• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Dragon Age 2


W ostatni weekend była posucha to teraz się zmieni! Udało mi się z pewnym opóźnieniem skończyć grać w grę. Ale czy było warto? Zaraz się przekonacie.

Po wielu latach udało mi się w końcu dorwać drugą odsłonę Dragon Age. Pierwszą część przechodziłem kilka razy i powiem wam, że największe wrażenie zrobiła po pierwszym przejściu. A jak się ma sytuacja z kontynuacją? Jeśli poczytacie w sieci komentarze to znajdziecie głosy mówiące pochlebnie opinie jak i takie twierdzące, że to tylko skok na kasę.

Niezależnie z kim się zgadzacie to wiedzcie, że są to tylko subiektywne poglądy. Nie przeczę, że da się zrobić bezwzględny skok na kasę, lecz tutaj takiego nie było. Tak jak zawsze rozbije to na części pierwsze (no bez przesady) i przybliżę co i jak.


Zacznijmy od tego co nie wyszło w moim odczuciu. Wszelkie decyzje jakie dokonało się w pierwszej części nie mają w sumie znaczenia. Prawda, spotkamy paru znajomych, a nawet dowiemy się co się stało na kontynencie. Niestety nie ma to znaczenia. Kampania nijak się nie zazębia z poprzednią odsłoną. Dlatego możecie śmiało sięgnąć po tą odsłonę i zagrać bez obaw, że czegoś nie zrozumiecie lub umknie wam jakieś nawiązanie zgrabnie wplecione między zadania poboczne.

Kolejną bolączką tej odsłony jest backtracking. Map jest co prawda kilka, ale to za mało przy liczbie godzin, które spędzi się  w grze. Dragon Age 2 ma także ciekawe błędy rodem z programy Gry z Kosza. Zapytacie jakie? Już śpieszę z odpowiedzią. Mój ulubiony to znikające jeden po drugim elfy z zaprzyjaźnionego klanu, które spotykamy po wykonaniu q dla towarzysza, inny ciekawy moment to jak naczelna kapłanka idzie po schodach. Nic nie było w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że była w połowie zanurzona w nich.


Szczęśliwie więcej takich smaczków nie zobaczymy w końcu mówimy tu o produkcji 3a. To co mnie osobiście poirytowało w czasie kampanii był wymóg posiadania określonych statystyk, aby móc włożyć określony ekwipunek. Fakt, że wykonywałem wszystkie zadania jak leci nie przyspieszyło tego jakże wolnego procesu.

Było narzekanie to teraz chwalenie, choć przy omawianiu systemu walki będę musiał wytknąć małe niedociągnięcie.

Opowiem wam  ciekawą historię…
Najmocniejszą stroną, DA2 jest fabuła. W pieszych godzinach kampania praktycznie mnie wciągnęła mimo, że nie była wybitna. Zaczynamy od ucieczki przed pomiotami. Wojna dobiega końca i trafiamy do „Wieży Babel”. W sumie prawie, że dosłownie, bo wrogą atmosferę można kroić nożem. To co mnie ujęło w pierwszych godzinach było wyraźne rozdzielenie fabuły na lata w jakiś się odbywała.

Sprecyzuję tę myśl dokładniej, po wykonaniu pierwszych zadań w nowym domu mija rok. Potem jest tylko lepiej, bo mamy nawet ok. 3 lata luki. Skok za skokiem, że się tak wyrażę.


Drugim istotnym elementem w kampanii to brak celu. Chodzi o ten jedyny słuszny, o którym twórcy muszą informować gracza z subtelnością młota pneumatycznego. Tutaj tego nie doświadczymy. Choć o dziwo devowie podeszli do sprawy znacznie delikatniej, ujawniali stopniowo to co się wydarzy. Konflikt, który został pokazany między templariuszami, magami i Qunari. 

No dobrze, ale co będzie się robić przez całe Dragon Age 2? Łoić moby, bandytów itp. i raz na jakiś czas komuś się zafunduje kosę pod żebro. Proszę o nie kopiowanie tego cytatu jest to duży skrót myślowy. Najbardziej ciekawe zadania będzie się otrzymywało od towarzyszy i w sumie warto je wykonywać. Przekonacie się czemu na samym końcu.

Nie zabrakło też fedeksów, czy jak Ja je nazywam przenieś, zanieś pozamiataj, są jeszcze „ciekawsze” misje. Nie będę o nich się rozpisywał, bo robią się w sumie same i tak przy okazji. Zapychacze, które nie są kulą u nogi na szczęście. Brakuje mi jednak wędrówek, a rzecz ujmując jaśniej obozowisk. Co prawda rozmowy z poznanymi bohaterami została zachowana, ale jednak nie to samo.


Kolejną istotną sprawą są relacje między bohaterami i możliwość romansowania. Ci co są poprawni politycznie lub przewrażliwieni na punkcie LGBT to niech przejdą do dalszego akapitu. Totalna gejoza. Babeczek jak na lekarstwo, a zamiast tego mogłem mieć cały męski harem (błe) Tylu pedziów jeszcze nie widziałem na raz. Nikt nie słyszał w EA o zdrowych i normalnych związkach? 

Jak już wybierzemy z całych dwóch panien z czego jedna z nich nie jest zupełnie zainteresowana związkiem z protagonistą musimy się zadowolić tym co dali. Na pocieszenie powiem, że Merrill jest naprawdę pocieszna. Z jednej strony mamy dzielną dziewczynę, która dąży do swego celu, a z drugiej słodką niezdarę, która się chce opiekować i nie tylko…  W takim wypadku lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

W DA2 nie można kupować prezentów w celu zdobycia przychylności naszej drużyny w sumie nawet gotów jestem zaryzykować, że zmotywowanie ich do odejścia będzie znacznie trudniejsze niż przekonanie do siebie. Sam system przyjaciel / rywal jest trochę spaczony. Przekonałem się o tym jak dostałem negatywną ocenę za odstąpienie od zadania, które po chwili przyjąłem i też skończyło się reprymendą.


Przejdę teraz do umiejętności i rozwoju naszych milusińskich. Nie będzie tu możliwość stworzenia sobie krasomówczego krasnoluda lub łotrzyka elfa. Mamy tylko trzy klasy, wspomniany złodziej, mag i wojownik. Jedyne co możemy wybrać to wygląd i płeć swoją i rodzeństwa. Trochę się pobawiłem w edytorze, lecz domyślny wygląd był najlepszy. Brakowało tylko zakładki sklepu z skinami itp. do „szczęścia”.

Same dialogi też zasługują na wspomnienie nie tylko dlatego, że są zabawne, ale i z tego też powodu, że podział ich jest dość prosty. No może nie do końca. Czempion jak nazywają głównego bohatera mówi coś innego niż piszę. Żeby było śmieszniej rozmówca rozumie to jeszcze inaczej. Jedyną ciekawą mechaniką jaką wrzucono do rozmów są rzadkie, ale zawsze wtrącenia przyjaciół, które trzeba wywoływać. Nie raz uratowały mi życie lub wprowadziły ciekawą zmienną w sytuacji jaka miała miejsce.

No dobrze, a teraz umiejętności postaci i jej rozwój. Co jakiś odległy czas dostaje się PD i PW (punkty wiedzy) dające możliwość podnieść statystyk i jedną na nową aktywną lub pasywną umiejętność. Mimo, że gra nie jest krótka, bo przechodzi się ją w 30 godzin to nie miałem jak przetestować różnych broni itp. Szybko można do takiego wniosku dojść i zacząć inwestować punkty w interesujące nas „drzewko”.


Ostatnim kamykiem jaki trafi do twórców jest nie równa potyczki. Aby taki wojownik mógł sobie walczyć w miarę regularnie musi pić sporo wzmacniaczy. Bez tego starcie przypomina skakanie liczby fps. Jeśli w ekwipunku nie zabraknie eliksirów to z powodu cooldown wciąż będą widoczne przerwy. Jest to upierdliwe, ale trzeba się z tym jakoś pogodzić.

Podobnie jak w pierwszej części możemy programować skrypty odpowiadające za drużynę. Zajrzałem tam z czystej ciekawości, co nieco przetestowałem. Fajny bajer i nic po za tym, a taktyczna pauza jest tyle warta co vats w Fallout 3.

Na sam koniec co nieco o grafice. Na PC wyglądało to tragicznie i wymagało aktualizacji w tempie ekspresowym. W przypadku wersji na Xbox 360 nie mogłem narzekać. Nie miałem wrażenia, że obcuje z czymś gorszym i robionym na szybko. Najwyraźniej dołożono więcej starań do tego portu. Zaklęcia były wyjątkowo krwiste i nie zabrakło kultowej przesady z liczbą plam krwi na twarzach i pancerzach.


Całkiem sporo tego, ale na pewno dało się wyciągnąć jeszcze więcej. Po pierwszej godzinie byłem pewien, że zakupię ostatnią część, a teraz… w sumie też. Pora na podsumowanie.

Całkiem przyzwoity rpg, dla przeciętnego miłośnika tego gatunku. Dość nietypowa narracja fabuły i podział na poszczególne akty. Walka klatkująca, ale i tak daje radę, a do tego zabawne błędy. Oceniam ten jakże zacny tytuł na 7.5/10.

Rozpisałem się trochę, dobra a teraz wracam do Wii U, ja ne (tł. z japońskiego na razie)

Share:

Recenzja Kimi no Na wa


Jeśli powiem, że film, o którym napiszę jest dobry zabrzmi banalnie, bo ciągle ostatnio tak piszę. Zacznijmy jeszcze raz początku…

Mieliście kiedyś wrażenie, że śniliście sen tak prawdziwy, że aż nie dało się go odróżnić od rzeczywistości? A może były to wspomnienia z poprzedniego życia? Kto to wie? Ja na pewno nie wiem. Lecz nie skupiajcie się na tym teraz, a na czymś innym.


Dwójka bohaterów, których dzieli nie tylko odległość, ale i czas. Ona mieszkająca w małym miasteczku, gdzie się wszyscy znają. On licealista z Tokio, istniejąca jednostka anonimowa. Coś jednak ich łączy są to więzi, których nie może rozerwać nawet śmierć. Przypatrzmy się perypetiom Mitsuha, która pragnie się wyrwać z zaściankowego społeczeństwa na czele, którego stoi jej ojciec burmistrz Itomori.

Taki kun chłopak, który mimo chodem staje się czynnym uczestnikiem wydarzeń, które miały i mają miejsce jakkolwiek to nie zabrzmiało. Oboje zamieniają się każdego dnia ciałami i muszą wejść w dudze buty. W przeciągu całego seansu prawie połowa filmu skupiała się właśnie na tym. 

Budowało to ładnie napięcia i rozluźniało zarazem po przez swój satyryczny charakter. Nie brakło też krępujących momentów wynikających z określonych sytuacji. Nie należy odbierać to jako tanią tandetę, którą ktoś próbuję nam wcisnąć. Sądzę, że to był zabieg zamierzony, podobnie jak ujęcia zamykających się drzwi. 


Drugo planowe postacie jak Katsuhiko, czy Sayaka mogły dzięki temu mieć swoje pięć minut antenowych. Plejada bohaterów będących cały czas wokół Taki i Mitsuha jest znacznie więcej, a do tego dobrani są w taki sposób, aby dobrze kontrastować do ich zachowań. Zgrabny to zabieg powodujący, że związanie się z nimi emocjonalnie przychodzi z wielką łatwością.

Przez dwie trzecie filmu Kimi no Na wa mamy coś w rodzaju komedii obyczajowej nie pokazującej jednoznacznego celu. Reżyser i scenarzysta tej produkcji Makoto Shinkai bawił się ze mną i tymi co obejrzeli i zobaczą jego dzieło w kotka i myszkę. Pod płaszczykiem wspomnianych przeze mnie wydarzeń przemyca sporo tradycyjnej kultury japońskiej.

Odwołuje się do wierzeń głównej bohaterki i jej babci, która jest kapłanką lokalnego bóstwa podobnie jak jej wnuczki. W samym scenariuszu poświęcono wiele temu wątkowi i po przez lekcję jaką dostał Taki kun dokonał się niezwykły twist w fabule. Krążę sobie tak, aby nie zdradzać jakichkolwiek szczegółów, które mogły wam zepsuć przyjemność z oglądania.


Pragnę się też ustosunkować do niezwykle realistycznego stylu rysowania. Ludzie z CoMix Wave Films naprawdę wykonali kawałek dobrej roboty. Najlepszym tego dowodem był komentarz: to prawdziwy krajobraz? Tak dobrze imituje oryginał. Możecie wierzyć mi na słowo. Autorka tych słów pragnie zostać anonimowa.

Od samego początku byłem atakowany, nie to słowo, byłem, hojnie obdarowywany niezwykłymi obrazami, które miały bezwątpienia przykuwać moją uwagę. Spory nacisk nałożono też na to by miasto naprawdę tętniło, życiem należy docenić fakt, że „statyści” byli narysowani szczegółowo, a nie w sposób uproszczony co by znacząco oszczędziło czas i pieniądze.

Na sam koniec pochwalę Kimi no na wa za doskonałą ścieżkę dźwiękową. Pomimo tego, że oglądałem film już dawno temu to chętnie odsłuchuję poszczególne piosenki do dnia dzisiejszego, co jest swojego rodzaju rekomendacją.


Tak jak pisałem, wspominałem itp. oglądałem nie raz tą produkcję i za każdym razem utrwalałem się w przekonianiu, że jest to produkcja warta mojego czasu. Przedstawione tam wydarzenia są naprawdę świetnie pokazane, a do tego przyjemnie się słucha, a wraz z zakończeniem kibicuje się z całego serca młodej parze. Ocena końcowa 9/10.

Dziękuję tym co dotrwali, aż tu zostawcie jakiś komentarz, abym wiedział ilu z was doczytało do końca tą recenzję.

Share:

Recenzja Star Wars Episode III: Revenge of the Sith

Przejdź na ciemną stronę mocy! Zagraj na Xbox Classic!

Jakoś do tej pory nie miałem okazji ograć żadnej gry, której akcja rozgrywała by się w uniwersum Star Wars. Sytuacja się zmieniła wraz z przybyciem kolejnej konsoli i tajemniczym pudełeczku z płytą w środku.

Epizod III, kto go nie zna ręka w górę. No proszę, nie ma chętnych? Bardzo dobrze, widzę, że wszyscy znacie starą trylogię to nam uprości sytuacje. Zapewne podobnego zdania byli ludzie z The Collective i nie tyle spłycili, a regulowali długość pewnych wydarzeń według swojego uznania.


Warto zaznaczyć, że nawet przebieg niektórych wydarzeń odczuwalnie różni się od tego co można było zobaczyć na srebrnym ekranie. Jak wiadomo zmiana wyglądu kanclerza dokonała się w czasie próby jego aresztowania. Tutaj mamy coś zgoła innego. Mace Windu nie przerabia buźki Palpatine o co to nie. Po jakże błyskotliwej walce, o której napiszę więcej niżej ginie od pchnięcia mieczem.

Korekt, czy innych nadinterpretacji było znacznie więcej. Nie ma sensu skupiać się na wszystkich, a jedynie na tych istotnych. W moim odczuciu dobrze jest jak się poszerza o nową zawartość etapy, które odgrywały niebagatelną rolę w fabule.

Dobrym przykładem będzie moment, gdy Anakin Skywalker zmierza „rozmówić się” z przywódcami rebeliantów. W filmie jest tam raptem parę scen, a tu miałem okazję zobaczyć znacznie większy obszar. Podobnie się ma sytuacja w świątyni jedi, którą odwiedziłem dwukrotnie. A skoro już o tym piszę to zostałem zaskoczony tym, że zamiast mieć back trading to jedynie co zrobili twórcy to delikatne zahaczenie obszarów jakie pokazali wcześniej.


Co do samej fabuły to trzymano się w miarę wiernie, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że mam styczność z czymś w rodzaju streszczenia filmu. Możliwe, że to przez cięcia z przeskakiwaniem między poszczególnymi etapami zrobiło swoje.

Skoro już wspominam o materiale źródłowym. W trakcie przechodzenia kampanii byłem raczony dwoma rodzajami przerywników. Pierwszy to fragmenty Zemsty Sithów, a drugi to cinematiki robione na silniku gry. Szata graficzna mimo swoich lat, a mówimy tu o produkcji z 2005 r. zestarzała się godnie i nie kole oczy swoją kanciastością.

Mogę z czystym sumieniem pochwalić naprawdę wysoki kunszt devów, którzy postarali się, aby animację poszczególnych ataków robiły pozytywne wrażenie. No i tutaj dopiero zaczyna się cześć właściwa, czyli rozgrywka. W ciągu całej kampanii, czyli ok. 3 do 4 godzin miałem okazję pograć dwoma grywalnymi bohaterami, czyli Anakin Skywalker i Obi-Wan Kenobi.


Możliwości wyboru lub przełączania się w trakcie między nimi niebyła możliwa. Pewnie bym trochę smęcił, gdyby różnice między nimi były na tyle duże, aby odbiór się jakoś zmienił. Generalnie umiejętności mieli takie same. Mogłem jedynie wpłynąć na rozwój ich skilli. Dzięki temu Obi (co sam sobie rObi) miał większe umiejętności mocy, a Anakin władał lepiej mieczem świetlnym. Nie odczułem żadnej różnicy, a szkoda.  

Dopiero walki z bossami wpłynęły na wrażenia z gry. Postarano się, żeby większość z nich miały swój indywidualny zestaw ataków. Gdzie nigdzie wsadzono ich na siłę, co było wyjątkowo męczące. Szczęśliwie na średnim poziomie można pokonać ich w pierwszym podejściu.

Poszczególni przeciwnicy posiadają mini rundy, charakteryzują się zmianą otoczenia jak w Injustice. Nie muszę dodawać, że nie będzie możliwe zapisywania gry po przejściu poszczególnych części? Niekiedy zdarzyło mi się paść i powtarzać jakieś starcie. Wtenczas dłużyło się to niemiłosiernie.


Dlatego warto czasami wykorzystać błędy i luki w Si Npc. Najzabawniejszy był Windu, który w drugiej fazie walki nie był wstanie dobiec do końca areny. Mogłem się wtedy spokojnie regenerować, a biedaczyna biegł w miejscu machając nogami to tyłu. Innym ciekawym sposobem na zrobienie sztucznej inteligencji w konia było wykorzystanie umeblowania pomieszczenia, gdzie znajdowali się przywódcy rebelii.

Notorycznie Anakin blokował się na czymś i potrzebował sporej chwili, aby obejść dzielące nas obiekty. Miło z jego strony, że dał się tak załatwić. Niestety nie wszystko szło tak dobrze lub zabawnie. W trakcie przechodzenia gry miałem okazję zmierzyć się z pseudo jak dla mnie szefami. Statki bojowe miały bardzo, ale to naprawdę bardzo szablonowym sposobem atakowania.

Jeśli komuś mało co ważniejsi wrogowie posiadali jeszcze jedną upierdliwą cechę, a raczej mechanikę. Nazwałem to „niewidzialnymi punktami Hp”, a chodziło tu oto, że mimo pustego paska życia dalej mogli walczyć! Tylko jak długo? Nie było jakiejś reguły i z tego też powodu zamiast ekscytacji to odczuwałem dyskomfort.


A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Po zakończeniu głównego wątku w menu czekają na nas misję bonusowe. Największą gratką jest możliwość wcielenia się w mistrza Yode lub Grievousa. Jedna z misji była zablokowana, a z tego co wiem w wersji na PS2 można rozegrać ostatnią walkę po ciemnej stronie mocy i przez co zobaczyć inne zakończenie.

Czy warto zagrać Star Wars Episode III: Revenge of the Sith? Całościowo odebrałem dobrze ten tytuł. Dzięki temu, że  fabuła jest dość krótka i można w sumie w jednym posiedzeniu ograć całość to nie zdąży się nikomu przejeść. Równocześnie posiada zdania dodatkowe, które wydłużą zabawę. A dla miłośników wyciskania wszystkich sków jest poziom hard i próba znalezienia wszystkich ukrytych rzeczy.

Tym razem zamiast hitu było coś nieco niższych lotów i do tego na licencji. Sądzę, że pomimo ograniczeń studio robiące tą produkcję wywiązało się należycie z swojej pracy. Podzielcie się w komentarzach waszymi wrażeniami z tej bądź innej gry z uniwersum Gwiezdnych Wojen.
Share:

Recenzja Kimi no Suizou wo Tabetai

Ledwo skończyłem oglądać, a już wrzuciłem post na Fb o tym, że obejrzałem jeden z lepszych filmów w tym roku. Naprawdę trafić na taką perełkę to sztuka. Jak to powiedziała Sakura, wszystko to jest wynikiem naszych decyzji?

Na zeszłorocznym konwencie Sabatu w komiksiarni trafiłem na ciekawą mangę Kimi no Suizou wo Tabetai, co można tłumaczyć: chcę zjeść twoją trzustkę. Komiks mnie co prawda zainteresował, ale jakoś niezbyt mocna.


Przypadkiem trafiłem na sam film i tak dla hecy zacząłem oglądać. Po pierwszym podejściu wyłączyłem przed dwudziestą minutą. Uznałem wtedy o zgrozo, że to chłam. Lecz teraz po ponownej próbie zrozumiałem swój błąd. Możliwe, że to właśnie przez Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai trafiłem na ten, o którym piszę. Na serwisie My anime list pokazało go jako podobny. A tak naprawdę miniaturka przyciągnęła moją uwagę.

Sam już nie pamiętałem o jego istnieniu. Nie będę tu ukrywał, że mój punkt widzenia, samo podejście się tak zmieniło, że nie mogłem się oderwać od ekranu (śmiech). Słodzę i słodzę, a treści merytorycznej brak.


Początek filmu na dzień dobry mówi o śmierci Sakury. Trochę dziwnie, że już zdradzają finał, nie uważacie? Dalej robi się co raz ciekawiej, bo sama fabuła się skupia na Sakurze i Harukim. Całkowite przeciwieństwa, on zamknięty w sobie introwertyk, a ona otwarta na wszystkich. Mimo tych różnic coś ciągnie ich do siebie. Zaczyna to powoli przybierać formę historii miłosnej, lecz nie należy tego szufladkować w taki sposób.

Nie urzekniecie tu ochów i achów, gapienia się w księżyc itp. głupotek. Pod maską pozornie zwykłego dramatu mamy dużo więcej. Wymaga to jednak głębszego zastanowienia i przemyśleń. Jak żyć z chorobą, której nie da się wyleczyć? Czym jest życie i co najważniejsze jak przez nie przejść? Na te i inne pytania nie dostaniemy odpowiedzi w tej produkcji, ale tak właśnie czuję, że o tym jest ten film.


Oglądanie jak główni bohaterowie oddziałują na siebie i jak ważne jest, aby trafić na właściwą drugą osobę jest naprawdę istotne. Haruki przez swoją specyficzną osobowość mógł dać to co Sakura najbardziej potrzebowała. Dość często trafiam na artykuły, gdzie ludzie chorzy lub niepełnosprawni nie załamują się, a zaczynają żyć pełnią życia. Z czego to wynika?

Jak już pisałem Sakura jest naprawdę nieszablonową dziewczyną. Jej entuzjazm jest zaraźliwy, a styl bycia sprawia, że od razu ma się ochotę z nią zaprzyjaźnić. Oczywiście, mimo swoich starań pokazuję co się kryję za jej uśmiechem. Nadaję to drugie dno, głębi? Trudno to jednoznacznie ująć.


Sam finał mnie zaskoczył. Sądziłem, że wiem co i jak się stanie. Wbrew pozorom stało się inaczej i zostałem zaskoczony i to bardzo. Jak zapewne się domyliście  Kimi no Suizou wo Tabetai zrobiło na mnie pieronujące wrażenie (śmiech). Piszę to na pełnym spątanie. W sumie nie wiem, czy to recka, a może felieton. Interpretacje zostawię wam. Na samiusieńki koniec mały spoilerek. Warto poczekać, aż napisy miną, bo coś jeszcze jest na końcu. 

Podzielcie się waszymi „odkryciami” jakie obejrzeliście na początku tego roku! Może znowu tafię na coś równie dobrego.

P.S. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie zapisałem ani razu i tylko pisałem xD
Share:

Recenzja Gears of War

Kolejna niedziela z kolejnym mega hitem! Były super produkcje z stajni Sony pora teraz na  Microsoft. Na pierwszy ogień pójdzie Gears of War na Xbox 360.


Jak dobrze wiecie nie lubię się ograniczać dlatego uwielbiam grać na najróżniejszych platformach. Wiem skromny jestem (śmiech). Wracając jednak do meritum. Tytuł ten (patrz GoW) jest naprawdę ponadczasowy w swojej lidze. Epic tak to ten EGS, który strasznie teraz smrodzi, wydał wtedy naprawdę fantastyczną grę.


Zacznę od trzech istotnych rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Ciężar protagonisty jest naprawdę odczuwalny. Jak biegnie, nie mylić ze sprintem to miałem wrażenie, że się od tych pneumatycznych kroków zapadniemy do tuneli szarańczy. Kolejna sprawa to przechodzenie między przeszkodami. Nigdy nie zapomnę pierwszego przeskoku. Czuć, ale naprawdę czuć było, że Fenix to chłop, który waży ponad 100 kg.

Ostatnim może nieco mniej istotnym wątkiem jest pogodzenie muzyki, efektów dźwiękowych i dialogów. Wszystko współgra ze sobą naprawdę bardzo dobrze. Kiedyś to wiedzieli jak to zbalansować bez utraty jakości. Skoro już piszę o soundtracku to odniosłem wrażenie, że kompozytor nałożył duży nacisk na instrumenty typu tuba itp. Miłe urozmaicenie, które wprowadziło swojego rodzaju doniosłą atmosferę i pokazało inne oblicze epickiej muzyki.


O fabule słów kilka
No może warto napisać ciut więcej niż parę zdań? Na samym początku kampanii mamy więzienie o wysokim rygorze, ale takim naprawdę pokręconym, że się tak wyrażę. Szybko trafiamy w wir walki, który ocieka testosteronem. Bleszyński i spółka nie patyczkowali się w tej kwestii dając swoim bohaterom giwery z magazynkami na 600+ amo. Fabuła jest dość oszczędna i dobrze skrojona pod to co będziemy robić.

Nie można było tego powiedzieć o zwiastunie, który chciał dać do zrumienia, że będzie to historia o sporej głębi. Cały czas jesteśmy informowani o bieżących celach i ewentualnych zmianach. Początkowo mamy dotrzeć do zespołu, który ma bombę mającą zrobić duże kuku szarańczy. A następnie, a co będę mówił, coś poszło nie tak. Konstrukcja prosta jak cep.


Dzięki temu nie zaprzątamy sobie głowy myślami, czy nasze decyzje były i czy kolejne będą właściwe. Co nie oznacza, że nie będziemy mieli opcji do wyboru. Przez całą drogę przeskakuję się od areny do areny, gdzie łuski od amunicji lecą setkami tysięcy.

Rozgrywka jak jest widać
Tak jak napisałem akapit wyżej wszystkie starcia, na prawie, bo większość opierają się na walce na ciasnych obszarach. Mimo tego faktu są dostępne różne opcje taktyczne, które można zastosować, aby się dobrać do przeciwnika. Wrogowie też nie próżnują i próbują coś tam zrobić. Przez większość czasu mówią coś po swojemu, ale jak rzucają granat to naglę zaczynają gadolić po naszemu. Czy to nie miłe z ich strony? Sama sztuczna inteligencja miewa wpadki, można to zauważyć na poziomie w którym poruszamy się nocą. Z beztroską chowają się przy zaciemnionych osłonach o ile zdążą tam dobiec #nietoperze.


Innym ciekawym przykładem jest berserker, który służy za taran w wyzwaniach czasowych. Wielokrotnie deptał naszych towarzyszy lub się gubił. Szczęśliwie występuję tylko ok. trzy razy w ciągu gry. 

Rodzajów przeciwników niema za dużo, a przez co walczy się ciągle z tymi samymi co na dłuższą metę ułatwia sprawę, bo zna się dokładnie ich zachowania. Warto wspomnieć też o samych bossach. Mimo, że są wielkie jak góry z wyjątkiem ostatniego to są łatwe do pokonania nawet ten finalny jeśli się zauważy jego słaby punkt. 


A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Wspomniałem o wyborach, tak są tu takie. Co jakiś czas można zdecydować, czy idziemy prawą lub lewą drogą. Podział ten miał służyć, za zachętę do ponownego przejścia kampanii, aby zobaczyć pewne fragmenty w nieco innym świetle.

Na tych etapach można robić za wsparcie lub grupę uderzeniową. Przyznaję, że sytuacja naprawdę potrafi się zmienić, ale nie jest to wartę ponownego przechodnia Gears of War. Ostanie parę zdań poświęcę Npc, które towarzyszą nam przez całą grę. Niedźwiedź  jest najbardziej przypakowany a do tego przypomina typowego gangstereka wesołka z GTA. Blondi to stereotypowy ból dupiec, który będzie marudził przez cały czas, a o przydupasie Markusa szkoda gadać, on jest nijaki.

(Mała ciekawostka, da się wydawać polecenia członkom zespołu, tylko po co?) Po reklamie lol


Na tle tej plejady sam Markus jest najbardziej wyrazisty i konkretny w swoich działaniach. Co nie oznacza, że można go polubić. Koleś to typowy samiec alfa, który musi pokazać wszystkim kto tu rządzi i tyle w tym jakże subiektywnym temacie.

Czy warto zagrać w Gears of War? Dla samej rozgrywki tak, pomimo lat dalej trzyma się bardzo dobrze mimo, że ma sporą konkurencję, a w niektórych produkcjach zrobiono to nawet lepiej (Ghost Recon z 2012 r.) Jeśli macie Xbox 360, a nie graliście to polecam, bo tytuł kosztuję grosze, a zabawy daję sporo.       

Napiszcie w komentarzach jaki model rozgrywki wam bardziej przypadła do gustu i dlaczego wolicie walkę za osłoną, czy raczej wybiec na rambo i walić co popadnie.

Share:

Recenzja Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai


Szukałem ciekawego tematu do napisania i tak szukałem, aż trafiłem i dzięki temu spędziłem mile wieczór. Wierzę, że i wam się spodoba.

Ostatnio nie miałem szczęścia do Blood lad i zacząłem jeszcze w tamtą sobotę poszukiwać czegoś bardziej odpowiedniego. No i padła szóstka, szósteczka! Tym razem nie będę tu pisał o serialu, a filmie pełnometrażowym. Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai jest zakończeniem anime, o którym pisałem (Tutaj). Po obejrzeniu tej produkcji mam mieszane uczucia. 


Z jednej strony dostałem dużo więcej tego co najlepsze z anime, czyli wciągające zwroty akcji, a jednocześnie czegoś mi zabrakło. Trudno mi to ubrać słowa, bo to dość subtelne, że się tak wyrażę. Najbliżej opisuję to fakt, że odebrałem to jak połączone odcinki drugiego sezonu.

 No dobrze, przejdę teraz do fabuły. Znając samo anime wiedziałem czego się spodziewać. Mimo to dałem się zaskoczyć i porwać wielkiemu finałowi. W którym zostanie rozwiązany ostatecznie problem Azusagawa Sakuta. Cały film skupia się na nim i jego pierwszej słodko – gorzkiej miłości, czyli tajemniczej dziewczynie, którą spotkał na plaży.


Trudno coś napisać nie zdradzając istotnych szczegółów dlatego będę nakreślał fabułę starając się uniknąć spoilerów. Wydarzenia jakie mają miejsce w filmie nie są tym, czym się wydają na pozór. Mamy tu poplątanie czasowe rodem z pierwszego sezonu Life is strange, tyle, że nie ma tu Max, Cloe i spółki. Autor Hajime Kamoshida bawi się z odbiorcą w kotka i myszkę, a także w zjawiska natury czasoprzestrzennej.

Futaba przedstawia różne teorie naukowe dotyczące możliwości istnienia w różnych równoległych wymiarach i czasoprzestrzeniach. Im bardziej człowiek stara się to wyjaśnić tym robi się to bardziej zawiłe. Od samego początku zostałem zbombardowany specyficzną mieszanką komedii i dramatu. Po obejrzeniu pierwszych scen pomyślałem, oho będzie głupkowato, ale śmiesznie tak jak lubię. Szybko jednak akcja skierowała się w stronę trudnych decyzji.


Praktycznie nie widziałem, co będzie dalej kto, czemu i dlaczego. Naprawdę nic nie jest jednoznaczne i trzeba dotrwać do samego końca. Pod koniec seansu sądziłem, że zakończenie będzie w stylu otwartym na interpretację, lecz jest całkiem inaczej. Zarówno początek jak i koniec  mnie nie rozczarował. Clover Works spisało się na medal i trzymało wysoki poziom przez cały czas.

Co do relacji, czy innych zmian w między poszczególnymi bohaterami. No cóż, w tej materii nic się nie zmieniło. Utrzymano status nie zmieniony. Na szczęście aktorzy też byli ci sami. W sumie jak się tak zastanowić to Mai san była mniej tsundere, a jej cięte riposty zostały zastąpione miłością i to taką prawdziwą ;3

I tym o to pozytywnym akcentem kończę i gorąco zachęcam po sięgnięcie po ten film, który obejrzyjcie koniecznie. Chyba nie muszę was uświadamiać, że wpierw warto obejrzeć anime?

Share:

Recenzja Uncharted 4 Kres Złodzieja


Znacie to uczucie kiedy kończycie świetną grę i chcielibyście spędzić z nią jeszcze trochę czasu? Pewnie odpowie większość z was, że tak… Jak was ja dobrze rozumiem.

Uncharted 4 Kres Złodzieja to jedna z lepszych gier z 2016 r. i po przejściu jej mogę śmiało się pod tym stwierdzeniem podpisać. Fabuła przedstawiona w U4 jest wolniejsza i bardziej przemyślana. Nie mamy tony efektów specjalnych, które eksplodują co pięć minut. Złapałem się nie raz na tym, że sporo czasu antenowego poświęcono eksploracji, czy etapom platformowy, a znacznie mniej starciom z wrogami. 


Sama narracja jest też bardziej zbliżona do tej z The Last of Us. Wbrew pozorom nie był to zamiar docelowy. Tutaj pozwolę wrzucić parę faktów zakulisowych o produkcji ostatniej części Kresu Złodzieja

Naughty Dog tworzyło równolegle dwa projekty. Pierwszy to właśnie TLoU, a drugi U4. Wydawca postawił wszystko na projekt z zombie, co jak twierdziła Amy Hennig spowodowało, że nie miała dostatecznej liczby osób do pracy. Aby uratować projekt zaangażowano  „złotych chłopców”, czyli reżyserów TLoU, a panią Amy rzekomo wyrzucono za fraki. Sporo tego co zrobiono pod starym kierownictwem wyrzucono, a crunch stał się codziennością. 


Teraz jak już znacie sprawę z grubsza to możecie zrozumieć, że o inspiracji mowy być nie może. Po więcej faktów zapraszam do książki Pot, krew i piksele tam znajdziecie cały rozdział poświęcony tej sprawie. Wróćmy jednak do sedna, czyli samej kampanii.

Historia toczy się wokół powrotu starszego brata Nathana i tajemniczego skarbu pirackiego. Natomiast w tle przetaczają się zgrabnie włożone inne wątki, które doskonale urozmaicają trzon gry. Z jednej strony mamy pokazane relacje państwa Drake, a drugiej dwóch braci z czego jeden wraca po wielu latach. Elementem łączącym te rzeczy jest rozdarty Nathan, który nie chce skrzywdzić żadnej ze stron. Co jak łatwo się domyśleć mu nie wychodzi.


Relacje jakie łączą go z Eleną są naprawdę w ciekawy sposób pokazane. Najlepiej obrazuje je wspólny posiłek i gra na PS1 w Crasha Bandicota. Ciekawostką jest, że wstępnie planowano tam wstawić taniec pary.

Dzięki świetnym animacją twarzy, które w mojej subiektywnej ocenie biją te z Wiedźmina 3, można dostrzec wszystkie emocje bohaterów. Nawet ruchy są dopracowane niemalże do perfekcji. No, skoro już o nich piszę to warto przyjrzeć się scenie, gdzie braciszkowie zdejmują smokingi i to na naszych oczach! Aby tego dokonać twórcy musieli zastosować ciekawą sztuczkę.


Nie będę mówił jaką dokładnie, bo wszystko piszę we wspomnianej przez zemnie książce. Wrócę jednak do fabuły jeszcze na chwilę. Samuel to ten brat co się pojawia w tej części jest naprawdę ciekawym jegomościem. Motywację jakimi się kieruję i poglądy jakie wygłasza są dość sensowne patrząc zapewne z jego punktu widzenia. Chodzi mi jednak o to, że można go polubić, ba jest on naprawdę bardzo dobrze napisaną postacią pełną wątpliwości, sprytu i co najważniejsze troski wobec młodszego brata. Choć z tym ostatnim mam pewne wątpliwości.

Ich relację są naprawdę bardzo podobne jak Joela i Ellie. Wielokrotnie też starano się pokazać to po przez retrospekcję i „przypadkowe” umieszczenie ich na motorze.


No dobrze, a teraz rozgrywka. Największą zmianą było dla mnie brak mobków, pardon potworów strzegących skarbu. Odebrałem to pozytywnie z tego też powodu, że elementy nadprzyrodzone są całkowicie zbyteczne. Kampania jest podzielona na rozdziały, a wraz z tym poszczególne etapy rozgrywają się na różnych obszarach świata. Projekty poszczególnych poziomów są znacząco zróżnicowane od siebie. A im dalej w las tym więcej popisowych akcji można rozegrać.

Trzeba jednak pamiętać, że miłośnicy na Rambo, będę musieli zwolnić lub obniżyć poziom trudności. Wielokrotnie przekonywałem się, że eliminacja na cichacza jest bardziej opłacalna. Nie brakuję nam możliwości pozbycia się wroga, od ściągnięcia go w przepaść, aż do efektywnego zeskoku lub lotu na linie i wylądowaniem na biedaku. Daje to naprawdę sporo satysfakcji niezależnie od metody wykonania.



Naughty Dog wzięło też pod uwagę możliwość niszczenia otoczenia, a więc chowanie się za drewnianą skrzynką nie będzie dobrym pomysłem. Kolejną sprawą są zagadki. Dzięki nim szybko zauważyłem, że ktoś trzyma mnie, „na siłę” za rękę. Podpowiedzi uruchamiają się stanowczo za szybko. Co oznacza, że albo są tak łatwe, albo ktoś jest przewrażliwiony i boi się „gniewu odbiorcy”. Inną sprawą jest elastyczny poziom trudności, który rośnie lub maleje zależnie od umiejętności grającego. Finałowa walka najlepiej to pokazuję.

Na sam koniec zostawię sobie to co najlepsze, a przynajmniej w tej produkcji. Dźwięk przestrzenny jaki zaimplementowano w Uncharted 4 Kres Złodzieja jest naprawdę niezwykły! Gdy po raz pierwszy uruchomiłem grę to naprawdę miałem wrażenie bycia w „środku” akcji: warkoty, szumy, krzyki wszystko to wspaniale współgrało ze sobą dając niepowtarzalne wrażenie niczym w kinie.


Kolejną rzeczą były odbicia w lustrze, czy odblaski światła. Jakby ktoś powiedział mi, że PS4 ma Ray tracing to bym uwierzył. Naprawdę chylę czoła przed najlepszymi, oczywiście zaraz po Redach.

No i na sam koniec wnętrza. Mieszkanie Draków to pierwsze jak i drugie oglądałem z wielką starannością. Nie mogłem się nadziwić ile trudu włożyli, aby je stworzyć, ale to i tak nic w porównaniu z ostatnią lokacją, gdzie się znajduje skarb, tam dokonano wprost tytanicznej pracy. Potężne pomieszczenia w stylu barokowym. Przepych i jak to ujęli braku gustu nie brakowało i co równie ważne świat sam opowiadał co się wydarzyło w tym miejscu. Ale tylko na końcu wcześniej jest co prawda przepięknie, ale pod kątem narracji średnio.


Czy warto zagrać w  Uncharted 4 Kres Złodzieja? Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią tak. Dopracowana fabuła, liczne wyjścia naprzeciw graczowi chociażby złośliwe uwagi na nasze zachowania. Spróbujcie zdetonować wszystkie pułapki na końcu lub przejechać kilka raz na dupie po wzniesieniu, a zobaczycie. Smaczków wszelakich jest znacznie więcej dlatego gorąco zachęcam do zagrania. Pozycja obowiązkowa.   

Mamy pierwsze produkcję na grę roku! Oby tak dalej. Zobaczymy jak będzie później. :D

Jakie są wasze odczucia po zakończeniu dużej produkcji lub serii, które przypadły wam do gustu? Szukacie czegoś podobnego, czy może włączacie New game plus?

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie