• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute (Sezon 2)

Kiedy rano wstajesz zacznij od kawy. Bez tego nie jesteś sobą!

W drugim sezonie Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute właśnie to się stało. Wziął sobie proszę ja was taki scenarzysta kartkę papieru i zaczął spisywać swoje pomysły. Następnie przepisał do Worda i zapisał jako całość. Na jego obronę dodam, że pod koniec się opamiętał.


Teraz bardziej na poważnie. Nie wiem, co autor miał w głowie tworząc ten sezon, ale pewny jestem, że nie było tam jasnej i klarownej wizji. Zacznę omawiać, po kolei odcinki, a tym samym co nieco ujawnię. Zostaliście ostrzeżeni.

Pierwsze trzy epizody to taki wstęp. Tylko pytanie do czego, bo praktycznie nie łączy się z kolejnymi w żaden sposób. Jeśli jednak doszukiwać się czegoś na siłę to nowi bohaterowie co mieli w tym jedno ujęciowym ciągu. W pewnym sensie pokazują się jeszcze w tym sezonie. Wróć jednej bohaterce, o dziwo przedłużono kontrakt. Pozostali dostali minimalne wstawki.


Dopiero od czwartego epizodu fabuła wraca na stare tory. Tytułowa eminencja Shadow postanawia rozwalić cały rynek do góry nogami. Początkowo jeszcze sądziłem ok, teraz dopiero się zacznie. Jednak w jakimś swoim pokręconym myśleniu olał on swoje szwadrony haremowe. Zrobił z tego przypadkiem, o dziwo totalny dramat obyczajowy z Alfą w roli głównej.

Oglądając z pewną uwagą próbowałem się doszukać jakiegoś sensu. Praktycznie nie było takiej możliwości, aby się to powiodło. Jedyną konsekwentnością było to, że wszyscy pożywali coś co nazywam syndromem Ainza. Odwołuje się tutaj do protagonisty serii książek Overlord. Niezależnie co zrobi wspomniany jegomość i tak wyjaśnią sobie na jego korzyść. Wmawiając sobie, że jest co najmniej geniuszem. Nie może w tej układance zabraknąć faktu, że ma niesamowitego farta.


Shadow dokłada do tej formuły jeszcze jedną rzecz. Jest dupkiem pazernym na kasę. Tak pokazuje się przez większość czasu antenowego. Niekiedy próbują go wybielić. Trudno w tej komedii to przyjąć na poważne. No dobrze, a teraz jak afera bankowa została zakończona i... kto by się spodziewał... Kult dostał, po dupie zgodnie z planem mistrza.

Między tymi głównymi blokami przewieją też pomniejsze mniej lub bardziej zabawne historyjki. Praktycznie bez nich było dość szaro, a tak ratują sytuacje. Umożliwiły pociągnięcia całości do wątku, gdzie opamiętano się i nie wrzucano co popadnie do tego garnka.


Księżniczka Róża wyciągnęła to wszystko na prostą. Wydarzenia z poprzedniej serii połączyły się i coś w końcu pokazały. Ilość wydarzeń jakie miały tu miejsce poszedły lawinowo. Nie szczypano i nie cackano. Zresztą tak też było od samego początku. Kto miał skończyć to kończył. Wszystko okraszono pięknymi animacjami. Natomiast wydarzenia powoli się zamykały i zgrabnie otworzono nowe.

Podsumowując Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute to warta obejrzenia produkcja z dość mocnym skrzywieniem artystycznym. Inaczej tego gulaszu nazwać się nie da. Co się stanie dalej? Cholera wie?! Jedno jest jednak pewne, jak do akcji wejdzie Shadow to będą leciały wióry.
Share:

Boso przez Azeroth. Odcinek 1, Nowy początek: For the Alliance!

Ludzie, ludzie nie uwierzycie! Piekło zamarzło! Po wielu latach nieobecności wróciłem do War of Warcraft. No kto, by się spodziewał....

Kto by pomyślał, że raz jeszcze przyjdzie mi ruszyć do Azeroth. Swoja przygodę z WoW zacząłem jedenaście lat temu. Oczywiście nie gram tak długo, bo już po upływie zaledwie trzech miesięcy dałem sobie spokój.


Można było się zastanowić czemu się tak stało w końcu, po wprowadzeniu Kataklizmu zaczęło się pojawiać kontent do robienia solo. W tamtym czasie rzuciłem się na to jak szczerbaty na suchary. Więcej miałem entuzjazmu, a niż rozsądku.

Poziom wbił się szybko, a człowiek nie widział co dalej zrobić. Jednak to przez gildie polskie ostatecznie przekreśliłem swoją karierę w tej grze. Nie wiem jak teraz, ale wtedy dość częstym hasłem było naucz się strategii na raid z yt. W takim razie po co sama grupa? Wisienką na torcie był język i liczne skróty, których się używało.

Po ostatnim Blizzconie coś mnie tknęło i założyłem demo konto. Krok, po kroku od klasy do klasy sobie testowałem, patrząc co tam ciekawego słychać u niegdyś króla mmorpg. Nowy samouczek jest naprawdę rozkosznie głupkowaty. Pokazane są tam ogólne zasady grania w gry, zamiast samego WoW.


Jak się przejdzie wstępne misje do wpuszczają na lokacje ogólnodostępne. Gdzie zaczyna się fabuła kampanii. Jeśli się nie wie kto jest kim to się nie dowie.

Wybór serwera jest dość istotny, bo każdy rządzi się swoją własną ekonomią. Tak przynajmniej pisali gracze na forach. Inną już namacalną różnicą była liczba grających. Domyślnie trafiłem na jakiś serwer z low liczbą ludzi. Zależało mi na grających polkach, aby mieć okazje się do nich przyłączyć. Do wyboru był Płonący legion i Srebrny księżyc. W Hordzie już byłem, a w planach był świeży start, czyli Przymierze. Czy dobrze wybrałem czas pokaże.

Przeskoczę o krok dalej, bo jak łatwo się domyśleć wykupiłem abonament i zrobiłem preorder na mający premierę nowy dodatek. Utworzyłem krasnoluda huntera ruszyłem dzielnie w świat. Nie chcąc popełnić błędów z przeszłości już wcześniej się przygotowałem. Mimo to zostałem zalany sporą zawartością.


Początkowo myślałem, że będzie się przechodziło od kontynentu do kontynentu i tam będzie się odblokowywać kolejną zawartość. O dziwo jest całkiem inaczej. Trzeba wybrać określone dlc i tam dobić 60 lv. Początkowo sądziłem, że jest to tylko opcjonalny wybór. Wbrew temu co piszą w poradnikach nie ma przymusy, aby przejść do Dragonflight.

Jeśli się chce to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zostać tam gdzie się jest i dalej nabijać poziomy. Pierwsze już oficjalne kroki postawiłem na Shadowlands. Pewnie tam bym został, gdyby jeden z zadań się nie zblokowało, co ostatecznie uniemożliwiło dalsze granie. Przypomniałem sobie o Draenor i garnizonach. Czemu więc tam nie spróbować sił?

Poziomy szły jak szalone, a i międzyczasie ktoś próbował mnie rekrutować. Ten fenomen mnie nie przestaje zaskakiwać. Normalnie to człowiek sam musi się prosić o zaproszenie, a tutaj jest całkiem na odwrót.


Kolejną istotną zmianą to odejście od podziału serwerów na pvp, pve. Walki między graczami dalej są na mapach świata. Tylko, że trzeba przełączyć się na takowy tryb. Sprytny zabieg przez co owca jest cała i wilk syty. Po niedużym czasie wybrałem się na dungeony. Tutaj kolejne pozytywy. Pierwszy to brak wielkiej skrzyni z bossa i losowania itemów. Każdy dostaje swój przydział i nie ma żadnych awantur.

Świat War of Warcraft mimo swoich lat ma w sobie coś co przyciąga do siebie. Blizz przynajmniej z Dragonflight wrócił na stare tory. Póki co jestem naprawdę mile zaskoczony po pięćdziesięciu dwóch godzinach zabawy. Nim zakończę pochwale ich również za nie marnowanie starej zawartości. Stare instancje wciąż są żywe. Miło zajrzeć do czegoś dla jednych starego, a innych nowego.

Obecnie mam mało jeszcze nabitego czasu na bieżącej kampanii, ale coś czuje, że będzie tam naprawdę co robić. W ramach małej anegdoty. Nim zakupiłem niezbędne rzeczy do WoW dodałem podwójną weryfikacje. Okazało się to genialnym posunięciem! Następnego dnia już ktoś chciał shakować mi konto. Tym oto miłym akcentem kończę pierwszy wpis z serii Boso przez Azeroth.

















Share:

Mini recenzja Days Gone (PS4)

Nim przejdę do tekstu właściwego, ogłoszenie parafialne. Postanowiłem wprowadzić pewne zmiany na blogu. Aby móc dostarczać wam, co weekend nowe testy. W związku z czym, będą się pojawiać trzy rodzaje artykułów. Wstępne wrażenia z pierwszych kilku godzin gry, jak i mini recenzje. W tym drugim przypadku chodzi, o produkcje, które przeszedłem prawie w całości.

Jestem już na finale Days Gone. Jest to tytuł, o szerokim wachlarzu emocjonalnym. Prościej jednak tą grę opisało powiedzeniem tam gdzie kucharek sześć tam nie ma coś jeść. Trzeba było tylko sprostować jedno, są tam momenty wartę zapamiętania.


Tylko, że reżyser nie wiedział, co dokładnie ma tam się znaleźć. Wyszła z tego bliżej nieokreślona papka, która pokazuje tragedię ludzi i siłę prawdziwej przyjaźni. Z drugiej strony wali sztampą i fedeksami. 

Rozwijając dalej tamtą myśl to mamy za duży nacisk na zapychacze, które wytrącają z fabuły. Takie przeszkody niszczą imersję jaką daje kampania. Widać wyraźnie, że chcieli zrobić z tego drugie The Lasy of Us. Jednak wypełnianie szeregu misji na jednej mapie w tym wcale nie pomaga. Wprawdzie po jakiś czasie dochodzą nowe obszary do eksploracji, ale tam znowu powtarza się ten schemat.

Wgłębiając się dalej wyłapałem kolejne zasadnicze potknięcia. Zacznę od tego największego. Lokacja obozu Żelaznego Make znajduje się żut beretem od tartaków, gdzie ma legowisko horda. Czym jest ta horda? Spieszę z odpowiedzią. Jest to wielkie stado zombie tak na oko parę set sztuk.


W czasie robienia zadań fabularnych wielokrotnie widziałem co to cholerstwo potrafiło zrobić. Dziwnym trafem mając stołówkę pod nosem nie atakują jej. Może jakoś to jeszcze wyjaśnią, ale póki co prezentuje się to dość śmiesznie.

Następnym problemem jest, czym ta Days Gone ma być? Symulatorem przetrwania z przymrużeniem oka, czy shooterem z gąbczastymi przeciwnikami? Początkowo byłem zalewany najróżniejszymi mechanikami jakimi się gra rządzi. Potem jednak powoli zaczyna wszystko to się walić na łeb i szyje.

Jednak kurtyna nie opadła na dzień dobry. Pierwsze zetknięcie z zombie zwanymi tu świrusami było naprawdę pierwszorzędne. Shotgun robił z nich miazgę. Czuć było kopa broni, a animacja powalenia po prostu magia. Człowiek czół się jak Doom Slayer, u szczytu swojej formy. Potem sytuacja się odwróciła. Czułem, że niespodzianek będzie znacznie więcej.


Generalnie DG wypełnione jest szeregiem błędów, ale nie takich jak lewitujące przedmioty, a konstrukcyjnymi. Rany, jadę po tym tytule jak po łysej kobyle. Kolejną niespodzianką był dubbing. Zacząć trzeba od regulacji audio, bo inaczej nie byłem wstanie usłyszeć po jakiemu mówią. Lecz pies trącał to i fakt, że schrzanili fragmenty jak rozmawiali w czasie podróży w określonych misjach.

Mam coś znacznie ciekawszego. Deek uwielbia gadać i komentować, ma to swoje uzasadnienie. Twórcy w ten sposób starają się trzymać gracza za rączkę, lecz o tym później. Protagonista zawsze klepnie coś przed rozpoczęciem zadania. W momencie jak się zgonie gdzieś w połowie to nie wraca się na sam początek. Nie przeszkadza to jednak, aby odpaliła się ta sama gadka szmatka. Jakby się to raz stało, to poszłoby na konto jakiegoś błędu, ale nie tak się dzieje nom stop.

Jak już ciągnę tą lawinę absurdów to pora uzupełnić, o rozgrywkę. Tutaj jest już lepiej. Wrogowie starają się w miarę swoich możliwości dorwać Johna. Walka na rambo nie wchodzi praktycznie w grę. Nim się ruszy do walki warto zrobić zwiad.


Gdy się to zrobi to trzeba jakoś się ich pozbyć. Jest pewien wachlarz broni palnej i białej. Łatwo będzie ją dobrać do swoich potrzeb, jedynie wszelkie brzytwy wymagały napraw. Amunicji nie brakowało, tak właściwie wszystkiego było w brut. Rozwiązanie to było dwojakie z jednej strony dla graczy chcących czegoś hardkorowego mieli za łatwo, a dla niedzielnych za „trudno”.

Naboi niby sporo, ale trzeba co chwile po nie się schylać. Powodowało to, że walka traciła na tempie. Z benzyną też podobnie się miała sytuacja. Postapokalipsa i wszędzie baki pełne. Trochę się to kłóci ze sobą. Fakt, że krąży się po tych samych terenach sprawia, że surowców do napraw itp. powinno ubywać, otóż nie, one się ciągle odnosawiają. Wszelkie elementy, które powinny dodać wiarygodności temu światu robiły coś całkiem odwrotnego. Przypominały, aż na to, że jest to tylko gra.

Wrócę jeszcze do tytułowej hordy. Pomysł sam w sobie jest naprawdę świetny. Morze nieumarłych, którzy mogą zniszczyć wszystko. Problem w tym, że poczciwa PS4 nie daję rady. Pokazywani są oni z daleka tak, by nie wymagało renderowania tej całej hałastry. W ramach nagrody pocieszenia raz stawiłem jej czoło. Uciekając ile tylko pozwalał motor. Parę metrów ich wyprzedzałem i po kłopocie. Wersja mini tego tworu potrafił szybko załatwić. 


Innym sprytnym zabiegiem mającym urozmaicić rozgrywkę to wydarzenia losowe. Świrusy potrafiły się pojawiać w różnych miejscach tak jak bandyci z swoimi pułapkami. Podobnie jak w Dayinglight jest podział na dzień i noc, co wiązało się aktywnością zarażonych. Z upartością maniaka jest podkreślone większa aktywność nocą, a za dnia ospałe. W rzeczywistości walk z nim w blasku dnia różniła się są liczbą grupek.

Pora na fabułę, bo jakoś znowu odstawiłem ją na bok. Jakby usnąć wszelkie zapychacze to było to całkiem niezłe. Najważniejsze wątki jak miłość Deeka do Sary wybrzmiewała należycie. Nie chodzi o same wspomnienia z przeszłości, a to jak bardzo przeżywał i co był gotowy zrobić, aby ostatecznie dowiedzieć co się z nią stało. Następnie Buuzer i jego wieczne: bracie. Mimo, że szybko go odstawili na boczny tor to przez liczne rozmowy przez krótkofalówkę niczym w Firewatch została przemyślanie pokazana więź jaka ich związała. Nie zabrakło paru dodatkowych wypadów, co tylko umocniło mnie w tym przekonaniu.

W tym rondlu nie zabrakło też miłości do innej... kobiety. Wybaczcie ten spoiler, ale muszę, bo jest równie głupie jak Lords of Pała. Jak ma coś zaiskrzyć to powinno się jakoś stopniowo rozwijać. Niby dali z Rikki jakieś tam misje wspólne, ale tam nic się nie działo! Dopiero pokazanie się boskiej klaty coś pomogło. Na litość boską, cała ich relacja to była klisza, gdzie dało się wcisnąć wszelki kich. Lecz to nie było szczytem tej beznadziei. Ostatecznie to było w kontekście całości nawet zabawne.


Aby podsycić jeszcze jakoś ta historie dało się usłyszeć liczne rozmowy ludzi w obozach. W kontrze do nich stały nagrania Neero (tutejsi federalni) miało mrozić i przerażać, a było zaledwie ok.

W finale wreszcie coś zaczyna ruszać, są nawet teoretycznie „niespodziewane” wydarzenia. Nie ma co udawać, że są one do przewidzenia. Banalne, bo banalne miło, że się jednak starali się na jakąś niespodziankę. Równolegle do tego zaliczyli potknięcie, a ściślej rzecz biorąc trzeba jakoś pociągnąć dalej fabułkę. Tylko jak to zrobić? No tak, wstawić coś co pasuje tam jak pięść do nosa.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem, albo nie pasowała wyżej. Od czego zacząć? Prowadzanie za rękę. Czy komuś się to podoba, czy nie twórcy głosem protagonisty przypominały ciągle, o aktywnościach pobocznych i wszelkich niebezpieczeństwach. Komentarz to jedno, a bawienia się w przypominajke to całkiem coś innego. Żeby było weselej nie zabrakło klasycznych błędów. Lista przebojów taka jak zawsze, lecz trafił się jeden hit. Kocie ruchy Deeka jak miał podchodzić do głośnika. Wyglądało to na problem z hitboxami.


Jeżdżąc po tym jakże wielkim świecie nie można nie zatrzymać, o ile coś nie chce cie zeżreć i podziwiać widoków. Poszczególne lokacje wypoczynkowe dało się zaakceptować nie było tragedii , ale i rewelacji. Ciut bez charakteru, jednak można zaliczyć.

Tak się prezentuje Days Gone, produkt aspirujący po coś wybitnego, a wyszło jak wyszło. Były reżyser studia swojego czasu ogłosił światu pretensjonalnie, że powinno się kupić jego produkcje za pełną cenę. Trudno się oprzeć wrażeniu, że 250 zł to gruba przesada. Produkt ten wyglądał i wciąż prezentuje się na budżetówkę. Ocenę zostawiam otwartą, bo jest to mini recenzja. Jeśli później stanie się coś wartego wspomnienia to dopiszę i zmienię tytuł.

Share:

Każdy nosi swoją wewnętrzną Maskę

Dzisiaj mieszanie gatunków jest czymś normalnym. Kiedyś tak nie było i wymagało to nie lada odwagi, aby je zmiksować. Co się stanie jeśli z horroru zrobimy komedie?    

Maska to dobrze znana wszystkim komedia z 1994 r. Z tytułowym Stanleyem Ipkissem w roli głównej. Protagonista był największym trollem zanim to pojęcie zaczęło funkcjonować w popkulturze.


Zdziwię was, ale materiałem źródłowym tego filmu była seria komiksów o tym samym tytule. Są one dostępne w Polsce z czego warto zapoznać się z trzema pierwszymi tomami. Zawarta w nich fabuła nie jest komedią mimo że jest tam sporo humoru. Było to coś w rodzaju kreskówki przeznaczonej dla dorosłych, o krwawym wydźwięku. Z tego powodu powierzono wyreżyserowanie adaptacji tego tytuły Chuckowi Russellowi, który miał na swoim koncie Plazmę i Koszmar z ulicy Wiązów 3.

Od początku było już wiadomo, że przerzucenie skrajnie różniących się konwencji będzie nie lada wyzwaniem. Postawiono potraktować komiks jako punkt startowy, który otworzy całkiem nowe możliwości. Tylko jak wypromować tego potworka?


Podobnie jak w 48 godzinach postawiono na nowe twarze. Jim Carrey, który wciela się w Ipkissa nie był znany w tamtym czasie. Podobnie jak Edie Murphy zajmował się stand up, a także grał w serialach telewizyjnych. Żeby pobić to combo w Tine Carlyle nie chciała wcielić się żadna z ówczesnych gwiazd. Ponownie zaryzykowano i zaproszono do współpracy młodziutką modelkę Cameron Diaz.

Naprawdę trzeba mieć nie lada intuicje do doboru obsady. Jednak dopiero teraz zaczyna robić ciekawie. Obecnie efekty specjalne to standard i czego tu nie rozumieć. Jednak na początku lat 90-tych było to zasadniczym problemem. Zarówno z perspektywy technicznej w produkcji i dla samych aktorów.


Warto jeszcze zaznaczyć, że o ile w poważnych produkcjach CGI było używane w formie zaawansowanej tak tutaj podchodzono do tego w sposób oszczędny. Odwołam się do dwóch scen, gdzie najbardziej były one moim zdaniem wyeksponowane. Pierwsze w klubie kiedy to tytułowa Maska widzi miłość swojego życia i niczym w starych kreskówkach zmienia się w gwiżdżącego wilka.

Widać tam, że aktor musi wyobrazić sobie dokładnie wszystko co się wydarzy jak i jakie odległości trzeba zachować, aby dało się wstawić wirtualne obiekty. Robi to naprawdę wrażenie, lecz dopiero pokaz dano w momencie jak Stanleya dorwała policja, a ten zaczyna robić imprezę na ulicy. Rozłożono tam głowę na parę obiektów. Głowa, czacha i oczy z językiem. Warto przyjrzeć się gałką, które idealnie odbija światło.


Teraz co nieco, o samej fabule. Cała forma tego filmu to nic innego jak kreskówka. Każdy jeden moment stara się to podkreślić poprzez liczne nierealistyczne efekty. Poszczególne wydarzenia to swojego rodzaju współczesna baśń.

Opowieść o niepoprawnym romantyku, który mimo wieku nie zatracił swojej dziecięcej duszy. Już samo mieszkanie dość jasno to pokazuje za pomocą przedmiotów jakie tam się znajdują. Niech będzie pierwsze z brzegu figurka wilka, czy poducha z diabłem tasmańskim. Wyeksponowano ją na tyle dobrze, że nie sposób jej nie zauważyć w czasie pierwszej przemiany.

Stanley zarówno w swojej normalnej postaci jak i po przemianie ma bardzo przerysowany sposób zachowania. Przez takie intensywną grę nie sposób było go nie zaakceptować właśnie takim jaki jest. Nie można nie podkreślić, że Jim Carrey dzięki swojej gumowej twarzy bardzo dobrze dopasował się do tej roli. Widać było jak ją doskonale rozumie, a tym samym wyciąga z niej wszystko co najlepsze. Jeśli chcecie zobaczyć jego przeciwieństwo polecam obejrzenia nowego Napoleona.


Z kolei Cameron Diaz dość zgrabnie uzupełniła ten duet. Nie ma co owijać w bawełnę, bo była jedynie damą w opałach. A tak swoją drogą jak pojawia się w banku to nagrali jej wejście w 24 klatkach zamiast np. 60, co zepsuło efekt slowmotion.

Tak oto prezentuje się maska po 29 latach od premiery. Olśniewa i zaskakuje, a do tego jest ponad czasowa. Jednak nie obeszło się bez pewnych problemów w postprodukcji. Jak oglądałem to za dzieciaka nie widziałem tego, bo w 480p nie było tego zwyczajnie widać, a teraz już jest całkiem inaczej. Nie wpływa to ostatecznie na odbiór tego horroru, który przerodził się w komedię.

Jak wam się podoba obecna forma recenzji? Jeśli macie jakieś uwagi to piszcie w komentarzach.


Share:

Jak się zestarzało 48 godzin?

Kino. Kino akcji ma wiele oblicz i tu kolejna kropka. Jak wszystkie inne media i to ma swoje podgatunki. Weźmy na warsztat buddy movie.

Tylko, czym się charakteryzuje takie filmy? Otóż, chodzi tu, o zderzenie dwóch najczęściej skrajnie różniących się od siebie bohaterów i sprawieniu, że się zaprzyjaźnią. Tylko i aż tyle. No dobrze, kino na początku lat 80-tych wykreowało samców alfa, którzy tryskali testosteronem i rzucali raz, po raz pojedynczymi kwestiami typu: Jeszcze tu wrócę.  


W filmie 48 godzin jest inaczej. Nie ma samotnego kowboja, a gliniarza i więźnia. Dobry start i wyraźnie zarysowana granica. Podział taki pozwala widzowi dostrzec istotne różnice jakie między nimi występują.

Sięgnąłem po tą produkcję z jeszcze innego powodu niż tylko jej wielkiego sukcesu jaki osiągnęła. W tym filmie po raz pierwszy Eddie Murphy zadebiutował na wielkiej scenie. Zabawne jest to, że stało się przez przypadek. Menadżerka Eda, była bardzo blisko z reżyserem filmu Walterem Hill. No i teraz po takim kluczeniu dochodzimy do sedna.


Ryzyko, tak Walter Hill zaryzykował powierzając tej roli zaledwie 21 latkowi, który był głównie znany z swoich stand-upów. Naprawdę niezłe posunięcie. W 48 godzinach jest sporo humoru. Jednak nie był on pokazywany w formie jakiegoś dowcipu, a sytuacji i relacji między gliniarzem, a skazańcem.

Dzisiaj może być nieco trudny do odbioru, bo jest niezgodny z wszelkimi ideologiami jakie na siłę się wciska. Tutaj nie ma takich ograniczeń i w tych docinkach, a niekiedy wulgaryzmach świetnie się pokazuje.


Podobnie sprawa miała się w pokazywaniu ich relacji. Jeśli się oglądało tą produkcję jak każdy inny film to mogą umknąć pewne szczegóły. W ciągu seansu nie zabrakło pościgów i licznych strzelanin jakie są nieodłącznymi elementami w takich produkcjach.

Postawiono tutaj na kilka zabiegów mających podkreślić wyraźnie, co się dzieje i jak widzowie mają je odbierać. Można zauważyć to dość dobrze w pierwszych scenach w więzieniu i wtedy jak są nagrywani w pewnej odległości przechadzając się po ulicy. W pierwszej sytuacji użyto obiektywu z krótką ogniskową łatwiej się nagrywa, a do tego nie ma problemu w pokazaniu postaci i tła zarazem. Takie małe odległości mają sprawić, aby odbiorą zaczął czuć jak się coś dzieje między przyszłymi kumplami.


Z kolei w drugim przypadku, chodziło o dodaniu pewnej atmosfery. Odpowiedni klimat miał jeszcze bardziej powiedzieć na kim należy się skupić. No właśnie, oglądając 48 godzin dość często protagoniści są pokazywani jak są dość blisko siebie. Nie uroczono tutaj momentami z gestami, które jednoznacznie mówią: teraz jesteśmy braćmi. Jednak widź i tak zaczyna to czuć.

Warto jeszcze wspomnieć o genialnych scenach walki. Moją uwagę szczególnie przyciągnął pościg za autobusem. Usunięto tam w ogóle muzykę. Totalna kastracja i te efekty dźwiękowe: strzały, ryki silników i zdzierane opony. Oto właśnie w tym chodziło, aby dodać pewnej wiarygodności. Nagrywanie tego wieczorem sprawiło, że powtarzanie licznych powtórzeń było jak najbardziej do zrealizowania. Spory wyczyn i sporo kamer użyto, aby wyłapać wszelkie perspektywy, które tam pokazano.


Jednak to nie wszystko w tej kwestii. Warto zwrócić uwagę na liczne zbliżenia na twarze aktorów, które wypełniały cały kadr. Sporo one dają, po pierwsze większą dramaturgie i napięcie, a jeśli komuś mało to tempo znacznie się zwiększa i tym samym jest większa radocha z oglądania.

Podsumowując, czy warto obejrzeć 48 godzin? Moim zadaniem tak, nie tylko dla genialnej gry aktorów, czy licznych pokazów umiejętności reżyserskich Waltera Hilla. Można tutaj zobaczyć kino różnorodne bez tych dziwnych ugrzecznień i innych drętwych wstawek. Ludzie są ludźmi i nikt nie stara się tego ukryć pod pięknym płaszczykiem. Ocena końcowa 9/10.

Share:

Powrót do szkoły czarów i magii, pora na Dziedzictwo Hogwartu (PS5)

Hogwart jest tak niezwykłym miejscem, że nawet po spędzeniu w nim setek lat jest coś, co może zaskoczyć. W tych słowach jest wiele prawdy, a więc! Dostałem sowę z Szkoły magii i czarów pora ruszać czas nagli.


Ten weekend wyjątkowo wybrzmiewa w magicznym tonie. Najpierw były Fantastyczne zwierzęta, a teraz Dziecięctwo Hogwartu. Gra to jest moim kandydatem do gry roku, bo jej oferta jest niezwykle bogata.


Żeby się cieszyć tą produkcją warto znać wszystkie książki jak i filmy z tego uniwersum. Liczba nawiązań jest naprawdę jest sporo. Wspomnę od tych najbardziej oczywistych jak choćby „zoo” jakie każdy gracz będzie prowadził dla magicznych stworzeń, czy nie brzmi to znajomo?

Dobrze, więc zacznę od kontrowersji jakie grze towarzyszyły tuż przed premierą, bo to dość istotne w kontekście kampanii, która się przechodzi. Dziedzictwo Hogwartu było oskarżane od transfobizm. Naprawdę nie wiem, czemu. Bo autorka Harrego Pottera powiedziała prawdę? Mniejsza z nią, bo w samej grze można grać tą jakże dyskryminowaną grupą ludzi. Przy tworzeniu swojego bohatera da się ustawić, czy ma być spostrzegany jako mężczyzna, czy kobieta.

Skoro jest pełna dowolność łącznie z głosem to, o co ten ból dupy? Naprawdę trudno stwierdzić. Kolejnym problem, byli ignoranci, co darli mordy, że gnomy to karykatura żydów. Ich wygląd nie miał być z założenia obrażać kogoś, a jedynie odwołać się do istniejących karykatur.


Jeśli ktoś miałby się poczuć dyskryminowani to Anglicy i mieszkańcy Europy. Dwoma największymi grupami uczniów jakich można spotkać to ślizgoni i murzyni. W momencie gdyby ktoś powiedział, że szkoła jest na bliskim wschodzie to bym uwierzył. Lokalni byli mniejszością u siebie w kraju.  

Miało być jeszcze parę uwag, o wpychaniu ideologii lewicowych, ale dam spokój. Przejdę do samej fabuły i rozgrywki. Historia w DH jest naprawdę ciekawa. Wybór domu okazuje się bardzo ważny. Studio, które zrobiło grę doskonale to zrozumiało i przed wydaniem udostępniło test, który miał to rozstrzygnąć. Następnie wyniki dało się zaimplementować do samej gry.

Jeśli się to pominęło dało się raz jeszcze przejść to w czasie kampanii. Tylko liczba pytań jest bardziej uboga w stosunku do pierwszego zestawu. Jeśli się wybierze odpowiedni dom to można dostać ukrytą misję. Dla fanów Harrego Pottera pozycja obowiązkowa. Bądźcie lojalni, a dacie radę!


Szkoła jest naprawdę przepiękna, można znaleźć tam wszelakie miejsca z książek i filmów. Choć nie zabraknie pewnych sprzeczności. Przychodzi mi konkretne miejsce na myśl, a chodzi o dział ksiąg zakazanych. Początkowo rzeczywiście wszystko jest zgodne z materiałami źródłowymi. Szybko okazuje się, że jednak da się tam pałętać bez żadnych konsekwencji! Jak to w końcu jest?

Drugim odstępstwem już nie tyle dziwnym, ale wynikającym zapewne z cięć to brak dostępu do trybun na stadionie. No ok, na miotle dało się podlecieć, ale brak wejścia tam z buta był krzywdzący. Jedyne co, to wyjaśniono jakoś brak samych rozgrywek. Polecenia dyrektora szkoły. Jak dowiedziałem się jak nazywa to szczerze mnie zaskoczyło w sumie takich niespodzianek będzie sporo.

Wracając do samej szkoły, to trudno się nią nie zachwycić. Ma ona spory potencjał do opowiedzenia wielu historii. Ilość zakamarków zadziwi nie jednego. Dlatego też dziwie się, że tak słabo wykorzystano tą atutową kartę. Liczne ozdoby i ożywione przedmioty naprawdę dodają sporej niepowtarzalności. Komnata życzeń tak na przykład. Po wejściu do niej ma się wrażenie bycia w głębinach Morii. Tutaj gracz ma pełną dowolność w dostosowaniu jej do swoich potrzeb. Od takiego oświetlenia, a kończąc na wypoczwarzeniu i ozdobach.


Większość misji rozgrywa się się poza Hogwartem. Zaraz ktoś napiszę, skoro jest to placówka edukacyjna to muszą być lekcję. W poprzednich grach z Harrym przecież to właśnie one stanowiły trzon zabawy, prawda?

Owszem tak było, ale tutaj tak nie jest. Praktycznie wykastrowano to do maksimum. Jedynie lekcja historii dawały namiastkę bycia uczniem. W ich miejsce weszły dodatkowe zadania od profesorów i misje od towarzyszy. Przyznaje, że robienie tych prac domowych było czymś więcej niż tylko fedeksowaniem. Podobnie ma się sytuacja z przyjaciółmi, ich wątki rozpisano naprawdę pierwszorzędnie, a w szczególności... Sami zresztą zobaczycie.

Wędrując tak od wioski do wioski prędzej, czy później trafi się na typowe aktywności poboczne. Mówiono, że nie są aż tak kiepskie i nie prędko się znudzą. Proszę was nie wierzcie w to. Zrobi się ich kilka z ciekawości, aby się przekonać, o tym, że szkoda na nie czasu. Powtarzalność jest zbyt przytłaczająca, aby robić ciągle to samo.


Skoro jestem przy misjach. Tutaj już potrafi się wszystko poplątać. Przez 99% czasu poziom wbija się z sporym nadmiarem w stosunku do przeciwników z którymi trzeba się zmierzyć. Dało to przewagę w samej rozgrywce i pewną dozę wolności. Zlecenie na wielkiego pająka? Co za problem, ze dzieli nas te 10, czy nawet 20 poziomów leć i giń. Wszystko się wali na końcu. Żeby zobaczyć zakończenie roku szkolnego należy dobić 4 lvle na wszystkim co zostało. Czyli z uśmiechniętego pomagającego staruszką i kotkom chłopca zmienić w krwawego mściciela. Walka w obozach to jedna z możliwości dobicia brakujących lv.

Następny krok to walka. Jak już się powiedziało a to teraz pora na b. Grając na konsoli wydawałoby się, że wszystkie zaklęcia będą pod rękę. Otóż nie, w pierwszych godzinach trzeba się nieźle na żonglować. Szybko sami devowie to zauważają i można odblokować dodatkowe sloty, które się manualnie zamienia. Cudnie, czyż nie? No nie do końca. W danej sytuacji można mieć ich tylko cztery. Nie licząc jakiś pomniejszych zaklęć, które nie służą do walki.

Odczuwa się to szczególnie wtedy jak należy zdjąć określaną osłonę z przeciwnika. Wraz z postępami w szkole dochodzą zakazane zaklęcia, aż się robi zielono przed oczami. Praktycznie mogłoby ich nie być. Mają o wiele dłuży czas odnowy i efektywność nie jest jakaś fenomenalna Trzeba z nich korzystać tylko w ostateczności. Jeśli macie nadzieje pobawić się w śmierciożerce to uprzedzam, że się nie da. Uczniowie i wszelcy dobrzy tego świata są nietykalni. Dobrze, że walki są naprawdę treściwe.


W wolnych chwilach można też się zająć lataniem na miotle. Mimo braku wspomnianego kilka akapitów wyżej sportu miotły wciąż mają zastosowanie. Niczym w Wiedźminie były wyścigi konne tak tutaj znalazło się pokonywanie tras na czas. Fizyka latania jest do przyjęcia, nieco gorzej ma się sytuacja jeśli chce się wykorzystać gryfa. Nie ma co owijać w bawełnę nie będzie to takie przeżycie jak pokazywano na filmach. Niezależnie jak się na to nie spojrzy.

Druga strona się kończy, a fabuły prawie nic nie omówiłem. Czym prędzej nadrobię ta zaległość. Historia opowiada o uczniu, u którego moc przebudza się moc dopiero jak ten ma piętnaście lat i trafia na piąty rok. Okazuje się, że ma wielki potencjał i może korzystać z pradawnej magii.

Dziwnym trafem jej źródło jest w tej samej dolinie co szkoła. Jak to w takich sprawach bywa ktoś jeszcze chce na niej ręce położyć. No i co tu dodawać... trzeba temu zapobiec. W tym całym chaosie to najbardziej trzeba się zająć nijakością protagonisty, który robi trzy mini na krzyż i jest bardzo nijaki.


Jedynie na samym finale mogłem przejąć stery. Lecz nie było to czego się spodziewałem. Wielka szkoda, że nie mogłem wcielić się przez to w takiego sami – wiecie – kogo. Jeśli komuś mało w czasie przemierzania szkolnych korytarzy można dostosować wygląd naszego avatara. Dobry pomysł, czemu tego nie robić jak się będzie szło z znajomi na jakiś wypad. W rezultacie człowiek zaczyna wyglądać jak jakaś maszkara, którą się widzi na kilometr. Jeśli się nie chce wyjść z roli można ustawić mundurek szkolny jako wygląd domyślny. Trzeba pamiętać, że zmiany zachodzą automatycznie. 

Teraz małe co nieco o aspektach technicznych. Poszło całkiem nieźle. Wszystko chodzi naprawdę zgrabnie. Nie powinienem nawet zacząć tego wątku, gdyby nie liczne rysy. Pies trącał, że gra potrafiła się niekiedy doczytywać. Problem leżał zgoła gdzieś indziej. Jak się tak liże przysłowiowo ściany i przygląda wszystkiemu to zauważy się, dość szybko, że ma się do czynienia z tytułem budżetowym.

Wiadomą sprawą było, że mieszkańcy ram nie siedzą tam, a przemieszczają się. Wydawała się, że i tu choć namiastkę tego będzie dostępna. Po części tak się właśnie stało. Z jakiegoś dziwnego powodu nie wszystkie działa sztuki posiadały jakieś animacje.


No tak animacje, to tutaj najbardziej można odczuć te liczne braki. Wystarczy sięgnąć w dormitorium po owoc, aby w pełni tego zrozumieć. Zamiast płynnego ruchu i zjedzenia zafundowano jakiś dziwny babol. Wyobraźcie sobie, że dłoń chwyta jabłko, a następnie już gryzie. Kiedy jednak tam trafiło tego nie widać. Podobnie jest z mimiką twarzy npc. Co prawda Starfield to nie jest, lecz granica była naprawdę cienka.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem, albo nie pasowała wyżej. W jednej z misji woźny zleca odnalezienie kamieni księżycowych. Można znaleźć je wszędzie tam, gdzie on chodzi. Jakby to była szkoła i Hogsmade to jeszcze spoko, zgadza się. A tu zostaniemy zaskoczeni one są dosłownie wszędzie nawet na części świata, gdzie tyle siedzą sami złole.

Jeśli macie wykupiony dostęp do dlc z sklepem to gorąco polecam, go przejść. Jest to swojego rodzaju skrzyżowanie Lovecrafta z Layers of Fear. Nie zabraknie tam zagadek z pozoru trudnych, a tak naprawdę łatwych i przyjemnych.


W całym tym teatrze nie zabraknie Irytka. Będzie on pokazywał co jakiś czas, ale tylko na jednej misji trochę się zaangażuje. Potem jedynie zostanie tylko miłym akcentem, którego będzie się widzieć to tu, to tam.

Ocenę końcową zostawiam otwartą. Dziedzictwo Hogwartu mimo licznych pęknięć i rys jest w swojej lidze dziełem wybitnym. Trzeba jednak mieć zapas entuzjazmu, aby się od niego nie odbić. Dla fanów Harrego pozycja obowiązkowa.

Share:

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - czyli co się działo przed Harrym Potterem

Proszę, o chwilę uwagi. Tekst poniżej pisałem w czasie kiedy dochodziłem do zdrowia. W wstępie odnoszę się do pozytywnych wiadomości jakie otrzymałem od swoich czytelników. Za które raz jeszcze dziękuję z głębi serca.  

Po drobnej przerwie od publikowania na blogu pora zabrać się do pracy. W samym wstępie pragnę ponownie podziękować za wasze wsparcie jakie mi udzieliliście. Dały mi one siłę do dalszego działania. Nie przedłużając zacznę omawiać Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć.

Uniwersum Harrego Pottera zawsze będzie żywe. Zapewne tak też pomyśleli włodarze Wornes Bross i wydali na świat w 2016 r. kolejne dzieło rozgrywające się w wspomnianym dziele. Sama akcja Fantastycznych zwierząt osadzona jest już w pierwszej połowie XX wieku.


Tym razem jednak nie będzie nam dane oglądać poczynań chłopca, który przeżył. Fabuła będzie się toczyła wokół magicznych zwierząt, a przynajmniej częściowo. Od samego początku czuć tą magiczną atmosferę wylewającą się z każdej możliwej strony. Już praktycznie we wstępie uderzono z grubej rury pokazując siłę Gellerta Grindelwalda.

Ku memu zaskoczeniu dalej nie jest gorzej. Nie będę skupiał się na każdym fragmencie, a na istotnych wydarzeniach. Nie obiecuje, że czegoś nie chlapane po drodze, zostaliście ostrzeżeni. Od zejścia na ląd przez protagonistę już lecą pełnymi garściami smaczki jakie każdy fan tego uniwersum zna. Zaczynając od wyjątkowej walizki posiadającej magiczne właściwości, aż do dość dobrze znanych efektów specjalnych.


Nie będę bawił w śliczne słówka i wprost zwrócę uwagę, że wszelkie efekty komputerowe nie błyszczą równą jakością. O ile otoczenie i wnętrza jak w ministerstwie magii zwalało z nóg tak niektóre sceny rozgrywające się na ulicach miasta nocą kaleczyły moje oczy. Podobnie sprawa się ma z samymi zwierzętami. Modele się wyraźnie się postarzały. Aż się czuło od nich plastik z Chin.

No dobrze, efekty, efektami, ale to sama fabuła jest najważniejsza, a zaraz za nią gra aktorów itp. W tej kwestii nie ma za bardzo się czego czepiać. Wartkie tempo, mało powiedziane dość szybkie zapewniające ciągły dopływ adrenaliny. Jedynie gdzie nigdzie się zatrzymują na kakao, czy inne aktywności poboczne. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało.


Poszczególne wydarzenia rozgrywają się w różnych miejscach miasta. Sami bohaterowie to ciekawa grupa indywidualistów. Newt Scamander to taki Hagrid 2.0, powiedzmy. Przebył podobną karierę w Hogwarcie. Dziwnym przepadkiem Dublendor też się nim zainteresował, przypadek? No mniejsza. Szybko się go da polubić, a nazwisko przekręcić na Skafander. Jak raz to zrobicie to nie będziecie wstanie przestać. Jeśli miało się go w jednym zdaniu ująć to napisałbym trochę dziki, ale szlachetny zarazem.

Następnie zaserwuje tutaj pewną niespodziankę. W Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć trafił się polski akcent. W całą plątaninę intryg wplątał się niejaki Kowalski. Pracownik fabryki produkującej jedzenie w puszkach i aspirującego piekarza. O nim mogę powiedzieć tyle, że większego farciarza od niego to ze świecą szukać. Wypadałoby coś więcej skrobnąć... Pomyślmy, no tak to typek, który ma zapewnić zabawne sceny i być wiecznie zaskoczony.


Na ich tle ciekawiej wypadają siostry Goldstein. Jedna aspirująca do bycia aureolem z powołania, a druga roztrzepana gapa. Duet naprawdę jedyny w swoim rodzaju Co prawda są bardziej z boku, a niż panowie to jednak panie potrafiły bardziej namącić. Zwłaszcza Queenie z swoim urokiem osobistym.

Tak jak jest światło, tak też musi być i ciemność. Ciemna strona mocy też posiada swoje odcienie szarości, które się odpowiednio reprezentują. Dziwnym trafem nie mieli odpowiedniej różnorodności. Może chciano ich wybielić? O dziwo tutaj sprawy miały się dość prosto. Wyciągnęli jakąś rekwizytorkę z Salem znęcającą się nad dziećmi i dali jej jeden tylko cel, a mianowicie robić ewenty publiczne szkalujące czarodziejów.


Dalej, ale nie za daleko kolejny zły biały facet z białym synalkiem, bo jakby inaczej też pokazani jako ci okrutni kapitaliści. Czubkiem na torcie był tak upudrowany Grindelwald, że aż trudno uwierzyć, że to Johny Deep. Ten jednak pojawia się dopiero na sam koniec, aby klepnąć całą jedną linijkę, no może dwie. Przez większość czasu antenowego trzeba było podziwiać kochasia Curuś.

Czy warto obejrzeć Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć? Mimo, że samych bestii jest tyle co na lekarstwo to całkiem przyjemnie się oglądało to co wyprawiali nasi milusińscy. Poszczególne wątki pozamykano, bo nie było specjalnie co przymykać. Wszystko przybrało dość prosta formę. Film się zestarzał, a gdzie nigdzie już trafił do muzeum. Przymykając jednak na to oko to miałem do czynienia z całkiem dobrym kinem. Ocena końcowa 7/10.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie