• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Retro recenzja Cobra z 1986 r.

Zaliczyłem małą rozgrzewkę w postaci Commando, o którym czytaliście wczoraj. Przejdę teraz do części obiecanej. Groźni przestępcy i znani policyjni twardziele.

Mamy rok 1986 naczelne koguty nie wprost wojują o dominacje i żaden  nie ma zamiaru odpuścić. Walczą i pokazują gołe klaty, jakie to męskie. Jednak trzeba spojrzeć inaczej na tą kwestie i pamiętać jakie wtedy rządziły się realia.


Cobra to przede wszystkim Sylvester Stallone. W tamtym czasie był on u szczytu swojej kariery. Znał swoje słabe i mocne strony, co do tego nie ma wątpliwości, Pokazał to w Filmach z Rocky i Rambo. Reżyser George P. Cosmatos już miał okazję pracować z głównym odtwórcą protagonisty. Panowie znając się dobrze wiedzieli jak pokazać wszystko co ma do zaoferowania Stalowy Sylwester.

Nakreślę nieco zarys fabularny, abyście lepiej zrozumieli do czego dążyli. W tamtym czasie w USA przestępczość była bardzo wysoka. Nawet w pieszych scenach filmu podane są dane, co do częstotliwości ich popełniania.

Fabuła miała być czymś w rodzaju ku pokrzepieniu serc. Cobretti jest kimś w rodzaju kowboja. Głównym celem jest aresztowanie lub zabicie szalejącego mordercy. Jak się okazuje już na samym początku tak łatwo nie będzie. Nie ma jednak obawy jedno osobowa armia da sobie radę jak zawsze.


Odebrałem go jako nieco przerysowaną postać o staromodnym podejściu, gdzie wszystko jest czarno-białe. Tak to prezentuje się dziś, ale wtedy nie miało to większego znaczenia. Skoro jestem przy kolorach. Miały one spore znaczenie. Cobretti pokazywany jest zawsze z czerwienią i czernią. Jest to o tyle istotne z tego powodu, że te barwy zarezerwowane były dla antagonistów.

Zapewne zabrzmi to zabawnie, ale prezencja Stallone pasowała idealnie do bycie właśnie tym złym. Od pierwszych minut podkreśla się ten fakt. Pamiętacie w Commando wielkie mięśnie Arnolda i jego buty? Tutaj też zaczęto od obuwia następnie mocne zbliżenie na twarz, aby na końcu zrobić ujęcie na całego aktora ubranego oczywiście w czerń.

Tak się wtedy nagrywało, dziś się raczej tego, aż tak nie kultywuje. Stallone przyzwyczaił widzów do eksponowania swojego dobrze dociętego ciała. Drogie panie, bez obaw trochę fan serwisu będzie. W przypadku tego filmu golizny męskiej nie ma. Jednak w myśl kultu ciała dodano kilka ujęć mający podkreślić cechy fizyczne. Wykorzystano jeansy i widać ma dobre geny w postaci dobrze zbudowanej dupy aktora. Dziś takie coś nawet nie zwróciło się uwagę, lecz wtedy miało to spore znaczenie.


W filmie pojawia się też pewne nawiązanie do debiutanckiego filmu Rocky. Tam pokazano na jednym ujęciu jak wbija do kubka jajka, a następnie wypija całą zawartość. Tutaj jest coś podobnego, ale zamiast jajek pokazują się środki do czyszczenia broni. Natomiast zamiast pić to Cobretti je pizzę. Koniec biedowania, to czas zarabiania. Taki nieprzypadkowy zabieg był charakterystyczny dla gwiazd, które właśnie czuły się pewnie w branży.

Film Cobra miał być początkowo bardzo mocnym thrillerem. Jednak wtedy i w sumie jak i dziś oznaczało to klapę finansową. W Stanach funkcjonowała już odpowiednia instytucja ustalająca kategorie wiekowe dla filmów. Trzeba było jedynie ocenzurować i wszystko mogło iść do kin.

Nim przejdę dalej co nieco o antagoniście. Gagatek wcielający się w niego to Brian Thompson jest on kolejnym elementem łączącym Stallone i Schwarzeneggera. Otóż jegomość debiutował w Terminatorze, jaki ten świat mały. W tej produkcji miał okazję w pełni pokazać swój warsztat. Nie tylko miał odpowiednią aparycję. Postarano się, aby widz nieświadomie miał do niego wyjątkowy negatywny stosunek.


Jego pierwsze kroki w przeciwieństwie do protagonisty pokazują się w nocy. Zawsze jest ukazywany w cieniu. Aby spotęgować grozę sceny akcji z jego udziałem są tak zaplanowane, aby nawiązywały w swej budowie do horrorów. Żeby nikt nie miał wątpliwości co do intencji reżysera odtworzono scenę z Lśnienia. Tego nie da się odzobaczyć. Muszę jeszcze dodać fakt jak dobrze pod kątem fizycznym pasował jako głównym przeciwnik. Jest doskonale zbudowany co pokazano na samym początku co doskonale uzupełnia go jako antagonistę. W Commando tego niestety nie było. 

Teraz przyszła pora na mięsko, czy tam warzywa jak kto woli. Cobra dziś może wydawać się niekiedy banalne i dość zubożałe. Takie wrażenia wynikać mogą z zmian jakie zaszły w tworzeniu efektów specjalnych. Dziś wszystko robi się na green screenie, ale wtedy trzeba było się postarać wykonać to tradycyjnie, a to wiązało się z większym ryzykiem dla życia kaskaderów.

Zacznę więc od samego początku. W czasie napadu na Biedronkę, market znaczy się widać latający helikopter. Z pozoru jest to nic nadzwyczajnego. Ciekawostką jest fakt, że nie jest to wklejony obraz. Żeby takowy pojazd się mógł pokazać trzeba było przejść przez piekło licencyjne na nagrywanie scen tego typu.


Następnie pościgi sekty. Wcielający się ścigających aktorzy rzeczywiście spadali pod koła motocykli. Cudem był fakt, że nikomu się nic nie stało. Lecz wisienką na torcie był wcześniejszy pościg na autostradzie. Cobretti przekręca o 180 stopni samochód i niszczy auto nieprzyjaciela. Było to pierwsze tego typu wykonie takiej sceny.

Na koniec mała ciekawostka. Finał, który rozgrywa się w hucie nie jest planem filmowym jako takim. Był to prawdziwy zakład. Prace nad filmem były nagrywane po zamknięciu. Czyli w nocy. No ok, jeszcze jeden fan fakt. Pierwsze morderstwa jakie pokazano nagrano rzeczywiście w jednych z groźniejszych dzielnic LA.

Tak się prezentuje Cobra. Kawał dobrego kina będącego skarbnica ciekawych pomysłów. Dla fanów retro kina pozycja obowiązkowa. Ocena końcowa 8.5/10. A jak wy widzicie takie produkcje? Czy miałby szansę w dzisiejszych czasach?
Share:

Retro recenzja Commando z 1985 r.

Obiecałem filmy akcji, pełne zwrotów fabularnych i wybuchów. Będą, będą nie martwcie się! Na pierwszy rzut miała trafić Cobra z Sylvester Stallone z 1986 r. Przygotowując się do tej produkcji trafiłem na Commando z Arnoldem Schwarzeneggerem. Jak się okazało panowie z sobą ostro konkurowali. Natomiast wspomniane filmy są tego kwintesencją. Co wy na to, aby rozstrzygnąć w ramach rozgrzewki kto wypadł lepiej?

Film Commando w reżyserii Mark L. Lestera to klasyczny przedstawiciel lat 80-tych, gdzie męscy mężczyźni, robili męskie rzeczy. Mówiąc po ludzku napakowani kulturyści latali z wielkimi giwerami i robili antagonistą jesień średniowiecza z rock and rollową muzyką w tle, a na końcu odlatywali w helikopterach w stronę zachodzącego słońca. 


Tutaj nie jest inaczej, nie spodziewajcie się głębi, chyba, że w ziemi. Konstrukcja fabularna jest jak na dzisiejsze czasy dość prosta, bo i taka miała właśnie być. Commando to produkcja, przy której nie miało się mieć głębokich przemyśleń, a jedynie cieszyć oczy świetnymi efektami specjalnymi. Trzeba pamiętać, że CGI dopiero zagościło w ostatniej dekadzie XX w., a tym samym ekipa od „fajerwerków” musiała się postarać, aby wszystko było na swoim miejscu.

Jak już tak poklepałem, pora przejść krok, po kroku co ma do zaoferowania sam film. Protagonista jest byłym komandosem nazwiskiem Matrix. Ironią byłoby jakby zagrał go Keanu Reeves. Na dokładkę zdradzę nazwisko jego przełożonego… Kirby, oby się tylko nie nadymał.

Wyobraźcie sobie przylatuje sobie ów generał i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Byli towarzysze T-800 znaczy się Matrixa giną w tajemniczych okolicznościach. Szybko wychodzi na jaw w czym rzecz. Stare demony wracają i trzeba domknąć zaległe sprawy. Głównemu bohaterowi porywają córkę i zaczyna się zabawa. Tyle słowem wstępu.


W ciągu ponad godzinnego seansu w głównej mierze podziwia się stare auta i technologie, które wtedy uchodziły za nowoczesne. To na czym przyszło mi się skupić to na patrzenie z przymrużeniem oka na wszelki realizm jaki tam budowano. A także na zachowania, które dziś są bezsensowne. W końcu po co biec do budki telefonicznej? Dziś to nie trzymałoby się kupy, ale wtedy kiedy nie było tak szybkiej komunikacji zmieniało to postać rzeczy. Miało to tak spore znaczenie, że dało się na tym wybudować cały scenariusz.

Kolejna rzecz sceny walki, o tutaj zaczyna się dopiero najlepsza zabawa. Oglądając liczne filmy z van Dame, czy Seagalem narzekałem na brak realizmu. Chodziło o zwykłe przeładowanie broni, czy siły spluw z jakiej korzystali. W Commando nikt, ale nikt nie przejmuje się takimi drobiazgami. Wprost wszystko zostało przerysowane do granic możliwości. Absurd był tak duży, że nawet pokuszono się i pokazano jak niczym Hulk Arnold zrzuca z siebie grupę ochroniarzy.

Takich hec jest oczywiście znacznie więcej i nawet to zapisuje się na plus. Brak traktowania ich na poważnie, a bardziej luźne podejście sprzyja całemu doświadczeniu. Obstawiam się, że było to oczko w stronę fanów świeżego jak na tamte czasy Terminatora i budowanie wizerunku Arnolda Schwarzeneggera.


Warto wspomnieć o samej grze aktorskiej. Dialogów mówionych nie brakuje. Kiedy wypowiadają je bohaterowie drugoplanowi, czy antagoniści wszystko wypada całkiem znośnie. Szału nie ma, ale poziom zachowuje dobry. Sytuacja jest całkiem inna jak do głosu dochodzi naczelny duet. Matrix musiał słyszeć powiedzenie: mowa jest srebrem, a milczenie złotem.

Jego szersze wypowiedzi wypadają drętwo, nie ma co do tego wątpliwości. W główne mierze ratują go one-line teksty, w których w dość dowcipny sposób podsumowuje poszczególne wydarzenia. Podobnie wypada jego towarzyszka. Wstępnie przelatuje pod radarem, aby w późniejszym czasie zejść na ten sam poziom. Z jedną różnicą, jej nie dali nic ciekawego do powiedzenia.

Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Commando? Z całą pewnością tak! Jest to doskonale przemyślane kino akcji zdające sobie ze swoich mocnych jaki słabych stron. Wiedzą co i kiedy wyeksponować, aby utrzymać cały czas uwagę widza. Jeśli się szuka klasyki z komediowym zabarwieniem to jest to właściwa produkcja! Ocena Końcowa 8/10. 

Jak widzicie Stallone z swoją Cobrą będą mieć twardy orzech do zgryzienia. W następnym tekście okaże się, która produkcja pokazała lepiej męskich mężczyzn.

Share:

Recenzja anime Dagashi Kashi

Ohayo moi drodzy. Po jakże radosnej animacji Flying Witch przejdziemy do nieco bardziej energetycznego tytułu. Rozgośćcie się wygodnie, a ja zacznę opowiadać.

Dagashi Kashi to produkcja będąca jedną wielka reklamą słodyczy. Nie będę jednak uprzedzał faktów i postaram się rozłożyć wszystko na części pierwsze. Jak wiadomo Japończycy to łasuchy, a im bardziej urocze tym głośniej słychać kawai (słodki) lub oishi (pyszne). Fundamentem serii było przedstawienie nie tylko samych słodkości, ale przekąsek jako takich.


Żeby jednak nie było za nudno dodano równoległe wątki majce urozmaicić całą fabułę. Najważniejszym z nich będzie „trójkąt miłosny”, w którym nic nie składa się jak trzeba. Nie ma jednak powodu do zmartwień. Oprócz niego pojawi się próba pozyskania ojca protagonisty do wielkiej korporacji. 

Anime nie traktuje się śmiertelnie poważnie i od początku czerpie garściami z rożnych produkcji. Zacząć należy od wykorzystania typowych ujęć z shonen do przeprowadzenia zwykłych rozmów o mandze. Szybkie przycięcia zmiana perspektywy, aby poczuć się jakby było w samym środku akcji. Kropka nad i zaś wyraziste rozmowy między bohaterami z pomysłem na siebie.

Musicie wiedzieć, że twórcy nie tracili czasu i szybko wprowadzili pierwszą z dam. Hotaru to Hotaru prawdziwa pasjonatka małego co nieco. Nie została przedstawiona ani jako cundere, czy tsundere. Jest ona typem deredere, a po naszemu ma adhd. Jej zadaniem jest jak już wspominałem przejścia taty Kokonotsu do ich firmy rodzinnej.


Nawet w tak prostej historyjce da się zawrzeć nawiązania, które będą widoczne dla fanów chińskiej mitologii. A nawet dla miłośników mangi tworzonej od ok. 40 lat. Z innych plusów jakie warto wspomnieć jest pokazanie wnętrz, które są inspirowane tradycyjnymi miejscami jakie można spotkać w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla otaku nie lada gratka.

Warto nadmienić fakt, że nie łatwo będzie przejść przez przez tą serię. Każdy ma jakieś skojarzenia z tak zwaną japońszczyżną jest to stereotypowe myślenie o chińskich bajkach. Tutaj wszystko to zostanie podane na tacy. Cześć widzów to pokocha, a inny odbiją się od tego.

Wspominałem początkowo o trójkącie jest on, ale nie będzie raczej tym czego można się spodziewać. Są to tylko momenty kiedy o nich sobie przypomną twórcy. Starają się to zrobić na swój specyficzny sposób. Jeśli odgadnęliście sitcomy pamiętacie jak w określonym momencie słychać śmiech. Tutaj zastosowano tą samą metodę tylko w nieco zmieniony sposób. Podrasowano wszelkie subtelne, acz oczywiste dowcipy sytuacyjne, w których żartem jest nieporozumienie i błędna interpretacja.


Chciałoby się powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda, a wszystko łączy w spójna całość. No raczej nie… Niech za przykład wezmę zepsucie klimatyzacji w sklepie. Co należy w takim wypadku zrobić, aby towar się nie popsuł od upałów? Iść na basen! Przecież to logiczne, czego nie rozumiecie. Wydarzeń połączonych w ten sposób jest znacznie więcej. Pytanie, czy warto się tego czepiać skoro od samego początku rozgrywa się kliszowy maraton?

Przerabiając kolejne odcinki widać jak wachlarz nawiązań jest coraz to większy. Zabawa kolejnymi konwencjami i niedowiedzeniami robi swoje. Wszytko jest pokazane z wyraźnym dystansem. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. Jednak należy zadać najważniejsze pytanie. Ile będą ciągnąc ta parodie wszystkiego, co im się podwinie?

Wspominałem jaka jest to reklama, ale przy tej samej okazji sypią wieloma ciekawostkami. Zamiłowanie do edukowania przy zabawie jest jedną z powodów dla, których warto obejrzeć to anime. Przy okazji promowania i uczenia przemycane są i ważniejsze tematy jak np. hazard. Nie ma tam poważnej krytyki. Psułoby to całą narracje jakie została do tej pory stworzona. Starają się bardziej poruszyć istotne watki poboczne i ostrzec przed negatywnymi skutkami.


Powraca temat jednostronnych miłośnych relacji między „przyjaciółmi z dzieciństwa” wszystko po to, aby dodać kolejne dwuznaczności w retrospekcji. Tylko skąd mistrzyni wiedziała na czym polega zabawa w doktora? Zważając na jej młody wiek jest to bardzo podejrzane.

W anime jest zazwyczaj kilka odcinków bonusowych: plaża, festyn szkolny lub miejski. Ósmy odcinek w całości poświęcono festiwalowi miejskiemu. To co jednak w nim warto wspomnieć to odejście od klasycznego szybkiego przebiegu, w którym jest jedno może dwie sceny i sayonara.

Oprócz typowego aspektu edukacyjnego w postaci skąd mamy te słodycze wrzucono parę atrakcji z jakich da skorzystać. Pozwala to nieco szerzej zobaczyć na czym polegają tego typu ewenty.


W półfinale nie tracą na tempie, a jest zgoła inaczej. Przekąski wchodzą na kolejny poziom, który jak zwykle zaskakuje. Niezależnie od okazji można dobrać jakieś ciekawe dodatki nawet jeśli miałoby to być opowiadania o duchach. Nie pozostano tylko na tym jednym. Poszli o krok dalej i dodano wróżby i garść informacji co do sposobu dystrybucji produktów. Ciekawostką jest, że niektóre wyroby są rozprowadzane jednanie po południowej lub północnej części kraju.

Ostatnie trzy odcinki to w głównej mierze konsekwentna kontynuacja tego co już pokazano. Jednak twórcy o dziwo przypomnieli sobie o głównym wątku, który rozpoczął całą serię. Teoretycznie tak można było to nazwać. Jednak poszli w całkiem inną stronę i postanowiono na nieco pikantne akcenty.

Jakby zastanowiono to na drobnej rozbieżności w interpretacji wypowiedzi to podsumowało się jedynie brakiem pomysłu na zakończenie. W tym przypadku odsłoniło nieco greyowe oblicze bohaterów. Pokazanie ich fetyszy popsuło sielankową wizję milusińskich. Równolegle do tego nie zabrakło żenujących klisz z pośrednim pocałunkiem, czy retrospekcji wspomnień Kokonotsu.


Podsumowując, czy warto obejrzeć Dagashi Kashi? Przez większość sezonu jest to zbiór parodii różnych gatunków. Wiele motywów dobrze znanych, a tym samym fabuła jest dość przewidywalna, ale nie ma to większego wpływu, bo nie wpływa na odbiór tego sielankowego tytułu. Trzonem jednak była wielka reklama przekąsek słodkich i wytrawnych. Jeśli ktoś chciał się dowiedzieć, co warto zamówić i spróbować to właśnie Dagashi Kashi dedukuje we wszystkim. Ocena końcowa 6.5/10.

Od siebie dorzucam swoje testy produktów gastronomicznych jakie można kupić w naszym kraju: 

Share:

Ogłoszenie parafialne

Uszanowanie, od ponad tygodnia na blogu panuje grobowa cisza, a ja nic się nie odzywałem. Powodem tego była choroba, która mnie rozłożyła na ten właśnie czas. Jednak pomimo braku mojej aktywności pojawiały się liczne komentarze. Z głębi serca dziękuję za nie wszystkie. W gronie czytelników pojawiła się R.A.Ciężka. Witam serdecznie i zapraszam każdego na jej bloga. Znajdziecie tam liczne materiały mogące was zainteresować.

Na koniec parę słów co do tego czego możecie się spodziewać na nadchodzący weekend. W ta sobotę pojawi się ostatnia recenzja anime Dagashi Kashi. Miała być jeszcze jedna produkcja skupująca się na kulturze lub przybliżająca Japonię, ale z powodu odbytej choroby postanowiłem przełożyć na inny termin. W zamian za to przejdę do pomysłu jaki podsunął mi Kacper z blogu 137. Będzie to seria najlepszych filmów akcji skupiających się na gangsterach. Finałem tej akcji będzie coś w stylu "Moje top", w którym posegreguje się się poszczególne filmy według ocen. Zachęcam również was do oddawania waszych głosów na swoich faworytów!




Share:

Relacje z Jagacon 2025 (Publicystyka)

 Mieliście taki dzień kiedy przeglądacie sieć i nagle widzieliście coś czego się tam nie spodziewaliście? Zapewne tak, ale czy była to zapowiedź reaktywacji konwentu, na który uczęszczaliście przez kilka lat z rzędu?

Ostatnia edycja tej imprezy miała miejsce w 2022 r. Pisałem o tym tutaj klik.


Po jakże długiej przerwie ekipa ponownie się zebrała, aby reaktywować jeden z większych wydarzeń w świętokrzyskim. Jak powiedzieli organizatorzy jest to powrót do domu w pewnym sensie. Pierwsze edycje miały miejsce w Suchedniowie będącym w powiecie skarżyskim. Tym razem konwent zorganizowany został w Miejskim Centrum Kultury im. Leopolda Staffa w Skarżysku - Kamiennej.


Nie będę więcej truł i przejdę do setna. Od samego wejścia witały wolontariuszki odpowiadające za akredytacje. Natomiast w wnętrzu MCK znajdowały się liczne atrakcje. W pierwszej kolejności co rzucało się oczy to pierwsze stoisko wystawców i główna scena zlokalizowana w patio.

Dla uczestników zainteresowanych zakupem pamiątek, wyrobów rzemieślniczych jak i nerdowskich akcesoriów czekali sklepikarze w „kawiarni literackiej”. Taką nazwę nadano pomieszczeniu znajdującemu się po prawej stronie sceny. Natomiast ci co skierowali się na lewo wchodzili na rozgałęzianie, w którym po jednej stronie z widokiem na ulice strefa dla personelu. Natomiast wchodząc na korytarz równoległy do tego z wystawcami strefa gier bitewnych. W tej samej lokacji jest jeszcze jedna niespodzianka, ale o tym później.

Jak łatwo się domyśleć musiał być jeszcze jeden hol łączący wspomniane miejsca. Zarówno na korytarzu jak i w salkach zlokalizowanych tam znajdowała strefa gier planszowych i wideo. Ostatnią rzeczą jaka przyciągała uwagę w „kawiarni literackiej” była ściana figurek Finko pop, wróć! Bufet, tak o wałówce chciałem napisać.


Teraz warto zajrzeć na pierwsze piętro. Tutaj z kolei zlokalizowano sale prelekcyjną, strefę manga i anime, warsztaty artystyczne i sale do sesji rpg i larpów. Aby lepiej wszystko nakreślić dodam screenshot mapy. W dużym skrócie nad strefa gier bez i z prądem zlokalizowane były następująco patrząc od prawej strony budynku sala prelekcyjna, larpy, warsztaty, manga i anime. W pozostałych pomieszczaniach, które zostały udostępnione rozgrywały się sesje z mistrzem gry.

Teraz jak mniej więcej wiecie jak wyglądał rozkład budynku przejdę od omawiania poszczególnych atrakcji. Punktualnie od godzinie 15:00 na głównej scenie zaczęło się przywitanie przybyłych gości. Przedstawiono, krótka genezę Jagacon i w jaki sposób przywrócili do życia to wydarzenie. Nie zabrakło też przedstawiciela władz. Jak wiadomo najbardziej lansują się ci co najmniej zrobili.

Potem zaczęło się tradycyjne chodzenie od miejsca na miejsce i zaglądanie, co się tam kryje. Części ogólnodostępne przez które przewijali się wszyscy niezależnie od tego, gdzie mieli zamiar spędzić najbliższe godziny przewijali się „obficie”. W piątek pomimo bycia wielkim otwarciem w stopniu umiarkowanym przyciągnęło ludzi.


Dodam już teraz, aby nie było niedomówień w sobotę sytuacja odczuwalnie się zmieniła. Jako, że to dzień wolny i paragram najbogatszy to i zainteresowanych mieszkańców było znacznie więcej. Konwentowicze oblegali głównie gry bez prądu. Trudno się dziwić jak wybór był naprawdę bogaty. Sytuacja w części z prądem wyglądała nieco skromniej. Jednak każdy fan Heroes of Might and Magic III mógł liczyć na godziny przedniej zabawy. Nie zabrakło tam też konsol jak PS5 Slim, Xbox360 z kinectem . Znalazły się też replikę retro konsoli (Famicon), i Atari Gamestation Pro czyli emulator.

Pierwszym punkt w jakim wziąłem udział był: „Samuraje, sakura i shōgi – Japonia na planszy!” (Jakub „Erubarn” Kornaś). Jako na początek było całkiem znośnie. Nie będę się mądrzył: zrobiłbym to lepiej, ale doceniam trud jaki włożył w przygotowanie panelu. Natomiast to co należy pochwalić to solidne przygotowanie merytoryczne. Mimo nie bycia fanem gier tradycyjnych poczułem się zachęcony do sięgnięcia po jakiś tytuł. Tylko żebym miał jeszcze z kom zagrać.

Przyznam się bez bicia kolejny wykład był dla mnie o wiele ciekawszy. Zaraz dowiecie się czemu! „Nieludzki humanizm – świat i fabuła NieR: Replicant i Automata” (Jakub Kundera). O drugim tytule, który był omawiany napisałem recenzje:




W tamtym momencie zrozumiałem jedno. Muszę zagrać w główną cześć serii Nier. Świat jaki został przedstawiony okazał się o wiele bardziej złożony niż początkowo się wydawało. Wszystko szło w bardzo dobrą stronę, ale towarzystwo nie biorące udziału nie umiało uszanować innych. Ciekawe było to jak wyglądała sytuacja po przeciwnej stronie. W przy sali prelekcyjnej nie było takiego problemu, coś musiało być na rzeczy. No nieważne…

Gwoździem programu piątku, w mojej opinii było „Wstęp do uniwersum Warhammera 40k” (Jarosław „Artamir” Dróżdż). Dwugodzinna prelekcja łączona z bardzo chętnie udzielającymi się słuchaczami. Wszystko to jednak było zaledwie kroplą w morzu. Uniwersum Warhammera 40k to prawdziwy worek bez dna. Osobiście byłem zachwycony nie tylko licznymi ciekawostkami, ale i naprawdę charyzmatycznym prowadzącym umiejącym poprowadzić ten punkt programu.

Następnie powrót blogu manga i anime, gdzie miało miejsce „Haikyuu – czy i jak wpłynęło na siatkówkę?” (Michał „Orzi” Orzechowski) tytuł, który był motorem napędowym tego tematu powstał w jednym celu promocji aktywności fizycznej. Podobnie było z Yuru Camp, czy Dumbbell Nan Kilo Moteru?: Silverman-Gym Oni Tore Kouza. Można nazwać to naprawdę niezłą gratką dla miłośników tej dyscypliny. Nabiera to większego kolorytu, jak się weźmie korektę na to, że odnosiło się do dość niskich Japończyków. Dodam małą ciekawostkę Orzi jest weteranem Jagacon i za każdym razem udziela się kolejnych edycjach.


Ostatnim punktem, o którym wspomnę z minionego piątku było „Popkulturowy Sąd Ostateczny: Czy wszystko musi być 'woke’ czy 'anty-woke’?” (Michał „Swarley” Stempkowski). Tutaj rozpoczęła się o wiele dłuższa historia. Okazało się, że prowadzącego jeszcze nie raz spotkam w sobotę. Nie trudno się domyśleć jak gorącym był to temat, bo w sumie wciąż jest. Szczęśliwie wszyscy byłi zgodni w tym piszący te słowa.

W sobotę ludzi było sporo, tak jak pisałem wcześniej. Na dobry początek poszło „Resident Evil – ekranizacje są dobre, to Wy nie pamiętacie jak wyglądały gry” (Michał „Swarley” Stempkowski). Szczerze z filmów oglądałem tylko to: Resident Evil: Witajcie w Raccoon City. Patrzę kontem oka jak podsumowałem ten film. Niema czym się chwalić (śmiech). Najlepsze jest to, że pomimo bycia zlepkiem dwóch części jest najwierniejszą adaptacja gier jakie powstały. Jeśli narzekacie na aktualne odchodzenie od źródła to trzeba przyjrzeć się tamtym filmom.

Po tym panelu o zombie poszwendałem się po piętrze i zajrzałem na scenę z której odbywało się „Przedszkolanka kontra Demony. Mitologia słowiańska we współczesnym świecie” Spotkanie autorskie z Katarzyną Wierzbicką. Od czasu Wiedźmina 3 zainteresowanie mitologią Słowian wzrosło, czemu nie ma co się dziwić. To co zaskoczyło mnie i zapewne wielu to różnice między oryginalnym przekazami, a tym jak je przedstawione w wieśku. No kto by się spodziewał...


Kolejne panel będący numerem uno w sobotę był „O bocianach które leczyły, czyli jak lekarze plagi przeniknęli do popkultury” (Szczepan „Doktor Corvinus Krukowski” Rutkowski). Gdzieś pod spodem, a może wcześniej wrzucę zdjęcie prowadzącego, którego cosplay był rewelacyjny. Historia doktorów plagi jest naprawdę ciekawa, ale jak zwykle bywa nie tak ekscytująca jak ją prezentują w pop kulturze. Nie zmienia to wzorowo przygotowanego tematu.

Pora na niespodziankę jaka mnie spotkała w sobotę. Przechodząc i cykając fotki makietom gier bitewnych zauważyłem jak ludzie idą do sali kinowej. Niewiele się zastanawiając przeszedłem za nimi. Prawdziwy efekt stadny. Tak, czy inaczej patrze ludzie się rozsiedli w pierwszych rzędach i częściowo w kolejnych. Okazało się, że tym razem pójście z falą okazało się dobrym posunięciem i trafiłem na konkurs cosplay. Pierwszy raz byłem na czyś takim, a więc nie mam punktu odniesienia. Więc napisze krótko podobało mi się.

A teraz na poważnie. Każdy z uczestników przedstawił mniej lub bardziej interpretacje, a nawet idealnie odtworzony kostium. Przypominało to Mam talent. Po prezentacji jurorzy poszli się naradzać, a uczestnicy konkursu dostawali pytania od publiczności. Była jedna nagroda główna w wysokości 1000 zł, a pozostali wyróżnienia.


Pomimo bycia fanem Władcy Pierścieni to nie byłem wstanie umieścić „Śródziemia – Upadek Królestwa Arnoru” (Przemysław Płachciński) jako top 3 atrakcji w sobotę. Nie byłem rozczarowany w żaden sposób poziomem dyskusji itp. po prostu było dobrze i nic poza tym.

Bardziej wciągnęło mnie „Doktor Who od podstaw” (Dominik Śnioch). Jak powiedział prelegent jest to najdłuższy serial ze swojego gatunku. Nie było to przesadą, bo początki były jeszcze czarno białe. Pewne rzeczy jakie fani znają, czyli zmiany doktora co serial miało dość nietypowy początek. Nie zmieniano go, bo miał mieć takie od początku moce, czy inne duperele. Wynikała o to tylko z tego, że odtwórca odszedł i trzeba go było kimś zastąpić.

Na finał dnia poszło „Kosmiczne podróże i ewolucja człowieka” (Edwin Sieredziński) czym się wyronił ten punkt od reszty programu? Trwał zaledwie dwadzieścia parę minut. Następnie Edwin swoim oryginalną osobowością i sporym entuzjazmem.


Niedziela natomiast ostanie spojrzenia i w sumie tyle. No nie, coś było chociażby „Zwariowany świat Hideo Kojimy” (Michał „Swarley” Stempkowski). Przedstawienie postaci mistrza i jego twórczości to dość wdzięczny temat. Przez te wszystkie lata Kojima zabłysnął licznymi pomysłami, które mocno przybiły się do ogólnej świadomości graczy. Nawet ci co nie grali wiedzą i coś kojarzą.

Cały konwent zakończył się „Sezon anime lato 2025” (Agnieszka „Hime” Lipiec i Przemysław „Filuś” Koczotowski). Pożegnanie było sentymentalne. Taki przegląd był na każdej jednej imprezie, czy to Jagacon, czy Sabat na Targach Kielce. Najważniejszym elementem było dowiedzieć się co warto obejrzeć. Teraz jak człowiek na bieżąco ogląda kolejne sezony to już bardziej uzupełnienie. Ale jakie to miłe.

Tak prezentowało się Jagacon 2025. Miało liczne wzloty i drobne potknięcia. Wierzę jednak w dalszy rozwój i jeszcze większy rozmach w przyszłorocznej edycji na którą się udam.

Zdjęcia zawarte w tekście zostały zamieszczane za zgoda organizatorów. 
Share:

Recenzja anime Flying Witch

Pora na kolejny odcinek spokojnych anime. Na warsztat leci Flying Witch. Obiecuje uroczyście nie będzie tu żadnych niespodzianek.

Powinienem zacząć od tej produkcji, bo jest podręcznikowym przykładem spokojnego anime. W praktyce niczym się nie różni od zwykłego serialu obyczajowego. Jeśli się czegoś doszukiwać to lekkiego humoru podkreślanego przez typowe dla tego typu dzieł kreską.


Na samym starcie jest wielki przeskok od tego co można zazwyczaj zobaczyć w japońskich tytułach. Zamiast wielkiego miasto typu Kioto będzie mała miejscowość prawie wieś, która jest gdzieś hen na Hokkaido lub innej prefekturze na północy. Skąd to wiem?

Jest to dość oczywiste w pierwszym odcinku Makoto (protagonistka) mówi, że jest kwiecień, a śniegu jest sporo. Chodźmy dalej, no właśnie jedną z istotniejszych cech na których będzie bazować bohaterka to bycie taką uroczą gapą, albo jak to mówią otaku moe.

Od samego początku twórcy przedstawiają szeroki wachlarz postaci od głównych przez poboczne, a kończąc na epizodycznych. Mało tego po pierwszym epizodzie już jest zapowiedź kto jeszcze się pokaże, ale tak, aby nie zdradzać kto dokładnie.


Oprawa Flying Witch ma malarski sznyt. Jest to bardzo widoczne zwłaszcza jak są przebitki na wszelkie krajobrazy. Jednak w tym gąszczu piękna nie sposób nie wspomnieć o ograniczonej ilości animacji. O ile na istotnym fabularnie postaciom nie mogę nic zarzucić tak ich otocznie jest tylko nieruchomym tłem, są też wyjątki. 

Nadmienię później o pewnym easter eggu, który zaskoczy fanów mangi i czarów. Młodsi widzowie zapewne nie skojarzą, ale już stare pryki będą wiedzieli o co chodzi. Najprzyjemniejszą rzeczą w oglądaniu tej serii jest błogi spokój.

W głównej mierze obserwuje się codzienne perypetie bohaterów. Bardzo dobre relacje między nimi są całkiem zmyślnie napisane. Żeby jednak nie było za nudno poszczególne wydarzenia jakie maja tam miejsca opierają się na kilku elementach. Pierwszy to magiczna natura Makoto. Skoro jest czarownicą to czemu tego nie wykorzystać?


Rodzina u której mieszka zyskuje dzięki temu nowe przeżycia. Jej największym odbiorcą będzie najmłodsza Chinatsu – chan. Jednak to nie koniec jej udziału w tej historii. Kolejną istotną sprawą jest gotowanie. To już nie jest przypadek… gotowanie jest nierozerwalnym elementem w spokojniejszych seriach, gdzie ma być lekko i przyjemnie.

No i krem de la krem promowanie regionu. Wszystko w przystępnym sposób, aby nie zaburzyć odbioru anime. Dalej twórcy idą w bezpiecznym kierunku jakim był festiwal, który pozwolił dodać nowe wątki do całości. Wprowadzając kolejne bohaterki mające swój debiut w pierwszym odcinku.

Nowa wiedźma Inukai została wprowadzono jako postać o wielu twarzach, a w głównej mierze miała dać wiatr w żagle w połowie sezonu. Przy tej okazji mogłem się dowiedzieć o poziomie lokalnych wiedźm. No co tu dożo mówić za dobre nie są w te klocki.


Wiecie co jest najlepsze w Flying Witch? Da się tu upchać sporo i nic. Praktycznie można streścić, omówić w paru słowach to co się tam dzieje. Wraz z rozwojem wydarzeń. Istotniejszym pytaniem byłoby jaki jest sens oglądać ten tytuł? Powiem szczerze, nie dla historii, bo tam się nic nie dzieje. Tutaj bardziej chodzi o klimat i sposób w jaki oddziałuje na odbiorcę. Uspokaja i sprawia, że człowiek się czuje zrelaksowany.  

Oglądając dalsze losy wieźmy i jej bliskich można jedynie się relaksować i przy okazji się nauczyć modlić w świątyni według ich zasad. Przyznaje dość nieoczekiwany sposób na to, aby dowiedzieć się jak wygląda poprawne modlenie się według tamtego obrządku.

O czym jeszcze tutaj warto napisać? Niech będzie o prawie graficznej. Wszelkie budynki są przepełnione szczegółami, a szanowne panie i jeden kawaler robi lekko przerysowane miny. Taki maja tam klimat. Dość często i gęsto są robione ujęcia na wnętrza poszczególnych domów, czy też innych lokali.


Skoro przy tym jestem to nie mogę się oprzeć i wspomnieć o kawiarni Shiiny, która stworzyła naprawdę przytulne miejsce, w którym chciałoby się zostać na dłużej. Hmm, być może to sielankowe życie jakie pokazano jest naprawdę przekonywujące.

Kontynuując pod koniec sezonu zmienia się nieco rozwój wydarzeń. Z przypadkowych momentów ułożonych w losowy sposób zaczyna wyłaniać się coś co można nazwać spójną całością. Pomimo tego sielanka dalej jest tam na porządku dziennym i nawet sobie z tego żartują.

Podsumowujmy czy warto obejrzeć Flying Witch? Sądzę, że jak najbardziej warto poświecić trochę czasu na tą serie. Anime pokazuje uroki życia na prowincji i charakterystyczne zwyczaje dla Japończyków. Nie jest to głównym trzonem, a jedynie pobocznym. Bardziej można wyróżnić uspokajające działanie na widza. Pokazanie błogiego spokoju życia codziennego niezwykłej rodzinki były naprawdę pocieszne. Natomiast dla tych co uważnie oglądali to zauważą parę ukrytych smaczków. Ocena końcowa 8/10.

P.S. Podpowiedź zwróćcie uwagę na okładkę opakowania filmu i obraz w kawiarni. Jedna podpowiedz już zobaczyliście czytając tą reckę.  
Share:

Recenzja anime Nihon e Youkoso Elf-san (Sezon 1)

Na dobry początek pójdą anime z gatunku okruchy życia. Czy też jak wolę je nazywać relaksacyjne. Charakteryzują się głównie skupianiem się na wątkach fabularnych i unikania wszelkiej przemocy, czy epickich starć.

Nihon e Youkoso Elf-san jest nie do końca czystym przedstawicielem tego gatunku. Posiada drobne wtrącenia z ecchi i shonen. Jednak biorąc rzecz całościowo jest to obyczajowy tytuł. Wszelkie odstępstwa rozłożone są po trochu w całym sezonie. Jednak dawka dwuznaczności jest naprawdę symboliczna.


Nadmienię, że wynika to z fabuły, która w głównej mierze skupia się na romansie głównych bohaterów. Rezultatem tego będą typowe heheszkowe sceny jakie można obejrzeć w innych produkcjach. Interesującym elementem jest próba pokazania odwrotności klasycznego Isekai. Już w takim Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chū dało się zauważyć jak odczuwalnie podkreślają te różnice kulturowe. Tutaj wszelkie zachwyty i zdziwienia będą na porządku dziennym.

Istotny jest niski próg wejścia i brak bodźców mogący odwrócić uwagę od fabuły. Zasugerowałem się komentarzem od Przygodozona. Mam nadzieje, że przypadnie Ci do gustu ta polecajka. Wracając do rzeczy, relacje między Kazuhiro i Marii to klasyka gatunku. Zachowują się jak stare małżeństwo, które jest wciąż w sobie zakochane. Kawai!

Innymi dobrze znanymi elementami to oczywiście zamiłowanie do kuchni. Powtarzałem to nie raz, ale napiszę ponownie. Oni naprawdę kochają jedzenie i uwielbiają to podkreślać na każdym kroku. Więc nie ma czemu się dziwić jak będzie to dość często wyciągane z rękawa. Odmianą natomiast jest poznawanie języka japońskiego przez Marii. Wszelkie przywitania typu Okaeri (おかえり), czy życzenie smacznego ita taki mas (いただきます).


Ich przygody nie są do końca jasne, do czego tak naprawdę zmierzają? Czas podzielono między światem rzeczywistym, a tym fantastycznym. Sekcje te są całkowicie odrębnymi bytami. Można powiedzieć niemalże niezabijającymi strefami mogącymi funkcjonować jako osobne kampanie.

Dość szybko wprowadzono nową bohaterkę. Jednak nie jest to zapowiedz haremu, ale jedynie postać towarzysząca. Warto się będzie przyjrzeć owej osóbce, po będzie kontrastem do Władcy Bestii z Clevatess: Majuu no Ou to Akago to Shikabane no Yuusha. Nie ma co ukrywać, obie produkcje celują w całkiem inne wątki, fabułę itp.

Kolejną sprawą jest niepotrzebne wtrącenia  typu shonen w krainach inspirowanych starożytnym Egiptem i nie tylko tam. Pierwsze, co się rzuciło w oczy to luzackie podejście do walki będącej wąskim epizodem nie mającym odgrywać ważniejszej funkcji w narracji.


Niespodzianką nie będzie jak wtrącę fakt, że znowu wrócili do świata rzeczywistego. Rozwinięto tam wątki dobrze znane jak poznawanie zasad życia społecznego, czy językowe. Praktycznie nawet można się czegoś nauczyć. Przykładowo skróconego przedstawienia się, czy przyrostków dorwanych do imion.

Twórcy poszli nawet o krok dalej i dali trzęsienie ziemię jako uzasadnię fun serwisu. Oprócz tego pokazano jaki obywatele są informowani o zagrożeniu itp. Wyszło z tego pożyteczne z przyjemnym widokiem dla oka. Najbardziej pocieszne są reakcje Marii, która nie udaje, że zna ten świat, czyli jak to zwykle bywa u bohaterów w Isekai. Taką odmianę należy wyróżnić i pochwalić.

Chciałoby się powiedzieć: doszliśmy do środka sezonu, a wraz z tym twist fabularny. Praktycznie w tym momencie zaczynają się niedociągnięcia. Do tej pory otworzono wiele drzwi, ale nie będzie już dalszego rozwinięcia. Najzwyczajniej w świecie pozostawiono bez szerszego komentarza. Jest też inna sprawa, o której trzeba wspomnieć.


Objaśniając na szybko zasady świata fantasy dochodzi do kuriozalnych scen kiedy zamiast gładkich przejść mamy widoczne pauzy na zbyteczne komentarze. Żeby było śmieszniej napastnicy grzecznie czekają. Wytraca to tempo i może zniechęcać do dalszego oglądania. Żeby nie było tak szaro rozwinięto historie biednego dzieciaka, który był niewolnikiem u bandytów. Tym samym wreszcie pojawił się ktoś nowy z nieco większą rolą.

I hop do Tokio i ciąg dalszy dobrze znanych perypetii. Zacznie się to może robić nudne, ale dzięki Marii przypomniałem sobie jako ponownie można się dziwić światem. Różnice kulturowo/ światowe wchodzą coraz to na wyższe poziomy. Na tle innych tytułów jest to wyższa liga.

Ponownie przypomniano sobie o dołożeniu elementów z innych podgatunków. Jest to wyraźna domieszka czegoś co rozwadnia cześć właściwą. Usilne przekonywanie widza, że jest to typowy shonen z ecchi zwyczajnie w świecie nie przechodzi. Jednak trzeba przymknąć na to oko i skupić się na switaśnych wstawkach.


Dochodząc do pól finałów dopiero przypomniałem sobie (siłą rzeczy) o kolejnych „niespodziankach” mogących zepsuć pewną naraję. Rozkładając ósmy i dziewiąty odcinek na części odnieść można wrażenie, że jednak jest to powiedzmy akcyjniak. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. Wszelkie charakterystyczne sceny są podlane sielankowym sosem. Niby shonen, ale jakiś relaksacyjny. Odnosi się wrażenie, że to jakiś Yuru Camp w świecie czarów.

Ten klimat jest tak intensywny, że z pamięci uciekają wszelkie wstawki skupiające się na walce, czy fan serwisie. Intensywność uczuć protagonistów i pra rozwydrzonego smoka zgarniają całą uwagę swoim luźnym podejściem do wszystkiego co jest możliwe. Jak o smoczycy mowa. Tutaj dopiero pokaże się prawdziwy wulkan emocjonalny. Z jednej strony przedstawiona jest jako pradawna mądra i potężna, aby po chwili zrobić z niej duże dziecko. Lepiej byłoby powiedzieć postać komediową.

Finał tego sezonu to już przejrzejcie do części właściwej. Skupiono się w 99% na relacjach romantycznych. Oczywiście nie zabrakło kolejnych zaskoczeń szanownych dam. Aby jednak w pełni się cieszyć wszelkimi momentami warto wiedzieć co to jest Golden Week (ゴールデンウィーク, Gōruden Wīku), fenomen małych ciężarówek typu kei track, czy czemu używanie imienia jest tak podkreślanym momentem.


Wracając do głównego tematu. Zrzucono już maskę i zabawy w łowcy przygód odeszły niemalże w zapomnienie. Pokierowano się w całkiem inny kierunek. Najlepiej opisałoby to słowami: poradnik dla turystów pierwszy raz odwiedzających Japonię. Dopełniono całą serię o aspekty historyczne, ale bez jakiś konkretnych szczegółów bardziej był to spacer z pilotem wycieczki. Jednak brak domknięcia spraw w świecie snów ani dodania jakiejś mocnej sceny sprawia pewien zawód. Koniec, końców miało być tam coś niezwykłego.

Podsumowujmy więc, czy warto obejrzeć pierwszy sezon Nihon e Youkoso Elf-san? W plusach napisałbym o przybliżeniu kultury Japońskiej w bardzo przystępny sposób. Do tego warto dorzucić sielankowy klimat, który obfituje w większości czasu antenowego. Wszystko to jest okraszone naprawdę delikatna i przyjazną dla oczy kreską.

W wadach nadmieniłbym próbę złapania kilku srok za ogon. Sceny walki być były, lecz są one całkowicie zbędne. Naruszają harmonię, która się wylewa z ekranów. Do tego dochodzi fan serwis będący bardziej przeszkadzającym urozmaiceniem. Bez tego młodsi widzowie bez problemu mogliby zasiać do seansu. Ocen końcowa 7.5/10
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie