• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Gears of War

Kolejna niedziela z kolejnym mega hitem! Były super produkcje z stajni Sony pora teraz na  Microsoft. Na pierwszy ogień pójdzie Gears of War na Xbox 360.


Jak dobrze wiecie nie lubię się ograniczać dlatego uwielbiam grać na najróżniejszych platformach. Wiem skromny jestem (śmiech). Wracając jednak do meritum. Tytuł ten (patrz GoW) jest naprawdę ponadczasowy w swojej lidze. Epic tak to ten EGS, który strasznie teraz smrodzi, wydał wtedy naprawdę fantastyczną grę.


Zacznę od trzech istotnych rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Ciężar protagonisty jest naprawdę odczuwalny. Jak biegnie, nie mylić ze sprintem to miałem wrażenie, że się od tych pneumatycznych kroków zapadniemy do tuneli szarańczy. Kolejna sprawa to przechodzenie między przeszkodami. Nigdy nie zapomnę pierwszego przeskoku. Czuć, ale naprawdę czuć było, że Fenix to chłop, który waży ponad 100 kg.

Ostatnim może nieco mniej istotnym wątkiem jest pogodzenie muzyki, efektów dźwiękowych i dialogów. Wszystko współgra ze sobą naprawdę bardzo dobrze. Kiedyś to wiedzieli jak to zbalansować bez utraty jakości. Skoro już piszę o soundtracku to odniosłem wrażenie, że kompozytor nałożył duży nacisk na instrumenty typu tuba itp. Miłe urozmaicenie, które wprowadziło swojego rodzaju doniosłą atmosferę i pokazało inne oblicze epickiej muzyki.


O fabule słów kilka
No może warto napisać ciut więcej niż parę zdań? Na samym początku kampanii mamy więzienie o wysokim rygorze, ale takim naprawdę pokręconym, że się tak wyrażę. Szybko trafiamy w wir walki, który ocieka testosteronem. Bleszyński i spółka nie patyczkowali się w tej kwestii dając swoim bohaterom giwery z magazynkami na 600+ amo. Fabuła jest dość oszczędna i dobrze skrojona pod to co będziemy robić.

Nie można było tego powiedzieć o zwiastunie, który chciał dać do zrumienia, że będzie to historia o sporej głębi. Cały czas jesteśmy informowani o bieżących celach i ewentualnych zmianach. Początkowo mamy dotrzeć do zespołu, który ma bombę mającą zrobić duże kuku szarańczy. A następnie, a co będę mówił, coś poszło nie tak. Konstrukcja prosta jak cep.


Dzięki temu nie zaprzątamy sobie głowy myślami, czy nasze decyzje były i czy kolejne będą właściwe. Co nie oznacza, że nie będziemy mieli opcji do wyboru. Przez całą drogę przeskakuję się od areny do areny, gdzie łuski od amunicji lecą setkami tysięcy.

Rozgrywka jak jest widać
Tak jak napisałem akapit wyżej wszystkie starcia, na prawie, bo większość opierają się na walce na ciasnych obszarach. Mimo tego faktu są dostępne różne opcje taktyczne, które można zastosować, aby się dobrać do przeciwnika. Wrogowie też nie próżnują i próbują coś tam zrobić. Przez większość czasu mówią coś po swojemu, ale jak rzucają granat to naglę zaczynają gadolić po naszemu. Czy to nie miłe z ich strony? Sama sztuczna inteligencja miewa wpadki, można to zauważyć na poziomie w którym poruszamy się nocą. Z beztroską chowają się przy zaciemnionych osłonach o ile zdążą tam dobiec #nietoperze.


Innym ciekawym przykładem jest berserker, który służy za taran w wyzwaniach czasowych. Wielokrotnie deptał naszych towarzyszy lub się gubił. Szczęśliwie występuję tylko ok. trzy razy w ciągu gry. 

Rodzajów przeciwników niema za dużo, a przez co walczy się ciągle z tymi samymi co na dłuższą metę ułatwia sprawę, bo zna się dokładnie ich zachowania. Warto wspomnieć też o samych bossach. Mimo, że są wielkie jak góry z wyjątkiem ostatniego to są łatwe do pokonania nawet ten finalny jeśli się zauważy jego słaby punkt. 


A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Wspomniałem o wyborach, tak są tu takie. Co jakiś czas można zdecydować, czy idziemy prawą lub lewą drogą. Podział ten miał służyć, za zachętę do ponownego przejścia kampanii, aby zobaczyć pewne fragmenty w nieco innym świetle.

Na tych etapach można robić za wsparcie lub grupę uderzeniową. Przyznaję, że sytuacja naprawdę potrafi się zmienić, ale nie jest to wartę ponownego przechodnia Gears of War. Ostanie parę zdań poświęcę Npc, które towarzyszą nam przez całą grę. Niedźwiedź  jest najbardziej przypakowany a do tego przypomina typowego gangstereka wesołka z GTA. Blondi to stereotypowy ból dupiec, który będzie marudził przez cały czas, a o przydupasie Markusa szkoda gadać, on jest nijaki.

(Mała ciekawostka, da się wydawać polecenia członkom zespołu, tylko po co?) Po reklamie lol


Na tle tej plejady sam Markus jest najbardziej wyrazisty i konkretny w swoich działaniach. Co nie oznacza, że można go polubić. Koleś to typowy samiec alfa, który musi pokazać wszystkim kto tu rządzi i tyle w tym jakże subiektywnym temacie.

Czy warto zagrać w Gears of War? Dla samej rozgrywki tak, pomimo lat dalej trzyma się bardzo dobrze mimo, że ma sporą konkurencję, a w niektórych produkcjach zrobiono to nawet lepiej (Ghost Recon z 2012 r.) Jeśli macie Xbox 360, a nie graliście to polecam, bo tytuł kosztuję grosze, a zabawy daję sporo.       

Napiszcie w komentarzach jaki model rozgrywki wam bardziej przypadła do gustu i dlaczego wolicie walkę za osłoną, czy raczej wybiec na rambo i walić co popadnie.

Share:

Recenzja Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai


Szukałem ciekawego tematu do napisania i tak szukałem, aż trafiłem i dzięki temu spędziłem mile wieczór. Wierzę, że i wam się spodoba.

Ostatnio nie miałem szczęścia do Blood lad i zacząłem jeszcze w tamtą sobotę poszukiwać czegoś bardziej odpowiedniego. No i padła szóstka, szósteczka! Tym razem nie będę tu pisał o serialu, a filmie pełnometrażowym. Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai jest zakończeniem anime, o którym pisałem (Tutaj). Po obejrzeniu tej produkcji mam mieszane uczucia. 


Z jednej strony dostałem dużo więcej tego co najlepsze z anime, czyli wciągające zwroty akcji, a jednocześnie czegoś mi zabrakło. Trudno mi to ubrać słowa, bo to dość subtelne, że się tak wyrażę. Najbliżej opisuję to fakt, że odebrałem to jak połączone odcinki drugiego sezonu.

 No dobrze, przejdę teraz do fabuły. Znając samo anime wiedziałem czego się spodziewać. Mimo to dałem się zaskoczyć i porwać wielkiemu finałowi. W którym zostanie rozwiązany ostatecznie problem Azusagawa Sakuta. Cały film skupia się na nim i jego pierwszej słodko – gorzkiej miłości, czyli tajemniczej dziewczynie, którą spotkał na plaży.


Trudno coś napisać nie zdradzając istotnych szczegółów dlatego będę nakreślał fabułę starając się uniknąć spoilerów. Wydarzenia jakie mają miejsce w filmie nie są tym, czym się wydają na pozór. Mamy tu poplątanie czasowe rodem z pierwszego sezonu Life is strange, tyle, że nie ma tu Max, Cloe i spółki. Autor Hajime Kamoshida bawi się z odbiorcą w kotka i myszkę, a także w zjawiska natury czasoprzestrzennej.

Futaba przedstawia różne teorie naukowe dotyczące możliwości istnienia w różnych równoległych wymiarach i czasoprzestrzeniach. Im bardziej człowiek stara się to wyjaśnić tym robi się to bardziej zawiłe. Od samego początku zostałem zbombardowany specyficzną mieszanką komedii i dramatu. Po obejrzeniu pierwszych scen pomyślałem, oho będzie głupkowato, ale śmiesznie tak jak lubię. Szybko jednak akcja skierowała się w stronę trudnych decyzji.


Praktycznie nie widziałem, co będzie dalej kto, czemu i dlaczego. Naprawdę nic nie jest jednoznaczne i trzeba dotrwać do samego końca. Pod koniec seansu sądziłem, że zakończenie będzie w stylu otwartym na interpretację, lecz jest całkiem inaczej. Zarówno początek jak i koniec  mnie nie rozczarował. Clover Works spisało się na medal i trzymało wysoki poziom przez cały czas.

Co do relacji, czy innych zmian w między poszczególnymi bohaterami. No cóż, w tej materii nic się nie zmieniło. Utrzymano status nie zmieniony. Na szczęście aktorzy też byli ci sami. W sumie jak się tak zastanowić to Mai san była mniej tsundere, a jej cięte riposty zostały zastąpione miłością i to taką prawdziwą ;3

I tym o to pozytywnym akcentem kończę i gorąco zachęcam po sięgnięcie po ten film, który obejrzyjcie koniecznie. Chyba nie muszę was uświadamiać, że wpierw warto obejrzeć anime?

Share:

Recenzja Uncharted 4 Kres Złodzieja


Znacie to uczucie kiedy kończycie świetną grę i chcielibyście spędzić z nią jeszcze trochę czasu? Pewnie odpowie większość z was, że tak… Jak was ja dobrze rozumiem.

Uncharted 4 Kres Złodzieja to jedna z lepszych gier z 2016 r. i po przejściu jej mogę śmiało się pod tym stwierdzeniem podpisać. Fabuła przedstawiona w U4 jest wolniejsza i bardziej przemyślana. Nie mamy tony efektów specjalnych, które eksplodują co pięć minut. Złapałem się nie raz na tym, że sporo czasu antenowego poświęcono eksploracji, czy etapom platformowy, a znacznie mniej starciom z wrogami. 


Sama narracja jest też bardziej zbliżona do tej z The Last of Us. Wbrew pozorom nie był to zamiar docelowy. Tutaj pozwolę wrzucić parę faktów zakulisowych o produkcji ostatniej części Kresu Złodzieja

Naughty Dog tworzyło równolegle dwa projekty. Pierwszy to właśnie TLoU, a drugi U4. Wydawca postawił wszystko na projekt z zombie, co jak twierdziła Amy Hennig spowodowało, że nie miała dostatecznej liczby osób do pracy. Aby uratować projekt zaangażowano  „złotych chłopców”, czyli reżyserów TLoU, a panią Amy rzekomo wyrzucono za fraki. Sporo tego co zrobiono pod starym kierownictwem wyrzucono, a crunch stał się codziennością. 


Teraz jak już znacie sprawę z grubsza to możecie zrozumieć, że o inspiracji mowy być nie może. Po więcej faktów zapraszam do książki Pot, krew i piksele tam znajdziecie cały rozdział poświęcony tej sprawie. Wróćmy jednak do sedna, czyli samej kampanii.

Historia toczy się wokół powrotu starszego brata Nathana i tajemniczego skarbu pirackiego. Natomiast w tle przetaczają się zgrabnie włożone inne wątki, które doskonale urozmaicają trzon gry. Z jednej strony mamy pokazane relacje państwa Drake, a drugiej dwóch braci z czego jeden wraca po wielu latach. Elementem łączącym te rzeczy jest rozdarty Nathan, który nie chce skrzywdzić żadnej ze stron. Co jak łatwo się domyśleć mu nie wychodzi.


Relacje jakie łączą go z Eleną są naprawdę w ciekawy sposób pokazane. Najlepiej obrazuje je wspólny posiłek i gra na PS1 w Crasha Bandicota. Ciekawostką jest, że wstępnie planowano tam wstawić taniec pary.

Dzięki świetnym animacją twarzy, które w mojej subiektywnej ocenie biją te z Wiedźmina 3, można dostrzec wszystkie emocje bohaterów. Nawet ruchy są dopracowane niemalże do perfekcji. No, skoro już o nich piszę to warto przyjrzeć się scenie, gdzie braciszkowie zdejmują smokingi i to na naszych oczach! Aby tego dokonać twórcy musieli zastosować ciekawą sztuczkę.


Nie będę mówił jaką dokładnie, bo wszystko piszę we wspomnianej przez zemnie książce. Wrócę jednak do fabuły jeszcze na chwilę. Samuel to ten brat co się pojawia w tej części jest naprawdę ciekawym jegomościem. Motywację jakimi się kieruję i poglądy jakie wygłasza są dość sensowne patrząc zapewne z jego punktu widzenia. Chodzi mi jednak o to, że można go polubić, ba jest on naprawdę bardzo dobrze napisaną postacią pełną wątpliwości, sprytu i co najważniejsze troski wobec młodszego brata. Choć z tym ostatnim mam pewne wątpliwości.

Ich relację są naprawdę bardzo podobne jak Joela i Ellie. Wielokrotnie też starano się pokazać to po przez retrospekcję i „przypadkowe” umieszczenie ich na motorze.


No dobrze, a teraz rozgrywka. Największą zmianą było dla mnie brak mobków, pardon potworów strzegących skarbu. Odebrałem to pozytywnie z tego też powodu, że elementy nadprzyrodzone są całkowicie zbyteczne. Kampania jest podzielona na rozdziały, a wraz z tym poszczególne etapy rozgrywają się na różnych obszarach świata. Projekty poszczególnych poziomów są znacząco zróżnicowane od siebie. A im dalej w las tym więcej popisowych akcji można rozegrać.

Trzeba jednak pamiętać, że miłośnicy na Rambo, będę musieli zwolnić lub obniżyć poziom trudności. Wielokrotnie przekonywałem się, że eliminacja na cichacza jest bardziej opłacalna. Nie brakuję nam możliwości pozbycia się wroga, od ściągnięcia go w przepaść, aż do efektywnego zeskoku lub lotu na linie i wylądowaniem na biedaku. Daje to naprawdę sporo satysfakcji niezależnie od metody wykonania.



Naughty Dog wzięło też pod uwagę możliwość niszczenia otoczenia, a więc chowanie się za drewnianą skrzynką nie będzie dobrym pomysłem. Kolejną sprawą są zagadki. Dzięki nim szybko zauważyłem, że ktoś trzyma mnie, „na siłę” za rękę. Podpowiedzi uruchamiają się stanowczo za szybko. Co oznacza, że albo są tak łatwe, albo ktoś jest przewrażliwiony i boi się „gniewu odbiorcy”. Inną sprawą jest elastyczny poziom trudności, który rośnie lub maleje zależnie od umiejętności grającego. Finałowa walka najlepiej to pokazuję.

Na sam koniec zostawię sobie to co najlepsze, a przynajmniej w tej produkcji. Dźwięk przestrzenny jaki zaimplementowano w Uncharted 4 Kres Złodzieja jest naprawdę niezwykły! Gdy po raz pierwszy uruchomiłem grę to naprawdę miałem wrażenie bycia w „środku” akcji: warkoty, szumy, krzyki wszystko to wspaniale współgrało ze sobą dając niepowtarzalne wrażenie niczym w kinie.


Kolejną rzeczą były odbicia w lustrze, czy odblaski światła. Jakby ktoś powiedział mi, że PS4 ma Ray tracing to bym uwierzył. Naprawdę chylę czoła przed najlepszymi, oczywiście zaraz po Redach.

No i na sam koniec wnętrza. Mieszkanie Draków to pierwsze jak i drugie oglądałem z wielką starannością. Nie mogłem się nadziwić ile trudu włożyli, aby je stworzyć, ale to i tak nic w porównaniu z ostatnią lokacją, gdzie się znajduje skarb, tam dokonano wprost tytanicznej pracy. Potężne pomieszczenia w stylu barokowym. Przepych i jak to ujęli braku gustu nie brakowało i co równie ważne świat sam opowiadał co się wydarzyło w tym miejscu. Ale tylko na końcu wcześniej jest co prawda przepięknie, ale pod kątem narracji średnio.


Czy warto zagrać w  Uncharted 4 Kres Złodzieja? Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią tak. Dopracowana fabuła, liczne wyjścia naprzeciw graczowi chociażby złośliwe uwagi na nasze zachowania. Spróbujcie zdetonować wszystkie pułapki na końcu lub przejechać kilka raz na dupie po wzniesieniu, a zobaczycie. Smaczków wszelakich jest znacznie więcej dlatego gorąco zachęcam do zagrania. Pozycja obowiązkowa.   

Mamy pierwsze produkcję na grę roku! Oby tak dalej. Zobaczymy jak będzie później. :D

Jakie są wasze odczucia po zakończeniu dużej produkcji lub serii, które przypadły wam do gustu? Szukacie czegoś podobnego, czy może włączacie New game plus?

Share:

Recenzja Blood lad


Mamy piękną złotą zimę jak mawiają złośliwcy. Co w takim razie zrobić na poprawę nastroju? Obejrzeć komedie! A więc zabierzmy się do roboty.

Nie będę owijał w bawełnę Blood lad, którym będę tu pisał to przeciętniak. Co prawda zjadliwy, ale jednak produkcja z średniej półki. Studio odpowiadające za tą serie, chyba nie wiedziało w którą stronę zamierza, a także czym dokładnie ich dzieło ma być. Nie jest to ani parodia innych tytułów lub podgatunku ecchi, a z shonen to może co najwyżej stała na jednej półce.  


Wszystkie wymienione elementy charakterystyczne dla tych gatunków są zawarte w Bl. Niestety, żadna się nie wyróżnia, a szkoda bo potencjał jakiś był, lecz nie został wykorzystany. Celowanie do jak największej grupy odbiorów zawsze kończy się marnie. No ok, a co w takim razie poszło dobrze?

Hmm, to jest pytanie za 100 punktów. Bohaterowie wyszli całkiem przyzwoicie mimo faktu, że są szablonowi. Protagonista to obibok z sporym ego. Trafiająca do świata demonów Yanagi Fuyumi jak na to nie patrzeć to dama w opałach, która potrzebuje swojego rycerza w lśniącej zbroi. Mamy też wilczka, który zachowuję się jak Vegeta z Dragon Ball. Innymi słowy mamy tu czarno biały świat bez żadnych pośrednich odcieni szarości.


Jedyne co wybija się nieco ponad przeciętność są to animację i modele postaci itp. Oczy przynajmniej nie „krwawią” od patrzenia. Zapewniam jednak, że jest to seria, która idealnie się nadaję dla tych co chcą się zrelaksować i nie wysilać swoich szarych komórek.

Przejdę teraz do sedna sprawy. Fuyumi przypadkiem trafia do czegoś w rodzaju zaświatów, czy jak pisałem wcześniej świata demonów. Szybko wpada w kłopoty i potem w dużym skrócie ginie, ale nie jest to koniec. Ma szczęście, że Staz szef dzielnicy jest…. otaku, tak demon jest fanem japońskiej kultury masowej i ludzi.


Celem głównym jest odwrócenie bieżącej sytuacji i przywrócenie damy w opałach do życia. W ciągu kolejnych 9 odc, trafimy na bardziej barwne postacie epizodyczne jak bałwan, który twierdzi, że mu zimno lub postacie drugo planowe. Antagonistą w tym sezonie jest brat naszego obiboka i bliżej nieokreślony król.  

Nie uświadczymy też pamiętnych walk lub jakiś momentów, bo takich niema. Jedyne co jest warte wspomnienia to fakt przemiany Staza, do którego powoli dociera, że to jego wina i akceptuje ten fakt.

Czy warto obejrzeć Blood lad? Jeśli nie macie niczego lepszego do obejrzenia to tak. W innym przypadku odradzam. Na tyle produkcji jakie powstały ta może poczekać na sezon ogórkowy lub inną suszę. Do tego historia się urywa w połowie. Mamy początek kolejnego sezonu, ale jest to tylko jeden epizod typu ova. Ocena 6/10.   

Share:

Recenzja God of War

Skończyłem wreszcie ogrywać GoW wydanej w ramach God of War Collection na PS3. Nie ma jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu #cebula. Było to moje pierwsze zderzenie z serią i wiecie, co? Sam pod koniec gry chciałem skoczyć z Olimpu i skończyć to szaleństwo.

Dopóki nie zagrałem w tą jakże ikoniczną produkcję darzyłem ją pozytywnymi emocjami. Swoją dobrą opinię opierałem główne na recenzjach i gameplay’ach (broń Boże lets play). Pierwsza minuty rozgrywki były naprawdę miodne, o czym napisałem na swoim Fb. Lecz im dalej w las tym więcej drzew do ścięcia (taki sucharek na dzień dobry). Nie będę dużej owijał w bawełnę, gra jest dobra takie 7/10. Na produkcję roku to się nie nadaję w żadnym wypadku. Chyba, że w kategorii muzyka, bo ta jest naprawdę epicka, (uff, oklepane określenie do odkreślania).


 Zacznę od rozgrywki, bo to jest, jak na to nie patrzeć trzon tej produkcji. Twórcy, a mowa tu o Sony Interactive Entertainment postarali się dać krwawe widowisko godne Cesarza Nerona. Krew leciała litrami delikatnie rzecz ujmując, aż dziw, że nie zalała mi biurka. Co do samej walki nie mogę się przyczepić, bo jest soczysta. Skille jakie będzie się stopniowo odblokowywać nie dają jakoś szczególnie zawiłego comba. Zazwyczaj są to proste komendy, a więc nie powinny sprawić kłopotu.

Dodatkowo wraz za poszczególnymi etapami spotykamy awatary bogów, którzy dają protagoniście  jakaś nową umiejętność bojową. Osobiście najbardziej preferowałem „gniew Posejdona” (Poseidon's Rage). Z dwóch powodów,  po pierwsze jest to sill obszarowy, a po drugie po rozwinięciu jest to op atak, a że God of War to slasher to nie trzeba dodawać nic więcej. Innym dobrym, ale już nie tak istotnym czarem był piorun Zeusa bardzo pomocny  w usuwaniu łuczników ustawionych w różnych upierdliwych miejscach.


Za spory plus warto zaznaczyć sposób zdobywania punktów doświadczenia. Zamiast otrzymywać je od lv wroga lub jako nagrodę za wykonanie zadania to liczba ich zależała od wybitych przeciwników i odnalezionych skrzynek. Przyznam, że jest to sprytny zabieg uzasadniający nieustające fale wrogów i jednoczesne zachęcanie do zajrzenie do każdej „dziury”.

Kolejną istotną rzeczą jaka wpływała na odbiór jest kamera. Widok z trzeciej osoby, niestety bez możliwości samodzielnego kierowania. Minusem tego rozwiązania jest fakt, że utrudnia to zorientowanie się co robić na etapach platformowych, ale za to ma kilka plusów. Primo widzę to co chcą mi pokazać devowie, secondly oszczędność mocy przerobowej konsoli, która nie musi renderować tego co w danym momencie nie potrzeba.


Ostatnim wątkiem jaki chciałem omówić jest są qte, czyli szybkie wydarzenia. O tym można było napisać sporo, bo mamy cały ich wachlarz w grze. Możemy użyć prostych wykończeń wymagających wciśnięcia jednego przycisku „o”, a także całą serie jak „x”, kwadrat, trójkąt itp. w najróżniejszej kolejności, aż w końcu te „najlepsze” walenie palcem wskazującym w kółko jak młotem pneumatycznym z zawrotną prędkością.

Spokojnie mogę zaakceptować wciskanie klawiszy w skazanej kolejności, bo to w sumie przyjemny sposób na podziwianie jakiejś spektakularnej sceny, ale wciskanie z zawrotną prędkością przycisk, aby boss dokonał żywota jest już naprawdę męczące. Podejrzewam, że nie takie mieli twórcy intencje, a jest to wina samego pada do PS3.


Podobną sytuację miałem w Wiedźminie 2 i wiecie co pomogło? Zmiana myszki na taką, która odczytuję więcej kliknięć na sekundę. Sytuacja się zmieniła dosłownie o 100% z koszmarnego qte zrobiło się coś całkiem przyjemnego. Mam nadzieje, że tu też, bo naprawdę okropne to było.

Fabuła przedstawiona w kampanii jest ciekawa i wyraźnie inspirowana dwunastoma pracami Heraklesa. Zachowano motyw pokuty i słynne zadania, które w ramach zadośćuczynienia miał wykonać protagonista. Skoro już o Kratosię piszę, to faktycznie jest bogiem wojny. Prawdziwy wirtuoz masakry, o ile można tak powiedzieć. Początkowy stosunek do niego był neutralny, ale jak pokazał swoją ludzką twarz nabrał większej głębi, a początkowa scena z klifu staje się bardziej przejmująca.  


Dzięki świetnej grze aktorskiej Terrence 'T.C.' Carsona który rewelacyjnie oddał emocje i to co przeżywa główny bohater mogłem jeszcze bardziej zbliżyć się do niego i nabrać mimo wszystko chęci do przejścia kolejnych odsłon serii, które pewnie pokażą się w tym roku.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Etapy platformowe są wybitnie niedopracowane, a wyzwania czasowe są, ale to są naprawdę do dupy. Dziękuję do widzenia. No, ok. coś więcej trzeba napisać. Wspominałem wyżej, że kamera jest „na szynach” i nie można nią poruszać jak się nam podoba. Na poziomach, gdzie trzeba „radośnie” skakać po platformach itp. warto było widzieć ruch przeszkód i szybkość by móc ocenić jakie akcje będą właściwe. Nie dano takich możliwości co zmuszało do wielokrotnego powtarzania danego odcinka i uczeniu się metodą prób i błędów.  


Innymi upierdliwymi sytuacjami było zrobienie czegoś na czas. Pół biedy jakbym miał maksymalną i minimalną liczbę ruchów, ale ktoś mądrze wymyślił, że trzeba mieć sprecyzowaną, „geniusz”.

Podsumowując, czy warto kupić God of War w 2020 r.?  Tak, warto bo rozgrywka jest mimo swoich wad interesująca, gdzie nigdzie trafimy na ciekawe wyzwanie. Jednakowoż to nie pokonanie wroga jest największym wyzwaniem. Prawdziwą próbą jest znalezienie czegoś dobrego w tej produkcji i chęć odpalenie kolejnej części.

A jakie wy macie spostrzeżenia z obcowaniem z słynnymi seriami? Dajecie się porwać zachwytowi publiki, czy z rezerwą podchodzicie i po przez bezpośrednie doświadczenie budujecie swoją ocenę?

Jak zwykle zachęcam do podzielenia się waszymi opiniami w komentarzach.

Share:

Recenzja Just Because!


Wiecie jakie jest najlepsze anime na początek roku? Obyczajowe w którym  też zaczyna się kolejny obrót ziemi wokół słońca. Żarciki na bok, choć nie do końca.

Tegoroczny sezon zacznę od naprawdę ciekawej produkcji Just Because!! W swoich założeniach jest to produkcja z gatunku okruchy życia, czy jak to by powiedzieli filmowcy obyczajówka. Schemat jaki tu zastosowali twórcy jest dość dobrze znany on kocha ją, a ona innego, a tamten z kolej jeszcze inną… Prawdziwy truj…, a nie czworokąt miłosny, w którym ktoś musi być samotny.


O dziwo nie przejechano przez ten motyw jak walcem po ulicy. Udało się wyciągnąć coś więcej, bez dramatyzmów. Zachowano pełne opanowanie i utrzymanie odpowiedniej atmosfery, która zachęcała do dalszego oglądanie perypetii dorastających młodych ludzi, którzy stoją na progu dorosłości.  

Nim jednak zacznę rozkładać na części pierwsze fabułę poświęcę ten i może następny akapit niezwykłej oprawie graficznej. Zacznę od tego, że otworzono lub mocno inspirowano się istniejącymi lokacjami w Japonii. Zapytacie zapewne, ale w którym odcinku i skąd takie wnioski? W ostatnim czasie zacząłem oglądać nagrania ludzi podróżujących koleją z kraju kwitnącej wiśni. Wyobraźcie sobie, że trafiłem na niemal identyczną trasę w pierwszych dwóch epizodach.


Oczywiście to nie wszystko, poszczególne tła z naciskiem na pierwszą połowę tego sezonu mają wyraźny zamysł artystyczny! Czułem się jakby ludzie odpowiadający za ten element za dużo czasu spędzili w galerii sztuki. Nie jest to jakaś nagana, a pochwała z mojej strony za interesujący styl. Pastelowe otoczenie ulic, czy boiska robi wrażenie. Warto zaznaczyć jak kontrastuje to z wnętrzami pomieszczeń szkół i mieszkań poszczególnych bohaterów. No, a skoro o tym mowa.

Bogate szczegóły dodają sporą wiarygodność i indywidualność poszczególnych postaci. Widać na każdym kroku, że starano się doszlifować pod tym kątem wszystko. Jeśli komuś było mało to całość okraszono idealnym podkładem muzycznym. Rzadko zwracam uwagę na to jaka muzyka przygrywa do poszczególnych scen, ale tu nie dało się tego pominąć i siłą rzeczy z czystą przyjemnością się słuchało tej jakże uspakajającej muzyki.


Teraz przejdę do setna czyli, czy warto poświęcić czas na zapoznanie się z fabułą Just Because? Z jednej strony mamy tu nieszczęśliwy łańcuszek miłosny, a z drugiej psychologiczną dyskusję o sensie życia i miłości. Nie będę zgrywał tu znawcy spraw życiowych, bo nie tędy droga. W całej serii nie zobaczymy ani drobiny nienawiści, czy innych zjawisk negatywnych, a jedynie zwykłe życie, które rozgrywa się na co dzień.

Nie zabraknie tu rzecz jasna pewnych oczywistych rozwiązań, a tym bardziej zakończeń. W JB nie zatriumfuję rozsądek i wybór zdecydowanej i wiedzącej czego chce dziewczyny, o co to nie. Lecz, czy to jest ważne? W moim odczuciu nie, bo i sam cel jest inny. Twórcy zapewne chcieli pokazać jakie to gafy się strzelało jak się było w klasie maturalnej. 


Z kolei drugi jegomość jaki się pojawia w anime z „nieznanych” powodów nie zauważa, że ma kochającą dziewczynę obok, ale ugania się za „mamusią” , ujmując rzecz jaśniej za laseczką, która nie tylko wygląda i zachowuję się jak rodzic, a jest jedynie najstarsza z rodzeństwa i musi się nimi zajmować. Współczuje takiego wyboru. Z jednej strony mamy cichą i ułożoną osobę, a z drugiej dostaje w pakiecie maluchy, które będzie trzeba niańczyć.

W całym tym kotle pojawia się jeszcze jedna bohaterka, która ma fisia na punkcie swojego klubu fotograficznego. Wiecie co się dzieje jak odmawia się takiej opublikowania naszego wizerunku na jej fotografii w konkursie? Lata za tobą, aż się zakocha. Czy to nie uroczę? Ciut przesadziłem z tymi pośmiech*jkami. Ale z boku to się prezentuję. Całościowo jednak tworzy wyjątkową całość, która jest przyjemna w odbiorze.

Tak się przedstawia pierwsza anime w tym roku. Tym razem postanowiłem nakreślić, czy też zarysować treść oglądanej przeze mnie produkcji mam nadzieje, że ta forma przypadnie wam do gustu :D

 Ocena końcowa 8.5/10, wynik całkiem wysoki jak na pierwszą recenzje. Parę rzeczy wpłynęło na to i o nich napisałem, aby zrozumieć resztę warto zainteresować się Personą 5 i nagraniami pociągów o których też wspomniałem wcześniej.

 


Share:

Najgłośniejsze wydarzenia z 2019 r.


Piszę, piszę i w końcu przyszła pora na ostatni odcinek podsumowujący zeszły rok. Tym razem skupię się na najgłośniejszych wydarzeniach. Kolejność nie będzie koniecznie pokrywać z czasem kiedy miały miejsce.


Na pierwszy ogień idzie… Google Stadia!

1. Wielka usługa, która miała być rewolucją w branży gier. Obiecano nam, że będzie można grać w 4k i 60 fps. Okazało się na szczęście, że to co zaoferowano nijak się niema do rzeczywistości. Początkowo się wydawało, że będzie to sukces, bo nie udostępniono nawet darmowego okresu próbnego, aby móc wyrobić opinie, czy warto. Po negatywnych recenzjach i krytyce graczy Wielki Brat odpowiedział i to nie raz. W pierwszej kolejności obwinił twórców, a potem graczy. Koniec końców tak jak już pisałem, grać się nie opłacało, a do tego Google zaliczyło wtope z abonamentem. Za jedyne 10 euro mieliśmy dostać dostęp do „wirtualnego PC”, a gry trzeba było zapłacić osobno. Hip, hip hurra?


Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta przygotujecie się, bo na scenę wchodzi mistrz gówno burz Epic Games Store.

2. Od czego tu zacząć? A tak, już wiem! Jak głoszę główne media EGS działa dopiero od „roku”. Celem ich jest aby branża gier była znowu wielka. Z tego też powodu rzucili rękawice monopoliście (patrz Steam). W ramach nierównej walki zaczęli kupować gry na wyłączność na czas określony. Bo, jak wiadomo brak wyboru jest dla nas dobry. Mimo, że EGS istnieje te kilka lat zaniedbali bezpieczeństwo użytkowników, a do tego nie wprowadzili żadnych opcji społecznościowych. Jedynie co odczuwalnie się zmieniło to większe zarobki dla twórców. Oficjalnie zmniejszyli stawkę z 30% na 12%. Fakt jest to różnica tylko jest jedno, ale Steam nie kosi, aż tyle kasy. Kwota jaką pobiera jest nieco inna. Temat ten wymaga osobnego tekstu może kiedyś się za to zabiorę. Jedynym plusem wejścia nowej platformy są darmowe gry, które udostępniali, a nie rozdawali jak niektórzy piszą. Epic nie zmienił nic w kwestii posiadania gry jako towar.


Niesiemy wam wspaniałe gry i jeszcze lepszą rozgrywkę, dlatego mordy w kubeł.

3. Kolejne istotne wydarzenie miało miejsce w czasie mistrzostw Hearthstone. Biorących w nich udział Chung Ng Wai znany też jako Blitzchung poparł swoich rodaków z Hongkongu. Dostał bana i odebrano nagrodę finansową. Blizz szybko musiał złagodzić swoje stanowisko z powodu protestu graczy, którzy zaczęli nie tylko obrzucać ich błotem, ale też kasować konta. Ciekawostką jest, że początkowo nie mieli zamiaru nic z tą sprawą zrobić, a zamiast tego zaczęli utrudniać usuwanie profili. W szczęśliwym finale jakoś się sprawa rozwiązała tak jak pisałem wyżej. Szkoda tylko, że ich przeprosiny na BlizzConie można posłać między bajki.

 


Kto się oprze mocy dwóch konsol? PS5 i Xbox Series X

 

4. Zacznijmy ten wątek od zamieszania z nazewnictwem. Początkowo miał być taki jak w śródtytule, ale potem o dziwo stwierdzono, że jednak będzie to tylko Xbox. Czy to nie zabawne, że drugi raz z rzędu robią zamieszanie z nazewnictwem i odwołują się do nazwy pierwszej odsłony? Kolejną checheszkową nowiną był wygląd sprzętu. Xbox One był okrzyknięty „radzieckim radiem”, a tu mamy klocka. Najwyraźniej oszczędzają na dizajnie. Z przecieków wiadomo, że klocek ma mieć większą moc obliczeniową. Mam tylko nadzieję, że będzie w co grać.

 


W przypadku PS5 jest na pewno lepiej pod względem nazw. Przynajmniej nie da się pomylić modelu konsoli. Wiadomo już, że Sony zarezerwowało sobie nazwy na kolejne generacje, którym w nazwie zmienią się tylko numer. Żeby było sprawiedliwie wrzucę kamyk do ich ogródka. Gdy wyciekł obraz devkitu PS5 sporo graczy miało ubaw z kształtu obudowy, która wyglądała jak „V”.  

 

Kiedy wydaję Ci się, że Bethesda nie może upaść niżej to oni pokazują, że pod tym dnem jest jeszcze sporo miejsca.

 

5. Jeśli jakimś cudem nie miałeś / miałaś dostępu do neta w minionym roku to przypomnę, że twórcy Fallout 76 wpadli na genialny pomysł! Stworzyli abonament Fallout 1st. Kto by pomyślał, że w tej jakże „genialnej” produkcji można dołożyć jeszcze coś takiego. W ramach opłaty można stworzyć „prywatny” serwer na który każdy ma dostęp i magazynek z nieskończonym miejscem. Może ma tyle przestrzeni, bo itemy znikają? Najważniejszą jednak sprawą to walki między graczami Premium i plebsem. Jak to mawiał klasyk Betesda, Betesda nigdy się nie zmienia?

 


Kultura i rozrywka, czyli serial wypromował grę.

 

6. Wiedźmin 3 premierę swoją miał w 2015 r. i nie ulega wątpliwości, że jest to produkcją z górnej półki. Lecz kto mógł się spodziewać, że serial stworzony przez Neflix wypromuję Wieśka do tego stopnia, że w ciągu jednego dnia w tę produkcję będzie grać więcej ludzi niż 5 lat temu? Nie mogło się jednak obyć bez zamieszania. Poprawność polityczna musiała położyć łapy na serialu i interpretacja wyglądu bohaterów bardzo, ale to bardzo odbiega od tego co znamy z książek. Cóż mówi się trudno i idzie się dalej.



Drugim
kinowym wątkiem był polski fanowski film Pół WiekuPoezji Później. W moim osobistym odbiorze jest lepszy od serialu jeśli chodzi o poszanowanie materiału źródłowego.

 

Tak przestawiły się najważniejsze wydarzenia minionego roku. Oczywiście było tego więcej jak wyrok w sądzie francuskim nakazujący zmienić Steam grę usługę na towar. Sporo się też mówiło o Star Wars itp. Lecz ode mnie to wszystko. Słowa spisuję te 1.01.2020 r. Paptki ;p


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie