• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Relację z Sabat Fiction-Fest 2018!

Obiecałem sobie, że będę w najbliższym czasie ogrywał produkcje z kraju Kwitnącej Wiśni. Obecnie przechodzę Persone 5 i robię to sumienie! Jednakże pojawił się quest od Gandalfa, a treść jego brzmiała: Wybierz się na Sabat Fiction-Fest 2018! Pojechałem więc do Kielc, aby zobaczyć jakie cuda będą się tam dziać.  

No, a teraz na poważnie. Od lat w miarę swoich możliwości jeżdżę na konwenty organizowane w województwie świętokrzyskim. W tym roku odbyła się wyjątkowa edycja, ponieważ połączono dwie, do tej pory funkcjonujące oddzielnie, imprezy: Jagacon i wyżej wymienioną. Organizatorzy doszli do wniosku, że trzeba połączyć siły i stworzyć wspólny event. Na wieść o tym ucieszyłem się wierząc, że dzięki temu wszyscy zainteresowani stworzą jeszcze lepszy festiwal. Pora rozpocząć relację z tego co się działo od 17 do 19 sierpnia 2018 r. na Targach Kielce.

Dzień pierwszy:  

Tak jak co roku udałem się do Kielc i spod Urzędu Marszałkowskiego pojechałem na teren Targów. Ku mojemu zaskoczeniu na ostatnim przystanku z autobusu wysiadła całkiem spora grupa uczestników. Jak się szybko okazało cześć z nich przyjechała pierwszy raz, ale byli też stali bywalcy.

Wejście na konwent znajdowało się od ulicy Zakładowej, tak samo jak w zeszłym roku. Czym prędzej ruszyłem, pomagając jednocześnie nowym, którzy nie byli jeszcze zorientowani w terenie. Na miejscu zobaczyłem jedną z większych kolejek w życiu i żeby nie wyjść na gołosłownego dodaję zdjęcia zrobione w trakcie minionych wydarzeń. Trochę się zdziwiłem, że zmienili hale. Pomyślałem: mówi się trudno i kocha dalej. 


Musicie wiedzieć, że ci którzy zdecydują się przygotować jakąś atrakcję mają wstęp za free na całe trzy dni. Lecz to nie koniec niespodzianek! Gdy tylko strzeliłem parę fotek usłyszałem: prelegenci mają się zgłaszać po akredytacje do "informacji". Po wypełnieniu formalności wszedłem wreszcie na teren imprezy. Zapewne zastanawiacie co pierwsze zrobiłem. No, nie będę trzymał was w napięciu.  


Udałem się do "karczmy", gdzie można było zagrać w Gwinta i Wiedźmina 3 Edycje Rozszerzoną. Fakt, nie jestem jakimś wyjadaczem w karciankach, ale muszę przyznać, że udało im się zrobić przyjemny "kącik" do gry. Po szybkim odnalezieniu wszystkich miejsc, gdzie można w coś pograć, a trochę tego było, o czym napiszę szerzej nieco później, odnalazłem sleeping room, który zlokalizowany był tuż obok Sceny Głównej Sabatu. Zająłem sobie wygodne miejsce koło wejścia, dzięki czemu nie było problemu z poruszaniem się nawet w późnych godzinach nocnych. Nie wiem czemu, ale kiedy biorę udział w tego typu wydarzeniach zmieniam się w nocnego marka.


Pierwsze prelekcje, panele itp. zaczynały się od godzinny 15. Ruszyłem czym prędzej do sali, gdzie miał znajdować się blok Mangi i Anime.  Prelekcja nosiła tytuł Przedstawienie Studia Anime: P.A.Works i prowadzona była przez Sebastiana "SebastianOrf3" Raczyńskiego. Generalnie Sebastian podszedł do swojej pracy sumienie i dowidziałem się sporo na temat tej wytwórni. W międzyczasie sprawdziłem co będzie następne, a był to panel Marvel, a mitologia, czyli Thor w dwóch wydaniach  i odbył się w tej samej sali co mój, z tą różnicą, że ja wystąpiłem tam w niedzielę. Temat Thora, który omówił Michał "Hiro" Serwicki przygotowany był naprawdę dobrze.

Nie potrafiłem odmówić sobie tego, aby nie wejść do sąsiedniej hali, w której w zeszłym roku był konwent. Doznałem "ataku" nostalgii. Zacząłem przypominać sobie wszystko co się działo na poprzedniej edycji. Dość szybko doszedłem do wniosku, że sam układ poszczególnych dodatkowych atrakcji, jak strefa Starcraft 2 lub Hearthstone, stał na wyższym poziomie. Innymi słowy wszytko znajdowało się blisko siebie, co dawało wrażenie większej intensywności. Szkoda, że tego nie zachowano. Tegoroczny rozrzut wypełnił całą przestrzeń, lecz niestety dało to wrażenie obcowania z czymś uboższym.


Kolejną istotną zmianą, a raczej problemem natury technicznej był brak klimatyzacji w salach E1 i E3. Powinny się tam odbywać warsztaty: Siedzenie w saunie :D  No, ale żarty na bok. Dobrze było wrócić na stare śmieci i poczuć się tak, jakby nigdy się nie opuściło konwentu. Paradoksalnie widok na tę przestrzeń wywarł na mnie spore, lecz nie największe wrażenie, bo prawdziwą perełkę odkryłem później, był to raj dla nerdów, mógłbym tam zostać na wieczność. Z panelu jaki się odbył w sali E1 sporo dowiedziałem się o fotografii. Miałem do tego punktu programu pewne zastrzeżenie. Autor Maciej "BitWolf" Kwietniewski przemawiał zbyt technicznym językiem. Na szczęście po przejściu do sali naprzeciw odczułem ulgę, gdyż trafiłem na znacznie lżejszy i dobrze mi znany temat: Dziury fabularne i nieścisłości w Harrym Potterze. Szampańska zabawa i sporo śmiechu przy tym. Gdy się było dzieckiem, wielu rzeczy się nie zauważało lub po prostu o nich nie wiedziało. Dam tu parę przykładów:  

-   premiera PSX w 1992 r.

- profesor McGonagall - wicedyrektor, głowa domu Grifindor i nauczyciel jednego z najważniejszych przedmiotów! Człowiek orkiestra xD

-   Niektórzy uczniowie znikali lub pojawiali od tak, bez zachowania chronologii  
      W każdym razie było tego sporo, aż dziw bierze, że nie zostało wcześniej zauważone.

A teraz przejdę do mojej ulubionej części czyli do Komiksiarni. Liczba komiksów jaka tam się znajdowała robiła wrażenie i to spore. Nie trudno zgadnąć, że dorwałem się zaraz do mang i tam spędziłem tego dnia sporo czasu. Mimo, że wciąż się znajdowałem w głównej hali miałem wrażenie, że jestem odcięty od wszystkiego. Pufy, które  tam były powodowały, że czytanie było jeszcze bardziej przyjemne. Na sam koniec pierwszego dnia udałem się na nocny maraton anime. 
Warto było!


Dzień drugi  

Pierwsza myśl po przebudzeniu: jaka twarda podłoga... Wstałem, ogarnąłem się i ruszyłem na kolejne prelekcje, ale najpierw śniadanie i partyjka Gwinta. A jak już o grach mowa warto dodać, że prócz wspomnianej karcianki  i Wieśka można było zagrać w Dragon Ball FighterZ i Total War Saga: Thrones of Britannia. Nie zabrakło też atrakcji dla miłośników Fify i  CS:GO. Wiecie co mnie zdziwiło na tych stoiskach? Brak większego zainteresowania, a ściślej rzecz biorąc, samym Total Warem. Mało kto się tym zainteresował, a szkoda, bo warto. No dobra, mniej pojękiwania, a więcej faktów. Nie wiem czy wspominałem, że uwielbiam anime. Każdy z was kto jeździ na konwenty wie, że to bomba tematyczna, bo znajdzie tam coś fajnego. No i dostałem coś dla siebie.


Historia Final Fantasy autorstwa UncleMroowa - na tego typu prelekcję czekałem. Ci z was, którzy czytali recenzję FinalFantasy XV  wiedzą bardzo dobrze, że jest to na razie niekwestionowana gra do Top 5 najlepszych gier 2018 r. Wielkie dzięki dla prowadzącego. Uświadomił mi, że warto było czekać z odpaleniem FFXV, a przy okazji zrozumiałem czemu gracze wystawiają niskie oceny tej produkcji. Po pierwsze, połowę przerywników filmowych dodano po premierze. Po drugie, grywalność i tradycyjnie wycięty content. Po zakończeniu i głośnych brawach zrobiłem przerwę od paneli i pocykałem co nieco fotografii, a następnie pograłem w Dragon Ball FighterZ. E, noo nie patrzcie tak, w końcu nerda zawsze ciągnie do gier. To co napiszę, to tylko wstępne wrażenia. Miodna walka i ta liczba klatek na sekundę sprawiają, że miałem wrażenie obcowania ze starym dobrym anime z czasów podstawówki. Ciekawy jest system pomocników pozwalający robić dobre kombinacje. Wiem, mało, ale na razie musi to wystarczyć.


Po tak świetnym początku dnia udałem się do najlepszej części konwentu, do jaskini nerda. No i przez to będę musiał teraz uzupełnić swoją mangową biblioteczkę o nowe tytuły. Siedzę, siedzę, jak dobrze! Leniwie spoglądam na telefon i zrywam się na Anime sezon lato 2018. Oczywiście nie zabrakło tam Filusia. A tak przechodząc do rzeczy, przyjście na to opłacało się, bo mogłem zaktualizować informacje, co ciekawego wyszło w nowym sezonie. Niestety musiałem wyjść w połowie. Zapytacie czemu? Odpowiedz dość prosta (nie, nie kibel). W tym samym czasie na Scenie Sabatu  trwało spotkanie z Grupą Darwina. Artyści pełną gębą i do tego naprawdę popularni, tłumy były spore. Zresztą co tu mówić, wystarczy to zobaczyć.

Dalej, co dalej? W takich sytuacjach zagląda się do bezcennego informatora. Co zobaczyłem? Panel o Pokemon GO. Gra o dziwo jeszcze istnieje i nawet ma się dobrze. Interesującym faktem jest to, że produkcja ta powstała w wyniku żartu internetowego. Niedługo zawinąłem się z stamtąd i udałem na spotkanie autorskie z Jarosławem Rybskim, który promował swoją najnowszą książkę Warkot. Fanów autora było naprawde niewiele, a szkoda, bo dobrze się słuchało. Odniosłem ważnie, że Rybski pisze z powołania, przez co wkłada całe serce w to co robi.


Zakończyłem dzień w Komiksiarni (rzecz święta, zwłaszcza jak są tam mangi).  Potem było anime, dużo anime do późnych godzin nocnych, a urozmaiceniem tej nocy był również marsz Gandalfa. Kto tego nie przeżył, niech żałuje. Bomba pozytywnej energii, zaczęło się w strefie CS'a, a skończyło na Scenie Sabatu. Nie będę tego opisywać, obejrzyjcie sobie fragment tego co nagrałem, a zrozumiecie.


Dzień trzeci: WIELKI FINAŁ

Ostanie godziny Sabat Festu i moja prelekcja. A, co nie mówiłem, że też dołożyłem swoje trzy grosze do programu? Zaskoczeni? Miło widzieć wasze zdziwione miny! Panel dyskusyjny zatytułowałem Quo vadis branżo gier? Starałem się przybliżyć to, co może się stać z grami wideo w najbliższych latach. Przyszłość ich nie jest zagrożona, co to, to nie ma się o co martwić. Problem leży w tym, w co będziemy grać. Wydawcy najchętniej zrobiliby z tego jedną wielką usługę, a my gracze zdani bylibyśmy na ich łaskę. Jednak nie ma co się martwić na zapas. Tytuły dla jednego gracza będą dalej robione, a ja będę je recenzował dla was. Pomimo, że temat był bardzo obszerny, udało mi się zmieścić w regulaminowej godzinie. Jak tylko zakończyłem panel i już wyłączałem prezentację, podszedł jeden z uczestników i podziękował za to co zrobiłem. Dla takich chwil warto żyć. W tym momencie też pragnę Ci powiedzieć dzięki. Mam nadzieje, że przeczytasz ten tekst.


Ostatnią atrakcją był panel, Jak przetrwać atak terrorystyczny? Prowadzący to nikt inny jak świetny fachowiec i prawdziwy pasjonat Filip "Kapral" Zarzycki. Zapyta ktoś skąd te pochwały. A wy kolegi nie pochwalicie? Musicie wiedzieć, że on zawsze dobrze się przygotowuje do tego co robi i potrafi wyjaśnić zagadnienia w prostych żołnierskich słowach. Bardzo rzetelnie podszedł do tego tematu.

Na sam koniec pragnę skierować słowa do Organizatorów. Dziękuję wam z całego serca, że organizujecie co roku Sabat Fiction-Fest. Doceniam wasz trud i prace jaką wnosicie, aby wszystko się udało. Dziękuję wam też za to, że umożliwiliście mi przedstawienie w panelu dyskusyjnym mojego punktu widzenia o przyszłości branży gier. Arigato za to, że jesteście i do zobaczenia przyjaciele w następnym roku.

Share:

Recenzja Final Fantasy XV

Czym jest gra? Zabawką, tanią rozrywką, a może sztuką? Wszystkim po trochu! To pasja, to praca w którą wielu włożyło całe swoje serce, abyśmy my gracze mogli przeżyć niezwykłe przygody. 

W ciągu ostatnich miesięcy przeszedłem całkiem sporo gier wideo. Jednak, żadna z nich nie dała mi tyle emocji co Final Fantasy XV, które ograłem na PlayStation 4 Slim. W ten oto sposób nie tylko miałem okazję poznać genialny tytuł, ale i mogłem przetestować świetną konsolę. Ja tu sobie gadu, gadu, a wy czekacie na jakieś konkrety!

Z tych składników wykonam nowe danie

Trudno mi się zdecydować od czego zacząć, bo mógłbym ochać i achać nad tą produkcją. Będę chwalił pod niebiosa najlepszy tytuł w jaki zgrałem w ostatnim czasie i zapewne trafi do Top 5 moich najlepszych gier, które przeszedłem w tym roku i zajmie w tym rankingu wysokie miejsce.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=331236

Zacznę od aspektów audiowizualnych. Muzyka zniewala i zachwyca. Na pierwszy plan wysuwają się instrumenty smyczkowe, jak np. skrzypce. Cudo, dawno nie słyszałem czegoś równie wspaniałego. Oczywiście, to nie wszystko! Soundtrack to czysta nieskazitelna kompozycja. Naprawdę jest to w moim osobistym odbiorze spory plus. Przez całą kampanię będzie nam towarzyszyć dodając niepowtarzalnego klimatu i tworząc atmosferę, która wzrusza, bawi i cieszy.

Wszelakie efekty dźwiękowe typu: uderzenia stali, czy ryk silnika samochodu bardzo dobrze wspomagają immersję, dzięki czemu naprawdę ma się wrażenie, że akcja oglądana na ekranie dzieje się naprawdę. Nawet gdy nie widać przeciwnika, to i tak dzięki odpowiedniemu podkładowi, takiemu jak szelest, skrzek itp. wiadomo w którą stronę się odwrócić.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=294087
Tak długo na to czekałem!

Kolejnym istotnym elementem są przerywniki fabularne. Zrobiono je z wielkim rozmachem, nie chcę tu spoilerować, ale powiadam wam moja ocena to 10/10. Doskonale zostały przemyślane, a kadry i ujęcia, nie wspominając o montażu i ruchach kamery, zwalają z nóg (dobrze, że siedziałem). Nie zabraknie też scen wyrenderowanych na silniku gry. Tutaj co prawda jest nieco skromniej, ale i tak z przyjemnością się słucha rozmów bohaterów tej historii. Jeśli miałbym się czegoś przyczepić, to spadku jakości modeli postaci w czasie jazdy samochodem. Mnie to jednak nie przeszkadzało, a  jeżeli to nie problem, to może ktoś z was, kto także posiada PS4 napisze w komentarzach, czy to wina sprzętu czy Final Fantasy XV ?

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=341363
Przez całą fabułę nie zauważyłem jakiejkolwiek utraty FPS nawet przy bardzo dynamicznych walkach, które dały mi sporo radochy i możliwości wyżycia się. Animacje zarówno w czasie rozgrywki i cutscenek były bardzo naturalne. Wszytko dobrze ze sobą współpracowało i tworzyło spójną harmonijną całość. Następną rzeczą, która jest godna podkreślenia, to  wygląd otoczenia i walory światła. Wiele razy czytałem, że w różnych tytułach bywają tak piękne miejsca, że chce się stanąć i podziwiać. I w tym razem taka rzecz się zdarzyła, bo  Final Fantasy XV zalewa nas wspaniałymi widokami. Barwy odpowiednio nasycone, a do tego promienie słoneczne podkreślają to niesamowite piękno. Dodam jeszcze, że mimo braku obsługi HDR w monitorze miałem wrażenia, jakby funkcja ta była włączona.

Dobra robota Ignis.

Czas na kolejny akt tego przedstawienia. Rozgrywka to nic innego jak action rpg. Szybka i wypełniona przepychem jaki dobrze zna każdy fan anime. Moje oczekiwania pod tym kątem też zostały zaspokojone. W trakcie potyczek, choć nie wszystkie były obowiązkowe, a jedynie opcjonalne, mogłem wykonywać specjalne ataki grupowe. Dzięki nim można było zadawać więcej obrażeń, ale też wyprowadzić przeciwnika w pole. Chodzi o to, że w czasie ich wykonywania wróg nie jest wstanie włączyć się do walki. Drobna sztuczka, a cieszy. Zdaję sobie sprawę, że nie powinno się tak postępować i wykorzystywać błędu twórców w skryptach. Należy za to pochwalić sztuczną inteligencję Npc, bo gdy zachodziła potrzeba udzielenia pomocy, dokonywała tego w odpowiednim momencie i nie zdarzyło mi się przez to zginąć ani razu.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=351548
Rozwój drużyny jest bardzo odczuwalny wraz z odblokowywaniem kolejnych aktywnych i pasywnych umiejętności na drzewkach talentów. Boysband staje się coraz potężniejszy. Przyznam, że zauważyłem plusy i minusy, które się równoważą. Z jednej strony w  Final Fantasy XV  brakuje skalowania przez co paczka Noctisa staje się dla mobów za silna, ale dzięki temu zbieranie dodatkowych itemów nie nuży i zachęca do drobnego grindu. Z kolei złą stroną jest to, że brakuje wtedy wyzwania, ale możecie być spokojni, balans w późniejszym czasie się wyrównuje.

Czy mogę wybrać jedno zdjęcie?

A teraz czas na wisienkę na torcie tego smakowitego tortu. Fabuła, którą poznajemy jest fantastyczna. Zaczynamy od wysokiego C, aby potem zejść na niższe tony. Przez tego typu zabieg prezentowania historii gracz cały czas jest ciekawy dalszego ciągu i jednocześnie ma możliwość lepiej poznać się z głównym bohaterem, księciem Noctisem i jego przyjaciółmi, którzy odgrywają dość istotne role. Ignis jest mentorem i trochę przypomina opiekuńczego ojca. Nawet w trudnych momentach nie traci wiary w protagonistę. Naprawdę można się do tego przyzwyczaić. Tuż obok niego wielki jak dąb i równie ze sporym sercem towarzyszy nam Gladius. To klasyczny starszy brat, który potrafi ochrzanić,  ale i tak nie da się go nie polubić. Przez pierwszą część jest jak do rany przyłóż, potem sytuacja się nieco napina i trochę się ściera z samym księciem. Następnie mamy Prompta, ciekawy przypadek niepoprawnego optymisty lub jak kto woli młodszego brata.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=341357
A o co chodzi w całej historii? O ratowanie świata przed złem. Niby banalne, ale jednak tak to świetnie zaprojektowano, że tego nie czuć. Wraz z każdym następnym rozdziałem chce się wiedzieć więcej. W tym momencie warto zapytać, czy z faktu, że mamy w grze otwarty świat wynika, że fabuła się rozciągnie. Nie musicie się martwić, jeśli nie macie ochoty na zadania dodatkowe, to możecie je olać. Gdy tylko pokona się wielkiego złego można je zaliczać na spokojnie.

Czy warto kupić Final Fantasy XV? Tak, tak i tak! Tytuł ten to prawdziwa perełka i choć jest to produkcja liniowa, to wykonana jest idealnie. Ma małe wady jak jazda autem, lecz nie ma to najmniejszego znaczenia. Jeśli wasz komputer da radę lub macie konsole to kupujcie, bo warto. Naprawdę nie pożałujecie.    

A wy lubicie jPRG? A może dostajecie od nich mdłości? Jak to mówi stare powiedzenie: kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.  

Tradycyjnie napiszę teraz, że jestem ciekaw waszych opinii na temat mego tekstu i samej gry. Klikajcie i piszcie.   
      

Share:

Recenzja Metal Gear Solid V: The Phantom Pain (PC)

Legenda, najlepsza seria w historii branży gier wideo. Posiada tak długą i zakręconą fabułę, że wywołuje zaskoczenie nawet u tych, którzy znają każdą jej odsłonę. Czy ostania część serii Metal Gear Solid okaże się porażką, czy sukcesem? Pochylmy się nad dziełem jednego z lepszych twórców dzisiejszej branży.

Minęło już dziewięć lat
MGS V finałowa i ostatnia gra wydana pod kierownictwem Hideo Kodzimy. Ci z was, którzy interesują się grami na pewno pamiętają jaki to wtedy, hmm, cyrk Konami odstawiało. Usuwano wszelakie informacje o autorze, wymuszono na nim, aby nie odbierał nagrody za swoją twórczość, itp.


Przejdźmy jednak do sedna sprawy, do ostatniej kanonicznej części Metal Gear Solid. Byłem bardzo podekscytowany tym, że będę miał w końcu szansę w to zgrać. Mimo, że piątka jest interquelem, czyli akcja rozgrywa się pomiędzy wydarzeniami pokazanymi w poprzednich częściach, zapoznałem się z całą historią opisaną na fanowskich stronach. Okazało się to całkiem zbędne. Szczerze mówiąc, wystarczy przeczytać kto jest kim, bo nawet jeśli są tu jakieś smaczki dla weteranów, to i tak się ich nie odczuje.

Szefie, misja zakończona!
Powiem wam z czym kojarzy mi się ta gra. Przez większość czasu miałem wrażenie, że gram w Far Cry 2 i Tom Clancy's Splinter Cell: Conviction. Skojarzenie z FC2 wzięło się z tego, że fabuły, która powinna zapierać dech w piersiach było bardzo, ale to bardzo mało. No i samo otoczenie, Afganistan i Afryka, wywoływało to skojarzenie. W przypadku drugiego tytułu to dobrze opracowana skradanka.

Początek The Phantom Pain jest naprawdę mocny, przepełniony świetnymi scenami w szpitalu. Akacja jest solidna i zarazem bezlitosna, bo jesteśmy pozbawieni wszelakich umiejętności, sprzętu, itp. Mało tego, protagonista jest w gorszym stanie niż Blazkowicz, ale nie musicie się martwić, ta "męka" motywuje, bo widać, że traktują nas na poważnie i nie niańczą.


To jest dopiero początek
Po dobrym wstępie z bossem w roli głównej nabrałem solidnego apetytu na więcej. Zgodnie z dzisiejszymi trendami Metal Gear Solid V rozgrywa się w otwartym świecie, co powodowało obawę, że kampania będzie zbyt rozciągnięta i jednocześnie rodziło nadzieję, że może będzie tak interesująca jak w naszym rodzimym Wiedźminie. A fabuła okazała się klasyczna, co wcale nie umniejsza jej jakości. Mamy tradycyjnie złego, który chcę zniszczyć świat, a my wcielamy się w Big Bossa, który stara się go powstrzymać. 

Fakt, że w opowieści są zawarte wątki paranormalne dodaje pikanterii, co stanowi duży plus. Dodam jeszcze, że poszczególne przerywniki filmowe są bardzo dobrze wyreżyserowane. Ostatnio tak dobre ujęcia widziałem w Alan Wake. Wydawałoby się, że na tak dobrym fundamencie powinno powstać coś przynajmniej zadawalającego. Niestety musiałem się przekonać, że taki potencjał da się zmarnować. Czas na narzekanie, bo jest na co.


Kopiuj i wklej...
Wielokrotnie spotkałem się z produkcjami, które jedynie kopiowały cudze pomysły lub serie, takie jak AC, FC lub CoD. Co roku ciągle to samo, jedynie wygląd i fabuła się nieco zmieniały, ale mimo swoich wad miały jedną zaletę, nie były długie. A teraz wyobraźcie sobie, że przez następne 50 godzin będzie robić w kółko to samo. Wizja ta nie jest zbyt zachwycająca, prawda?

Inne zdanie na ten temat miało widocznie Konami wierzę, że to przez nich ten tytuł okazał się tak kiepski. "Zabawa" w MGS V przypomina mi tresurę osła, którego popędza się kijem z marchewką. Cały czas każą wykonywać "sztuczki" typu złap kogoś, zdobądź coś lub odzyskaj. Jeśli komuś byłoby mało, zadania się powtarzają (te które już się wykonało) i niczym się nie różnią. No ok, są nieco trudniejsze, co czyni je jeszcze bardziej męczącymi. Nie wiem kto wymyślił robienie tego tytułu chałupniczą metodą mając nadzieję, że ludzie łykną to jak pelikany, bez zastrzeżeń.

W sumie wystarczyłoby skrócić kampanię i ograniczyć się do misji fabularnych, czyli takich które rzeczywiście przesuwają jakoś fabułę, a nie jedynie sztucznie ją rozciągają. Gdyby MGS V trwał max 15 godzin dużo by zyskał, a tak stracił.


Czas pochwalić, ale bez przesady   
Rozgrywka jest dobra w swych założeniach. Liczba rzeczy, które mogłem zrobić jest naprawdę imponująca. Można spersonalizować ekwipunek i przeprowadzić odpowiednią akcję. Co do ciekawszych patentów, to mogę zaliczyć do nich kartonowe pudełko. Zapewnia nam ono kamuflaż, a nawet potrafi odwrócić uwagę. Kolejnym ciekawym elementem jest kurza czapka występująca w dwóch wersjach, gdy się aktywuję stajemy się bardzo trudni do wykrycia. Są też inne zabawne patenty, ale te już musicie odkryć sami.

Zanim zacząłem pisać ten tekst, przeczytałem ciekawy komentarz o Metal Gear Solid V, a mianowicie, że wymaga planowania. No nie wiem, czy autor komentarza był początkującym, czy żartował. W miażdżącej większości przypadków wystarczyła podstawowa spluwa i doświadczenie jakie się zdobyło w innych produkcjach. Wyjątek stanowiły te zlecenia, które stawiały rozgrywkę do góry nogami. Do tego typu questów możemy zaliczyć ochronę dziadunia na lotnisku lub dwukrotna walka z głównym bossem. Gdy zobaczyłem, że ze skradanki ktoś zrobił jakieś rpgo lub coś podobnego, to aż ręce opadały. Rzecz jasna wystarczyło się trochę zastanowić i plan przyszedł do głowy.


Zanim podsumuję parę słów a aspektach audiowizualnych. Grafika wciąż robi wrażenie i mimo całego przepychu nie powoduję dławienia się mego komputera mimo to, że włączyłem wysokie ustawienia w Full HD. Natomiast podkład dźwiękowy jest ok, a powinien być lepszy, w szczególności efekty dźwiękowe, bo skradanki opierają się na tym, abyśmy wpierw usłyszeli nadchodzącego wroga, zanim go zobaczymy. No, a skoro mowa o oponentach, to są całkiem nieźli. Starają się nawet dobrze naśladować zachowania ludzi i analizować ich ruchy, co prawda symbolicznie, ale jednak.

Czy warto kupić Metal Gear Solid V ? Będę szczery... NIE! Rozciągnięta kampania, wypełniona jednakowymi zdaniami, a do tego nie wymagające większej pomysłowości sprawia, że szkoda tracić czas na taki średniak. Żałuję, że się skusiłem. Dałem się złapać na słynne nazwisko i przejechałem się na tym interesie.
 

Share:

Recenzja Nier: Automate część 2 (PC)

No, udało mi się przejść Nier: Automata po raz kolejny. Dzięki temu zdałem sobie sprawę, że wiem, że nic nie wiem. Czemu tak twierdzę? Z tego powodu, że zakończeń jest 26, a ja ich wszystkich nie widziałem...

Tak jak pisałem w pierwszej części tej wielkiej jak dług publiczny recenzji, omówię teraz kolejne etapy gry, które zobaczyłem po naciśnięciu opcji "nowa gra". Uprzedzam, że mogą być spoilery z tego co się stało w późniejszej części, jak i w trakcie. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to dziwnie, ale wierzcie mi, ta produkcja emanuję Japonią i jej odmiennym podejściem do opowiadania ciekawych historii.

Nie uczyni Cię to człowiekiem
Może już wspominałem o tym, że nim zacząłem grać w Nier trochę poczytałem o tym tytule i o autorze Yoko Taro, który tworzy bardzo zawiłe dzieła wymagające wielokrotnego zagrania, nim w pełni zobaczy się całą fabułę. No i nie zawiodłem się pod tym względem, bo dużo się dowiedziałem o królu leśnego królestwa, czy "ostatecznej broni". Wyobrażacie sobie, że to bydle to "małe dziecko"?! "Malec" szukał matki, niestety nie znalazł, a szkoda. Swoją drogą jak na razie to jest największy boss jakiego widziałem w całej swojej karierze gracza. Generalnie w drugim podejściu gramy 9S. 

Z grubsza widzimy to samo, lecz tak jak pisałem wcześniej dostajemy uzupełnienie pewnych faktów, które nie zostały wyjaśnione, np. kim jest 2A, lub kto jest naszym prawdziwym wrogiem. Powiem wam, że jest tego dużo. Szkoda tylko, że nie mamy wpływu na to co zobaczymy. No prawie... Aby odblokować pewne zakończenia musimy dokonać wyboru, np. porzucić bliźniaczki na pastwę maszyn lub nie hakować wejścia do wieży. W naszym Wiedźminie 3 mogliśmy przejść kampanię kilka razy i podjąć różne wybory, żeby odblokować odmienne warianty wydarzeń, tutaj jest inaczej. Nier Automata jest jak prosta droga, cały czas do przodu. Innymi słowy gra na jeden strzał.


Czy jej powiedzieć...
Jeśli uda się wam przebić do poszczególnych zakończeń, to się raczej nie zawiedziecie, zwłaszcza gdy przyjdzie się zmierzyć z "Emilem", bossem wielkim jak blok z siedmioma klatkami. Ktoś się inspirował na Shadow of the Colossus. Osobiście nie widzę w tym nic złego, bo jak się wzorować to na najlepszych. No dobra, a teraz co nieco o nowej mechanice, z której przyjdzie nam korzystać. Ci, którzy grali wiedzą, że 9S jest androidem zwiadowcą, czy też skanerem jak o sobie mówi. No i ta nowość okazała się wadą, bo jest to nic innego jak shoot 'em up, do którego dorobiono bardzo niewygodne sterowanie. Jeśli zdecydujecie sie na myszkę z klawiaturą, to sytuacja się nie zmieni na lepsze, wprost przeciwnie pogorszy się. Na plus biorę to, że nie potrzeba z tego korzystać co chwilę.


To jak się to kończy?
Jest to dobre pytanie, bo odpowiedzi jest wiele. Wszystko zależy od tego do którego zakończenia dojdziecie. Nie chcę się tu za bardzo rozpisywać, żeby nie psuć wam zabawy. Istotny jest fakt, że tytuł jest naprawdę dobry i wciąga. A jeśli przeliczacie złotówki na godziny, to inwestycja ta zwróci się wam z pewnością.


W pierwszej części nie odniosłem sie do oprawy audiowizualnej, więc zanim podsumuje ten tekst postaram się ją skomentować. Jest dobrze, powiem więcej, grafika naprawdę dobrze wykonana, nic dodać, nic ująć. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie zgodzi się ze mną, ale to już kwestia gustu.


Co do muzyki, to mam mieszane uczucia, bo możemy posłuchać chóru, prawie takiego samego jak w Ghost in the shell. Polecam oryginalną ekranizacje z 1995 r., w której początek powala i tu usłyszymy coś dającego podobne odczucia. Muszę też wspomnieć, że zespół odpowiadający za podkład dźwiękowy spisał się dobrze w kwestii doboru muzyki, efektów dźwiękowych itp, lecz co do przejść między poszczególnymi utworami to się nie popisał. Przerwy i zmiany są okropne. Usłyszycie to w szczególności w momencie eksplorowania świata.


Czy warto kupić Nier Automata? Nie byłbym sobą gdybym nie zadał tego pytania. Teraz, gdy mam prawie pełny obraz gry powiem wam, że warto, bo wątki głównych bohaterów są dobrze napisane. Nikt nie wali bagatelnymi tekstami i nie emanuję "potęgą", czy też byciem gigantem na glinianych nogach. Dużo wydarzeń ma drugie dno, które ujawniane jest w krótszej wersji kampanii. Dzięki tym zabiegom nie nudzimy się, a dobrze bawimy. Moja ocena to mocne 8/10. A teraz gdzie ja położyłem tą grę od Hideo Kodzimy...

Na koniec, no właśnie, na koniec przypominam jak zwykle o komentarzach i laikach.

A jak wam podchodzą produkcje z kraju kwitnącej wiśni?
Share:

Recenzja Mario Kart 7

Czas na przerwę od dużych produkcji i sięgnąć po coś znacznie mniejszego. Jeśli zapytam was o gry wyścigowe, to zapewne powiecie Grid czy Gran Turismo. Tym razem rzućmy okiem na coś bardziej cukierkowego, co może zniechęcić starszych graczy.

Mario Kart 7
Przedostatnia odsłona wydana na konsole 3 Ds przez wielkie N to prawdziwa ścigałka z krwi i kości, warta uwagi każdego miłośnika czterech kółek. Mimo swoich lat, a musicie wiedzieć, że produkcja ta miała premierę w 2011 r. wciąż daje radę. Dużym plusem jest zręcznościowy model jazdy, który dobrze się spisuje, ma się wrażenie panowania nad pojazdem, którym się kieruje. Rzecz jasna, Nintendo nie byłoby sobą gdyby coś nie namieszało w rozgrywce. Zacznijmy od tras, bo w końcu na nich spędzimy te kilka godzin dobrej zabawy.


Jak byłem w twoim wieku    
Tory na których dane było mi się przejechać robią wrażenie. Możemy trafić na trasy inspirowane innymi produkcjami Wielkiego N choćby Mario 3D Land lub Luigi's Mansion 2. Przy każdym kolejnym wyścigu dostajemy informacje z jakiej gry i konsoli wzięto motyw, co na pewno wywoła miłe wspomnienia. Sama budowa torów też jest oryginalna. Przyjdzie nam przepłynąć jak i przelecieć co niektóre odcinki.


Piersi będą ostatnimi   
Autorzy zaskoczyli mnie pewnymi rozwiązaniami. MK 7 lubi rzucać kłody pod koła, gdy tylko obejmujemy prowadzenie. Z jednej strony to trochę frustrujące, a z drugiej zabawne. Mało tego, w czasie przechodzenia kolejnych poziomów w turniejach mamy do dyspozycji najróżniejsze przeszkadzajki i wspomagacze. 

Do moich ulubionych należała skórka od banana, którą się rzucało za siebie. Jeśli ktoś na nią wjechał, tracił cenne sekundy wpływające na wynik końcowy. A jeśli o poziomie trudności mowa, to MK 7 nie jest jakoś szczególnie wymagające. Poziom łatwy, to rozgrzewka, a normalny - trucht. Dopiero ostatni trzeci poziom może sprawić nam jakąś trudność, dlatego zalecam go jeśli ktoś lubi się denerwować, a nie przepraszam, dawać z siebie wszystko.


Postacie i kastomizacja 
Wszystko co Mario Kart 7 ma do zaoferowania łącznie z dodatkowymi trybami, jak zbijanie baloników lub zbieranie monet, starczy na jakieś max 7 godzin. Powiem wam szczerze, po przejściu MK7 odłożyłem kartridż na półkę, a siadłem do tego tekstu po paru tygodniach.

Czy warto kupić Mario Kart 7? Moim zdaniem, tak średnio się opłaca. Z jednej strony widać, że ludzie robiący ten tytuł wiedzieli jak się za to zabrać, ale nie pociągnęli go dalej, a szkoda, bo dobrze się przy tym bawiłem.

A wy skusicie się na tę bajkową, arcadową zabawę? Czy jednak wolicie realistyczne symulatory z piękną hiperrealistyczną oprawą graficzną?

Lajki i komentarze są mile widziane. Pozytywnej energii nigdy za dużo ;D
Share:

Recenzja Nier: Automata część 1 (PC)

Przyszłość - czas nieokreślony, miejsce nieznane. Planeta? Ziemia. Świat jaki znamy nie istnieje. Apokalipsa inna niż przewidywali twórcy filmowi! A co z życiem, czy jest nadzieja? Czy znowu ludzie będą mogli nazwać to miejsce domem? Nie wiadomo...

Pamiętacie jak pisałem o świeżym powiewie nowości, gdy recenzowałem Mario 3D Land? To teraz czeka nas wszystkich nie bryza, czy jakiś wietrzyk, a tsunami. Zdradzę już teraz, że w najbliższych tygodniach będę recenzował wyłącznie gry z japońskim rodowodem. Przejdźmy do pierwszego tytułu. Proszę o werble! Panie i panowie! Geeki i Nerdy! Przed nami jedna z lepszych gier 2017 r. Nier: Automata, do której scenariusz pisał nie kto inny, jak sam Yoko Taro. Dodam rzecz jasna, że stanowi on część zespołu, który bardzo dobrze znamy, a mowa tu o PlatinumGames, twórców serii Bayonetta.


Jest bogiem, bogiem, bogiem, bogiem...
Ci z was, którzy czytają regularnie moje teksty lub przejrzeli część z nich wiedzą, że na samym początku oceniam fabułę gry. Tym razem będą to tylko pierwsze wrażenia. Powiem wam dlaczego... Nier trzeba przejść, aż trzy razy! Zacznijmy od początku. Posłuchajcie.

Akcja zaczyna się jak w filmach Hitchcocka, najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. PlatinumGames podeszło do tematu naprawdę na poważnie i początek gry, który trwa ok. 45 minut robi wrażenie, bo już na starcie wyciągają ciężki sprzęt. Zaczynamy dość nietypowo, zamiast action rpg lub slashera mamy shoot 'em up. Czułem istny zachwyt tym pomysłem, a potem już katana ruszyła w ruch i mogłem zobaczyć protagonistkę, androidkę 2B. Gra jest naprawdę wymagająca, a w prologu ma zaimplementowaną permanentną śmierć.

Ładny to psikus spłatali nam twórcy. Parę podjeść trzeba było zrobić, ale nie czułem, że system gry mnie oszukuje. Miałem wrażenie, że jestem zachęcany do dawania z siebie 100%. W końcu przeszedłem do części właściwej, czyli do głównej lokacji, w której przyjdzie mi spędzić większą część tej produkcji i wiecie co, twórcy wywinęli mi kolejny numer. Może nie tyle oni, co ja sam sobie. Dałem się zaskoczyć brakiem niewidzialnych ścian, których tutaj zabrakło. Lecz sam upadek nie wryłby mi się w pamięć, gdyby nie to, co powiedział drugi z głównych bohaterów, android 9S. Nie będę psuł wam zabawy, sami musicie posłuchać.


Tak to jest czysta nienawiść!            
Nier: Automata ma to co jest dla mnie najbardziej charakterystyczne w jrpg, nieudźwiękowione dialogi, które są w większości przypadków powiązane z zadaniami pobocznymi. Piszę o tym, bo zdziwiło mnie to lekko. Wcześniej sądziłem, że dotyczy to małych gier wydawanych na konsole przenośne, a tu zonk, bo tutaj też ma to miejsce. Zabieg ten trochę odebrał czaru pomniejszym misjom. Kiedy zasiadałem do tego tytułu miałem już pewne oczekiwania, wyobrażenie tego co zobaczę. Część się spełniła, postacie drugoplanowe są naprawdę sympatyczne i niepospolite, np. Emil, który jest najbardziej zwariowanym sprzedawcą z jakim było mi dane handlować. Oczywiście jest ich więcej i dlatego zachęcam tych co nie grali, aby spróbowali i sami to zobaczyli.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=310030
Broń ostateczna      
Przyjedzmy do wątku głównego. Protagoniści, czyli 2B i 9S to członkowie sił specjalnych, coś w rodzaju Gromu. Nie są oni żadnymi wybrańcami, ani nikim w tym stylu, a jednak odczułem, że trochę są tak przedstawiani. Misja główna to odbicie świata z rąk obcych i maszyn, które im służą. Bossowie z którymi się zmierzyłem są naprawdę oryginalni i jedyni w swoim rodzaju. Dzięki temu nie można się było nudzić. Chciałbym napisać w końcu, że fabuła jest świetna lub taka sobie, ale przez niezwykły zabieg z jakim po raz pierwszy się spotykam, poznałem tylko 1/5 jej części. 

Jeśli kogoś nie interesuję co dalej to może na tym poprzestać. Uważam jednak, że warto się skusić na resztę z tego powodu, że jest to dojrzała historia. A przedstawiony świat nie jest czarno biały. Posiada on wiele odcieni szarości. Czy nie wydaje się wam dziwne, że androidy walczą z maszynami? Dlatego doszedłem do wniosku, że napiszę nie jeden, a dwa teksty o Nier: Automata. Od razu uprzedzam, że kolejne recki będą już zawierać spoilery. Jeżeli się zastanawiacie czy już przeszedłem pozostałe "etapy" gry, to muszę powiedzieć, że na razie jestem w trakcie.


Nie uczyni cię to człowiekiem      
Aby nie było monotonii, poszczególne teksty będą przeplatane pomniejszymi recenzjami gier wydanych na New 2 Ds XL. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. Przejdźmy teraz do rozgrywki. Potyczki są trochę nierówne. Są sytuacje kiedy przechodzimy przez wrogów z dziecinną łatwością, a czasami musimy się dość namęczyć. Walka jest mimo to satysfakcjonująca. Najbardziej zapadają w pamięć pojedynki z antagonistami i to nie tylko z tego powodu, że starcia wymagają analizy ich ataków i dobrania odpowiedniego bildu.

Aktorzy wcielający się w nich, a zwłaszcza Greg Chun grający Adama, pokazali najwyższy poziom podobnie jak Mark Hamill grający Jokera. Liczba rodzajów wrogów z którymi przyszło mi się zmierzyć jest wystarczająca. Dzielą się oni tradycyjnie na tych podstawowych, których mogę spokojnie zaliczyć jako "mięso armatnie" i wojów ciężko opancerzonych. Nie zabraknie nam sił powietrznych i innych rodzajów piechoty.


Za ludzkość     
 
Kolejnym ciekawym elementem jest rozwój naszej bohaterki. Nie musiałem chodzić do nauczycieli czy odblokowywać nowych umiejętności w drzewku talentów. Wystarczyło, że zakupiłem odpowiednie "urządzenia", które dodawały nową umiejętność. Skille były najróżniejsze, odpowiadające za siłę, jak i szybkość reakcji 2B. Jednak kto by pomyślał, że znajdzie się taki, bez którego główna bohaterka nie może żyć? Dowiedziałem się o tym kiedy go sprzedałem... Takiej śmierci jeszcze nie widziałem. Innymi takimi ciekawostkami były chipy odpowiadające za widzenie mini mapy lub paska życia własnego i wroga. Dzięki dużemu wyborowi łatwo mi było dostosować umiejętności 2B do moich potrzeb.

Czy warto kupić Nier: Atomata? Jeśli miałbym odpowiedzieć na podstawie tego co zobaczyłem do tej pory to powiedziałbym, że tak. Jednakowoż wciąż mam przed sobą 2/3 fabuły. A na sam koniec kwestia sterowania. Czytałem na różnych serwisach branżowych komentarze innych graczy, którzy skarżyli się na brak możliwości przepisywania klawiszy i robienia uników. Trudno mi się odnieść do tych zarzutów, bo grałem na padzie przez co nie miałem problemów i grało się mi bardzo dobrze. Więc i wam radzę wykorzystać kontroler od konsoli zamiast klawiatury i myszki.

Zastanawia mnie czy macie podobne przemyślenia dotyczące Nier, a może wolicie coś bardziej klasycznego i dobrze nam znanego?

Wiecie co jest najlepsze w tej grze? A to, że przygoda po zobaczeniu napisów końcowych nie skończyła się, a dopiero zaczęła.
Dział z komentarzami jest wasz.



Share:

Recenzja Life is Strange: Before the Storm (PC)

Życie mamy tylko jedno, a pewne rzeczy możemy zrobić wyłącznie raz. Zacznijmy więc tę opowieść przed burzą, która dopiero nadejdzie...

Przed Wami druga część jednej z najlepszych gier, jakie miałem okazję zagrać – Life is Strange. Ale uwaga – to nie sequel, lecz prequel serii. Moi drodzy, oto Life is Strange: Before the Storm, wydane w 2017 roku przez Square-Enix i stworzone przez Deck Nine.

Kiedy słońce zastąpi deszcz

Do tej produkcji podchodziłem z dużą rezerwą. Wahałem się, czy w ogóle warto zagrać. Brzmi to pewnie dziwnie, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają moją recenzję pierwszej części. Tamta odsłona Life is Strange po prostu miażdżyła swoją wielkością!

Jednak kiedy dowiedziałem się, że za prequel nie odpowiada DONTNOD, tylko studio Deck Nine, pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem poczekać na wydanie całego sezonu. Ostatecznie zaopatrzyłem się w edycję deluxe, która zawierała bonusowy epizod „Żegnaj”. A teraz zobaczmy, czy rzeczywiście było coś przed tą burzą…

Zagrajmy w grę... 

Akcja gry odbywa się w tym samym mieście co pierwsza część, czyli w Arcadia Bay. Kto by mógł się spodziewać, że powrót na stare śmieci, będzie tak fajny. Mamy tu w sumie ponowne wykorzystanie tych samych miejsc, ba mało tego, nawet ujęć, które będą mrugnięciem do fanów tej serii. Nie martwcie się, cała kampania nie będzie wielkim backtracking'iem. Będą to jak wspomniałem wyżej znane miejscówki, ale ukazane z innej perspektywy. Ujrzymy parę nowych lokacji w mieście, jaki i w domu Chloe, która jest główną bohaterką. No, skoro wspomniałem już o niej, to też została "odświeżona". Ci z was, którzy polubili ją za pozytywnie zakręcony charakter i skłonność do ryzyka będą mieli okazję zobaczyć jej inne oblicze. Chloe jest bardziej nieśmiała i mniej skłonna do grania pierwszych skrzypiec. Nie będzie to spoilerem kiedy wspomnę, że jej ojciec nie żyje. Jest to dość istotny fakt, bo na tym etapie protagonistka bardziej odczuwa stratę bliskiej dla niej osoby. Autorzy starali się to podkreślić poprzez nawiedzające ją sny i tu pokazali klasę. Temu elementowi LiS mógłbym dać z czystym sumieniem maksymalną ocenę.

Tu byłem, lecz odszedłem    

Jakby fabuła Life is Strange: Before the Storm poszła tą samą drogą co jej poprzedniczka. A miałbym ocenić tę grę w kilku słowach to powiedziałbym, że jest to niemalże idealna "imitacja" pierwowzoru zawierająca wszystko to, za co pokochałem oryginał. Niestety jest inaczej, co prawda nie zawiodłem się, ale "opadu szczęki do Chin" nie było. Czułem się tak, jakbym grał w tę produkcję po raz drugi lub trzeci, a największe emocje miał dawno za sobą. Po przejściu pierwszego epizodu zastanawiałem się, czy podjąłem może jakąś decyzję, której konsekwencje objawią się w przyszłości. Na szczęście na końcu jest lista naszych wyborów i wtedy dowiedziałem, które wydarzenia były ważne z punktu widzenia twórców. Żeby nie było tu pewnych niejasności, gra sygnalizowała te momenty odpowiednim filtrem i efektem dźwiękowym. Jednak brakowało mi sytuacji, na pozór nieważnych, lecz brzemiennych w skutkach. Zaraz ktoś mi wytknie, że misja z odzyskaniem pieniędzy dla Franka była przepełniona takimi zdarzeniami i w całej produkcji znalazłoby się ich więcej. Tylko jakoś nie mogę sobie ich przypomnieć. Prócz kilku głównych, tych mało istotnych.

Szach mat!    

Nie winię za to Deck Nine, bo mieli oni związane ręce. Dużo wydarzeń nie mogło się potoczyć inaczej z tego powodu, że DOTNOT już ustaliło ich zakończenie, przez co Chloe musiała wylecieć ze szkoły itp. Twórcy mieli małe pole do popisu, co nie zmienia faktu, że przydałoby się więcej wyborów, które mogłyby mieć w tej historii większe znaczenie. To co zrobili bardzo dobrze, to odtworzenie stylu twórców oryginału. Bohaterowie są wyraziści, przez co łatwo się z nimi utożsamiać. Czarne charaktery też są wiarygodne i takie prawdziwe. Dzięki temu oglądamy ten "interaktywny film" z zainteresowaniem. Warto się odnieść do przedstawionych tu relacji między poszczególnymi postaciami. Nie są one proste w swej budowie, wprost przeciwnie, mamy tu do czynienia ze sporą złożonością, ale dzięki różnorodności w dialogach, które możemy wybierać, mamy możliwość przeprowadzenia ciekawych rozmów.

Ale, o co chodzi?

Artykuł ten przybrał dość "dziwną" formę, bo odszedłem całkiem od schematu w jakim dotychczas pisałem i nawet nie wspomniałem o czym jest gra. Fabuła opowiada o przyjaźni Chloe i Rachel Amber. Wspólnie z "zaginioną" z pierwszego LiS odkrywamy sekret jej rodzinny i kłamstw jej ojca. Nie zabraknie też trudnych tematów, jak nowy partner rodzica, który zajmuje miejsce poprzedniego. No i co się z tym wiąże, buntu dziecka wobec tego typu zdarzeń. Tematyka narkotyków też została poruszona, ba nawet z nią wiąże się samo zakończenie gry. Niestety, moim zdaniem potraktowano ten wątek jedynie jako tło dla akcji. Generalnie starano się wypełnić ten tytuł trudnymi problemami i pokazać je w rzetelny sposób, lecz czułem niedosyt i brak ostatecznych szlifów. Co do mechaniki gry, jedyną nowością jest tu walka na riposty, które zastąpiły cofanie czasu. "Potyczki" polegały na odpowiednim słuchaniu przeciwnika i właściwym dobraniu odpowiedzi. Do grafiki i podkładu dźwiękowego nie będę się odnosił, bo mamy tu to samo, co w poprzedniej części. Jeśli więc wam się tamta oprawa audiowizualna podobała, to ta też przypadnie do gustu. 

Czy warto kupić Life is Strange: Before the Storm? Tak, mimo małej liczby wyborów w grze, to wciąż dobra odsłona tej serii. Nie czułem się zawiedziony i nie żałuję zakupu. Dużym plusem są rozwinięcia pewnych wątków, które już dobrze znamy, np. czemu Chloe ma niebieskie włosy. Nie zabrakło też genialnych kadrów rzucających się w oczy tym, co grali w powszednią część. Zapewne zauważyliście, że czasami dodaję ocenę liczbową, a robię to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź na zadane powyżej pytanie. Moja ocena za całą produkcję to 8/10.

A was LiS:BtS przekonał do siebie i wywołał szybsze bicie serca? Napiszcie, jak odbieracie tego typu produkcje, które nie unikają poważnych tematów.

No i na koniec ogłoszenie parafialne. Komentujecie i klikajcie na tę niebieską łapkę w górę :D

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie