• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xbox One. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xbox One. Pokaż wszystkie posty

Dragon Ball Figher Z, czyli stare, ale jare (Recenzja Xbox One S)

Wielki powrót do dzieciństwa, a raczej sentymentalna podróż do czasu beztroski i starych klasycznych anime. Tym razem trzeba dokonać pewnej zmiany i sięgnąć po grę.

Będzie to pierwszy tytuł z gatunku dobrze znanego jako bijatyki, który omówię w tym roku. Dragon Ball Figher Z ograłem na poczciwym Xbox One S. Co prawda dało się to zrobić na Series X, ale jakoś postawiłem na oryginalną platformę.


Zacznę od rzeczy, jaka mnie oburzyła na dzień dobry. Nim zdążyłem zacząć grać zaoferowano przymusową reklamę swojego abonamentu Game Raka Passa. Jeszcze jeden raz można byłoby wybaczyć, ale to się działo za każdym razem. MS szybko stara się zebrać ujemne punkty.

Sytuacja znacznie się poprawia, po wejściu do lobby, gdzie czeka szereg atrakcji. Jeśli czujesz/jecie się na siłach można zabrać się za "mortalową" wieżę lub turniej mocy. O tym jednak napisze na końcu, bo to, co mnie przede wszystkim interesowało to kampania fabularna.

Okazuje się dość szybko, że nie jedna, a aż trzy story mod będzie do przybycia. Żeby nie zdradzać szczegółów zarysuje jedynie ogólne informacje. No dobrze, trochę się odniosę do pewnych wydarzeń. Postaram się jednak nie popsuć nikomu zabawy.


Od czego tu zacząć, a tak od początku... To, co może spodobać się starszym fanom tej franczyzy to powrót starych znajomych. Nie mówię tu o Goku i paczce, a antagonistach. Paradoksalnie zobaczenie starej gwardii było naprawdę sentymentalne.

Największym szokiem była zmiana języka na japoński. Musicie wiedzieć pewną rzecz. Gdy anime to było transmitowane w telewizji. Tak kiedyś oglądało się w Tv, a nie streaming jak dziś. Wracając do rzeczy. Smocze kule miały francuski dubbing, a potem już zmienili, ale to już inna historia.

Wszystkie kapanie łączy kilka faktów. Świat opanowały tajemnicze fale, które osłabiły najśliczniejszych wojowników. Dziwnym trafem armia czerwonej wstęgi ma coś z tym wspólnego jak i androidy. Pierwsze dwie kampanie się pokrywają fabularnie i wyjaśniają sporo niewiadomych.


Nie będzie to wielkim uszczerbkiem na „zdrowiu” jak zdradzę, czym jest tajemnicza dusza dzięki, której nasi milusińscy mogą walczyć. Uwaga, echem tu chodzi o nas. Tak dobrze czytasz o nas, czyli graczy. Jak już przy tym jestem wraz z rozwojem poszczególnych zawodników rośnie więź między duszkiem nazwijmy go Wojtkiem a danym wojem. Wiąże się to również z przełamaniem czwartej ściany kiedy się bezpośrednio zwracają do gracza.

Pierwsza trasa to praktycznie łatwa przebieżka mająca jedynie zapoznać z panującymi mechanikami. Nawet jak się człowiek nie stara to i tak się wygrywa. Każda walka opiera się na starciu dwóch drożyn, które składają się z trzech zawodników.

Dla hecy dodano informacje, w których ostrzegają, aby nie łączyć postaci, które za sobą nie przepadają. Jest to tylko dla jaj wstawione, bo naprawdę w żaden sposób nie wpływa na fabułę. To co bardziej może zainteresować to przebieg poszczególnych pojedynków. Wymagane jest eliminacja wrogiego zespołu.


O dziwo nie będzie to solo walka, a cała praca zespołowa. Takie żonglowanie bohaterami pozwala stworzyć naprawdę ciekawe kombinacje. Warto również zwrócić uwagę na cooldown. Nie ma tak dobrze, aby pożonglować według swojego widzimisię.

Wraz ze skuteczniejszym kręceniem combo nabija się specjalny pasek umożliwiający wykonywania ataków specjalnych.

Tak można streścić pierwsze dwie kampanie. Dopiero ostatni pokazuje w pełni działające Si. Srogie lanie dla nowicjuszy gwarantowane. Swoją drogą nie wspomniałem, o bonusach. Kiedy przemieszcza się po mapie w systemie taurowym można ugrać coś ekstra. 


Turowe poruszanie się w tej grze nie polega na naprzemiennych posunięciach w obu stron konfliktu. Wymóg jest taki, aby przejść do finalnego bossa w określonej liczbie ruchów. Przemieszczając się i walcząc leweluje się swoich zawodników jak i zdobywa pasywne umiejętności. Te natomiast trzeba wrzucać do slotów, aby móc ich użyć. Twórcy lubią przypominać o tym, żeby zmieniać składy, jakimi się gra.

O ile po przejściu 2/3 tej przygody, patrząc już całościowo. Nawet się na to nie zwracało większej uwagi. Po co się tym interesować, skoro nic człowieka nawet nie motywuje do takich działań. Na szczęście, albo i nie w ostatnim etapie wszystko się zmienia. Jak się dostanie bęcki to chęć i zainteresowanie wraca w 5 minut.

Teraz trochę wrażeń z samej rozgrywki, czy też zawodników. W większości wypadków gra się całkiem przyjemnie nie miałem większych zaostrzeń. Jeśli miałbym wskazać kto mi nie podszedł to wskazałbym na Cell.


Po każdej rundzie i jednocześnie lekcji, bo tak jest opracowana pierwsza kampania nawet się wciągnąłem. Dość dobrze devowie zachęcają do eksperymentowanie i zapoznania się tajnikami gry. Przez brak większego progu wejścia szybko ogarnąłem swój dream team.

Sielanka jednak się skończyła w momencie kiedy trzeba już wszystko ogarnąć na poważnie z uszczuploną drużyną. Tak jak pisałem już wcześniej zaczyna się robić rotacje w zespole. Dopiero na końcu mechanika regeneracji wychodzi na pierwszy plan.

Bardzo się męczyłem na końcu. Odklepując po raz enty kolejny wariant tej samej historii nie miałem większej motywacji. A na horyzoncie majaczyły już Gears of War 3. Więc nie zrozumcie mnie źle. Szlifowanie skilla nie było częścią mojego planu wobec Dragon Bal Fighter Z.


Nim skończę parę zdań o dodatkowych trybach. Dostępna jest już wieża, w ramach której trzeba stoczyć szereg pojedynków bez ani jednej przegranej. Jeśli komuś było mało to tutaj pojawiają się kolejni herosi do przetestowania. Korporacje nie były sobą jakby nie dodali pary dodatkowych zawodników za ukrytą płatną ścianą. Poklikałem trochę, ale jest to tylko ciąg dalszy tego co dobrze znałem.

Podobnie spraw się ma z turniejami mocy. Możliwe jakby dodali jakieś modyfikatory to, kto wie? Mógłbym się skusić na jeszcze parę rund, a tak z wielką chęcią odstawiłem to na półkę.

Podsumowuje Dragon Ball Faither Z w taki sposób. Produkt solidny. O całkiem dobrej optymalizacji. Wad ma nie wiele, ale potrenować trzeba, bo klikanie na palę nie jest właściwą drogą.

Najdziwniej wypada system zapisu. Pamiętajcie jak się zrobiło save to lepiej dać wyjście do menu niż zaczęcie mapy od początku. Szkoda na to nerwów i czasu, a zwłaszcza wtedy jak się pracuje. Ocena końcowa 7/10, gra jest po prostu dobra. Jeśli jednak ktoś preferuje taką rozgrywkę to może dodać punkt lub dwa. Animacje to cud malina, a klatkaż dostateczny, aby rozwinąć skrzydła.






Share:

Recenzja Mafia 3 (XboX One S)

Mafia to seria kultowa, o której słyszał zapewne każdy fan gamingu. Lecz każda legenda ma swoje zloty i upadki. Nie ona pierwsza i zapewne nie ostatnia.

Przychodzi w pewnych momentach taka chwila kiedy ma się ma ochotę zagrać w coś innego. Może to być niszowa produkcja lub jakieś krapiszcze. Normalnie tego ostatniego się unika jak ognia. Są jednak takie sytuacje, że człowiek chce się sam przekonać o tym na własnej skórze.


Mafia 3 Edycja Ostateczna jest jedną z tych produkcji. Niby się wiedziało co się brało, ale szok był pierwszo ligowy. Tytuł ten jest moim osobistym faworytem na najgorszą grę roku o jakiej napiszę na blogu.

Fabuła, tak historia wielkiej zemsty protagonisty jest naprawdę dobrze napisana. Jedynie jedno z zakończeń to już wielkie nie porozumienie logiczne. Śmiałbym napisać, że to co widać na finale to jakieś pomieszanie Bonda z Rambo. W sumie się nie dziwie, że osoba lub zespół położył krechę na tym scenariuszu, bo to co tutaj jest zadaniem fabularnym w innych grach robi za misje opcjonalną.

Sam początek kampanii jest taki jak w poprzedniej części, o której pisałem tutaj. Natomiast w momencie kulminacyjnym wszystko się zaczyna walić. Nie trzeba przejść całej gry, żeby wiedzieć co Mafia 3 ma do zaoferowania. Devovie opracowali zaledwie kilka rodzajów zadań, które się minimalnie różnią się od siebie. Natomiast trzon jest identyczny dla wszystkich.


No ok., ale co się właściwie tu robi? No cóż, nie mniej i nie więcej jak odbiera się wszystko siłą od don Sal Marcano. W wielkim skrócie trzeba wybić wszystkich jego podwładnych i przydzielać poszczególne interesy, a następnie dzielnice naszym podwładnym. Jednak jest to recenzja więc warto rozwinąć tą myśl.

W każdej dzielnicy siedzi podwładny antagonisty. Natomiast jemu podlegają pomniejsi bossowie ze swoimi interesami. Po przez usuwanie poszczególnych celi wzrasta irytacja głównej szychy na określonym obszarze i dochodzi do misji pozbycia się go. Tyle w teorii, bo oprócz tego dostaje się liczne misje poboczne ściśle powiązane z poszczególnymi towarzyszami.

Zacznę od swojego faworyta, czyli Vita. Chłopina się bardzo zmienił i poznaje się go w dość nietypowych okolicznościach. Głos jednak miał jak dzwon i wciąż się wcielał w niego Rick Pasqualone. Nie wiem czemu, ale jeszcze wtedy miałem nadzieje, że nie wszystko stracone. Co jest oczywistą bzdurą patrząc z perspektywy czasu. Dalej mamy Cassandra i Burke, którzy uzupełnia tą fantastyczną czwórkę.


Wraz z ich rozwojem dostaje się bonusy, które mają pomóc w przechodzeniu poszczególnych sprawach. Jednak nie jest to tak piękne jak się wydaje. Z jednej stronny dostaje się czasami jakieś gratisy w postaci zagłuszenia telefonów lub wezwania grupy uderzeniowej, ale najczęściej trzeba zapłacić i to niemało.

Nadmienię, że oprócz tego dostaje się dodatkowe umiejętności jak np. otwieranie zamka, czy lepsze bryki. Oczywiście dopiero po oddaniu dzielnicy. W praktyce jest tak, że wszystko co potrzeba jest już dostępne na poziomie podstawowym. A wszelkie dłuższe czasy w odwoływaniu policji, ewentualnie w wspomnianym wygłuszaniu linii telefonicznych nic więcej nie dają, a jedynie kosztują.

Jeśli doszukiwać się jakiś bonusów z przydziałów to można odhaczyć udziały jakie się dostaje za bycie głównym kierownikiem (śmiech). Wraz z brnięciem dalej w tym bagnie szybko zaczyna się doceniać goryli od Vita, bo to oni będą odgrywać pierwsze skrzypce i to nie jeden raz. Sporadycznie przydaje się odwoływanie policji. W większości wypadków wystarczy jechać jakby nigdy nic. Powód jest dość banalny zanim ktoś się zjawi w wyznaczonym obszarze nikogo nie zastaną.


Jednak jakieś małe plusy można zauważyć w czasie przechodzenia Mafii 3. Jednym z nich jest rewelacyjna muzyka jaką można słuchać czasie jeżdżenia autem, po mieście. Kolejny jest pokazywanie kierunku jazdy za pomocą strzałek przypominających znaki drogowe, a przez to nie wymagane jest wgapianie się w mini mapę.

Trudno zachwycać się i garnąć do każdej misji, która będzie polegała na tym samym, czyli odstrzeleniu kogoś. W najlepszym wypadku trafi się jakiś kapuś do rekrutacji. W ramach urozmaicenia można jeszcze zakładać podsłuchy, które to są ściśle strzeżoną technologią. Dziwnym trafem leżą na ulicy gdzie podobanie. Ach ci amerykanie. Wraz z tymi wtykami rozpoczyna się chomikowanie magazynów Playboya, plakatów, albumów muzycznych. Z góry uprzedzam króliczki zostały ugrzecznione, a więc szkoda fatygi.

Zachęcająco to się nie prezentuje, ale głowa do góry! Jeszcze nic nie zostało napisane o błędach, a tu dopiero zaczyna się prawdziwy koncert. Mafia 3 w wersji bez aktualizacji nie zapisuje stanu postępów plus standardowe problemy z fizyką itp. Rozsądnie rzecz biorąc wystarczy pobrać łatki i powinno wszystko hulać.


Niby tak, ale jak to zwykle bywa jest całkowicie inaczej. M3 dostaje dość częstych czkawek i się obraz od tak zacina. Jest to jednak pikuś przy częstym wywaleniu do pulpitu. Całość jeszcze potrafią okrasić skrypty, które odsłaniają wszelkie bolączki z Npc. Nie raz, nie dwa aktywowały się one dopiero jak Clay wszedł do jakiegoś pomieszczenia..

Warto wspomnieć o zabawnych sytuacjach związanych z czynnie działającymi pomocnikami. W jednym z baz wroga na bagnach trzeba było uwolnić zakładnika. O dziwo będąc na podeście nie dało się wezwać wsparcia, bo jest się za daleko. Jednak robiąc krok w tył wszystko już zadziało. Lecz zamiast standardowej trójki pokazał się cały tuzin. Trudno powiedzieć, czy tak powinno być. Możliwe, że przy maksymalnej wersji tak. Pewności jednak nie mam.

Co do innych pomyłek natury technicznej to można zaliczyć utratę kasy nawet wtedy kiedy odda się ją do depozytu. W samouczkach zapomnieli też dodać, że fundusze wydane na przysługi po powrocie do punktu kontrolnego też przepadają. Nieco mniejszego już kalibru potknięcie to brak przerywników z noszonym aktualnie strojem.


Na koniec jeszcze słów kilka o oprawie, W wersji na Xbox One S jest średnio, czasem zdarzało się, że był śliczne widoki. Sporadyczny to był widok, bo częściej przytrafiały się spore spadki tekstur, aż oczy bolały.

Podsumowując, czy warto zagrać Mafię 3? Jakby na to nie patrzeć to polecić nie da się tej produkcji. Wszystko co oferuje zaczynając od rozgrywki, a kończąc na poszczególnych mechanikach jest drastycznie różne od tego do czego przyzwyczaiła ta seria. Ocena końcowa 4/10.
Share:

Recenzja Shadow of Tomb Raider (Xbox One S)

Skoczyła, a następnie upadła i zakończyła swój żywot. Szybkie wczytywanie i znowu, aż w końcu jest udała się! Gra łaskawie zaakceptowała co gracz chciała zrobić. Jeeej!!!

Wiecie jakich gier nie lubię recenzować? Średnich, bo nie są na tyle wkurzające, aby wieszać na nich psy ani na tyle dobre, aby się rozpływać. Taki właśnie jest Shadow of Tomb Raider wydany na Xbox One.


Produkcja ta jest naprawdę porządna. Nie sugeruje, że świetna, a to, że zawiera wszystko to co powinna mieć gra 3a z tej serii. Lecz trawią ją liczne błędy. Premierę zaliczył ten tytuł w 2018 r. Prawie można poczuć się jakby był to właśnie ten rok. Liczne usterki jakie można zaobserwować wołają o pomstę do nieba. Szczęśliwie lwia część z nich jest czysto kosmetyczna. Niech za przykład będzie dziwnie poruszające się cienie, czy szarpane animacje obiektów widocznych gdzieś w tle. Nie zabraknie też zabawniejszych takich jak Npc siedzący w blacie.

Nie są to jakieś problemy rodem z Cyberpunk 2077, ale jednak są i trzeba o nich wspomnieć, bo częstotliwość jest naprawdę porażająca. Teraz warto przyjrzeć samej oprawie graficznej i rozgrywce. Pod względem wizualnym nie ma się do czego przyczepić. Wszelkie lokacje są zrobione na najwyższym poziomie niemalże fotorealistycznym. Jedynie modele bohaterów dalej przypominają, że nie jest to rzeczywistość. Gumowe oblicza są już ciekawsze niż ostatnio, a same włosy prezentują się jakby miał być czymś całkiem oddzielnym i samodzielnym zwłaszcza jak się człowiek przygląda Larze.

Miejscówki są o wiele ciaśniejsze, co bardzo się odbija na nieco zmodyfikowanym gameplay’u. W przeciwieństwie do poprzedniej części wrogów można się pozbyć całkowicie po cichu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby załatwić to nieco bardziej tradycyjnymi metodami. Jest jeszcze trzecia opcja, którą da się wykorzystać nielicznych przypadkach, czyli uciec i przeskoczyć za przysłowiowy płot. O ile w przypadku kiedy będzie to przeszkoda na korytarzowym odcinku idącym w jedna stronę jest to jak najbardziej ok. Inaczej się ma sytuacja kiedy stanie się to w samym mieście. Pościg, który urwa się w ułamku sekundy?! Jakaś kpina…


Nałożono większy nacisk na przebywaniu w ruinach, a być może cmentarzach. Sądząc po niezliczonej ilość kościotrupów, czy mumii. No mniejsza z tym, istotniejsze jest to, że poszczególne etapy są bardziej klasyczne w swojej strukturze, co zadowoli, co bardziej konserwatywnych fanów.

Pochwalić należy twórców za to, że gra umożliwia swobodne dostosowanie poziomu trudności do swoich potrzeb. Nie ograniczono się tylko do zmiany ogólnego wyzwania, a rozbito to na walkę, zagadki i eksplorację. Ba, w opcjach da się nawet zmodyfikować sterowanie tak, żeby gracze niepełnosprawni mogli czerpać frajdę z gry.

Mimo zmian, o których wspomniałem w rozgrywce, nie da się za bardzo ich wykorzystywać, bo jest tego na tyle mało i czas poszczególnych starć na tyle krótki, że przechodzi się przez nie dość gładko. Same bronie i resztę wyposażenia ulepsza się tak jak poprzednio, czyli tym co się znajdzie w czasie podróży.


Natomiast rozwój drzewka talentów wymaga pewnych korekt. Brak możliwości dobierania tego, co by odpowiadało każdemu z osobna jest nie na miejscu. Wymuszanie aktywowania sklilly dodatkowych należy wpisać na listę minusów Shadow of Tomb Raider.

Fabuła jest jaka jest. Na samym początku prezentuje się jak konsekwentna realizacja tego co zaoferowały poprzednie części rebootu. Następnie skręcono na boczny tor do stacji Trudne sprawy. Ostatecznie przywrócono wszystko na swoje miejsce. Zarzucano też, że Lara staje się w tej części bardziej mordercza w charakterze (bo w mordzie wrogów nic się nie zmieniło). Dopiero na samym końcu można temu przyznać rację. Ale tylko na słownie parę minut i wyglądało to naprawdę dobrze, a tak mamy Larcie, co przeżywa śmierć Bambi.

Kolejną sprawą, którą wzbudzała niepokój było pojawienie się tajemniczych (fanfary) bestii z czasów pradawnych (patrz: pradawni, wichrowa gwardia). Już nasuwały się słowa na usta, a po długiej nieobecności nawet westchnienie. Jednak nie słuszne to było, bo zaskoczyli miło. Nie będę o tym pisał niech spowije to mgła tajemnicy.


Gra stara się też zachęcić do wszelakich aktywności pobocznych po przez misje poboczne, czy polowania itp. Podzielić to można na fedeksy, a mowa tu, o przynieś, zanieś, pozamiataj i wszelakie łażenie połączone ze zbieractwem.

Czy warto zagrać w Shadow of Tomb Raider? Nie mogę całkowicie odradzać wam tego. Gra jest solidnym przeciętniakiem, który niczym nie zachęci ani odrzuci. Stan techniczny jest znośny, choć liczne drobne duperele będą drażnić co wrażliwszych. Jednak dla tych z was pragnących poczuć zew nostalgii do dawnych dobrych czasów na pewno się coś znajdzie. Ocena końcowa 6.5/10.
Share:

Recenzja Red Dead Redemption 2 na Xbox One S

Zanim zacząłem grać w Mafie 2 nasłuchałem się jak to długo się tam jeździ. Miałem tą informację zawsze gdzieś z tyłu głowy. Nie sądziłem jednak, że Red Dead Redemption 2 będzie wstanie ich przebić.

Będąc małym chłopcem bawiłem w dziku zachód udając Indiana, cowboy, czy innych bandytów. RDR2 daję możliwość wejścia w to na całego. Ludzie z Rockstar’a wyraźnie nałożyli na to nacisk. Stworzyli rozbudowany główny wątek, który pozwala wejść w ten świat całym sobą.


Sporo mówiono po premierze o tym, że ta produkcja nie jest dla każdego. Szczerze trudno mi się z tym zgodzić. Fakt, kampania jest dość długa, ale na pewno niewolna. Akcja rozwija się całkiem stabilnie i to równo tempo powoduje, że za każdym razem miałem ochotę na ciąg dalszy.

Syndrom jeszcze jednej tury był bardzo odczuwalny. Wracając jeszcze do specyfiki tempa w fabule. Uważam, że wspomniane na samym początku przemieszczanie się jest przyczyną ludzkich narzekań.

W późniejszych rozdziałach dostałem możliwość podróży pociągiem, czy innym dyliżansem itp., ale skorzystałem z tego raz bądź dwa z ciekawości. Jak się człowiek przyzwyczai do przemieszczania na wierzchowcu to praktycznie nie będzie korzystał z szybkiej podróży.


Warto zwrócić uwagę na żyjący świat. Wszystkie wydarzenia poboczne są ściśle powiązane z tradycyjnym podróżowaniem. Aktywują się one jedynie, gdy Artur jedzie drogą przez takie rozwiązanie jazda na przełaj niema sensu. Szkoda byłoby omijać i rezygnować z tych atrakcji.

Wrócę jednak do tego co najważniejsze, czyli fabuły. Perypetie jakie tu oglądałem dzieją się jeszcze przed tym jak John pozbywa się starych towarzyszy. Ba, nie jest on nawet protagonistą. No ok., wraca na to stanowisko w epilogu, ale to hen daleko po zakończeniu tej przygody.

Pierwsze skrzypce będzie grał Artur Morgan. Człowiek ten jest jak Nico z Gta 4. Trudno nie robić porównania do tej części serii, bo jest równie poważna i tylko gdzie nigdzie można doszukać się humoru typowego dla Rockstar. Satyra w grze chowa się on misjach pobocznych i teatrach / kinach. Jeśli zrobicie sobie przerwę od głównych zadań warto tam zajrzeć.


Występy na żywo to małe perełki ukryte przed graczem, który gania się od jednego punktu do drugiego. Show jakie jest tam robione to nie jakieś byle co robione na kolanie. Zapamiętam już na zawsze występ iluzjonisty, który twierdził, że złapie zębami pocisk. Chybiłem, lecz nie zabiłem. Może bym zapomniał o tym gdyby nie słowa, które powiedział. Nie mam zębów na klatce piersiowej. (śmiech)

Wracając jednak do głównego tematu. Historia upadku gangu, zasad i ideałów. Nie ma co ukrywać, że Red Dead Redemption 2 to dramat w sumie tak jak część pierwsza. Jest jednak pewna różnica względem RDR. Towarzysze niedoli nie są jakimiś płytkimi bohaterami.

Kiedy z nimi rozmawiałem, wypełniałem misje i świętowałem mogłem zobaczyć jakie są to niesamowici ludzie. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo w kontynuacji kreowali są jako cele do odstrzelenia i nic poza tym.


Przed premierą jak i tuż po niej chwalono się licznymi mechanikami rodem z survivali. Mięso będzie gnić jak się długo będzie trzymać, czy takimi mechanikami jak potrzebą snu lub jedzenia. Jeśli ktoś lubi się w to bawić to jasne można. Tylko jest to jedynie szuka dla sztuki.

Wszelkie nowości wyglądają tylko na papierze dobrze, a tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na rozgrywkę. Jedynie co się będzie dziać to non stop wyskakujące komunikaty typu twoja broń jest w złym stanie.

Na szczęście wciąż tak samo dobrze strzela. Wszystko byłoby było lepsze jakby de facto zmuszało gracza do uczenia się tych zasad i ich przestrzegania. Bez tego miałem jedynie zwykłą strzelankę.


Nie raz bym zapomniał o tych mechanikach, gdyby nie to, że usłyszałem, że mam za cienkie ubranie. Uwagi o braku grubej odzieży mogłem usłyszeć niezależnie od regionu w którym aktualnie przebywałem.

Mogę za to potwierdzić, że kasy jest za dużo. Zdobycie środków na rozwój bazy nie jest trudne i w końcu nie będzie co zrobić z oszczędnościami. Nawet kary po śmierci w postaci potrącanej mamony nijak nie wpływają na to. Przez tak niefortunny zabieg słuchanie jak to brakuję środków finansowych i trzeba dokonać ostatniego skoku robi się dość śmieszne.

Kolejną sprawą były rozmiary obozów w których nie dało się biegać, a jedynie truchtać. Początkowo też miałem takie wrażenie, że są jakieś nieczytelne, ale jak to zwykle bywa wystarczy się tylko do tego przyzwyczaić.


Chodząc tak można usłyszeć niejedna rozmowę i zorientować się z tym co się aktualnie dzieje. Obserwacje tego jakże żywego społeczeństwa daje sporo satysfakcji. Warto poświęcić temu swój czas, a na pewno sporo się zyska.

No dobrze, wyjdę teraz za ten obóz i przyjrzyjmy się otwartemu światu. Wspominałem o tym, że wszystko toczy się przy drogach. Jest to sprytne zastępstwo klasycznych znaczników, które można zobaczyć w typowych piaskownicach. Z jednej strony można pochwalić, za ich brak na mapie, a tak naprawdę one są tam tylko czekają na aktywację jak się znajdzie protagonista w ich pobliżu, aby broń boże ich nie pominąć.

Więc jest to bardziej zagranie pod publikę niż jakieś nowatorskie rozwiązanie (psss w Wiedźminie 3, też tak było. Tylko ciut lepiej wykonanie). Jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę. Podobnie jak w Red Dead Redemption misje od nieznajomych można skończyć innym bohaterem i znowu oni niewiedzą nagłej zmiany Artura w Johana i faktu, że minęło parę lat, a oni tam wciąż czekają.


Niektóre aktywności potrafią się powtórzyć, ale jest tego tak mało, że można przymknąć na to oko. Inną sprawą jest, że przez te mini eventy nabija się punkty honoru. Wydawało się, że może jakoś wpływają na rozwój wydarzeń itp. Niestety jest inaczej. Jeśli okaże się ktoś z was zbyt morderczy to pewne ubrania itp. nie będą dostępne.

Zadania główne są natomiast dość rozbudowane i mają sporo do zaoferowania. Choć sama końcówka była do bólu do przewidzenia to szczęśliwie w poprzedzających rozdziałach jest naprawdę dobrze. Jedyne co przy nich kulało to szybkość pojawia się policji. Jestem gotów zrozumieć pojawienie się świadka, którego trzeba uciszyć lub zagrozić, ale szeryfowie pojawiali się równie szybko, co policja w Cyberpunk 2077.


Skoro tak mierzyli w realizm to po kiego grzyba tak zepsuli ten efekt? Domyślam się, że chodziło, o dodatkowe itemy jakie można byłoby zdobyć, a tak po ucieczce traci się do nich dostęp. Co zabawniejsze nie z powodu tego, że znikają, a dlatego, że ich zabierają grabarze. Jeśli kogoś interesuje system walki to nic się tu nie zmieniło względem poprzedniej części mamy tu ciągle to samo.

Red Dead Redemption 2 ograłem na Xbox One S i nie mogę narzekać na optymalizacje, czy liczbę klatek, co prawda gdzie nigdzie mogłem zauważyć jak miasto w oddali doczytuje się na moich oczach, ale trzeba tego się doszukiwać. Jeśli miałbym zwrócić uwagę na jakiś problem to wykonywania niektórych komend. Dość często można było przepadkiem kogoś zaatakować zamiast sprzedać jakiś posiadany przedmiot lub zaserwować koniu uderzenia pięścią co źle kończyło dla Artura.

Podsumowując RDR2 jest warte uwagi, ale po raz kolejny nie dostałem tego co obiecano. W recenzjach rozpływano się jakie to wybitne dzieło, które jest solidne kandydatem na grę roku, ale tak naprawdę daleko do tego. Co nie zmienia faktu, że solidne 8/10 się należy.
Share:

Recenzja Vampyr

 Mamy 1918 r. w Londynie panuje wszem i wobec hiszpanka. Wcielamy się w powracającego doktora Jonathan Reid z trzyletniej wojny.

Nazywam się Piotr Salwa, ale znany bardziej jestem jako Bezimierz van Hellsing pogromca wampirów. Brytania zjednoczona jest pod berłem George Frederick Ernest Alber.

Mrok epidemii coraz mocniej zaciska się na Londynie? Sprawdźmy, czy DONTNOD poradzi sobie z tym wyzwaniem. Omawianą grę przeszedłem na Xbox One S. Można ją również ograć na pozostałych konsolach i PC z Win10.

Vampyr to cRPG osadzony w klimatach grozy i to bardzo sugestywnej. Świat ponury i okrutny. Tutaj nikt nie pocieszy i poklepie po plecach. Potwory wszem i wobec rządzą niepodzielnie w mieście, a ludzie ukryci są w wąskich dzielnicach. Skrywają oni swoje jeszcze mroczniejsze sekrety.

Nie należy traktować tego tytułu jako staro szkolnej produkcji, gdzie twórcy mieli wolną rękę i dość kasy, aby wcielić w grę wszystko co chcą. Vampyr to typowy segment budżetowy, co szybko zauważycie patrząc na oszczędne animacje twarzy głównych bohaterów jak i pobocznych.

Tytuł ten należy oceniać po przez pryzmat dość nietypowej mechaniki zdobywania poziomów. Nie zabraknie tu też tradycyjnej młócki mobów, czy zdań głównych i side q. Devowie wymyśli tu coś lepszego!

Protagonista jest wampirem, czy też ekonem jak mówią o sobie nieśmiertelni. Żywią się oni krwią i tu jest sedno sprawy. Jak sprawić, aby nie traktować żywicieli jako mobilne  level boosty?

Trzeba nadać im głębi jakiej nie zaoferuje nikt inny. O każdej napotkanej postaci niezależnej mógłbym napisać notatkę biograficzną na co najmniej jedną stronę A4 i to lekką ręką. Gdybym omówił ich wszystkich musiałbym poświęcić na to ok. 30 str.

Liczba dialogów jest naprawdę imponująca i warta wysłuchania. Jeśli jesteście nastawieni i przede wszystkim na tego typu aktywności to dobrze trafiliście. Nie zrobiono tego, aby zapchać jakoś te trzynaście godzin kampanii.

Ma to być sposób, abyśmy zastanowili się nad tym, czy na pewno chcemy kogoś zabić. Wszystkie dzielnice i ludzie tam żyjący są niczym sieć pająka. Powiązania między nimi są tak ścisłe, że można zwątpić.

Oczywiście możecie mieć to gdzieś i pójść się napić na jednego. DONTNOD przewidział to i stopniowo wraz z kampanią odblokowywał kolejne poziomy hipnozy. Dzięki temu nie zepsujemy sobie gry, a także będzie więcej czasu na zapoznanie się z tym co w grze jest dobre.

Skoro jestem jeszcze przy zdobywaniu poziomów. Trzeba pamiętać, aby pohamować pragnienie. Jeśli przekroczycie granicę wszyscy mieszkańcy giną, a na ich miejscach znajdziecie skale (wampiry niższe) i łowców.

A co jeśli jednak będzie się starali zbalansować tę „krwawą wagę”? Konsekwencje są naprawdę ciekawe! Od strajków, po tajemnicze zniknięcia, które będą wywoływały „wydarzenia” na mapie świata.

Rezultaty waszych działań nie będą takie jak w Wiedźminie 3, a raczej jak w nadchodzącym Dying Light 2, czyli środowiskowe. Otocznie będzie się zmieniać i nowi wrogowie zaczną się pokazywać lub starzy zmutują się.

Czyni to główny wątek dość liniowym, a wpływ na jego koniec będzie miało ile dzielnic przetrwało. Wewnętrzne historie są naprawdę dobrze zaprojektowane i wartę uwagi. Wiele postaci, które się spotka ma coś do ukrycia i warto się dowiedzieć co robią. Oczywiście wykorzysta się do tego „umiejętności szpiegowskie”.

Fabuła jest równie dobrze „związana” w głównym wątku, a decyzje jakie się tam podejmuje wypływają zasadniczo na balas świata. Jeśli gra doczeka kontynuacji i będzie możliwość importowania wyborów to będzie hit gwarantowany.

Przy misjach głównych decyzje są wyraziste pod kątem tego co możemy zrobić z pokonanym wrogiem. Trafiłem nawet na parę perełek, które w 100% mnie usatysfakcjonowały, a dzieje się to dość rzadko.

Niestety są też i takie momenty, że na jedno wychodzi. Nie ma nawet jednej różnicy w danej scenie, ale jak wspominałem na początku nie mamy tu gry 3a. Dlatego jestem wstanie to wybaczyć.

Przyszła pora na doktora, (ale suchar). Walka jest dobra pod pewnym względami nawet lepsza od tych z Ac Origins. Trzeba nauczyć się ataków przeciwników i wykazać się skillem. Nie miałem wrażenia, że uderzenie było przypadkowe, a rzeczywistym trafieniem w ciało.

Problemem w walkach był system namierzania. Każdego przeciwnika trzeba oznaczać, aby się do niego "przylepić". W przeciwnym wypadku to może trafi się go w dupę. Kamera dobrze chodziła nawet w zamkniętych pomieszczeniach, a więc niema problemu. W finałowej walce z bossem warto odpuścić przyczepianie się. Nie pisze czemu, sami zobaczycie.

Wraz z kolejnymi nowymi atakami zaczniecie odczuwać rozwój, a moby staną się coraz łatwiejsze. Z początkowych „przeszkód” zrobią się nich „apteczki” i ładowarki mocy. Dzięki temu nie będziecie się nimi nudzić.

Szybko ucząc się skilli, które wam pasują będzie można dobrać odpowiedni zestaw pod własne potrzeby, jeśli coś nie przypadnie do gustu zawsze jest opcja restartu w kryjówce. Będziecie korzystać z tego chętnie. Wrażenia i sposób spostrzegania walki zmienia się zasadniczo.

Będziecie też korzystać z dość pokaźnego arsenału broni, który da się ulepszać. Mamy do dyspozycji podstawową formę craftingu. Po przez posiadane surowce podnosimy rangę i efekty jakie ma wywołać ma broń. Więcej nie mam w tej kwestii do dodania.

Największą bolączką Vampyr jest backtracking. Patrzenie co chwila na mapę jest tu normą, chyba, że się dobrze orientujecie w terenie. Warto dokładnie przyglądać poszczególnym ścieżką. Skrótów nie brakuje, ale łączą się one często z kryjówkami rozsianymi po mieście.

Inną dość męczącą lub charakterystyczną zagadką jest to, że trzeba znaleźć wejście do budynku, bo główne w większości przypadków jest zamknięte. Nie będzie to spoilerem jak napiszę, że tylna furtka to właściwa odpowiedź.

Nie zabrakło też bardziej klasycznych błędów. Wrogowie potrafią utknąć w ścianie, obiekty się przenikają itp. Ale mamy też coś w rodzaju cenzury przy przekleństwach. Chodzi o to, że pewne słowa są nie wypowiadane. Były też i inne, ale nie miały żadnego wpływu na rozgrywkę.

Ostatnim dziwnym zjawiskiem było pojawianie się w losowych momentach komunikatu wczytywania się. Nie chodziło o przechodzenie do innej lokacji. Mogło się to dosłownie wydarzyć w każdej chwili. Trudno mi powiedzieć, czy to kwestia portu na konsole, czy coś więcej.

Podsumowując, Vampyr jest grą dobrą, ale nie wybitną. Sporo w niej ciekawych pomysłów jaki i soczystych kąsków o których warto dyskutować. Każdy kto lubi posłuchać dobrej powieści powinien się zainteresować. Tylko jak się skupi na historii to napisze pracę magisterską, a nie recenzję. Ocena końcowa 7.5/10  

Share:

Recenzja Metro Exodus

 Ostatnio mam szczęście trafiać na dobre produkcję. Zaglądając na bloga można mieć nieco inne wrażenia patrząc na wpisy z dlc do Fallouta.

Po przygodach w Indiach przyszła pora, aby ponownie ruszyć na pustkowia. Tym razem nie będą już to tereny Stanów, a naszego sąsiada Rosji. Musicie wiedzieć towarzysze, co jak co, ale postapo to oni mają o niebo lepsze niż ci cuchnący kapitaliści.


Żarty na bok. No z wyjątkiem faktów, że 4A Games mimo skromniejszego budżetu zrobiło o wiele lepszą grę. Czapki z głów. Zapytacie, ale co robią lepiej? Zacznijmy od tego, że Metro Exodus odwzorowuje świat bardzo, ale to bardzo wiernie.

Nie doświadczyłem tam, żadnej pseudo twórczej koncepcji zmieszanej z teoretycznie istniejącą architekturą. Jeśli scenariusz III wojny światowej by się spełnił to jestem przekonany, że świat wyglądał by tak jak pokazano to w ME. Oczywiście nie było tam potworów potocznie zwanych mutantami.


Lokacje w Metro Exodus są znacznie mniejsze, co pozwoliło na wypełnienie ich po brzegi zawartością. Każdemu, nawet mnie, udzielił się syndrom eksploratora. Czyszczenie map na maksa jest czymś tak oczywistym, że aż się zdziwię, że ktoś tego nie zrobił tego odruchowo.

Kampania jest dość krótka, bo zaledwie 15 godz. grania. Problemem nie jest czas sam w sobie, a to, że ma się ochotę na jeszcze więcej. Czuję, że wykupię dlc (patrzy na pusty portfel).

Każda misja to inny świat z własną historią. Raz trafimy na sektę amiszową, a innym razem trafi się na dno piekła i to dosłownie. Piękno i obrzydzenie przeplata się na każdym kroku. Nie raz można się zatrzymać w jakimś punkcie widokowym lub pomieszczeniu i podziwiać niesamowite detale.

Dodam, że to nie wszystko ma się rozumieć. Rozgrywka jest naprawdę krwista, ale lepiej nie być zbyt żądnym mordu. Doszedłem do momentu, który zainteresuje większość z was. Walka jest naprawdę satysfakcjonująca.

Dostałem dużą liczbę broni do wyboru. Każda daję inny efekt i to da się odczuć co bardzo mnie cieszy. Mało tego przerabianie splów i czyszczenie ich szybko weszło mi w nawyk. Dlatego zaprzyjaźniłem się z warsztatem błyskawicznie.

Zmiana części w broni palnej jest naprawdę sprytnie zaprojektowane. Przykładowo z zwykłego rewolweru można zrobić snajperkę itp. Generalnie, rzecz biorąc warto zbierać wszystko co się da, aby w czasie starć z mutantami lub bandytami  wyjść cało.


A skoro o nich mowa. Za dnia miałem mieć więcej czujnych ludzi, a za to zwierzyna będzie grzecznie spała. Mogę  się z tym połowicznie zgodzić. Raz udało mi się zaskoczyć latającego demona i władować mu całą serie w dupę.

Innym razem jak zmierzałem do jednego z punktów z misją fabularną nie mogłem się odpędzić od „gąbek” (potworów). Od razu dodam nie miało to styczności z wykonywanym q. Dopiero na poziomem łatwym można zauważyć subtelną różnicę dnia i nocy pod kątem liczby i rodzaju przeciwników.


Kolejną dość istotną sprawą jest pojemność magazynków. Byłem zaskoczony faktem jak mało można w nich pomieścić. Początkowo było to ok. 50 sztuk. Dopiero zmiana kombinezonu poprawiła tą sytuację.

Ciekawostką jest fakt, że w poprzednich częściach na poziomie średnim można było mieć ok. 200 amo. Pół biedy jak się walczyło z ludźmi, bo ci mieli swoje zasoby, gorzej jako to były moby. Jedyny wyjątek stanowi kusza. Bełty można wyciągać z truchła.

Dlatego tutaj ujawnia się drugie oblicze Metra. Skradanie się i cicha eliminacje. Taka zmiana taktyki to prawdziwy powrót do korzeni rodem z Tom Clancy's Splinter Cell. Posiadane przyrządy pomagają w określeniu, czy znajduje się w całkowitych ciemnościach lub świetle.

Warto jeszcze zaznaczyć na przykry skrypt jaki wprowadzili twórcy. Każdy przeciwnik zanim zdecyduję się zaatakować stoi jakieś parę sekund co umożliwia wbicia headshota. Trochę zbyteczne ułatwienie, ale co poradzić. Podobnie jest z "gąbkami".

 O ile walka z ludźmi nie zmienia się jak schodzi się z poziomem trudności to z mutantami już tak. Pierwsza rzecz to liczba ich. Od razu rzuci się w oczy, że jest ich mniej. Kolejną różnicą jest fakt, że zaczynają atakować na dystans. 

Co do cech łączących jest to, że zawsze na początku wystawiają się na odstrzał i jak wspominałem wyżej chłoną i to dość sporo amunicji.  

Przejdźmy teraz do fabuły. Tutaj też zachowano naprawdę wysoki poziom. Akcja ME zaczyna się w Moskwie, kończy na ziemi obiecanej. Można trochę to przyrównać do wędrówki Mojżesza.

W ciągu całej tej podróży poznamy lepiej każdego z Spartan. Mają oni naprawdę wiele do powiedzenia. Nie raz nie dwa, jak już chciałem zakończyć grę lub przejść do następnej misji, ale okazało się, że mają dużo, ale to dużo do opowiedzenia. W sumie każdy bohater towarzyszący jest gadułą.

Z jednej strony dobrze, a z drugiej obnaża problem z milczącym protagonistą. Nawet devowie robią sobie z tego jaja i podkreślają jaki on jest grzeczny i słucha zamiast drzeć mordę. Mnie osobiście to ani nie ziębi ani nie grzeje.


Jedynie odebrałem to jako cięcia w budżecie i próbę utworzenie lepszej możliwości wcielenia się w Artiemia. W czasie podróży będzie parę zwrotów akcji, których się nie spodziewacie ewentualnie zastanowicie coś tu nie gra.

Tak jak pisałem wcześniej każda mapa to inna historia z własnymi celami. Podobnie jak w stacjach metra społeczności żyjące tam są naprawdę niepowtarzalne. Nie da się ich pomylić, a do tego gdzie nigdzie trafi się na ciekawą osobistość.

Istotą rolę odgrywa sam pociąg Aurora. Momenty spędzone w tej strefie przejściowej wspominam najlepiej. Można się tam wyciszyć i praktycznie nie miałem ochoty stamtąd wychodzić.

W samej fabule nie zabraknie wątków rodem z klasyki literatury, gdzie musi wyjść na wierzch dramat lub ukazanie ważnych chwil wymagających odpowiednich decyzji. 

Przyszła teraz pora na wszystko to co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Z innych aktywności warto ratować napotkanych ludzi. Dzięki temu dostajemy bonusy i istotne informacje.  

Ostatnim wątkiem jest umieszczanie dużej liczby stert ze ludzkich zwłok. Gdy trafiłem na to raz za razem byłem pod wrażeniem jaki tworzyło to klimat. Potem długo nic… Znaczy się był to tu to tam szkielet lub coś innego. Lecz na końcu spamowali tym jak EA mikrotransakcjami.

Zamiast szoku, strachu, czy smutku to czułem obojętność wobec pozostałości zbrodni jakie miałem okazję ujrzeć.

Podsumowując. Metro Eksodus to naprawdę wybitne dzieło, w które powinien zagrać każdy miłośnik postapo. Mamy tu realistyczny świat wypełniony po brzegi w bogatą zawartość. Historia wciąga jak bagno. Walka jest naprawdę dopracowana. Jedynie czego można się czepić to kiepskiej animacji twarzy i błędów z fizyką. Ocena końcowa to nic innego jak 9/10.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie