzieś zaciąć. Pomimo możliwości zapisu w dowolnym momencie z poziomu menu, savy tak zrobione nie istnieją. Gra oferuje wyłącznie swoje autopunkty, co oznacza wielokrotne powtarzanie pewnych obszarów. W tym miejscu zaznaczę, że przeciwnicy się odnawiają co sprowadza się do młócki, a posiadaną amunicję należy uzupełnić. Dobrze, że chociaż kasa uzupełnia się szybciej niż się ją wydaje.


Co jakiś czas przyjdzie się zmierzyć z bossami, którzy są głownie gąbkami na pociski, choć są też i wyjątki zapewniające ciekawe doświadczenie. Zastanawia mnie co kierowało devami, jak robili zadania kilku etapowe, które rozgrywały się na małych arenach bądź pół otwartych lokacjach. Nie wnosiły one za wiele do tej produkcji, a wałkowanie non stop trybu hordy nie było pro zabawą, żeby nim, aż tak spamować.

Nim przejdę do samego finału słów kilka o mini grach. W ramach przerwy od dużych „wyzwań” dodano pięcio epizodyczną platformówkę. Jako Kapitan trzeba ją przejść, aby dowiedzieć się istotnych fabularnie rzeczy. Powiem szczerze, że było to o wiele lepsze niż cała reszta. Zwłaszcza od końcówki kampanii w której trzeba dość często żonglować bronią, aby realnie mieć szansę, aby przetrwać. Zważając, że przełączanie się między przeciwnikami jest dość toporne sprawia, że trzeba trochę się wykazać.

Natomiast sam finał jest dość bombowy, że się tak wyrażę z tego też powodu, że będzie to mini maraton z bossami. Niby nie był jakoś ekstremalnie trudny, ale wreszcie można było się naprawdę pogimnastykować w trakcie.


Podsumowując czy warta zagrać Ratchet & Clank 3?  Nie, nie i jeszcze raz nie!!! Gra ma swoje zalety, ale przez swoją powtarzalność (czyli 50% gry) staje się odrażająca i prze się na przód tylko po to, aby ją odbębnić i mieć za sobą. Ocena końcowa 5.5/10.

1. Czym kierujecie się przy wyborze gry?
2. Przeglądacie rankingi, czy może sprawdzacie gameplay?
3. Ile super hitów okazały się pomyłką? 
Share:

Godfather: Co oni zrobili z mają grą? (Retro recenzja, PS2)

Przychodzicie do mnie: „Don Pietro, recenzji”. Ale nie prosicie z szacunkiem. Nie piszecie komentarzy. Nie zwiecie mnie Ojcem chrzestnym. W dniu wolnymi prosicie, bym napisał nowy tekst...

Uniwersum Ojca Chrzestnego do dziś jest czymś naprawdę niezwykłym. Powstało sporo filmów ukazujący te uniwersum z czego ostatni miał premierę 2020 r. Tym razem cofnę się daleką przeszłość do złotego okresu PS2. Godfather wydany na szósta generację to mokry sen nie jednej produkcji o tematyce gangsterskiej.


Akcja rozgrywa się 1936 r. w Nowym Yorku. Nie będzie to przygoda Mike Corleone. Mimo tego nie zabraknie kultowych momentów, a nawet rozszerzeń niepokazanych w pierwszej części serii filmów. Oprócz licznych fragmentów, cytatów, muzyki atakującej od samego początku dodano jeszcze jedną rzecz może nie dużego kalibru, ale też istotną. Protagonistę tworzy się od totalnego zera.

Spokojnie spędziłem szmat czasu przy ustawieniu każdego najdrobniejszego elementu mojego awatara. Jednocześnie nie będę udawał, że jest nazbyt różowo. Najmniejsze elementy jak kształt brwi, czy znamiona nie są widoczne. Z tego też powodu wierzę na słowo twórcom w ich istnienie.

Gra dziś nie przeszłaby bez echa. Nie z tego powodu co oferuje, a stara się przynajmniej na początku być: symulatorem przestępcy. Nie ma możliwości bycia…. CZARNYM. Toż to rasizm, kto to widział, że w włoskiej mafii nie ma murzynów, szok i niedowierzanie (śmiech).     


GF to nic innego jak GTA tylko o wiele bardziej rozbudowane. Sam szkielet jest identyczny. Nawet interfejs do złudzenia podobny. Przez coś takiego większość graczy się szybko w tym odnajdzie. Równocześnie muszę też wbić mała szpile, ale nie jest to wina devów. Grając to na starym kineskopie (retro master race) wszelkie informacje, rzeczy do odczytania są strasznie niewyraźne. Pomógł natomiast fakt istnienia spolszczenia gry. Łatwiej się zorientować, co i jak.

Parę słów o walce. Wahałem się dość długo, bo jeszcze takiego sterowania nie widziałem. L1 aby wejść w tryb bojowy jednocześnie machanie drążkiem. Uniki wymagają drugiego grzybka, natomiast R1 się używa do chwytania wroga. Normalnie cud malina, mieli rozmach skurwysyny.

Wyciągnąłem się na całego. Rozgrywka nie jest jakaś szczególnie niezwykła. W kolejnych częściach adaptacji z filmu nie da się jakoś wykorzystywać istniejących mechanik, a nawet auto celowanie potrafi być naprawdę upierdliwe. System sam wybiera cel z upartością maniaka co wymaga niekiedy powtórzeń etapów. W tym momencie warto dodać że pod tym względem Ojciec Chrzestny góruje nad konkurencją, która wymagała powtórzenia całej misji.


Dalsze etapy jak z reżyserem to przede wszystkim skradanki z elementami cichej eliminacji. Podobnie sprawa ma się z aktywnościami pobożnymi, które różniły się tylko opcjonalnymi sposobem eliminacji celu, prawie jak Hitman. Awans w grze idzie szybko jak ciepły nuż przez masło. Kampania jest typowo skierowana pod fanów filmów. Chociaż pewne wydarzenia się zasadniczo różnią co może powodować kręcenie nosa, ale czemu tak? Cholera wie.

W czasie kampanii będzie się awansować w hierarchii. Żeby jakoś to urozmaicić dodano drzewko talentów będące bardzo pomocnym ułatwieniem w rozwoju zawodowym. W ramach planu pracy odbija się meliny i przeprowadza: „negocjacje” z właścicielami. Zależnie od skuteczności może być to długa współpraca lub klapa. Jak za dużo się rozwali to utraci się wszystkie zyski z danego punktu. Problem w tym że człowiek się dowiaduję już po fakcie. Olewając rozwój tej umiejętności zawali się większość przejęć lokalnych interesów. Równocześnie nie wpływa tona grubość portfela. Jeśli komuś mało jest jeszcze drzewko telnetów do rozwoju.

Walka została dość dobrze wymyślona. W tym sensie, że jest sporo różnych możliwości. Jednak przez doładowanie punktów doświadczenia w zdrowie mogłem niekiedy wybić grupkę wrogów.... Dusząc jednego po drugim. Żeby było śmieszniej drugi walił palą, a trzeci strzał. Oczywiście zwykłem gnatem tomsona by nie wytrzymał.


Bardziej niż zmian w filmowych scenach czepiłbym się sytemu strzelania. Można bawić się w strzelanie w rękę, nogę itp., aby rozbroić przeciwnika, ale i tak zareagują wszyscy z najbliższego sąsiedztwa. Oni zawsze stoją we dwóch, a jak ma się pecha to nawet nieco oddaleni podejdą. Gra bardzo, ale to wprost niemiłosiernie trzyma za rączkę. Nawet po przejściu samouczka pomaga aż do porzygu. Pochwalić GF można za zagęszczone miasto zarówno pod kątem aut jak i pieszych. 

Najbardziej ciekawy byłem aktu w którym Michael jedzie do Włoch. Twórcy zaimprowizowali swoją wersję wydarzeń, która może nie jest wybitna, ale wpisuje się w fabułę gry. Protagonista natomiast staje się coraz mocniejszy, a walka na pięści to bardziej rzeźnia niż cokolwiek innego. Mogli więcej popracować nad pasywkami.

Jak oglądaliście The Last of Us to wiecie jak przenieśli grę do serialu. Tutaj znowu im dalej w las tym wychodziło to coraz dziwniej. Poszczególne próby odtworzenia wydarzeń od momentu jak Mike zostaje donem nie prezentuje się za dobrze. Nie jest tak, że wcześniej było jakoś wybitnie, a co najwyżej w stopniu zadowalającym, ale jakoś to było.


W czasie chrztu rodzina Corleone załatwia wszystkie swoje sprawy. Od tego momentu jest to już nic innego jak seria pomniejszych zleceń, które się non stop powtarzają. W ramach urozmaicenia dodali limit czasowy i pościgi.

Najzabawniejsze jest w tym kontekście system awansów. Mimo bycia Capo dalej nie ma się jakiś pomagierów. Zerem się było, zerem zostanie. Z grymasem jakoś to przeszedłem, bo wiedziałem, że za chwile koniec. A tu taki wał! Ktoś wymyślił ostatnie zdanie podłożyć bomby w domach pozostałych rodzin. Rozsypano te bazy, a raczej twierdze po całej mapie świata i się człowieku męcz. Wszystko po to, aby zobaczyć jeszcze jeden przerywnik, który nie jest warty ani mojego ani waszego czasu.

P.S W niektórych misjach pokazują na skrzyżowaniach gdzie skręcić. Jednak to jest tak spora rzadkość, że szkoda słów. Standardem jest zaglądanie co chwile do mapy, a to jest naprawdę bardzo upierdliwe. Mogli też dodać jakieś radia z interesującymi audycjami i muzyką z tamtego okresu.


Podsumowujmy, czy Ojciec Chrzestny jest warty zagrania? To zależy, od tego jak bardzo jesteście przywiązani do filmowej adaptacji. Pewne wątki poprowadzono całkiem zgrabnie jak zabicie szefa policji. Są jednak pokręcone gonitwy kiedy Sonny robi czystki, a na koniec groch z kapustą okraszony kiepskim auto namierzaniem. Godfather to porządny średniak z lepszymi momentami i dla ludzi, którzy spora wybaczą. Ocena końcowa: 6.5/10.

Share:

Retro recenzja Crash Bandicoot: The Wrath of Cortex (PS2)

Ten rok zaczął się dość nietypowo. Najpierw Cyberpunk 2077, który okazał się dużo lepszy niż się spodziewałem, a następnie propozycja współpracy od Titanite Games.

No dobrze ciągniemy dalej reto gry, o dziwo jakoś wypadła na nie kolei, a więc dziś „przeskoczymy” Crash Bandicoot: The Wrath of Cortex. Pozycja ta nazywana jest przez fanów nieoficjalnie czwartą częścią.


Czas przeszły jest nawet dobry, bo oficjalnie pojawiła się właściwa czwórka z numerem w nazwie. Natomiast omawiana część jest na 100% pierwszą mulitiplatformą odsłoną. W sumie dobrze, bo więcej osób morze zagrać jeśli ma którąś konsole z szóstej generacji.

No dobrze, Crash Bandicoot: TWoC ograłem na Ps2 Slim. Gra chodziła bardzo dobrze i jedynie sam napęd szalał, a plejaczek się nawet nie grzał mimo swojego wieku. No i znowu oddalam się od właściwego tematu.

Zacznę od fabuły, bo jest dość prosta i jak to zwykle bywa stanowi jedynie tło i pretekst, aby iść dalej. W dużym skrócie Uka – Uka chcę raz i na zawsze pozbyć się Crash Bandicoota. Potrzebna jest do tego potężna broń i odpowiednie zasilanie i tu dochodzimy do samego sedna sprawy.


Źródłem mocy będą pradawne elementale jest ich pięć tak jak i światów jakie przyszło mi odwiedzić. Każdy z nich kończy się starciem z bossem, nie będzie to wielkim spoilerem jak napiszę, że za każdym razem będzie to ten sam. Szczęśliwie poszczególne walki z szefuniem będzie polegać na czymś innym.

Gorzej sytuacja ma się na poszczególnych poziomach. Tutaj powtarzalność jest znacznie częstsza. Ucieczki przed smokiem, czy innymi nosorożcami będą na porządku dziennym tak samo jak bieg w pustej kuli.

Nadrobiono to jednak ciekawymi projektami lv, które łatwo się nauczyć, ale za to osiągnięcia mistrzostwa stanowi wyzwanie i to odczuwalne. Jeśli miałbym się czegoś się czepić to perspektywy i głębi. Środowisko 3d w jakim się porusza protagonista jest wyjątkowo zdradzieckie.


Nie raz boleśnie się przekonałem, że odległość między platformami jest całkiem inna niż w rzeczywistości. Nie będę wspominał czym się to wiązało. Największą zmianą względem powszednich części był sposób zapisu. Bonusowe etapy dalej funkcjonują i mają się dobrze, ale nie są już niezbędne, aby nie stracić postępów w rozgrywce.

Dla weteranów serii może być to obraza. W moim odczuciu taka zmiana jest o tyle dobra, że nie trzeba niepotrzebnie powtarzać pewnych etapów, czy tylko na pewno tak jest? Niekoniecznie… jeśli chcecie skończyć tylko podstawową kampanie to będzie zmiana zasadnicza.

Natomiast ci z was, co zechcą wbić platyne będą musieli zebrać wszystkie artefakty i skrzynki. Kamień z serca, czyli wszystko po staremu. Mimo różnorakich map z oryginalnymi bądź też urozmaicanymi trasami (patrz kula, ucieczki itp.) to nie jest moim zdaniem gra wybitna.


Zachowuje starą formułę i ulepsza elementy graficzno – muzyczne, ale nie porwało mnie i nic nie skłoniło do maksowania Crash Bandicoot: TWoC. Nieźle się bawiłem, ale zabrakło mi tu pewnej magii, czy też magnesu, który by mnie przyciągał.

Za plus biorą to, że tytuł jest dość krótki, a więc nie zdążyłem się zniechęcić do tej odsłony serii. Mogę polecić tego Crasha każdemu komu myśl o maksowaniu trudnych gdzie nigdzie lv sprawia przyjemność.

Podsumowując, czy Crash Bandicoot: The Wrath of Cortex jest warty waszej uwagi? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, choć osobiście bardziej przechylałbym się do odpuszczenia sobie. Mimo faktu, że konstrukcja poziomów jest naprawdę dobra i wymagająca to nie zachęca do ponownego pokonywania jej na czas itp. Mało tego niektórzy bossowie znani z powszednich odsłon stali się zwykłymi pachołkami. Hańba wam devowie! Ocenę zostawiam otwartą. Sami oceńcie, czy chce wam się sięgać po tą produkcje.

Share:

Recenzja retro Enter the Matrix

Skończyłem ogrywać Enter the Matrix wydanej na PS2, PC, XBOX i oczywiście GameCube. Powiem wam, że przeskoczyłem szybciej niż Neo za swoim pierwszy razem.

Pamiętam jak dziś do kin wchodzi pierwsza część trylogii Matrixa. Szał ciał, efekty z nie tej ziemi. Wszyscy, a przynajmniej większość była zachwycona filmem. Nie trzeba być geniuszem żeby się domyśleć faktu, że przeniosą uniwersum tak kochane z srebrnego ekranu na monitory i telewizory w postaci gier wideo.

Starsi gracze na pewno pamiętają program Hayper, który leciał tak od ok. 21 godz. Tam pierwszy raz usłyszałem właśnie o grach z Neo w roli głównej. Z tamtego czasu zapamiętałem, że jest to dno.

Mimo wszystko nie byłem tym zrażony zwłaszcza, że nie pamiętałem, która to była cześć (śmiech). Recenzowaną produkcję ogrywałem na PS2, którą kupiłem w tym roku. Marzenie z dzieciństwa się spełniło (JEEJ).

Zacznę od tego co mnie zaskoczyło pozytywnie i negatywnie. Zacznę od wad, bo wiecie nie lubię się znęcać. Jedynymi błędami na jakie trafiłem były zbagowane cienie, drgające obiekty na poszczególnych lokacjach. Był to chleb powszedni. Nie razi to bardzo w oczy, ale nie da się ukryć, że okaleczają one tą grę.

Trafiłem nawet na takie niedociągnięcie które mi się bardzo skojarzyło z Assasinem. Chodzi tu, a jakże o lewitujące ciała Npc zamiast irytować to bardziej bawiły na swój sposób. Skoro już piszę o śmiesznych rzeczach. Jak biegają postacie w grach każdy widzi. Płynny ruch i animacje, które nie rzucają się w oczy, bo to standardowy widok.

Tutaj kopara opadała. Tak komicznego widoku nic nie przebije! Tak sądziłem do momentu dojścia do pierwszej drabiny… Wszystko to nabiera rąk i nóg jak włączy się slow motion. Wtedy zaczyna się magia.

Gdy zacząłem testować możliwości Niobe wszystko się zmieniło o 180 stopni. Zależnie od wybranych kombinacji klawiszowy ataki odczuwalnie się zmieniają. Zaznaczę, że trzymana broń wpłynie na finiszer.

Warto, ale to naprawdę warto przetestować wszystkie akrobatyczne numery jakie dano graczowi do dyspozycji. Jedyne, czego zabrakło to omijanie kul jak Neo, ale cóż poradzić wybraniec jest tylko jeden.

Natomiast kampanie mamy dwa, no prawie, ale o tym napiszę później. Generalnie gameplay dzieli się na ten w którym mogłem obijać wszystkich ręcznie, a tym w którym przemawiały pociski.

Nie zabrakło też najważniejszych kanonicznych scen jak np. pościg na autostradzie. Były to wyjątki, gdzie można było pojeździć autem. Misji za kierownicą było kilka i model jazdy jest w porządku 100% zręcznościowy plus syndrom klejących się radiowozów z Drivera.

Nie zabrakło jeszcze jednej odskoczni o ile można to tak nazwać. Shiny Entertainment wyraźnie się zainspirował ucieczką Trinity, bo i parę razy musiałem dać dyla przed agentami. Jedną trudnością jaką te poziomy sprawiały były ukryte odstępy między budynkami, których nie spodziewałem się w losowo rozrzuconych miejscach. Jeśli komuś było mało niebyły widoczne.  

Drugim ważnym wątkiem dotyczącym samej rozgrywki jest strzelanie. Generalnie mamy mix hitscana, a manualne celowaniem gdy cel stoi niżej lub sporo wyżej. Efekty dźwiękowe są generalnie w porządku i jest odczuwalny odrzut. 

Dodam tylko dla formalności, że na dwóch misjach trzeba trochę pomęczyć się manualnie i to jest masakra. Raz, że klawiszologia jest ciut specyficzna i to naprawdę czuć. W takich momentach człowiek wie, że się sięgnęło po tytuł sprzed 17 lat.

To co w sumie najlepiej wszyło to przerywniki. Te które zrobiono na silniku wciąż są dobre, ale istotniejsze są cinematiki zagrane przez aktorów z filmu. Jest to gratka dla miłośników trylogii. Powiem tylko, że zobaczycie tam znajome twarze i sytuacje.

Teraz powinienem napisać co nieco o Ghost. Jego kampania to w sumie przemiał tego co już widziałem grając Niobe. Kultowym przykładem są misje pościgowe. Zamieniamy się miejscami i zamiast kierować strzelamy. Natomiast tam gdzie nasza agentka działa sama wcielamy się w Duszka.

Nie zabraknie też oryginalnych misji, które nie będą się powtarzać i to jest spoko. W innym wypadku nazwałbym to jedynie chwytem marketingowym, który jedynie mamiłby klientów większą liczbą godzin do ogrania.

Na sam koniec zostawiłem sobie fabułę. Wszystko rozgrywa się między tajemniczą przesyłką, a ostatecznym rozliczeniem z ludzkością. Przez stosunkowy średni poziom trudności, miałem czas zastanowić się czemu, ale to czemu noszą oni okulary przeciwsłoneczne w nocy, czy kanałach.

Absurdalnych pytań miałem więcej. Chociażby, czemu Axel wygląda jak wyjęty z grobu. (blady jak diabli). Na takim Xbox Classic wygląda normalnie. Tego typu głupich pytań mam więcej, ale nie będę cytować więcej. (śmiech)

Podsumujmy. Enter the Matrix ma potencjał, który nie został wykorzystany. Devom zabrakło czasu i widać to na armii klonów w przerywnikach wyrenderowanych. Na szczęście trzon rozgrywki jest na tyle solidny, że możecie spokojnie sięgnąć po grę. Natomiast liczba zapisów jest na tyle duża, że da się przeboleć co niektóre niedociągnięcia.

Share:

Recenzja God of War

Skończyłem wreszcie ogrywać GoW wydanej w ramach God of War Collection na PS3. Nie ma jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu #cebula. Było to moje pierwsze zderzenie z serią i wiecie, co? Sam pod koniec gry chciałem skoczyć z Olimpu i skończyć to szaleństwo.

Dopóki nie zagrałem w tą jakże ikoniczną produkcję darzyłem ją pozytywnymi emocjami. Swoją dobrą opinię opierałem główne na recenzjach i gameplay’ach (broń Boże lets play). Pierwsza minuty rozgrywki były naprawdę miodne, o czym napisałem na swoim Fb. Lecz im dalej w las tym więcej drzew do ścięcia (taki sucharek na dzień dobry). Nie będę dużej owijał w bawełnę, gra jest dobra takie 7/10. Na produkcję roku to się nie nadaję w żadnym wypadku. Chyba, że w kategorii muzyka, bo ta jest naprawdę epicka, (uff, oklepane określenie do odkreślania).


 Zacznę od rozgrywki, bo to jest, jak na to nie patrzeć trzon tej produkcji. Twórcy, a mowa tu o Sony Interactive Entertainment postarali się dać krwawe widowisko godne Cesarza Nerona. Krew leciała litrami delikatnie rzecz ujmując, aż dziw, że nie zalała mi biurka. Co do samej walki nie mogę się przyczepić, bo jest soczysta. Skille jakie będzie się stopniowo odblokowywać nie dają jakoś szczególnie zawiłego comba. Zazwyczaj są to proste komendy, a więc nie powinny sprawić kłopotu.

Dodatkowo wraz za poszczególnymi etapami spotykamy awatary bogów, którzy dają protagoniście  jakaś nową umiejętność bojową. Osobiście najbardziej preferowałem „gniew Posejdona” (Poseidon's Rage). Z dwóch powodów,  po pierwsze jest to sill obszarowy, a po drugie po rozwinięciu jest to op atak, a że God of War to slasher to nie trzeba dodawać nic więcej. Innym dobrym, ale już nie tak istotnym czarem był piorun Zeusa bardzo pomocny  w usuwaniu łuczników ustawionych w różnych upierdliwych miejscach.


Za spory plus warto zaznaczyć sposób zdobywania punktów doświadczenia. Zamiast otrzymywać je od lv wroga lub jako nagrodę za wykonanie zadania to liczba ich zależała od wybitych przeciwników i odnalezionych skrzynek. Przyznam, że jest to sprytny zabieg uzasadniający nieustające fale wrogów i jednoczesne zachęcanie do zajrzenie do każdej „dziury”.

Kolejną istotną rzeczą jaka wpływała na odbiór jest kamera. Widok z trzeciej osoby, niestety bez możliwości samodzielnego kierowania. Minusem tego rozwiązania jest fakt, że utrudnia to zorientowanie się co robić na etapach platformowych, ale za to ma kilka plusów. Primo widzę to co chcą mi pokazać devowie, secondly oszczędność mocy przerobowej konsoli, która nie musi renderować tego co w danym momencie nie potrzeba.


Ostatnim wątkiem jaki chciałem omówić jest są qte, czyli szybkie wydarzenia. O tym można było napisać sporo, bo mamy cały ich wachlarz w grze. Możemy użyć prostych wykończeń wymagających wciśnięcia jednego przycisku „o”, a także całą serie jak „x”, kwadrat, trójkąt itp. w najróżniejszej kolejności, aż w końcu te „najlepsze” walenie palcem wskazującym w kółko jak młotem pneumatycznym z zawrotną prędkością.

Spokojnie mogę zaakceptować wciskanie klawiszy w skazanej kolejności, bo to w sumie przyjemny sposób na podziwianie jakiejś spektakularnej sceny, ale wciskanie z zawrotną prędkością przycisk, aby boss dokonał żywota jest już naprawdę męczące. Podejrzewam, że nie takie mieli twórcy intencje, a jest to wina samego pada do PS3.


Podobną sytuację miałem w Wiedźminie 2 i wiecie co pomogło? Zmiana myszki na taką, która odczytuję więcej kliknięć na sekundę. Sytuacja się zmieniła dosłownie o 100% z koszmarnego qte zrobiło się coś całkiem przyjemnego. Mam nadzieje, że tu też, bo naprawdę okropne to było.

Fabuła przedstawiona w kampanii jest ciekawa i wyraźnie inspirowana dwunastoma pracami Heraklesa. Zachowano motyw pokuty i słynne zadania, które w ramach zadośćuczynienia miał wykonać protagonista. Skoro już o Kratosię piszę, to faktycznie jest bogiem wojny. Prawdziwy wirtuoz masakry, o ile można tak powiedzieć. Początkowy stosunek do niego był neutralny, ale jak pokazał swoją ludzką twarz nabrał większej głębi, a początkowa scena z klifu staje się bardziej przejmująca.  


Dzięki świetnej grze aktorskiej Terrence 'T.C.' Carsona który rewelacyjnie oddał emocje i to co przeżywa główny bohater mogłem jeszcze bardziej zbliżyć się do niego i nabrać mimo wszystko chęci do przejścia kolejnych odsłon serii, które pewnie pokażą się w tym roku.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Etapy platformowe są wybitnie niedopracowane, a wyzwania czasowe są, ale to są naprawdę do dupy. Dziękuję do widzenia. No, ok. coś więcej trzeba napisać. Wspominałem wyżej, że kamera jest „na szynach” i nie można nią poruszać jak się nam podoba. Na poziomach, gdzie trzeba „radośnie” skakać po platformach itp. warto było widzieć ruch przeszkód i szybkość by móc ocenić jakie akcje będą właściwe. Nie dano takich możliwości co zmuszało do wielokrotnego powtarzania danego odcinka i uczeniu się metodą prób i błędów.  


Innymi upierdliwymi sytuacjami było zrobienie czegoś na czas. Pół biedy jakbym miał maksymalną i minimalną liczbę ruchów, ale ktoś mądrze wymyślił, że trzeba mieć sprecyzowaną, „geniusz”.

Podsumowując, czy warto kupić God of War w 2020 r.?  Tak, warto bo rozgrywka jest mimo swoich wad interesująca, gdzie nigdzie trafimy na ciekawe wyzwanie. Jednakowoż to nie pokonanie wroga jest największym wyzwaniem. Prawdziwą próbą jest znalezienie czegoś dobrego w tej produkcji i chęć odpalenie kolejnej części.

A jakie wy macie spostrzeżenia z obcowaniem z słynnymi seriami? Dajecie się porwać zachwytowi publiki, czy z rezerwą podchodzicie i po przez bezpośrednie doświadczenie budujecie swoją ocenę?

Jak zwykle zachęcam do podzielenia się waszymi opiniami w komentarzach.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie