• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Czy Gothic 1 na Switch jest takim drewnem jak go prezentują?

Stanąłem nad urwiskiem i usłyszałem: Hej kolego nowy? Wiedziałem, co należy zrobić....

Gothic to gra z dzieciństwa wielu graczy. Jedni kochają inni nienawidzą. Jednak kto by się spodziewał tak odważnego portu. Osobiście sam byłem zaskoczony i mimo swojej wysokiej ceny 200 zł zaopatrzyłem we własny egzemplarz.


Na temat Gothic pisałem już na blogu, tym razem motorem napędowym okazała się plotka o jeszcze bardziej drewnianej zawartości. Nie dałem wiary w te oszczerstwa i sięgnąłem, po pada i zacząłem kampanię. Nie będę trzymać was w jakiejś niepewności.

Sterowanie jest naprawdę wygodne, jak zresztą poruszanie się po interfejsie. Jak już przy tym jestem. Wprowadzono pewne zmiany względem oryginału. Prócz tych oczywistych zaszły też bardziej kosmetyczne. Ekwipunek został podzielony w końcu na kategorie. Dało mi to szybszy dostęp do potrzebnych itemów.

Ruchy Bezimiennego wbrew pozorom nie są bardziej toporne. Nawet przy wykorzystaniu grzybka. Dla bardziej konserwatywnych fanów polecam krzyżaka. Kocie ruchy wracają na stare tory i ma się wrażenie grania za pomocą strzałek. Z tych głównych zmian jedynie przerzucenie części ataków na przycisk akcji plus wspomniany krzyż wywołał pewne mieszane uczucia.


Jednak zmian wprowadzono więcej, ale te już nie wywołały tyle kontrowersji. Ustawienie kamery jak i kąt nachylenia podłoża stracił na znaczeniu. W wersji na PC było to bardzo istotne, aby walka miała jakieś szanse powodzenia. W większości czasu tak było, lecz udało mi się znaleźć miejsce, gdzie jednak zachowano dalej stare zasady.

Gothic znany był z tego, że im dłużej się grało, tym mniej bestii się znajdowało w Górniczej Dolinie. Tutaj całość staje na głowie i zaobserwowałem ich respown. Nie było to jakaś dramatycznie duża liczba, ale zawsze to jakieś odstępstwo. Podobnie ma się sytuacja z błędami, a chodzi mi tu o jeden, który uniemożliwiał legalnie przyłączyć się do Bractwa na bagnie.

Jeśli miałbym zrobić ranking, gdzie było najtrudniej się dostać to pierwsze miejsce Stary Obóz. Z powodu walki na arenie drugie Bractwo, ale tylko dlatego, że krwiopijcę i węże są upierdliwe jak się robi ostatni q. Istotnym szczegółem było zebranie określonej liczby głosów od guru. 


Ich z kolei jest więcej i można częściowo wybrać do kogo się pójdzie. Jednak, aby się tak stało trzeba wiedzieć co wybrać za nagrodę po wykonaniu zlecenia z rozdawaniem prezentów w Nowym Obozie. Najłatwiej idzie z Nowym Obozem, gdzie jakoś samoczynnie wszystko się załatwia.

Sądziłem, że swoje już zobaczyłem. Jednak gra ponownie mnie zaskoczyła. Tylko nie była to pozytywna niespodzianka. Jeden z górników w Starej Kopalni zaliczył problem wysławianiem się. Trochę się audio rozjechało, ale wspominam tylko o tym, bo nie było takiego problemu w oryginale. Następnie w jednej z bocznych jaskiń pełzacz postanowił lewitować. Zyskał dzięki temu nieśmiertelność.

Inną sprawą był problem z doczytywaniem obiektów w czasie rzeczywistym. Jeszcze na otwartej przestrzeni jest to do pewnego stopnia zrozumiałe. Tak tutaj w typowo korytarzowej lokacji już nie.


Teraz mała ciekawostka o Bractwie. Jak już zostałem strażnikiem chciałem dostać lepszy pancerz, a wtedy.... Dowiedziałem się o datku na obóz. Jak chciałem od razu zapłacić okazało się, że trzeba zrobić kolejne zadania fabularne, aby reputacja się poprawiła. Śmiech przez łzy. Naprawdę mocna szpila wbitą wyzwaniom wszelkiej maści.

Czy to dobra znajomość Gothic, czy chuj raczy wiedzieć co, ale gra jest za łatwa. Nie chodzi o to, że jakoś to przeszkadza. Jednak w porównaniu z pierwszym podejściem wszystko pada na strzał. Dla ścisłości chodzi o kretoszczury i ścierowajady.

Nie trzeba się bawić w wyciąganie tylko huzia na Józia. Dobrze, że takie jaszczury czy npc typu szkodnik ma jakąś siłę rażenia, bo bym już zwątpił. Robiąc jakże „fascynującą” misje z bagiennym zielem dobitnie przypomniałem jak mało jest modeli twarzy i aktorów podstawiających głos. Wszystko to miałby drugorzędny wpływ jakby te kilka tekstów, jakie się powtarzały zamieniono częściej, zamiast wałkować jeden i ten sam.


Z innych bolączek poprawiłbym kamerę, która lubi się dziwnie ustawić przy rozmowie z npc. To, co w sumie najistotniejsze w grze już zobaczyłem. Błędy te najczęściej występujące dalej istnieją. Mimo tych zmian i pozostawionych niedociągnięć ponownie poczułem magię Gothica. Zaprawdę jest to najbardziej polska gra z niepolskich gier. 

Dla początkujących, którzy nie grali mam jedną, ale ważną radę. Nie idzie zadaniami. Przede wszystkim skupiajcie się na expieniu. Jak już nie będziecie mieli co wybijać idzie do nauczycieli i rozwijajcie Bezimiennego. Następnie dopiero misja fabularne. Jest jeszcze parę innych rzeczy, które dadzą szybka kasę, ale nie ładnie było wszystko podsuwać na tacy.

Podsumowując, Gothic na Switch to najlepsze drewno jakie grałem w tym roku. Fundamenty dalej solidne jak te 20 lat temu. Wreszcie dano dostęp do wszystkich frakcji. Jednak przy okazji dołożono pewne inne zmiany, które mogą wywołać niesmak u części fanów. Pewne bolączki jak błąd w odczycie zadawanych obrażeń mogli naprawić, a tak jest jak jest. 

P.S. Jeśli jednak pokochasz ta grę to warto zapatrzyć się w wersje na PC, gdzie mody przedłużą zabawę na kolejne dziesiątki godzin.







Share:

Recenzja anime Ore dake Level Up na Ken

Są takie momenty kiedy warto dać drugą szansę. Początkowo wydaje się, że się wie czego można się spodziewać. Bywają jednak momenty kiedy ponownie się po coś sięgnie, aby wtedy zobaczyć co tak naprawdę ma do zaoferowania.

Jak oglądacie anime to w tagach można zobaczyć Op bohater. Pod tym dość szerokim terminie znajdują się, aż trzy typy protagonisty. Pierwszy to taki Ains z Overlord zagarnia na hita wszystkich jak leci. Następnie mamy już dość zbliżone do siebie postacie. Praktycznie niczym się różnią z malutkim wyjątkiem.


Różnica leży sposobie prowadzenia protagonisty. To tak jakby postawić naprzeciw siebie Naruto i Saitame. Zamiast robić kilka sezonów, gdzie będzie stopniowo się zmieniać wraz z kolejnymi sezonami, a walki będą coraz większe wszystko pokazano od razu. Nie mówiłem, że to czysta kosmetyka?

Mimo, że studio odpowiadające za to anime zrobiło Atak Tytanów nie jest jakoś ekstremalnie brutalnie. Sceny, które już sugerują gore kończą się w połowie, bo protagonisty nie mogą przecież zabić.

Początkowo kiedy wprowadzają cały ten młyn w ruch jest klasycznie. Słaby milusiński, a potem zaczyna się cała przemiana. Nie tylko pod kątem fizycznym. Ciekawiej się prezentuje jego sposób zachowania, co w szczególności można było zobaczyć w rozmowie z rekruterem gildyjnym.


Cała fabuła toczy się wokół robieniu rajdów. Tradycyjny element w fantazy i oczywiście isekai. Jakiś zwiększający się trend, aby zmieszać czasy współczesne ze wspomnianym gatunkiem. Przyjrzyjmy się im nieco bliżej.

Można je porównać do dzikich terenów ameryki północnej z czasów gorączki złota. Wielki zysk, a co się stanie z ludźmi zostanie w samym lochu. Dziki zachód jak się patrzy. Do tego położono nacisk na wszelkie fatałaszki rodem z gier mmo.

Jednak w przypadki Mc jest zastosowano druga szkoła, czyli broń mi starczy, a pancerz może leżeć w ekwipunku. Równocześnie już na samym początku protagonista mówi, że coś tam wydropił tylko dziwnym trafem nie raczył założyć itema. Taki stan rzeczy utrzymuje się aż do 11 odcinka.


Anime jako takie utrzymuje dość spójną całość i jedynie na początku w jednym odcinku wali logikę po łbie. Zaczynając od tego, że główny bohater ma szósty zmysł na moby, ale na wszelki wypadek ktoś go zaprowadza do nagle pojawiających potworów. Dalej, pokazuje co to nie potrafi rzucając mieszaczem w bossa. 

Wszystko już niby cacy, ale ktoś mądrze wymyślił, żeby wstawić tam stado gapiów mających za nic niebezpieczeństwo i nagrywają filmiki. Równie dobrze mógł tam dostać się bez przewodnika, bo w końcu ma radar we głowie i ostatniej chwili załatwić sprawę. O wiele lepiej i tajniej by wyszło zrobienie takiej sceny.

W kolejnych odcinkach jest już stopniowe przeskakiwanie, po drabince i staje się coraz to mocniejszy. W tym momencie widać najlepiej, że nie jest on taki op. Regularnie pojawia się ktoś, kto bije go na głowę.


Sami bohaterowie są naprawdę dobrze napisani jasno przekazują swoje motywacje i wszelkie bolączki z jakimi się zderzyli. Równolegle nie ma tu jakiejś skomplikowanej intrygi, a wszystko jest dość prostolinijne prowadząc jasno widza przez całe to przedstawienie.

Kolejnym pęknięciem jest brak jakichkolwiek informacji o podwójnym lochu ani systemie. Cisza jak makiem zasiał Sama ewolucja, jaką pokazano w tym quazi systemie jest dość okrojona i wyraźnie deklaruje: to tylko tło mające uwierzytelnić zmiany w skillu Mc. Brakowało mi licznych przebitek, gdzie pokazano szerzej aktywne i pasywne umiejętności czy dane typu krytyk fizyczny lub zwinność

Można jakoś to przeżyć, lecz dla graczy będzie to dość widoczne i koli, że nie dali ciut więcej. Rekompensuje to naprawdę świetnie rozpisane sceny akcji, które są naprawdę wciągające i popisowe. Im dalej w las, tym więcej drzew. A mówiąc bardziej po ludzku potyczki były bardziej rozbudowane i nie miało się wrażenie, że się ogląda pierwszą walkę poważną walkę z tasiemczyca na 500 odcinków.


Wszystko ładnie wyważono i podbijano tak, aby oczekiwania mogły rosnąć stopniowo. Idealnie poczucie tempa i samego natężenia. Mogę mieć tylko nadzieje, że dalej utrzymają to tempo i poprawią błędy z pierwszego sezonu.

Finał w 99.9% jest naprawdę dobry tylko pewien szczegół nie będę zdradzał, jaki tracił na kilometr. Podsumowując całościowo produkcja jest naradę warta swojego czasu. Jeśli nie będzie się sugerować protagonistą jako prokoksem, a czymś bliższym do Songo z dużo szybszym rozwojem będziecie się naprawdę dobrze bawić. Nawet wtrącenia wątku pobocznego, który za jakiś czas przejmie prowadzenie nie przeszkodzi w cieszeniu się tą produkcją. 
Share:

Recenzja Jajo Anioła

Czym są dzisiejsze produkcje filmowe? Produktami kultury masowej, które mamy jedynie bezrefleksyjnie obserwować. Nie myśl, nie analizuj, a jedynie konsumuj.

Od dłuższego czasu chodziło mi pogłowie, a może jest jeszcze jakiś inny film w reżyserii Mamoru Oshii. Ghost in the Schell to dzieło ponad czasowe i jak na to nie patrzeć można się po jego twórcach spodziewać czegoś naprawdę niesamowitego.


Dziesięć lat wcześniej powstał film o dość enigmatycznym tytule Tenshi no tamago. Tłumacząc to na polski Jajo Anioła. Ta produkcja jest jedną z tych, w których sam autor nie wie co miał na myśli. Im więcej czasu temu poświęcałem tym więcej przybywało pytań, a odpowiedzi nie było.

Fabuła jest nieszablonowa, a do tego przepełniona symboliką. Nie będę tu zgrywał religioznawcą, bo i takim nie jestem. Jednak wskazówki, jakie w końcu się pokazały zaczęły budować jakąś całość. Jeśli czytacie dalej to najpierw obejrzyjcie Angel Egg. Wyróbcie sobie sami opinie. Potem będziemy mogli podyskutować w komentarzach.

Najważniejszym pytaniem, jakie pada w Tenshi no tamago jest, czy można być chrześcijaninem w świecie porzuconym przez Boga? Mówiłem, że od początku idzie z grubej rury! Jest to dość złożony problem i dość niejednoznaczny.


Aby lepiej zrozumieć treść trzeba wiedzieć, co nieco o samym Mamoru Oshii. W tamtych latach przeszedł kryzys wiary. Jednak, co ma piernik do wiatraka? Otóż wiele siłą napędową był jakie stan psychiczny. Pierwszą wskazówkę, jaką dał to broń, jaką posiada bezimienny bohater. Przypomina ona krzyżyk jednak to nie wszystko. Kolejną rzeczą był sposób, w jaki ją nosi.

Niczym Jezus niesie ją tak jakby była to droga krzyżowa. Ciut naciągane, ale jak zobaczyłem bandaże na dłoniach to wiedziałem, że idę dobrym tropem. Motyw Syna Bożego nie kończy się tylko na tych dwóch detalach. Tutaj dodano znacznie więcej.

Teraz muszę trochę odejść od głównego tematu i przejść do samej formy. Od samego początku jest tak jak miałem nadzieje, że będzie. Świat na pozór wyglądający jak nasz tylko opuszczony tak jakby dopiero wojna się skończyła. Jednak nie ma nikogo, czy tylko na pewno tak jest?


W Jaju Anioła jest jeszcze jedna osoba. Mała dziewczynka, która cały czas trzyma przy sobie zawiniątko. To ona dała kolejną wskazówkę, a może i nawet więcej. W pewnym momencie mówi o rybach, na które polują „mieszkańcy”. Czym one są? Kolejne pytanie pozostawione bez odpowiedzi. Tutaj ponownie chodzi o znaczenie metaforyczne.

Ów mieszkańcy będący posągami to ludzie gorliwi w swoich przekonaniach, a jednocześnie nieumiejących myśleć krytycznie i wyciągnąć jakiekolwiek wnioski. Ktoś kiedyś mądrze powiedział łatwiej oszukać, a niż uświadomić swoją pomyłkę.

Kropka nad i jest rozmowa dwójki protagonistów, w której on opowiada o Arce Noego. Jest tam zawarta pewna zasadnicza zmiana. Ptak mający przynieść gałązkę nigdy nie wrócił. Elementów powiązanych z tym mitem chrześcijańskim w późniejszej części pokazano znacznie więcej.


Jest jeszcze parę innych rzeczy, ale to zostawię już do własnej interpretacji. Teraz przydałby się choćby jeden akapit o części technicznej, bo i tu jest na czym oko zawieść. Styl rysowania jest tym, co przyciągnęło moją uwagę w pierwszej kolejności. Nie ma tutaj dużych oczu rodem z Disneya. Nie ma tej słodyczy i beztroski, jaka towarzyszy w większości anime.

Od samego początku jest wszechogarniający mrok i poczucie zagrożenia, które potęgują ujęcia sugerujące, że ktoś obserwuje. Nie zabraknie też licznych przebitek na miasto. Jednak dopiero w kolejnych produkcjach będzie to pokazana w pełnej krasie.

Dźwięk, a właściwie efekty audio to kolejne potężne narzędzie, jakie wykorzystano, aby widz był odpowiednio nastrojony. Budowana jest dzięki temu odpowiednia atmosfera, której się nie zapomni. Nie było tutaj tak bogatej listy piosenek. Przymknę na to oko, bo nie ilość, a jakość się liczy.

Wrócę teraz do pytania, jakie wstawiłem na początku. Czy można być chrześcijaninem w świecie porzuconym przez Boga? Zarówno przeciwnicy jak i zwolnicy znajda argumenty przemawiające za tym. W Tenshi no tamago nie obalono tego w sposób jednoznaczny. Zostawiono furtkę, która daję nadzieje.
Ocena końcowa.... zostaje otwarta.
Share:

Recenzja Mario vs. Donkey Kong (Switch)

Pamiętam czasy kiedy gry były coraz to nowsze i ciekawsze. Wielkie korporacje niezależnie od części świata jedyne co robią, to projektują swoje dzieła poprzez bezpieczną i łatwą kalkulację mającą dać im pewny zysk.

Dawno nie pisałem o grach. Na dobry początek pójdzie Mario vs. Donkey Kong będący właśnie przykładem współczesnych trendów. Ów produkcja jest remake wydanej na GB Advance o tym samym tytule.


Z tego co znalazłem w odmętach Internetu dowiedziałem się, że nie jest to dokładna kopia tamtego tytułu i wprowadza pewne zmiany. Jeśli miałbym zwrócić uwagę na jakiś konkretny to wykazałbym na możliwość grania w lokalnym coopie.

Samą kampanię można przejść w trybie klasycznym i casualowym. Zasady przejścia poziomów są takie jak w oryginale. Powiem wam od razu nie ruszajcie nawet poziomu łatwego. Nie chodzi nawet o odbieranie sobie przyjemności z obcowaniem z Mario vs DK.

Kampania podstawki jest po prostu łatwa. Jest to subiektywna opinia to fakt, ale od razu widać, że celowano w młodszego odbiorcę. Wszelkie przeszkody, jakie trzeba pokonać wykonuje się bez problemu. Mimo swojej logistycznej formy nie ma momentu kiedy można się zatrzymać.


Czemu pisałem o bezsensowności tryby niedzielnego gracza? Ilość aktywności, jakie trzeba wykonać na małych mapkach jest skromna. Nawet jeśli będzie zacząć od nowa to się praktycznie nie odczuje tego. Same pomoce to brak limitu czasu, dobrze znane checkpointy (flagi) i dodatkowe skuchy. W których ramach wraca się do ostatniego punku zapisu.

Początkowe poziomy przygotowują do tego, czego można spodziewać się w kolejnych światach z podstawki. Dla dzieci to będzie idealna metoda na wdrożenie się w mechaniki. Natomiast starsi gracze będą jedynie ziewać. Fani produkcji Nintendo dostaną wielką kompilację dobrze znanych im rzeczy. Od kocich ruchów z Maria64, a kończąc na duszkach Boo.

Każdy z ośmiu światów dzieli się na sześć map, gdzie trzeba uporać się z zagadkami. Po ich ukończeniu dochodzą dwa ekstra poziomy, na pierwszym trzeba zaprowadzić mini Mario do skrzyni, a w drugim pokonać bossa. Szefem jest oczywiście tytułowy małpiszon. Jeśli ktoś liczy na coś więcej to się przeliczy. Tutaj też przechodzi się wszystko na jeden strzał.


Walki wyglądają zawsze tak samo. Zależnie od tego ile zabawek trafiło do kufra tyle razy można skusić. Jedyne co się zmienia to sposób, w jaki itemem żuci się do goryla. Dopiero w finale dokonano ciekawej zmiany, zamiast ponownie zrobić kopiuj i wklej. Zakończenie to prawdziwe nawiązanie do gier automatowych, gdzie zamiast Mario był Skoczek (Jumper) Kolejne rundy to powrót do korzeni. Znowu wspina się na szczyt, lecz tym razem nie czeka dama w opałach. 

Po zobaczeniu napisów końcowych odblokuje się Time attack, gdzie będzie się mogło bić rekordy na levelach, które się przeszło. Następnie odpala się kontynuacja fabularna. Początek jest wciąż taki sam. Złożoność poziomów jaki był nic się zmienił. Dopiero po przekroczeniu do poziomów podpisanych eksperckie to, czym w takim razie były te wcześniejsze? Widać było że coś rzeczywiście się zmieniło w budowie mapek w danym świecie. Aby je ogarnąć trzeba dosłownie sekundy więcej, aby je zrozumieć.

Okazuje się że jednak zbieranie gwiazdek o dziwo do czegoś jest potrzebne. Jeśli się chcę wszystko przejść to wymagana jest określona liczba tych błyskotek. Kolejną zmianą jest brak potrzeby przeprowadzanie zabawek do skrzynki. Czy to dobrze? I tak i nie. Wszystko zależy od tego czy się ma ochotę dłużej grać.


Mario vs DK ma też swoje plusy. Paradoksalnie ten cały recykling jest jedną z zalet. Dla starych wyjadaczy liczne easter eggi będą widoczne jak na dłoni. Będzie się dzięki temu bardzo dobrze wspominać już dawno mienione tytuły ze stajni Wielkiego N. 

Graficznie jest bardzo dobrze, ale czego się innego spodziewać? Cukierkowa oprawa to ich specjalność. Przejdę teraz do podsumowania. Za pełną cenę nie ma co tego brać. Mimo całej swojej sympatii do Nintendo trudno polecić grę będącą odczuwalnie tworzoną pod krótkie sesje. Przy dłuższych posiedzeniach, zanim człowiek zdążyłby się rozkręcić zobaczy napisy końcowe.

Jeśli będzie się jednak miało z kim pograć to się to nieco wydłuży. Gracz numer dwa kierować będzie Toad i nie zabraknie dla niego klucza. Dodatkowy zamek do otwarcia to zawsze te parę kliknięć ekstra do zrobienia. Niby nic, a zawsze coś. Ocena końcowa 7/10.
Share:

Do trzech razy sztuka Morderstwo w Orient Expressie 1974 vs 2010 vs 2017 r. (Publicystyka)

Pisałem o słynnym Morderstwie w Orient Expressie w wersji z 2017 i 2010 r. to przyszła pora na najstarszą odsłonę. Przenieśmy się do szalonych lat 70-tych.

Idąc dalej za filmowymi perypetiami najsłynniejszego detektywa Herkulesa Poirot sięgnąłem w końcu do jej pierwszej wersji. Od czego tu zacząć? Najlepiej przeskoczyć po wszystkim elementach. Tak przynajmniej sugerowałaby logika.


Jednakowoż na pierwszy plan wyciągnę samego odtwórcę Poirota. Albert Finney zapiszę się w mej pamięci jako najbardziej drewniany odtwórca tej kultowej postaci.

Pozbawiony życia przez większość czasu trwania seansu. Dopiero na koniec ten zgarbiony biedak zaczyna emanować jakimś wyraźnym zainteresowaniem sprawą. Każdy z omawianych aktorów charakteryzował się czymś wcielając się w małego Belga. David Suchet chodził tak jakby zawsze chciało mu się... jakby spieszyło się do toalety.

Natomiast Kenneth Branagh to typowy przedstawiciel pewności siebie i brnącego naprzód bohatera. Ostatnim, choć nie jedynym niech będzie Finney, który co tu dużo mówić do najlepszych nie można zaliczyć. Nie wykluczam, że ma lepsze role, ale w tej się po prostu moim zdaniem nie sprawdził idąc przez tę produkcję wiecznie zgarbiony.


Przejdźmy dalej, bo ten pociąg nie ruszy się nigdzie. Co się wyprawia w Orient Expressie? (...) Istny dom wariatów. Jest to dobry cytat z filmu, ale jeszcze bardziej oddaje go fakt, że w tej adaptacji jest znacznie więcej aktywnych bohaterów.

Zaczynając od momentu kiedy to pewna para zostaje przypadkiem podsłuchana, aż po pewnego agenta, który nie może się zdecydować, gdzie pracuje u Pinkertonów, czy policji. Jednak najbardziej bawiło jak ten guzik i mundur zmieniały ciągle swoje lokalizacje.

Relacje romantyczne i ponownie zostały zmienione. Będę bardziej skłonny, że właśnie tutaj teoretycznie zostały przedstawione jak trzeba. Jednak, aby być czegoś ostatecznie pewien warto sięgnąć po książkę. Inaczej nigdy nie będzie do końca wiadomo kto, gdzie i czemu zrobił tak, a nie inaczej.


Zabawne jest fakt, żeby w pełni docenić ostatnia wersje trzeba obejrzeć poprzednie. Z omawianej edycji ściągnięto pewną scenę co do joty. Nie chodzi o samo zachowanie, czy wypowiedzianą kwestie. Jednak diabeł tkwi szczegółach i dbałość, do jakiej przykładał protagonista. Swoją drogą te wąsy, jakie ma Herkules są drugą wersją, jaką dodano w serialu z 1989 r.

Skoro jestem już przy detalach jak królik z kapelusza wyskoczył agent Pinkertonów. Lubi pokazywać się co drugim filmie, bo jakoś nie było mu w smak pokazywać się w 2010 r. Żarty na bok jego wątek jest o tyle ciekawy, że mamy tu całkowitą odwrotnością. Był policjantem, który przeszedł do sektora prywatnego. Na tym kończy się jego pięć minut, no prawie w „napisach końcowych” jest wymieniany przy wielkiej przemowie.

To, co jednak film zrobił bardzo dobrze to pokazanie na samym początku, z czym właściwie będzie musiał się zmierzyć protagonista. Nakreślono szeroko sprawę Amstrongów. Wielokrotnie podkreślano w retrospekcjach, kto i jak się wiązał z tą sprawą. Przez taki niekiedy nachalny zabieg nie był w stanie zapomnieć, o co w tym chodzi.


Pragnę zauważyć, że wcielająca się w Caroline Hubbard (Michelle Pfeiffer) odwołuje się swojej kreacji do Lauren Bacall. Zarówno charakteryzacja jak i sposób zachowania był bliźniaczo podobny. Kolejną tego typu zmianą można zaobserwować, u pułkownika mającego dziwnie porywczą naturę jak Hrabia Rudolph Andrenyi. O ile w 2017 r. był niemalże jak cerber tak tutaj ledwo coś podrygiwał. Role samca alfa zajął John Arbuthnot.

Powiedzenie, że liczą się szczegóły nabiera nowego znaczenia. Oglądając tę sama produkcję stworzoną przez różnych reżyserów można zauważyć, jak bardzo zmienia się interpretacja na różne rzeczy. Część może mieć znikome znaczenie jak fakt, że kimono zmieniło swój kolor z kremowego na czerwony. Do spraw znacznie bardziej istotnych jak motywacje osobiste i relacje między bohaterami.
Share:

Morderstwo w Orient Expressie: 2010 vs 2017 r. (Publicystyka)

Adaptacja, czym  to właściwie jest? Według definicji jest to przeznaczona do sfilmowania przeróbka pierwotnego materiału literackiego, teatralnego, muzycznego lub innego artystycznego. Celem ekranizacji jest dostosowanie adaptowanego utworu do wymogów nowego medium, odmiennego materiału bądź potrzeb i wymagań nowej publiczności.


Odnosząc się do tej detencji najbardziej twórcy trzymają się „wymagań nowej publiczności”. Im dalej w las tym więcej tych metamorfoz. Zabawne jest to jak się one zmieniają zależnie od okresu powstania. Dzieła starsze starają się oddać materiał źródłowy w sposób w miarę wierny. Natomiast aktualne edycje jak ta z 2017 r. idzie w całkiem inną dobrze znaną sobie stronę.

Najważniejsze wątki zostały niezmienione. Pisząc to rozumiem samo morderstwo Edwarda Ratchetta. Pojechał słynnym pociągiem? Jak najbardziej! Zaproponował robotę Herkulesowi Poirot, a następnie został przerobiony na sito. Winni zostali natomiast wypuszczeni.

Na tym praktycznie kończą się istotniejsze łączące elementy tych dwóch filmów. Wiele rzeczy zmieniono, ale co istotniejsze są momenty, które można dziś uznać za „obraźliwe/rasistowskie”. Biorąc rzecz krótko i na temat ukamienowano lokalną kobietę, a jak wiadomo nachodźcy to pokojowi ludzie chcący jedynie ubogacić kulturowo. 


Przechodząc już do samego śledztwa sposób, w jaki je przedstawiono mogłoby się wydawać naprawdę niezmieniony między tymi dwoma filmami. Jednak sposób zachowania się bohaterów różnił się dramatycznie. Wziąć należy za przykład liderkę całego spisku. Szanowna pani jest o wiele bardziej opanowana. Nie ma w niej tej samej uwodzicielki.

Herkules Poirot jest o wiele bardziej oziębły. Nie będzie w nim tyle emocji i dramaturgii. David Suchet w swojej kreacji skupia się bardziej na zimnej logice i narcyzmie protagonisty. Jego egocentryczny styl bycia nadaje całkiem inne światło na poszczególne wydarzenia.

Same przesłuchania też przebiegły w innym stylu. W tej wersji nasz kochany Francuz, Belg znaczy się nie miał okazji pochwalić się znajomością języka niemieckiego. Natomiast mógł wreszcie powiedzieć coś we własnym języku z całkiem inną osobą niż służąca księżnej.


Jeśli miałbym czegoś się czepić to sposobu, w jaki ujawniali kto może być zabójcą. W poszczególnych rozmowach wyraźnie zmaczane są istotne momenty. W przeciwieństwie do serialu jaki emitowano od 1989 r. tutaj podano wszystko na tacy.

Są jednak rzeczy, jakie moim zdaniem zrobiła o wiele lepiej najnowsza adaptacji. Wątek Armstrongów jest tutaj zaledwie tłem. Pretekst do krwawej vendetty. Bez lepszej znajomości tamtych wydarzeń i konsekwencji, jakie za sobą pociągnęły nie można, aż tak przeżyć tego dramatu. Dwunastu sprawiedliwych, a raczej ofiar, jakie pociągnęła za sobą jedna zbrodnia.

Interesujące jest dość szeroko pokazany watek religijny. Tak jak dzisiaj na siłę musiał być poprawnie politycznie tak wcześniej położono wyraźny nacisk na wiarę. W tym modlitewnym sosie pojawia się coś, co zmienia pewien element. Nie będę zdradzał, w czym rzecz, ale po tym inaczej będzie się podchodziło do poczynań poszczególnych bohaterów.


Jednak dopiero sam finał wyrywa widza z siedzenia. Zamiast triumfalnej mowy z wyjaśnieniem było całkiem coś innego. Sytuacja się całkowicie odwróciła i kto inny przejął pierwsze skrzypce. Takie odstępstwo zasadniczo może zdziwić jak się oglądało wcześniejsze produkcje, w których grał David Suchet.

Końcówka akcentowała uderzała w całkiem inne tony. Pokazywała wahania protagonisty do samego końca. Podkreślono jak jeszcze nigdy jak bardzo jest on religijny. Jedna historia, a takie skrajności.

Na koniec, która wersja była lepsza? Odpowiedź nie jest taka prosta. Chciałoby się powiedzieć, że jedyna prawilną jest ta z Suchetem, a nie z Kenneth Branagh. Paradoks polega na tym bez tego drugiego nie zainteresowałbym się wcześniejszymi filmami i serialami z tego uniwersum. Osobiście przechylę się do starszej wersji. Postawie w ciemno i jestem przekonany o lepszym przedstawieniu materiałów źródłowych. Ocena końcowa zostawiam otwartą.

Share:

Smaki Japonii, część 2: Nie wszystko co japońskie jest dobre

Japonia to kraj o tysiącu, a nawet więcej smaków. Każda potrawa, czy przekąska jest ciekawym początkiem, niezwykłe rozwinięcie o bogatym bukiecie smaku z zaskakującym zakończeniem.

Pociągnijmy dalej ten jakże ciekawy temat i sprawdzę, co jeszcze mogą zaoferować sklepy deklarujące w swojej ofercie produkty z kraju Kwitnącej Wiśni.


Na pierwszy ogień niech pójdą
Oreo Crispy Roll Japanese Matcha. Paluszki są naprawdę elegancko wykonane. Sam smak to ciekawa krzyżówka czekolady, jaką dają do płatków kukurydzianych. Słodycz subtelna, wreszcie coś więcej w doborze składników. Są one chrupkie, a do tego nie ma się wrażenia bycia zapchanym. Super przekąską, która będzie idealnie uzupełniać obiad jako deser dla każdego miłośnika słodyczy.  

Następnie niech pójdą Mochi Brown Sugar. Opakowania było dużo mniejsze od poprzedniego, a zawartość ograniczyła się tylko do jedynego rodzaju. Edycja Brown Sugar to już klusek sam w sobie. Dzięki większej ilości nadzienia zmieniło nie tylko smak, ale i mniej sycący. Chętniej człowiek sięga, po koleiny kawałek. Co jeszcze wyróżnia tę wersję to chęć na więcej. Co nie znaczy, że należy opychać słodkościami.

Mochi cookies Matcha zapakowane w piękne opakowanie pokazujące co klient ma dostać. Otwierając zobaczyłem sześć sztuk opakowanych w zieloną folię. Daje to wrażenie premium i zapowiedź uczty dla podniebienia. Niestety jest to scam, bo nie dość, że zawartość to jakaś pomyłka to smak niewiele odbiega od tego.



Na pudełku ciastka miały mieć kilka kawałków czekolady. W rzeczywistości jest ich raptem dwa, a do tego wepchnięte do środka ciastka. Nie wykorzystano możliwości zielonej herbaty co uznaję za zasadniczy błąd. Gęsta zawartość nasuwa skojarzenia ze tanimi ciastkami, które można kupić w dużych pudłach. Tym samych mam pierwsze miejsce w kategorii najgorszy produkt.

Meito Puku Puku Fukufuku Fish i Strawberry Fish są to zwyczajne wafelki z czekoladą. Nic więcej, nic mniej w środku jest bąbelkowa czekolada. Nie wpływa to jakkolwiek na smak produktu. Zwykły przeciętniak sprzedawany, po zawyżonej cenie.

Zupka instant Paldo ramen bibim men. O dziwo jest to wreszcie, czy raczej kolejna nowość związana z instant ramen. Tym razem miałem do czynienia z czymś, co był daniem głównym i pikantnym. Jeśli rzeczywiście jest to drugie danie, które wymaga przestrzegania przepisu. Bez obaw jest to wciąż banalnie proste. Jednak pikanterii w tym za grosz nie ma na szczęście.


Kuleczki Home Run Ball Choco z nadzieniem Haitai - póki co nie jest to jakiś rarytas, ale o dziwo nie ma tragedii. Smakowo to jak ptysie z czekoladą.

Pocky Czekoladowo Czekoladowe to ponownie strzał w dziesiątkę jeśli zależy komuś na jakości. Wszystkie zalety zachowane tak jak i w pozostałych smakach, o których pisałem w poprzednim wpisie tutaj. Nie powtarzając ponownie te, co tam już zawarłem napisze tak: za dobrze wchodzi, a boki rosną

Nissin Cup Noodles to kolejny instant od tego samego producenta opisywałem w poprzednim tekście. Przyznam, że rzeczywiście była to pikantna zupa. Jednak jak poprzednio nie różniło się to niczym od zwykłych produktów, które dobrze znam z naszych sklepów.


Kolacja, kolacją, ale coś przydałby się na uzupełnienia... wolnej przestrzeni. Sięgnąłem po Cebulowe pierścienie. Jest to cebula w panierce, która przypadła mi do gustu. Nie jest to jednak tak dobre jak lays'y. Mimo to wciąż są bardzo dobre i nie powodują chęci sięgnięcia po coś do picia. Smakowo jest bardzo smaczne, a cebula gra pierwsze skrzypce. Bardzo chrupkie co jest w sumie oczywiste.

Tutaj w przeciwieństwie do tych „ciastek” zawartość była bardziej zadowalająca. Nie mogę jednak pominąć faktu, że dali mini wersje Kit Kat. Ma to jednak swoje plusy. Słodycz nawet dobrze dopasowana, a nadzienie mile łaskocze kubki smakowe. Ich rozmiar ostatecznie jest sporym atutem z prostego powodu. Jak się ma ochotę na co nieco to się ma, a jeśli na coś więcej to wystarczy sięgnąć, po więcej.

Napój Mogu Mogu, sam napój już wyróżnia się swoją nazwą, która jest dość zabawna. Natomiast w smaku zachowuje zimny chłodny smak. Trochę to dziwne zważając na to, że nie był trzymany w lodówce, a pokoju. Pierwsza myśl coś w rodzaju galaretka, jednak nim myśl ta się rozwinęła ukazała się kolejna niespodzianka. Oprócz soku (25%) są jeszcze kawałki Nata. Równie słodkie i całkiem przyjemne. Miła niespodzianka na konie dnia.


Mieszanka Yamato mix i Seaweed mix-to, co dostałem to połamane prawie zmielone ryżowe chrupki. Jednak to te drugie dopiero są wartę uwagi. Czuć było klasyczne smaki wodorostów, a składki, które wprost wprowadzają na myśl wszystkiego, co najlepsze. Warto dodać, że jest to smak łagodny i jadło się chętnie.

Natomiast pierwsza mieszanka to całkowite przeciwieństwo. Pikantne, ta ostrość wychodzi na pierwszy plan. Mimo pewnego wachlarzu smaczków to potrzeba było więcej czasu, aby przymusić się do zjedzenia tego.

W planach jest jeszcze jeden wpis dotyczący tego co można kupić z produktów japońskich. Jeśli oferty sklepów poszerzą się o nowe rzeczy to wznowie tę serię o kolejne produkty.  
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie