• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Publicystyka. Pokaż wszystkie posty

Relacje z Jagacon 2025 (Publicystyka)

 Mieliście taki dzień kiedy przeglądacie sieć i nagle widzieliście coś czego się tam nie spodziewaliście? Zapewne tak, ale czy była to zapowiedź reaktywacji konwentu, na który uczęszczaliście przez kilka lat z rzędu?

Ostatnia edycja tej imprezy miała miejsce w 2022 r. Pisałem o tym tutaj klik.


Po jakże długiej przerwie ekipa ponownie się zebrała, aby reaktywować jeden z większych wydarzeń w świętokrzyskim. Jak powiedzieli organizatorzy jest to powrót do domu w pewnym sensie. Pierwsze edycje miały miejsce w Suchedniowie będącym w powiecie skarżyskim. Tym razem konwent zorganizowany został w Miejskim Centrum Kultury im. Leopolda Staffa w Skarżysku - Kamiennej.


Nie będę więcej truł i przejdę do setna. Od samego wejścia witały wolontariuszki odpowiadające za akredytacje. Natomiast w wnętrzu MCK znajdowały się liczne atrakcje. W pierwszej kolejności co rzucało się oczy to pierwsze stoisko wystawców i główna scena zlokalizowana w patio.

Dla uczestników zainteresowanych zakupem pamiątek, wyrobów rzemieślniczych jak i nerdowskich akcesoriów czekali sklepikarze w „kawiarni literackiej”. Taką nazwę nadano pomieszczeniu znajdującemu się po prawej stronie sceny. Natomiast ci co skierowali się na lewo wchodzili na rozgałęzianie, w którym po jednej stronie z widokiem na ulice strefa dla personelu. Natomiast wchodząc na korytarz równoległy do tego z wystawcami strefa gier bitewnych. W tej samej lokacji jest jeszcze jedna niespodzianka, ale o tym później.

Jak łatwo się domyśleć musiał być jeszcze jeden hol łączący wspomniane miejsca. Zarówno na korytarzu jak i w salkach zlokalizowanych tam znajdowała strefa gier planszowych i wideo. Ostatnią rzeczą jaka przyciągała uwagę w „kawiarni literackiej” była ściana figurek Finko pop, wróć! Bufet, tak o wałówce chciałem napisać.


Teraz warto zajrzeć na pierwsze piętro. Tutaj z kolei zlokalizowano sale prelekcyjną, strefę manga i anime, warsztaty artystyczne i sale do sesji rpg i larpów. Aby lepiej wszystko nakreślić dodam screenshot mapy. W dużym skrócie nad strefa gier bez i z prądem zlokalizowane były następująco patrząc od prawej strony budynku sala prelekcyjna, larpy, warsztaty, manga i anime. W pozostałych pomieszczaniach, które zostały udostępnione rozgrywały się sesje z mistrzem gry.

Teraz jak mniej więcej wiecie jak wyglądał rozkład budynku przejdę od omawiania poszczególnych atrakcji. Punktualnie od godzinie 15:00 na głównej scenie zaczęło się przywitanie przybyłych gości. Przedstawiono, krótka genezę Jagacon i w jaki sposób przywrócili do życia to wydarzenie. Nie zabrakło też przedstawiciela władz. Jak wiadomo najbardziej lansują się ci co najmniej zrobili.

Potem zaczęło się tradycyjne chodzenie od miejsca na miejsce i zaglądanie, co się tam kryje. Części ogólnodostępne przez które przewijali się wszyscy niezależnie od tego, gdzie mieli zamiar spędzić najbliższe godziny przewijali się „obficie”. W piątek pomimo bycia wielkim otwarciem w stopniu umiarkowanym przyciągnęło ludzi.


Dodam już teraz, aby nie było niedomówień w sobotę sytuacja odczuwalnie się zmieniła. Jako, że to dzień wolny i paragram najbogatszy to i zainteresowanych mieszkańców było znacznie więcej. Konwentowicze oblegali głównie gry bez prądu. Trudno się dziwić jak wybór był naprawdę bogaty. Sytuacja w części z prądem wyglądała nieco skromniej. Jednak każdy fan Heroes of Might and Magic III mógł liczyć na godziny przedniej zabawy. Nie zabrakło tam też konsol jak PS5 Slim, Xbox360 z kinectem . Znalazły się też replikę retro konsoli (Famicon), i Atari Gamestation Pro czyli emulator.

Pierwszym punkt w jakim wziąłem udział był: „Samuraje, sakura i shōgi – Japonia na planszy!” (Jakub „Erubarn” Kornaś). Jako na początek było całkiem znośnie. Nie będę się mądrzył: zrobiłbym to lepiej, ale doceniam trud jaki włożył w przygotowanie panelu. Natomiast to co należy pochwalić to solidne przygotowanie merytoryczne. Mimo nie bycia fanem gier tradycyjnych poczułem się zachęcony do sięgnięcia po jakiś tytuł. Tylko żebym miał jeszcze z kom zagrać.

Przyznam się bez bicia kolejny wykład był dla mnie o wiele ciekawszy. Zaraz dowiecie się czemu! „Nieludzki humanizm – świat i fabuła NieR: Replicant i Automata” (Jakub Kundera). O drugim tytule, który był omawiany napisałem recenzje:




W tamtym momencie zrozumiałem jedno. Muszę zagrać w główną cześć serii Nier. Świat jaki został przedstawiony okazał się o wiele bardziej złożony niż początkowo się wydawało. Wszystko szło w bardzo dobrą stronę, ale towarzystwo nie biorące udziału nie umiało uszanować innych. Ciekawe było to jak wyglądała sytuacja po przeciwnej stronie. W przy sali prelekcyjnej nie było takiego problemu, coś musiało być na rzeczy. No nieważne…

Gwoździem programu piątku, w mojej opinii było „Wstęp do uniwersum Warhammera 40k” (Jarosław „Artamir” Dróżdż). Dwugodzinna prelekcja łączona z bardzo chętnie udzielającymi się słuchaczami. Wszystko to jednak było zaledwie kroplą w morzu. Uniwersum Warhammera 40k to prawdziwy worek bez dna. Osobiście byłem zachwycony nie tylko licznymi ciekawostkami, ale i naprawdę charyzmatycznym prowadzącym umiejącym poprowadzić ten punkt programu.

Następnie powrót blogu manga i anime, gdzie miało miejsce „Haikyuu – czy i jak wpłynęło na siatkówkę?” (Michał „Orzi” Orzechowski) tytuł, który był motorem napędowym tego tematu powstał w jednym celu promocji aktywności fizycznej. Podobnie było z Yuru Camp, czy Dumbbell Nan Kilo Moteru?: Silverman-Gym Oni Tore Kouza. Można nazwać to naprawdę niezłą gratką dla miłośników tej dyscypliny. Nabiera to większego kolorytu, jak się weźmie korektę na to, że odnosiło się do dość niskich Japończyków. Dodam małą ciekawostkę Orzi jest weteranem Jagacon i za każdym razem udziela się kolejnych edycjach.


Ostatnim punktem, o którym wspomnę z minionego piątku było „Popkulturowy Sąd Ostateczny: Czy wszystko musi być 'woke’ czy 'anty-woke’?” (Michał „Swarley” Stempkowski). Tutaj rozpoczęła się o wiele dłuższa historia. Okazało się, że prowadzącego jeszcze nie raz spotkam w sobotę. Nie trudno się domyśleć jak gorącym był to temat, bo w sumie wciąż jest. Szczęśliwie wszyscy byłi zgodni w tym piszący te słowa.

W sobotę ludzi było sporo, tak jak pisałem wcześniej. Na dobry początek poszło „Resident Evil – ekranizacje są dobre, to Wy nie pamiętacie jak wyglądały gry” (Michał „Swarley” Stempkowski). Szczerze z filmów oglądałem tylko to: Resident Evil: Witajcie w Raccoon City. Patrzę kontem oka jak podsumowałem ten film. Niema czym się chwalić (śmiech). Najlepsze jest to, że pomimo bycia zlepkiem dwóch części jest najwierniejszą adaptacja gier jakie powstały. Jeśli narzekacie na aktualne odchodzenie od źródła to trzeba przyjrzeć się tamtym filmom.

Po tym panelu o zombie poszwendałem się po piętrze i zajrzałem na scenę z której odbywało się „Przedszkolanka kontra Demony. Mitologia słowiańska we współczesnym świecie” Spotkanie autorskie z Katarzyną Wierzbicką. Od czasu Wiedźmina 3 zainteresowanie mitologią Słowian wzrosło, czemu nie ma co się dziwić. To co zaskoczyło mnie i zapewne wielu to różnice między oryginalnym przekazami, a tym jak je przedstawione w wieśku. No kto by się spodziewał...


Kolejne panel będący numerem uno w sobotę był „O bocianach które leczyły, czyli jak lekarze plagi przeniknęli do popkultury” (Szczepan „Doktor Corvinus Krukowski” Rutkowski). Gdzieś pod spodem, a może wcześniej wrzucę zdjęcie prowadzącego, którego cosplay był rewelacyjny. Historia doktorów plagi jest naprawdę ciekawa, ale jak zwykle bywa nie tak ekscytująca jak ją prezentują w pop kulturze. Nie zmienia to wzorowo przygotowanego tematu.

Pora na niespodziankę jaka mnie spotkała w sobotę. Przechodząc i cykając fotki makietom gier bitewnych zauważyłem jak ludzie idą do sali kinowej. Niewiele się zastanawiając przeszedłem za nimi. Prawdziwy efekt stadny. Tak, czy inaczej patrze ludzie się rozsiedli w pierwszych rzędach i częściowo w kolejnych. Okazało się, że tym razem pójście z falą okazało się dobrym posunięciem i trafiłem na konkurs cosplay. Pierwszy raz byłem na czyś takim, a więc nie mam punktu odniesienia. Więc napisze krótko podobało mi się.

A teraz na poważnie. Każdy z uczestników przedstawił mniej lub bardziej interpretacje, a nawet idealnie odtworzony kostium. Przypominało to Mam talent. Po prezentacji jurorzy poszli się naradzać, a uczestnicy konkursu dostawali pytania od publiczności. Była jedna nagroda główna w wysokości 1000 zł, a pozostali wyróżnienia.


Pomimo bycia fanem Władcy Pierścieni to nie byłem wstanie umieścić „Śródziemia – Upadek Królestwa Arnoru” (Przemysław Płachciński) jako top 3 atrakcji w sobotę. Nie byłem rozczarowany w żaden sposób poziomem dyskusji itp. po prostu było dobrze i nic poza tym.

Bardziej wciągnęło mnie „Doktor Who od podstaw” (Dominik Śnioch). Jak powiedział prelegent jest to najdłuższy serial ze swojego gatunku. Nie było to przesadą, bo początki były jeszcze czarno białe. Pewne rzeczy jakie fani znają, czyli zmiany doktora co serial miało dość nietypowy początek. Nie zmieniano go, bo miał mieć takie od początku moce, czy inne duperele. Wynikała o to tylko z tego, że odtwórca odszedł i trzeba go było kimś zastąpić.

Na finał dnia poszło „Kosmiczne podróże i ewolucja człowieka” (Edwin Sieredziński) czym się wyronił ten punkt od reszty programu? Trwał zaledwie dwadzieścia parę minut. Następnie Edwin swoim oryginalną osobowością i sporym entuzjazmem.


Niedziela natomiast ostanie spojrzenia i w sumie tyle. No nie, coś było chociażby „Zwariowany świat Hideo Kojimy” (Michał „Swarley” Stempkowski). Przedstawienie postaci mistrza i jego twórczości to dość wdzięczny temat. Przez te wszystkie lata Kojima zabłysnął licznymi pomysłami, które mocno przybiły się do ogólnej świadomości graczy. Nawet ci co nie grali wiedzą i coś kojarzą.

Cały konwent zakończył się „Sezon anime lato 2025” (Agnieszka „Hime” Lipiec i Przemysław „Filuś” Koczotowski). Pożegnanie było sentymentalne. Taki przegląd był na każdej jednej imprezie, czy to Jagacon, czy Sabat na Targach Kielce. Najważniejszym elementem było dowiedzieć się co warto obejrzeć. Teraz jak człowiek na bieżąco ogląda kolejne sezony to już bardziej uzupełnienie. Ale jakie to miłe.

Tak prezentowało się Jagacon 2025. Miało liczne wzloty i drobne potknięcia. Wierzę jednak w dalszy rozwój i jeszcze większy rozmach w przyszłorocznej edycji na którą się udam.

Zdjęcia zawarte w tekście zostały zamieszczane za zgoda organizatorów. 
Share:

Parę słów o mnie w moje 36 urodziny... (Publicystyka)

Siedzę tak sobie przed komputerem pisząc na klawiaturze te oto słowa. Dziś są moje 36 urodziny. W takim momencie ogarnia człowieka chęć podsumowania tego co mu się udało do tej pory osiągnąć.

Spoglądam wstecz na ostatnie lata jak i czasy obecne próbując stawiać kolejne kroki w nieznane. Jak się moje życie zmieniło? Pracuje zgodnie z swoim wyuczonym zawodem. Jestem bibliotekarzem i pracuje w bibliotece powiatowej w swoim rodzinnym mieście. Znajomi jak i ludzi, których spotykam dziwią się bardzo jak temat schodzi na tematy, a co robisz w wolnym czasie?


W takim momencie nie dziwią się, że lubię grać w gry. Sytuacja obraca się o 180 stopni, gdy dowiadują się jakie posiadam zbiory na sam PC mam 1843 gry plus 332 DLC na samym koncie Steam. Do tego dochodzi jeszcze gry na konsole. Tutaj sytuacja jest o wiele bardziej zawiła.

Obecnie mamy już 10 generacje, a do tej pory wyszło wiele, ale naprawdę wiele sprzętów. Standardowy gracz ma Xbox lub PS5. U mnie jest tego ciut więcej… Aktualnie posiadam wszystkie konsole zarówno od Niebieskich jak i z stajni Ms. Jeśli chodzi o Nintendo wygląda to następująco: Nintendo 64, Wii (z 2006 r.), Wii U, Switch. Tutaj na razie wspomniałem jedynie o stacjonarkach.

Jak wiadomo są jeszcze handheldy. Na dzień dobry PsP Fat i Street, no i rzecz jasna PS Vita Fat. Trochę więcej zebrało się konsolek od Wielkiego N. Na półce znalazły się GameBoy Advance Sp i Pocket, Nintedo DS Lite, Nintendo Dsi Xl, New 2DS Xl. Z hybrydowych, że tak się wyrażę sprzętów mam jeszcze Lenovo Legion Go. Jak widać jest tego trochę, a i chińskie retro konsolki też się znajdą. Jak widać trochę tego jest… Powinienem dodać tu Switcha, ale z racji trybu pracy w docku zaliczam tą platformę do stacjonarnych (taka subiektywna ocena).


Ceny na poszczególne generacje bardzo, ale to naprawdę bardzo różnią. Produkcję na szaraka to koszt rzędu kilku stów od jednej gry. Natomiast już w gry na Xbox Classic i PS2 to za grosze da się dostać. Jedynie Nintendo jest drogie, albo bardzo drogie… Żeby naświetlacz sprawę jeszcze jaśniej nie ograniczam się jedynie do kolekcjonowania wspomnianych powyżej rzeczy. W moim Gaming room nie zabrakło mang i figurek.

Same komiksy to wydatek od 20+ zł do ok 35 zł zależnie od serii. Zabawniej się robi przy figurkach tam nie ma górnej granicy i niezależnie jaką wymienicie kwotę to i tak zapewne się znajdzie coś w jej zasięgu. Zebranie zaledwie 25 sztuk zajęło „zaledwie” rok czasu. Oprócz tego doszły przedmioty kolekcjonerskie jak Pip-Boy jaki wydano kiedy miał premierę seria Fallout (pociągnęło po kieszeni). Przez takie, a nie inne „genialne” pomysły główna kolekcja nie ruszyła do przodu. Wierzcie mi na słowo jak już coś wymyślę to realizuje swoje plany (śmiech).

Jak już się tak rozgadałem to uzupełniam konsole kieszonkowe Nintendo i jest jeszcze parę retro sprzętów. Ba, to tylko plany na ten rok w przyszłym dojdzie Switch 2 (rodzinka mnie zabije xD). Ubzdurało mi się mieć wszystkie najważniejsze platformy jakie funkcjonowały od 2000 r.


Z ważniejszych spraw jakie chciałem poruszyć to spełnienie jednego z moich większych marzeń do jakich dążyłem przez ostanie kilka lat. Nie tylko udało mi się stworzyć pokój gracza, ale rozbudowałem do granic swoich możliwości na jakie było mnie stać. Projekt ten w podsumowaniu był o wiele bardziej ambitny niż się spodziewałem. Dochodzę do wniosków, że rozpoczęcie czegoś spontanicznie jest lepsze niż rozpoczęcie od pisania dokładnego planu wraz z cenami. Wykonanie tego projektu zajęło 3 lata, ale powiem, że warto było.

Z istotniejszych rzeczy jakie miały miejsce było pokonanie ostatecznego „bossa”. W 2023 r. zdiagnozowano u mnie raka. Jednak mam się dobrze i dalej realizuje swoje plany życiowe. Jak mówi stare powiedzenie co cię nie zabije to wzmocni. Tak też się stało tamte wydarzenie zmieniły mnie. Powiedzieć można, że się narodziłem się na nowo. Zacząłem patrzeć na świat całkowicie inaczej, W końcu ktoś tam na górze chciał, abym żył dalej. Nabrałem pewności siebie i determinacji do realizacji stawionych sobie celów. Naturalnie jednym z nich były zmiany zdrowotne. Z otyłego nerda zmieniłem się w fit nerda dbającego o stan fizyczny (duma).

Lecz motorem napędowym wszelkich zmian jest ten blog na który zajrzeliście. Strona ta była i wciąż jest motorem napędowym i fundamentem wszelkich pomysłów jakie obecnie realizuję, aż trudno uwierzyć jak mało istotne rzeczy mogą wpłynąć na ludzkie poczynania. Najzabawniejsze z perspektywy czasu było odkrycie ukrytych talentów. Zaczynając od prac remontowych, a kończąc na serwisowaniu sprzętu dla graczy.


Pisząc liczne teksty zainteresowałem się też lokalnymi konwentami jakie są organizowane w województwie, w którym mieszkam. Początkowo ograniczałem się do artykułów o tych imprezach, a skończyło na bycie prelegentem. Wejście w taką rolę było dla mnie sporym krokiem naprzód. Nie jestem jednym z tych, którzy mają parcie na szkoło i wolę działać za kulisami. Z innych aktywności tego typu poprowadziłem kilka gier miejskich promujących historię mojego miasta. Ogarniałem wszystko od materiałów przez rzeczy dla uczestników z szkół średnich, aż po wolontariuszy chcących się angażować w takie akcje. Mówiąc, że robiłem to sam nie jest chwaleniem się. Na serio musiałem zorganizować całość solo.

Jak się tak rozkręciłem dopiero uświadomiłem ile to rzeczy się wydarzyło. Jakie to etapy musiałem przejść, aby być tutaj gdzie jestem. Z tego co najbardziej się cieszę to możliwość wyrzucenia tego bagażu emocji i podzielenie się tymi wszystkimi przemyśleniami.

Na koniec życzę wam wszystkim wytrwałości w realizacji swoich marzeń. Dzięki nim stajecie się lepszymi ludźmi. Wierzę w was i obiecuję, dalej pisać ciekawe artykuły, które pomogą wam odkrywać najróżniejsze perełki jakie warto poznać.

Share:

Moje pierwszy raz z manhwą (Publicystyka)

O mangach często pisałem, a teraz naszła pora zajrzeć do twórczości Koreańczyków. Nie będę tutaj omawiał komiksu. Będzie to raczej pierwsze wrażenia z obcowania z manhwa Solo Leveling.

Solo Leveling to adaptacja, która wdarła się szturmem na rankingi najlepszych anime jakie miały premierę w ostatnich latach. Jak to zwykle bywa materiałem źródłowym był komiks. Póki co wyszło w Polsce 5 tomów. Kiedy przygotowywałem materiały do tego tekstu było tylko 3 t. i do nich będę się odnosił.


Przede wszystkim co rzuca się w oczy to tradycyjne czytanie lewej do prawej. Niczym książkę, czy inne działo literackie wydane na zachodzie. Wnętrze natomiast zadowoli wszelkie marudy czepiające się czarno-białych ilustracji. Tutaj koloru są i to na bogato. Styl rysowania to ponownie prawie to samo co widziałem w adaptacji. Niekiedy odniosłem wrażenie, że zrobili kopiuj wklej. Lecz jak się temu przyjrzeć jest całkiem inaczej. Z drugiej strony ktoś inteligentnie wpadł na pomysł, aby raz na jakiś czas obraz był rozmyty. Takie skrajne koncepcję są wprost gryząca się nawzajem.

Na minus pierwszego tomu zaliczę niewykorzystanie pełnych stron. Ramki z ilustracjami są małe niekiedy nieczytelne w swoich projektach. Taki odmienny styl w koreańskich manhwach nie przeszkadza, ale marnowanie papieru to trochę szkoda. Musiał zauważyć to twórca lub wydawca, bo w kolejnym tomie jest odczuwalna poprawa.
  
Pierwszy tom dochodzi do momentu, gdy protagonista przechodzi przez podwójny loch. Anime i manhwa identyczne w zawartości. Fabularnie mamy całkowicie to samo. W takim momencie bardziej będzie się liczyć preferencję odbiorcy. W takim momencie bardziej będzie się liczyć preferencję odbiorcy.


Odniosłem wrażenie, że każdy tomik będzie jedynym dosłownie 1-nym odcinkiem anime. Okazuję się, że w drugim tomie fabuła nabiera przyspieszenia. W sumie nie ma co się dziwić format manhwy jest dość duży, a do tego liczba stron jest prawie podwójna.

Pierwsze rozdziały tej serii robiono raczej bez większego pomysłu. Reakcje jakie narysowano nie pokrywały się z tekstami w chmurkach. Czułem się tak jakbym czytał okrojoną wersję. Szczęśliwie potem wszystko wróciło ma właściwą ścieżkę.

O ile w anime wspominki tego co się widziało są na porządku dziennym tak tutaj pierwszy raz widzę taki zapychacz w komiksie. Tak jak wspominałem tempo historii jest na tyle szybkie, aby trzeba było o tym przejmować. Cała reszta jest taka jaką każdy miał okazję obejrzeć w pierwszym i bieżącym sezonie


Warto zauważyć pewne nierówności. Niektóre sceny to prawdziwe dzieła sztuki z wyraźnie zarysowanym pomysłem na siebie. Oryginalna kreska, wprost doskonała kompozycja dająca te same wyrażenia co w adaptacji.

Największą zaletą manhwy to liczne informację jakie łatwo można było pominąć. Nie chodzi tu o same błahostki w postaci haremu, który powoli się tworzy, a charakter protagonisty. Z jednej strony podkreśla jak staje się zimny, a z drugiej dalej jest tym kim był. Troskliwy, opiekuńczy i pełny ciepła. Tworzy to niezły miks.

Tak się prezentują pierwsze wrażenia, a jeśli w przyszłości uda mi się kupić inne manhwy to poświęcę im trochę miejsca na blogu, ale już w pełnej recenzji. 




Share:

Do trzech razy sztuka Morderstwo w Orient Expressie 1974 vs 2010 vs 2017 r. (Publicystyka)

Pisałem o słynnym Morderstwie w Orient Expressie w wersji z 2017 i 2010 r. to przyszła pora na najstarszą odsłonę. Przenieśmy się do szalonych lat 70-tych.

Idąc dalej za filmowymi perypetiami najsłynniejszego detektywa Herkulesa Poirot sięgnąłem w końcu do jej pierwszej wersji. Od czego tu zacząć? Najlepiej przeskoczyć po wszystkim elementach. Tak przynajmniej sugerowałaby logika.


Jednakowoż na pierwszy plan wyciągnę samego odtwórcę Poirota. Albert Finney zapiszę się w mej pamięci jako najbardziej drewniany odtwórca tej kultowej postaci.

Pozbawiony życia przez większość czasu trwania seansu. Dopiero na koniec ten zgarbiony biedak zaczyna emanować jakimś wyraźnym zainteresowaniem sprawą. Każdy z omawianych aktorów charakteryzował się czymś wcielając się w małego Belga. David Suchet chodził tak jakby zawsze chciało mu się... jakby spieszyło się do toalety.

Natomiast Kenneth Branagh to typowy przedstawiciel pewności siebie i brnącego naprzód bohatera. Ostatnim, choć nie jedynym niech będzie Finney, który co tu dużo mówić do najlepszych nie można zaliczyć. Nie wykluczam, że ma lepsze role, ale w tej się po prostu moim zdaniem nie sprawdził idąc przez tę produkcję wiecznie zgarbiony.


Przejdźmy dalej, bo ten pociąg nie ruszy się nigdzie. Co się wyprawia w Orient Expressie? (...) Istny dom wariatów. Jest to dobry cytat z filmu, ale jeszcze bardziej oddaje go fakt, że w tej adaptacji jest znacznie więcej aktywnych bohaterów.

Zaczynając od momentu kiedy to pewna para zostaje przypadkiem podsłuchana, aż po pewnego agenta, który nie może się zdecydować, gdzie pracuje u Pinkertonów, czy policji. Jednak najbardziej bawiło jak ten guzik i mundur zmieniały ciągle swoje lokalizacje.

Relacje romantyczne i ponownie zostały zmienione. Będę bardziej skłonny, że właśnie tutaj teoretycznie zostały przedstawione jak trzeba. Jednak, aby być czegoś ostatecznie pewien warto sięgnąć po książkę. Inaczej nigdy nie będzie do końca wiadomo kto, gdzie i czemu zrobił tak, a nie inaczej.


Zabawne jest fakt, żeby w pełni docenić ostatnia wersje trzeba obejrzeć poprzednie. Z omawianej edycji ściągnięto pewną scenę co do joty. Nie chodzi o samo zachowanie, czy wypowiedzianą kwestie. Jednak diabeł tkwi szczegółach i dbałość, do jakiej przykładał protagonista. Swoją drogą te wąsy, jakie ma Herkules są drugą wersją, jaką dodano w serialu z 1989 r.

Skoro jestem już przy detalach jak królik z kapelusza wyskoczył agent Pinkertonów. Lubi pokazywać się co drugim filmie, bo jakoś nie było mu w smak pokazywać się w 2010 r. Żarty na bok jego wątek jest o tyle ciekawy, że mamy tu całkowitą odwrotnością. Był policjantem, który przeszedł do sektora prywatnego. Na tym kończy się jego pięć minut, no prawie w „napisach końcowych” jest wymieniany przy wielkiej przemowie.

To, co jednak film zrobił bardzo dobrze to pokazanie na samym początku, z czym właściwie będzie musiał się zmierzyć protagonista. Nakreślono szeroko sprawę Amstrongów. Wielokrotnie podkreślano w retrospekcjach, kto i jak się wiązał z tą sprawą. Przez taki niekiedy nachalny zabieg nie był w stanie zapomnieć, o co w tym chodzi.


Pragnę zauważyć, że wcielająca się w Caroline Hubbard (Michelle Pfeiffer) odwołuje się swojej kreacji do Lauren Bacall. Zarówno charakteryzacja jak i sposób zachowania był bliźniaczo podobny. Kolejną tego typu zmianą można zaobserwować, u pułkownika mającego dziwnie porywczą naturę jak Hrabia Rudolph Andrenyi. O ile w 2017 r. był niemalże jak cerber tak tutaj ledwo coś podrygiwał. Role samca alfa zajął John Arbuthnot.

Powiedzenie, że liczą się szczegóły nabiera nowego znaczenia. Oglądając tę sama produkcję stworzoną przez różnych reżyserów można zauważyć, jak bardzo zmienia się interpretacja na różne rzeczy. Część może mieć znikome znaczenie jak fakt, że kimono zmieniło swój kolor z kremowego na czerwony. Do spraw znacznie bardziej istotnych jak motywacje osobiste i relacje między bohaterami.
Share:

Morderstwo w Orient Expressie: 2010 vs 2017 r. (Publicystyka)

Adaptacja, czym  to właściwie jest? Według definicji jest to przeznaczona do sfilmowania przeróbka pierwotnego materiału literackiego, teatralnego, muzycznego lub innego artystycznego. Celem ekranizacji jest dostosowanie adaptowanego utworu do wymogów nowego medium, odmiennego materiału bądź potrzeb i wymagań nowej publiczności.


Odnosząc się do tej detencji najbardziej twórcy trzymają się „wymagań nowej publiczności”. Im dalej w las tym więcej tych metamorfoz. Zabawne jest to jak się one zmieniają zależnie od okresu powstania. Dzieła starsze starają się oddać materiał źródłowy w sposób w miarę wierny. Natomiast aktualne edycje jak ta z 2017 r. idzie w całkiem inną dobrze znaną sobie stronę.

Najważniejsze wątki zostały niezmienione. Pisząc to rozumiem samo morderstwo Edwarda Ratchetta. Pojechał słynnym pociągiem? Jak najbardziej! Zaproponował robotę Herkulesowi Poirot, a następnie został przerobiony na sito. Winni zostali natomiast wypuszczeni.

Na tym praktycznie kończą się istotniejsze łączące elementy tych dwóch filmów. Wiele rzeczy zmieniono, ale co istotniejsze są momenty, które można dziś uznać za „obraźliwe/rasistowskie”. Biorąc rzecz krótko i na temat ukamienowano lokalną kobietę, a jak wiadomo nachodźcy to pokojowi ludzie chcący jedynie ubogacić kulturowo. 


Przechodząc już do samego śledztwa sposób, w jaki je przedstawiono mogłoby się wydawać naprawdę niezmieniony między tymi dwoma filmami. Jednak sposób zachowania się bohaterów różnił się dramatycznie. Wziąć należy za przykład liderkę całego spisku. Szanowna pani jest o wiele bardziej opanowana. Nie ma w niej tej samej uwodzicielki.

Herkules Poirot jest o wiele bardziej oziębły. Nie będzie w nim tyle emocji i dramaturgii. David Suchet w swojej kreacji skupia się bardziej na zimnej logice i narcyzmie protagonisty. Jego egocentryczny styl bycia nadaje całkiem inne światło na poszczególne wydarzenia.

Same przesłuchania też przebiegły w innym stylu. W tej wersji nasz kochany Francuz, Belg znaczy się nie miał okazji pochwalić się znajomością języka niemieckiego. Natomiast mógł wreszcie powiedzieć coś we własnym języku z całkiem inną osobą niż służąca księżnej.


Jeśli miałbym czegoś się czepić to sposobu, w jaki ujawniali kto może być zabójcą. W poszczególnych rozmowach wyraźnie zmaczane są istotne momenty. W przeciwieństwie do serialu jaki emitowano od 1989 r. tutaj podano wszystko na tacy.

Są jednak rzeczy, jakie moim zdaniem zrobiła o wiele lepiej najnowsza adaptacji. Wątek Armstrongów jest tutaj zaledwie tłem. Pretekst do krwawej vendetty. Bez lepszej znajomości tamtych wydarzeń i konsekwencji, jakie za sobą pociągnęły nie można, aż tak przeżyć tego dramatu. Dwunastu sprawiedliwych, a raczej ofiar, jakie pociągnęła za sobą jedna zbrodnia.

Interesujące jest dość szeroko pokazany watek religijny. Tak jak dzisiaj na siłę musiał być poprawnie politycznie tak wcześniej położono wyraźny nacisk na wiarę. W tym modlitewnym sosie pojawia się coś, co zmienia pewien element. Nie będę zdradzał, w czym rzecz, ale po tym inaczej będzie się podchodziło do poczynań poszczególnych bohaterów.


Jednak dopiero sam finał wyrywa widza z siedzenia. Zamiast triumfalnej mowy z wyjaśnieniem było całkiem coś innego. Sytuacja się całkowicie odwróciła i kto inny przejął pierwsze skrzypce. Takie odstępstwo zasadniczo może zdziwić jak się oglądało wcześniejsze produkcje, w których grał David Suchet.

Końcówka akcentowała uderzała w całkiem inne tony. Pokazywała wahania protagonisty do samego końca. Podkreślono jak jeszcze nigdy jak bardzo jest on religijny. Jedna historia, a takie skrajności.

Na koniec, która wersja była lepsza? Odpowiedź nie jest taka prosta. Chciałoby się powiedzieć, że jedyna prawilną jest ta z Suchetem, a nie z Kenneth Branagh. Paradoks polega na tym bez tego drugiego nie zainteresowałbym się wcześniejszymi filmami i serialami z tego uniwersum. Osobiście przechylę się do starszej wersji. Postawie w ciemno i jestem przekonany o lepszym przedstawieniu materiałów źródłowych. Ocena końcowa zostawiam otwartą.

Share:

Smaki Japonii, część 2: Nie wszystko co japońskie jest dobre

Japonia to kraj o tysiącu, a nawet więcej smaków. Każda potrawa, czy przekąska jest ciekawym początkiem, niezwykłe rozwinięcie o bogatym bukiecie smaku z zaskakującym zakończeniem.

Pociągnijmy dalej ten jakże ciekawy temat i sprawdzę, co jeszcze mogą zaoferować sklepy deklarujące w swojej ofercie produkty z kraju Kwitnącej Wiśni.


Na pierwszy ogień niech pójdą
Oreo Crispy Roll Japanese Matcha. Paluszki są naprawdę elegancko wykonane. Sam smak to ciekawa krzyżówka czekolady, jaką dają do płatków kukurydzianych. Słodycz subtelna, wreszcie coś więcej w doborze składników. Są one chrupkie, a do tego nie ma się wrażenia bycia zapchanym. Super przekąską, która będzie idealnie uzupełniać obiad jako deser dla każdego miłośnika słodyczy.  

Następnie niech pójdą Mochi Brown Sugar. Opakowania było dużo mniejsze od poprzedniego, a zawartość ograniczyła się tylko do jedynego rodzaju. Edycja Brown Sugar to już klusek sam w sobie. Dzięki większej ilości nadzienia zmieniło nie tylko smak, ale i mniej sycący. Chętniej człowiek sięga, po koleiny kawałek. Co jeszcze wyróżnia tę wersję to chęć na więcej. Co nie znaczy, że należy opychać słodkościami.

Mochi cookies Matcha zapakowane w piękne opakowanie pokazujące co klient ma dostać. Otwierając zobaczyłem sześć sztuk opakowanych w zieloną folię. Daje to wrażenie premium i zapowiedź uczty dla podniebienia. Niestety jest to scam, bo nie dość, że zawartość to jakaś pomyłka to smak niewiele odbiega od tego.



Na pudełku ciastka miały mieć kilka kawałków czekolady. W rzeczywistości jest ich raptem dwa, a do tego wepchnięte do środka ciastka. Nie wykorzystano możliwości zielonej herbaty co uznaję za zasadniczy błąd. Gęsta zawartość nasuwa skojarzenia ze tanimi ciastkami, które można kupić w dużych pudłach. Tym samych mam pierwsze miejsce w kategorii najgorszy produkt.

Meito Puku Puku Fukufuku Fish i Strawberry Fish są to zwyczajne wafelki z czekoladą. Nic więcej, nic mniej w środku jest bąbelkowa czekolada. Nie wpływa to jakkolwiek na smak produktu. Zwykły przeciętniak sprzedawany, po zawyżonej cenie.

Zupka instant Paldo ramen bibim men. O dziwo jest to wreszcie, czy raczej kolejna nowość związana z instant ramen. Tym razem miałem do czynienia z czymś, co był daniem głównym i pikantnym. Jeśli rzeczywiście jest to drugie danie, które wymaga przestrzegania przepisu. Bez obaw jest to wciąż banalnie proste. Jednak pikanterii w tym za grosz nie ma na szczęście.


Kuleczki Home Run Ball Choco z nadzieniem Haitai - póki co nie jest to jakiś rarytas, ale o dziwo nie ma tragedii. Smakowo to jak ptysie z czekoladą.

Pocky Czekoladowo Czekoladowe to ponownie strzał w dziesiątkę jeśli zależy komuś na jakości. Wszystkie zalety zachowane tak jak i w pozostałych smakach, o których pisałem w poprzednim wpisie tutaj. Nie powtarzając ponownie te, co tam już zawarłem napisze tak: za dobrze wchodzi, a boki rosną

Nissin Cup Noodles to kolejny instant od tego samego producenta opisywałem w poprzednim tekście. Przyznam, że rzeczywiście była to pikantna zupa. Jednak jak poprzednio nie różniło się to niczym od zwykłych produktów, które dobrze znam z naszych sklepów.


Kolacja, kolacją, ale coś przydałby się na uzupełnienia... wolnej przestrzeni. Sięgnąłem po Cebulowe pierścienie. Jest to cebula w panierce, która przypadła mi do gustu. Nie jest to jednak tak dobre jak lays'y. Mimo to wciąż są bardzo dobre i nie powodują chęci sięgnięcia po coś do picia. Smakowo jest bardzo smaczne, a cebula gra pierwsze skrzypce. Bardzo chrupkie co jest w sumie oczywiste.

Tutaj w przeciwieństwie do tych „ciastek” zawartość była bardziej zadowalająca. Nie mogę jednak pominąć faktu, że dali mini wersje Kit Kat. Ma to jednak swoje plusy. Słodycz nawet dobrze dopasowana, a nadzienie mile łaskocze kubki smakowe. Ich rozmiar ostatecznie jest sporym atutem z prostego powodu. Jak się ma ochotę na co nieco to się ma, a jeśli na coś więcej to wystarczy sięgnąć, po więcej.

Napój Mogu Mogu, sam napój już wyróżnia się swoją nazwą, która jest dość zabawna. Natomiast w smaku zachowuje zimny chłodny smak. Trochę to dziwne zważając na to, że nie był trzymany w lodówce, a pokoju. Pierwsza myśl coś w rodzaju galaretka, jednak nim myśl ta się rozwinęła ukazała się kolejna niespodzianka. Oprócz soku (25%) są jeszcze kawałki Nata. Równie słodkie i całkiem przyjemne. Miła niespodzianka na konie dnia.


Mieszanka Yamato mix i Seaweed mix-to, co dostałem to połamane prawie zmielone ryżowe chrupki. Jednak to te drugie dopiero są wartę uwagi. Czuć było klasyczne smaki wodorostów, a składki, które wprost wprowadzają na myśl wszystkiego, co najlepsze. Warto dodać, że jest to smak łagodny i jadło się chętnie.

Natomiast pierwsza mieszanka to całkowite przeciwieństwo. Pikantne, ta ostrość wychodzi na pierwszy plan. Mimo pewnego wachlarzu smaczków to potrzeba było więcej czasu, aby przymusić się do zjedzenia tego.

W planach jest jeszcze jeden wpis dotyczący tego co można kupić z produktów japońskich. Jeśli oferty sklepów poszerzą się o nowe rzeczy to wznowie tę serię o kolejne produkty.  
Share:

Czemu gry stają się coraz gorsze, a jednocześnie droższe? (Publicystyka)

Czy da się stwierdzić, czy jakość gier spada, pomimo że ceny rosną?

Jest to rzecz dość oczywiste! Takie badanie jest jak najbardziej możliwe z powodu licznych źródeł, na których da się oprzeć. Mogą być to dane dotyczące popularności poszczególnych tytułów z serwisów typu Metacritic, czy chociażby Steam.


Kolejną krokiem jest segregacja gier na generacje i jak się owe dzieła rozwijały. Ile nowych marek się pokazywało, ale nie tylko nowy produkt ze starą zawartością. Czy wymyślono nowe gatunki, jakie nowości wprowadzono w rozgrywce i fabule itp.

Również w ramach powtarzalności da się rozgraniczyć stagnacje, cofanie się lub podbijanie danych mechanik na wyższy poziom. Tutaj może wystąpić kwestia sporna, bo balansuje na cienkiej granicy subiektywności/ neutralności. Celowo nie dałem obiektywności, bo jako takie wszystko jest subiektywne, oprócz matematyki.

Każdy wydawca chwali swoje produkcje, jakie one będę niezwykłe i wciągające. Tylko jak w takim np. fps damy Si z Fear to będzie to walka mogąca robić wrażenie realistycznej prowadzanej z prawdziwym przecinkiem. Trzeba pamiętać, że sztuczna inteligencja nie jest głupia, a ogłupiana, aby gracze mieli z nią jakieś szanse.


Idąc tym tokiem rozumowania, jeśli pozwoli się Si na większe manewry i usunie problemy typu lokalizacja w środowisku 3d avatara gracza otworzą się nowe możliwości. Mówiąc prościej, ucieczka na przysłowiowy stół nic nie da. Wszystko to podniesie nie tylko poziom trudności, ale i same odczucia.

Podobnie sprawa się będzie miała w innych gatunkach, gdzie istotne będzie tworzenie bardziej złożonego wyzwania. Jednak równa się to z większym nakładem finansowym. Tego jednak starają się uniknąć wydawcy stawiając na dobrze znane rozwiązania. Nie bez powodu przez lata Fifa była robiona rok do roku, a mediach branżowych podnosiło się głosy, że lepiej było przejść na model subskrypcyjny, w ramach których kolejne odsłony trafiłyby jako duże aktualizacje.

Identyczną taktykę fabrycznej produkcji można obserwować w Far Cry od słynnej trzeciej części. W kolejnych odsłonach robi się cały czas to samo. Jedynie zmienia się miejsce, dyktator i ruch oporu itp.


Sytuacja miała się całkiem inaczej, aż do 7 generacji. Wiadomo, że jak wszystko się zaczynało gry jako takie były tanie na tle dzisiejszych. Nie trzeba było sprzedawać w kolosalnych ilościach. Istotniejsze jest większa skłonność do ryzyka i stawiania na nowatorskie rozwiązania. Również trzeba było zauważyć jak nowo powstałe platformy i ich możliwości wpływały na poszczególne tytuły.

Mówi się, że kiedyś gra jako towar musiała być gotowa na premierę. O dziwo wcale nie było to regułą i w kolejnych partiach dostarczano wersje poprawione. Koniec końców fakt, że był to problem zasadniczy do 2004 r. kiedy Valve otwiera Steam. Wtedy zaczyna się zasadnicza zmiana w łataniu gier.

Jak mówi się o cenach i jakości to wydawcy często lamentują o braku ich wzrostu. Zapominają równolegle, że mniej lub bardziej inwazyjnych metodach pozyskiwania pieniędzy od graczy. Wszystko zaczęło się od kultowej zbroi dla konia w Obliwionie. Warto wypomnieć o pierwszym sklepie wewnętrznym w Dead Space.


Początkowo wszelkie dlc były rozszerzeniem mającym zatrzymać ludzi dłużej, aby przedłużyć żywot danej produkcji. Potem nałożono inne cele, czyli wycinanie zawartości, aby je ponownie sprzedawać. Praktyka ta była dość częsta wśród twórców strategii. Licząc w zaokrągleniu, czyli od 2010 r. zaczęto naciskać na masową produkcję. Otwarte światy i liczne fedex (przenieś, zanieś, pozamiataj). Łatwiej jest sprzedać taką formę niż treść.

Warto przyjrzeć się problemowi mikro transakcji. O ile nie wpływają one na odbiór to niech sobie będą. Bardziej istotne w pewnym sensie jest czym one są? Jak się grało lata temu w Gta SA to miało się liczne kody dające co dusza zapragnie. Teraz trzeba za to samo zapłacić. W ostatnich latach pogłębił się ten problem. Słynne prawdziwe zakończenie w Cieniu wojny znajdujące się za paywallem, czy taki Dragon Dogma (tutaj kwestia jest sporna) lub nowa gra plus w Like a Dragon 2.

Nie ma co się oszukiwać. Wydawcy będą coraz bardziej agresywnie „zachęcać” i tak będą kazać projektować podległym sobie studiom, że bez ekstra wydatku będzie to zwykła męczarnia.


Innym aspektem finansowym jest wczesny dostęp. Zamiast płacić za testowanie to gracze płacili za to, że wyręczą w tym jakąś zewnętrzną firmę i do tego sypia pieniędzmi. Jest to zbawienne dla małych twórców, a z drugiej strony można trzymać grę w wiecznej becie. Hajs leci, a jak fani zaczną burczeć na stan to odwiedź jest krótka: to jest wersja beta.

Jak się przejrzy rozwojowi i podzieli na fabuła, rozgrywka, grafika to zobaczy się wyraźnie, że jedynie to ostanie zachowuje cały czas stabilny wzrost. Choć, tutaj można wbić szpile. Po premierze bieżącej generacji konsol klienci Sony i MS nie przesiedli się na nowe maszyny masowo. Wymusiło to tworzenia międzygeneracyjnych tytułów, które nie mogły rozwinąć skrzydeł.

Jak widać bezpieczny model i stawiania na nijakich protagonistów (Watch Dogs 2) sprawia, że jest tylko gorzej. Jednak cofam to! Opowiadane historie przepełnione znanymi do bólu schematami, kliszami i przemaglowanymi momentami typu: córka Joela ginie ledwie po jej poznaniu sprawia zniechęcenie do kupowania gier.


Z kolei jak ktoś da coś stosunkowo nowego jak Days Gone to poleci na szybkim wypchnięciu i ludzie masowo się rzucą jak piranie na ofiarę. Do tego tandemu warto dopiąć Cyberpunk 2077, zarząd firmy naważył piwa, a potem devowie się musieli nieźle tłumaczyć. Inną sprawą jest jak ludzie dopowiadają pewne rzeczy. Cp2077 to action rpg, ale jakoś co niektórzy na siłę chcieli udowodnić, że to oldschoolowy tytuł.

Na koniec jeszcze o jednej rzeczy, która ostatecznie, a przynajmniej mam taką nadzieję odeszła. Jak mówił w 2019 r. prezes Xboxa przyszłość to gry e-sportowe, multi, online itp., a singlowe to przeszłość. No i kto się przeliczył?

Podsumowujmy da się jak najbardziej pokazać jak wielkie korporacje stawiają na rozmach, na który łapią się nowe pokolenia graczy. Kiedyś zaczynało się na tradycyjnych produkcjach. Dziś dorastają pokolenia, które pierwsze co mieli to telefony w rękach. Wpływ tego widać w trendach i sposobie dystrybucji i monetyzacji.

Prześledzenie zmian jakie zachodzą w branży jak udowodniłem na spokojnie można opisać bez uprzedzeń osobistych. Jeśli jednak ktoś niczym ta krowa na pastwisku chce żreć całe życie trawę i dać się doić to jego rzecz. Pamiętajcie, że tylko od nas zależy, gdzie nasze kochane gry będą zmierzać i jakie one będą.

Dedykuję ten artykuł "dzbanowi" z Fb, który nie mógł przejąć do wiadomości, że jest to możliwe. Dzięki za motywacje do napisanie tego tekstu xD 
Share:

Boso przez Azeroth, Odcinek bonusowy

Zgodnie z obietnicą piszę tu i teraz bonusowy tekst do Boso przez Azeroth. Podsumowuje tutaj swoje doświadczenia. Będzie to rzeczywisty obraz tego czego doświadczycie w World of Warcraft.

Zacznę od społeczności WoW, która jest naprawdę różnorodna. Na swojej drodze traficie najróżniejszych ludzi. Od takich, którzy będą w stanie na spokojnie ogarnąć sytuacje i być prawdziwymi liderami. Nie zabraknie też dzieci neostrady, które będę chcieli utopić człowieka w łyżce wody.


Sporo się w ostatnich latach mówi o tym, że tylko usługi i granie w wieczne online ma przyszłość. Równolegle z własnego doświadczenia zaobserwowałem brak umiejętności integracji społeczności graczy. W samym World of Warcraft zaczęło się to pokazywać w momencie wejścia Kataklizmu. Położono tam nacisk na grę solo jak i coraz bardziej upraszczano znajdowanie ludzi na instancje i rajdy.

Swoje dodatkowe trzy grosze wrzucili sami devowie, tak jakby te pierwsze już nie starczyły. Rajdy zostały tak skontrowane, aby gracze byli niczym pociągi, które muszą jechać sztywno, po określonej trasie. Wszelki odstępstwa i próba zrobienia tego inaczej była niemalże gwarantem katastrofy. Do tego panuje wszechobecna kultura mierzenia kutasa, znaczy się DPS. Wieczny wyścig i sprawdzanie kto wykręcił większy krytyk.

Zabawne jest to, że nie zwracają uwagi na różnicy w item lv poszczególnych graczy. Są natomiast oczekiwania co do umiejętności kręcenia odpowiedniej rotacji. Jednak pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Kolejną sprawą jest przedmiotowe traktowanie innych. Jeśli się nie spełni oczekiwań innych to szybko zobaczy się ekran wczytywania. Nikt nie będzie się cackał. Nie dajesz rady? No to won! Przypomina mi to narzekania kierowców, którzy jęczą na tych co jadą z instruktorem po mieście.


Wszystko to mocno kontrastuje z licznymi rekrutacjami, jakie mogłem zaobserwować. Przez cały okres grania ludzie chętnie zapraszali i obiecali gruszki na wierzbie. Nawet Blizzard zauważył problem i starał się tworzyć liczne alternatywy, aby ludzie zaczęli bardziej rozmawiać ze sobą.

Rozwój avatara od zera do bohatera

Jak się szuka MMORPG to pierwsze, o co się człowiek pyta to, co można zrobić na end game? W końcu ma to być kwintesencja danej produkcji. Będzie to moment, w którym w końcu zacznie się ta rzeczywista zabawa. W WoW jest całkiem na odwrót, bo zaczyna się od oceanu możliwości. Można ruszyć w dowolnym kierunku i przeżywać przygody. Ujmując rzecz dokładniej ma się do dyspozycji dowolne rozszerzenie, jakie wyszło do tej pory.

Instancje jakie stworzono są wciąż aktywne i na tym etapie każdy dostaje drop dla siebie. Jak się pobije poziom dostaje się dostęp do Legacy „raid” nie są one tak trudne jak te aktualne i stąd te cudzysłów. Szkopuł w tym, że nikt nie informuje kiedy można na nie się wybrać, a naprawdę warto.


Dalej dochodzą liczne aktualizacje. Blizz stara się dodawać różne ewnety, aby gracze mieli co robić. Równolegle skopał kwestie robienia lochów na max poziomie. Zabicie wszystkich bossów jednego dnia oznacza, że następne podejścia do nich robi się dla samego treningu. Nagród już nie przewidziano. Żeby było śmieszniej rajdów jest zaledwie trzy i tak aż do mythic. Na pocieszenie dodam, tylko jeden z nich jest regularnie odwiedzany przez graczy.

Dziwnym trafem właśnie na samym początku WoW daje najwięcej. Naprawdę można się wciągnąć i odprężyć. Jest to nic innego jak gotowanie żaby. Bogata oferta i liczne atrakcje mają zasłonić pewien fakt. Gracz to to tylko trybik w maszynie. Ma uzależnić się i widząc, że wydał już odgórnie kasę nie może zrezygnować z dalszego grania.

Cena za zabawę

Blizzard to kanciarz jak się patrzy! Wszystko po kolei, jak co wygląda. W czasie, w którym grałem War of Warcraft płaciło się tylko w euro. Do wyboru była subskrypcja i czas cyfrowy. Pierwsza opcja to wybór czasu, za jaki odgórnie chce się zapłacić. Im dłuższy okres, tym taniej wychodziło. Kolejną opcją było wykupienie jednorazowego czasu, po którym traciło się dostęp do serwerów, aż do następnej wpłaty.


Istnieje też możliwość kupowanie tokenów za złoto w grze. Początkowo można było robić tak za każdym razem. Teraz to zmieniono i można co drugi miesiąc. Wydawca daje możliwość zwrotu wpłaconych środków. 

Jednak nie jest to tak oczywiste jak się wydaje. Wraz z deklaracją rezygnacji nie otrzyma się automatycznie środków za niewykorzystany okres. Oficjalnie nie posiada się już abonamentu, a jednocześnie „wspaniałomyślnie” dalej ma się dostęp do gry.

W pożegnalnej wiadomości od Blizzarda jest wyraźnie zaznaczona zachęta do ponownej aktywacji. Aby dokopać się do wiadomości o zwrocie środków na konto trzeba przebić się przez kilka podstron, aby to uregulować. Jest to świadome utrudnianie i sposób na legalną kradzież pieniędzy.


Tak oto przechodzę do podsumowania mojej przygody z War of Warcraft. Jest to doskonale przemyślana pułapka mająca wyciągnąć ile się do środków z konta. Oferują niesamowitą przygodę na starcie dając złudne poczucie wspaniałej przygody. Wszystko po to, aby stopniowo zabierać coraz więcej. Osoby które tylko pobieżnie interesują się tym tytułem mogą odnieść fałszywe wrażenie, że jest to piaskownica z niezliczoną ilością zabawek. Sytuacja jest całkiem odwrotna. Mamy tutaj ładne opakowanie z bublem środku, ale żeby nie było to za oczywiste zamaskowano to na tylko dobrze, że jak się człowiek o tym dowie jest już za późno.
Share:

Smaki Japonii, część 1: Co można kupić w Polsce?

W ostatnią sobotę była manga i anime, a więc teraz powinna być strefa gier. Nieoczekiwanie, ale nie do końca postanowiłem wrzucić całkiem nowy kontent na bloga. Raz na jakiś czas będzie pokazywał się mini test frykasów z Japonii.

Pomysł ten nie wziął się co prawda od tak znikąd, lecz jest to już historia do opowiedzenia na kiedy indziej. Zanim przejdę do omawiania samych produktów, które kupiłem wyjaśnię, na czym będzie to polegać.


Pierwszą i najważniejsza rzeczą są to moje luźne przemyślenia dotyczące recenzowanych produktów. Wstępnie każdy wpis miał być poświęcony poszczególnej kategorii np. instant ramen potocznie zwanym chińska zupką. Następnie słone przekąski, aż po słodycze, dania podobnie do naszych mrożonych pierogów. 

Na samym końcu planowałem gotowanie całkowicie samodzielne. Ostatecznie skończyło się tym, że sięgałem losowo po omawiane wyżej rzeczy. Dlatego podsumowanie wszystkiego pokaże się w ostatnim artykule.

Na pierwszy rzut ruszą Lay's Seaweed były to chipsy małe i jasnozielone chrupki. To co w smaku uderza są wodorosty nori, które można skojarzyć z sushi. Jednak takiego smaku jeszcze nie doświadczyłem w tego typu przekąskach. Mimo, że nie raz miałem okazję raczyć się tą niezdrową żywnością to napiszę, łał. Pierwszy produkt i już jest bardzo dobry. Warto wspomnieć, że jest naprawdę wyrazisty smak, a tekstura chipsa naprawdę zadowalającą. 


Chociaż się na to nie zwróci większej uwagi jeśli jedynym celem jest zjedzenie. Chips jest słony, ale nie przesolony. Zważając na to, że nie sole od kilku lat nie poraziło to w żaden sposób. Mało tego podkreśliło smak i mam straszną ochotę na więcej. Miłość od pierwszego kęsa. Wstępne wrażenia mocne 8/10.

Zupa Tempura Udon Noodle jak otworzyłem opakowanie spodziewałem się czegoś innego. W środku zamiast makaronu do udon zobaczyłem standardową zawartość chińskiej zupki. Sam termin jest błędny, bo to Japończyk wymyślił. Skoro zawartość była klasyczna to cala reszta już była tylko formalnością. Jedyne co pokrywała się z oczekiwaniami to sposób jedzenia.


Bez siorbania, czy też wciągania makaronu nie dało się obejść. Jakbym miał porównać nadruk promocyjny z zawartością to napisałabym tak: Wszystkie dodatki rzeczywiście są środku i nawet je przypominają. Szkopuł w tym, że zgarnięto je ciasno i zrobiono ostre zbliżenie udające, że jest tam tego więcej.

Smakowo było w porządku. Intensywny acz nie ostry, co pozwało całkowicie cieszyć się zawartością. Pierwszy głód jak najbardziej zaspokaja, ale ma się ochotę na coś więcej. Nie koniecznie na dokładkę, ale na jakiś deser. Jednak jeśli kogoś weźmie ochota na instant "ramen" udon to można brać bez wąchania. Kwestią sporną może zostać jedynie cena za ten specjał.

Miał być deser? No to wjeżdża w całej okazałości. Panie i panowie o to dorayaki. Zapraszam przy okazji do recenzji Kwiat wiśni i czerwona fasola. W tej produkcji wspomniany smakołyk odgrywa główną rolę.


Specjał to dość prosty w zrobieniu, bo małe naleśniki z nadzieniem. W tym przypadku była  czekolada. Jednak niezwijane jak u nas, a coś w rodzaju ciastek oreo. Nie jest to suche, ale wilgotne i pakowane wraz z pochłaniaczem tlenu. Wizualnie prezentuje się naprawdę zachęcająco. Inaczej się ma sprawa, jak się przejdzie do jedzenia.

Starałem się doszukać co mi to przypomina. Jednak nie nabrałem przekonania, czy to muffinki, czy inna wersja ciasta naleśnikowego. Tak czy siak, w jednym opakowaniu jest zaledwie 3 sztuki. Nie wielka to strata, bo jest to wyjątkowo nijakie. Nie mogę powiedzieć, że to dno, bo jadłem już gorsze rzeczy podobne do dorayaki.

Również polecić się nie da niczym nie zaskoczyło i się nie wyróżniło. Ocenić mogę jako przeciętniak, a jak nie trafi się nic gorzej zrobionego to spadnie na ostatnie miejsce. Daje 6/10. Naleśniki z czerwoną fasolą są minimalnie lepsze od tych z czekoladą. Ostatecznie to dalej dno (śmiech).


Sok z młodego kokosa 350 ml marki Foco jest słodki, a jednocześnie hmm, kwaskowy. Naprawdę zaskakujący smak, który zachęca do zgadywania. Jasną sprawą było, że to kokos. Intensywność uderza z każdym łykiem i zachwyca. Chciało by się napisać czuje tego kokosa. Czuło się jakbym się tam było. Taki produkt to ja rozumiem. Warto się nim zainteresować, bo w końcu się wie za co płaci. Ocena końcowa 10/10.

Mochi prosto z Tajwanu jedne z bardziej rozpoznawalnych wyrobów Japończyków, choć niekoniecznie przez nich wyprodukowane. W wersji nazwijmy to medium podzielono na trzy rodzaje otoczone sezamem, cukrem pudrem i cukrem trzciny cukrowej. W środku czekoladowe nadzienie, a do tego bardzo mięciutkie. Sezam się nie sypie, a po zjedzeniu 5 kawałków jest człowiek nasycony. Odbiór jest jednak pozytywny. Wiedzieć należy jak je sobie dawkować, aby nie nabrać negatywnego stosunku do tego ciastka.

Wreszcie legendarny Nissin Cup Noodles i co powiedzieć.... Jak wpadło komuś w ręce dobra chińska zupka ala rosół to już doskonale wie jak to smakuje. Dobrze ma się rozumieć, nic dodać i nic ująć. Odpowiedni balans i łagodny smak dający to co najlepsze, a zwłaszcza z tego typu produktów. Jest to równolegle moje dotychczasowe największe rozczarowanie. Liczyłem na coś znacznie więcej, a tu figa z makiem. A miało być tak pięknie.


Paluszki Pocky Matcha już co prawda jadłem te słodkie paluszki. Do tej pory moja opinia na ich była taka: ciasto do paluszków słonych, ale z polewą czekoladową. Teraz natomiast jest całkiem inaczej. Zgodnie z tym co napisał producent jest to mleczna słodka przekąska. Android dał trucizna xD Jednak herbata matcha to coś całkiem nowego. Podobnie jak nori uderza kubki smakowe. 

Zmusza, aby się zastanowić co tam dodali? W czym tkwi sekret? Po prostu jestem zaskoczony tym wyjątkowym smakiem. Niestety mam tylko jedno opakowanie i już zjadłem i wciąż doszukiwałem się tej nowości. Najchętniej porównałbym je do dobrego anime, w którym wprowadzono coś pozornie zwyczajnego, a tak naprawdę zgrania całą uwagę i jest o tym głośno w necie przez kolejne kilka dni. Jakbym miał ująć moje wrażenia w jednym zdaniu Chcę wincej, wincej Pocky Motacha Milk! Ocena końcowa 9/10.


Ramen z Hokkaido. Co tu dużo mówić? Jak na razie najlepszy ramen z tych co testowałem. Mimo że jest najdroższy, bo aż 19,90 zł to trzeba zwrócić uwagę na jeden fakt. Producent dał, aż 2 porcje, co powoduje spadek ceny do standardowej, czyli ok. 9 zł. Na opakowaniu chwalą się że produkują swoje rameny od 1878 r. W środku zamiast zestawu w klasycznej formie. Makron jest zapakowany w dwa osobne porcje, a wszystko leży na plastikowej tace, aby się nie połamał.

Ciekawostką jest, że makaron do ramen jest podzielony na porcje. Skoro przy tym jestem to wspomnę, że warto mieć jedno opakowanie makaronu pod ręką. według instrukcji do przygotowania zupy potrzeba pół litra wody. Na taką ilość bulionu jedna porcja nie starczy i zaraz się dołoży kolejną porcję makaronu.

Teraz coś o walorach smakowych. Pierwsze co zwróci uwagę, zanim się przełknie choćby łyk to zapach podobny do sezamu. Nęci i w nosie kręci, no bez żartów. Bardzo przyjemny i cały czas daje przyjemne bodźce. Ramen ten idealnie się nada dla tych, co nie chcą bawić się od zera w gotowanie, a jedynie dołożyć dodatki. Goście będą naprawdę zadowoleni.


Napój o smaku cola marki HataPierwsze co wyróżnia ten napój to już samo otwieranie szklanej butelki. Nie tylko nie ma tam nakrętki, czy innego plastiku tego typu. Trzeba specjalny "korek" zdjąć, aby za pomocą niego „werble”, wepchnąć szklaną kulkę do środka. W pierwszym momencie pomyślałem, a nie połknie się tego przypadkiem? O dziwo obawy były całkowicie nieuzasadnione.

Sam smak z colą wiele nie miało wspólnego bardziej przypominało to pepsi. Ale, tak czy inaczej, powiedziałbym, że jest dość delikatny. Spokojnie przypadnie wielu osobom do gustu. Nie będzie to napój podobny do tanich energetyków z Tesco. Nie było to bardzo gazowane, powiedziałbym, że lekko gazowane. Ostateczne nie było ponownie efektu, wow. Mam nadzieję, że pozostałe napoje będą miały ciekawszy smak. Ocena 7/10. P.S. Lemoniadowy jest po prostu cytrynowy nie jest to jakaś tragedia, ale jakoś liczyło na coś innego.


Napój Milkis bazujący na mleku i jogurcie. Tutaj robi się naprawdę zabawnie. Koniec, końców jest to oranżada, a dokładniej rzecz biorąc tak można odebrać ten napój. Wrażenie mam następujące orzeźwiający smak, który jest naprawdę dobry. Spokojnie można pić tego więcej. Natomiast same składniki mlekiem będącym są wyczuwalne daje to na plus. Puszka jest mała, a odbiór najprawdopodobniej będzie taki, że to zwykła oranżada o dziwnym delikatnym mlecznym posmaku. Ocena 7.5/10.

Pierwszy tekst wyszedł dość obszernie wyszedł jak widać. Wniosek wstępny jest taki: nie wszystko co japońskie to złoto. Część rzeczy zaskoczy, a inne rozczarują. Póki co mam jeszcze trochę rzeczy w zapasie i pojawi się co najmie jeszcze jeden artykuł. Jak dobrze pójdzie to wrzucę kolejne. Do kolejnego spotkania.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie