Recenzja The Last of Us: Remastered

Dawno już nic nie pisałem... Chciałbym wam to jakoś wynagrodzić i dlatego dokonałem pewnej korekty w planach. Obiecałem wrzucić recenzję z retro gry, a dam coś innego.

The Last of Us wydano na PS3 i wersja remaster na PS4. Produkcja stworzona przez twórców Uncharted. Zacznę od tego, że ten tytuł zestarzał się naprawdę dobrze, przez co zrobił na mnie spore wrażenie. W trakcie kampanii zaliczyłem tu klasyczne postoje na podziwianie widoków i zachwycaniem się oddaniem detali otwartej miejskiej przestrzeni jak i wnętrz domów, hoteli czy kampusu studenckiego. W wersji na PS4 mogłem się cieszyć 60 FPS w 1080 p. Dzięki temu rozgrywka była wyjątkowo płynna, ale odbiło się to na cieniowaniu. W jakiej postaci zapytacie? Już spieszę z odpowiedzią! Ząbkowanie, tak jest pojawiły się tak zwane "ząbki" na cieniach.


Nie ma co się martwić, bo nie zwrócicie na to uwagi, chyba że będziecie bardzo, ale to bardzo przyglądać się każdemu elementowi graficznemu. Tak jak napisałem wyżej gra jest prześliczna, lecz gdzie nigdzie widać, że to nie jest produkcja zrobiona wprost pod bieżącą generacje i kole to w oczy.  Skupię się jednak na czymś bardziej istotnym na klimacie w TLoU. Poszczególne miasta i miasteczka itp. opowiadały dość dobrze swoje historie i bez większych problemów mogłem otworzyć wydarzenia jakie tam miały miejsce, a wielokrotnie (no bez przesady), odegrały się tam tragedię, bo dramatem jest śmierć jednego człowieka, a masy to tylko statystyka.

Wrzucę teraz pierwszy kamyczek do ogródka Naughty Dog. Zabrakło ciał ludzi, czegokolwiek, co by świadczyło, że coś się tam wydarzyło. Co prawda było parę miejsc, gdzie dodali te "brakujące elementy", ale naprawdę trup powinien ścielić się bardziej. Dodam, że nie na pojedynczych lokacjach, a na całej drodze jaką trzeba przejść.


Ok, nie będę już się tak czepiał, bo reszta jest bardzo dobra. Ani razu nie pomyślałem, daleko jeszcze? Gra wciąga mimo, że jak na dzisiejsze standardy opiera się na sztampowych wydarzeniach. Uwaga spoilery, ogólne co prawda, ale są. Na dzień dobry córka Joela zostaje zabita przez żołnierza, który ginie chwile później. Dalej Tess początkowa partnerka protagonisty zostaje zarażona i wali gadkę o tym, że jeśli ją kocha to zabierze małą do świetlików. Nie muszę mówić, że za chwile też zginie? Dalej wątek dwóch braci, którzy są ze sobą mocno zżyci, gdy tylko młodszy został zarażony "grzybicą" i wymagał kuracji ołowiowej to starszy z nich się załamał i popełnił samobójstwo. Koniec spoilerów! 

Okrutne to z moje strony, lecz tak to widzę z perspektywy innych gier wykorzystujących do znudzenie te same schematy. Na szczęście twórcy nie podeszli do tego jak pies do jeże i wykonali to wzorowo. Przejdźmy teraz do samej fabuły. Mamy tu, a jakże wiecznie żywy motyw apokalipsy zombie. Nie dostaniemy tutaj wesołego Drake i skarbu jakiegoś podróżnika w sosie wybuchowo strzelaninkowym. Tempo jest wolne i tylko na arenach przyśpiesza delikatnie.


Podobnie jak Bilbo z Hobbita przeszedłem tam i z powrotem. Fabuła była treściwa i opowiadała w kilku aktach historie Joela i Ellie. Relacje między nimi się stopniowo zmieniały co zostało wyraźnie zarysowane w poszczególnych etapach. O ile nasz "papa smerf" pozwala się polubić i poczuć więź jak z kimś bliskim, to o tyle z Ellie wiecznie mówiącą co parę minut o rany, kurwa i szmaciarz już nie. Dostała za mało czasu antenowego, że się tak wyrażę, bo jak już wychodziła na pierwszy plan to błyszczała i to aż zwalało z nóg. Jestem przekonany o tym, że w oryginalnej wersji językowej wypadło to znacznie lepiej. W wersji na bieżące konsole mamy tylko polski dubbing, który okaleczał dialogi, mało tego widać było gdzie nigdzie, że aktorzy nie wiedzieli, co się w danej scenie dzieje, a jedynie domyślali, przez co niekiedy dochodzi do śmiesznych wydarzeń.

W samej fabule powtórzono głoszone jak mantrę twierdzenie, że to ludzie są największym zagrożeniem w tego typu uniwersum. No i mieli skubańcy rację, a skoro, o adwersarzach mowa czas na rozgrywkę. TLoU to miks strzelanki, skradanki, i surwiwal horroru (wiem, że jest to dreszczowiec). Mimo, że jest to SH to nie przeraża, a zarażeni są bardziej upierdliwi niż straszni. Gdy trafiłem na podstawowe jednostki jakimi są biegacze to na początku starałem się ich eliminować po cichu, okazało się, że przyjemniej się ich boksuje bez żadnych pomocy w postaci pałki czy siekiery.


Sytuacja pogarszała się jak przyszło uprać się z klikaczami. Z nimi trzeba było rozprawiać się w pierwszej kolejności inaczej czekał krwawy "całus". Sposobów na usunięcie przeszkód było kilka od walki z metalową rurką, po broń palna, koktajlami Mołotowa, granat odłamkowe i dymne robione z cukru (słitaśnie). Rozgrywka się zmienia jak na przeciw staną żywi, ci są jeszcze bardziej wymagający, bo gdy jeden dowie się gdzie jestem reszta przyleci jak ćmy do światła. Flankowanie i wykorzystywanie różnego rodzaju sztuczek będzie czymś na porządku dziennym. Czego chcieć więcej?

Zabawa była dość schematyczna przedstawiając rzecz z grubsza, bo musicie wiedzieć, że prawie do samego końca coś nowego się pokazywało. Część pierwsza: gdzie mamy iść, część druga: walka z wrogiem, część trzecia zbieranie surowców i tak w kółko Macieju. O dziwo jakoś ten wzór nie nudzi się z dość prostego powodu, trzeba kombinować jak z dostępnych surowców rozwiązać daną łamigłówkę wiedząc, że jeśli zrobimy apteczkę możemy się pożegnać z innymi rzeczami itp. 

Kolejnym istotnym elementem jest rozwój głównego męskiego bohatera (jakie to jest szowinistyczne). W trakcie podróży zbiera się pigułki, które są potrzebne do odblokowania poszczególnych umiejętności jak np. lepszego słuchu pomagającemu w lokalizacji wrogów.

W The Last of Us dodano jeszcze zębatki, za które można wykupywać ulepszenia broni, a żeby nie było za łatwo potrzebne są jeszcze specjalne narzędzia. Interesujące nas itemy są tak ustawione, że na pewno je znajdziecie w tracie poszczególnych misji.


Teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej.  Dźwięk, rozumiem, że jeśli ktoś jest daleko to go nie słychać, ale parę metrów i już bez napisów nie da się rady zrozumieć o czym rozmawiają poszczególne postacie. Naprawdę denerwująca dolegliwość. Początkowo sądziłem, że może to kwestia sprzętu, ale jednak nie. Kolejna rzecz co robi Ellie jak się nie patrzy na nią? Wraca do pozycji startowej, nawet jak się ją widzi za pomocą "wiedźmińskich zmysłów".  Ktoś poskąpił dla małej tekstów, które mogłaby mówić w trakcie drogi. O rany, potrafiła powtarzać jak katarynka, a jak trafił się etap z bandytami to było k*rwa lub szmaciarz.

Ostatnią rzeczą na jaką chciałbym zwrócić uwagę jest losowość przedmiotów jakie możemy znaleźć lub dostać od Ellie. Gra ma umieszczone w sobie mechaniki pomocnicze, gdy gracz zacina się w danym obszarze. Interesującym faktem jest, że możemy otrzymać niepowtarzające się itemy od naszej towarzyski, a także odnaleźć amunicje to strzelby zamiast do miotacza ognia w tym samym miejscu. Dropy z zarażonych podlegają tej samej zasadzie. Kolejną ciekawostką jest, że system gry potrafi dać nawet amo tej broni, której najczęściej się używało od ostatniego punktu kontrolnego. Nie jestem tego w 100% pewny, bo zaciąłem się tak tylko w jednym punkcie, gdzie zauważyłem te wspomagacze  

Czy warto zagrać w The Last of Us? Hmm, tak bo to solidna produkcja. Co prawda nie jest jakoś szczególnie ambitna na tle innych tytułów, jakie wyszły w ciągu ostatnich lat. Jednakowoż to wciąż bardzo dobry kawałek kodu, po który warto sięgnąć, jeśli posiadacie PS3 lub PS4. 

Będę się starał pisać bardziej regularnie. Spodziewajcie się następnego tekstu w kolejny weekend. 

Udostępnij:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Translate

Czytelnicy

Wyświetlania