• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Mój przyjaciel Hachiko

Kto kocha najbardziej? Kto potrafi bez stawianie żadnych warunków oddać całego siebie i czekać każdego dnia? Na to pytanie niech odpowie te artykuł.

Kolejnym filmem, jaki chce wam zaproponować to Mój przyjaciel Hachiko. Podobnie jak poprzedni tytuł Kwiat wiśni i czerwona fasola jest dramatem. Tym razem jest to produkcja oparta na faktach. Jednak historia ta nie jest skopiowana jeden do jednego, bo sporo zmieniono.


Zacznę od tego co najważniejsze, czyli samo przesłanie zostało zachowane jak i najważniejsze fakty, po części. Akcja z Tokio przeniesiono do USA. W związku z tym i bohaterowie siłą rzeczy się też zmienili.

Film Mój przyjaciel Hachiko nie jest długi, bo trwa zaledwie półtorej godzinny. O Hachiko dawno już słyszałem, ale jakoś nie miałem okazji obejrzeć żadnej adaptacji jego życia. Stąd też wpadłem na pomysł na ten film.

Tytułowy czworonóg dość szybko trafia do domu profesora Parkera. Początkowo nic się szczególnego nie dzieje. Jedynie nabrałem negatywnej opinii o jego żonie, która nie była fanką trzymania zwierząt w domu.


Mija tak pięć minut, potem 10 itd. twórcy dość szybko pokazują zmiany, jakie zachodzą, u bohaterów tej opowieści. Można powiedzieć, że jest totalna sielanka nic się złego nie dzieje. Jeszcze chwila i wyszedłby z tego obyczajówka relaksacyjna.

Dopiero po godzinie dochodzi do przełomu i wreszcie zaczyna się dramat. Nie twierdzę, że dwie trzecie czasu to falki z olejem. Bardzo dobrze pokazano relacje profesora i Hachiko. Wszystko to było dobrze budowane. Krok, po kroku czuć było jak się tworzy ta więź między nimi.

Zabrakło jednak pewnego ważnego elementu, a chodzi o chorobę, czy też jakieś wprowadzenie widza, że psor już nie jest młodziakiem, a kimś, kto może odejść. Równie dobrze mogli pokazać ostanie trzydzieści minut i też by wystarczyło.


Wraz z upływem czasu, jaki był mocno podkreślany wielokrotnie powinno się, chociaż zmieniać charakteryzacje protagonisty, aby dało się odczuć to co nadchodzi. Inaczej wyszło co wyszło spłycona wersja wydarzeń, która powinna chwycić za serce, a tak nie jest.

Dobrze, że przynajmniej koniec jest zrobiony bez zarzutu i nie zrobiono więcej zbytecznych ingerencji mogących zepsuć odbiór. Chciałbym szczerze napisać coś więcej, jakoś pochwalić bardziej starania, ale praktycznie nie chciało mnie to.

Czy w związku z tym warto obejrzeć Mój przyjaciel Hachiko? Jeśli macie tę produkcję w wykupionym przez was abonamencie to, czemu nie? Nie jest to ciężkiego kalibru wyciskać łez. Dość luźno podeszli do tego dzieła. Może kiedyś ktoś raz jeszcze sięgnie po ta historie i tym razem przyłoży się jak należy. Ocena końcowa 6/10.
Share:

Kwiat wiśni i czerwona fasola

Jest taki moment w ludzkim życiu... Zatrzymaj się i popatrz, jak ta wiśnia pięknie kwitnie, czy to nie jest piękne?

Kwiat sakury i czerwona fasola wydawałoby się prostym filmem opowiadającym, o ludzkim istnieniu. Przekazuje pewną prawdę, jaką należy zrozumieć, aby móc iść dalej, bo o drogę właśnie tu chodzi.

Wszak twoje spojrzenie przepełnione cierpieniem zmusiło mnie, by się tu zatrzymać. - Tokue


Kwiat wiśni i czerwona fasola to jeden z tych filmów, które trafiają się raz w życiu. Produkcja ta wypełniona jest prawdziwą magią. Wyciąga ręce, a zanim się obejrzysz jesteś w objęciach czułych i opiekuńczych. Jeśli pędzisz to zwolnij, a jak czas cię gna to stań w miejscu weź głęboki oddech i otwórz oczy.

Tak też jest w tej produkcji. Nie będzie tu rozmachu i pompatycznych scen. Nikt nie będzie rzucać frazesami i cytować życiowe mądrości, co mają brzmieć mądrze. Za to będzie robiona pasta z czerwonej fasoli, która jest duszą dorayaki.

Spróbuję przybliżyć bardziej ciąg wydarzeń. Dramat, nad którym się tu rozpisuje opowiada historie Sentarô i Tokue. Każde z nich niesie na barkach swoich spory bagaż życiowy. Przez pierwszą połowę filmu ma się do czynienia z dość lekką fabułą. Są to jednak tylko pozory, a więc nie dajcie uśpić swojej czujności.


Większość ujęć, jakie zostały nagrane to dość wąskie kadry. Nie jest to dzieło przypadku lub jakiegoś niedociągnięcia. Właśnie w tym prostym zabiegu leży cała siła tego tytułu. Oglądając to autentycznie miałem wrażenia bycia tam w tym jakże obcym świecie.

Polecam oglądanie z napisami, aby jeszcze lepiej móc się wczuć w ich kulturę. Wiele rzeczy nie będą ujęte słowem, a dźwiękiem i mową ciała bohaterów. Oglądając nie można oderwać oczu, bo jest to naprawdę przepiękny film, który pokazuje tak dużo tego, co każdy otaku pragnie.

Inną sprawą jest fakt, że coś cały czas przemawia do odbiorcy. Szybko można spostrzec ukrytą między wierszami tajemnicę. Nie mówiąc o samym przesłaniu i ładunku emocji. Wypełnia i rośnie, aż w końcu daje znać, o sobie ze zdwojoną siłą.


Po finale jeszcze dobrą chwilę patrzyłem na napisy będąc wciąż pod wpływem Kwitnącej sakury i czerwonej fasoli. Znowu odlatuje, lecz nijako ma być to lepsze nakreślenie tego, czego możecie się spodziewać po tej produkcji.

Zarysowanie poszczególnych wydarzeń nawet z grubsza wydaje się być bezcelowe. Odnoszenie się do pojedynczych momentów nie odda tego, co byście sami mogli zobaczyć. Lecz jeśli miałbym coś zdradzić to byłoby to momenty kiedy nie słowa, zachowanie mówiło znacznie więcej. Dużo można było dopowiedzieć, a jeszcze więcej zrozumieć.

Jednakowoż wartowałoby się zaznajomić z historią współczesną, aby lepiej zrozumieć pewne wydarzenia, jakie są tu pokazane. Jest to też niepowtarzalna możliwość wtopienia w japońską społeczność pokazującą, że tak bardzo się od nich nieróżniącą. Ostatecznie jesteśmy tylko ludźmi.


Napiszcie w komentarzach jak się wam podoba taka forma, a teraz podsumowanie. Kwiat wiśni i czerwona fasola to naprawdę niezwykła metafora, która skłoni każdego do zastanowienia się nad wyścigiem szczurów. Równocześnie uczy otwartości na drugiego człowieka. Tak szybką oceniamy i jeszcze szybciej szufladkujemy. Tym razem jednak się zatrzymałem i zastanowiłem. Ocena końcowa 10/10. 
Share:

Undead Murder Farce - a jak to będzie po japońsku? (Recka anime)

Kiedy człowiek przez przypadek trafi na coś i myśli, a może coś wartego uwagi, a następnie znika na cały dzień. 

Wpadłem na to anime dość nieoczekiwanie i szybko mnie zaintrygowało. Początkowo intro sugerowało zwykłego shonena Jednak akcja się rozwinęła się w całkiem interesującą stronę.


Walka w ep1 nie jest jednak sztampowa, a subtelna i przemyślana. Do tego wplątano wątki fantasy. Czy raczej z wierzeń japońskich, a w tej całości nie zabrakło naprawdę dobrej oprawy. Ujęcia są jak z wysoko budżetowego filmu. Ewentualnie można napisać, że projektował je prawdziwy wirtuoz anime.  

Doskonale przemyślane niepowtarzalne z wyraźnie zarysowanym pomysłem na siebie. Sama kreska też jest bogata w detale i okraszona w animacje w stopniu co najmniej hojnym jeśli nie przesadzonym w dobrą stronę. Od przybytku głowa nie boli.

Sami bohaterzy są też intrygujący Pogromca Oni i Nieśmiertelna wraz ze służącą. W pierwszym odcinku spory nacisk nałożono na wyjaśnienia, z czym mamy do czynienia. Mimo wykorzystania powszechnego zabiegu tłumaczenia wszystkiego wydawał się pasować jak ulał. Szykuje się mocny kandydat na anime roku 2024. Czapki z głów i chcę więcej!


Sądziłem, że to anime trafi na inny weekend, ale jak się wciągnąłem to obejrzałem wszystkie odcinki jednym tchem. Dokładnie dali mi trochę pooddychać w ostatnich epizodach. Autor nowelki którą ekranizowano musiał się chwilę zaciąć w ostatniej sprawie, jaką opisał.

Muszę się odnieść do tego co napisałem na samym początku. Zawarte tam informacje są prawdziwe. Jednak w kolejnych epizodach niestety forma wróciła do nieco klasyczniejszej formy.

Wypełniono to jednak bardzo wciągającą fabułą. Undead Murder Farce jest naprawdę nieszablonową serią o wyjątkowo utalentowanej i „skromnej” Rindou, Aya i jej uczniu.


To co przykuło moją uwagę na te dobre parę godzin to zimna logika i wiązanie faktów. Każdy szczegół był istotny i brany pod uwagę. Można powiedzieć, że cokolwiek się stało miało swoje wyjaśnienie, które nie był czymś oczywistym.

Sezon pierwszy podzielić można na trzy różne sprawy, z czego druga i finałowa zagadka są ze sobą klamrą spięte. Lecz o tym nieco później, bo warto pochwalić autora książek, jaki złożył pokłon klasycznym kryminałom. Głównym trzonem będzie tu dedukcja, spostrzegawczość i bystrość umysłu.

Scen walki też nie zabrakło, co to, to nie. Nie odgrywają one jednak pierwszych skrzypiec. Są bardziej dodatkiem. Jednakowoż takim porządnie napisanym. Nie za dużo i nie za mało, a w sam raz. Pogratulować można zachowania tej równowagi.


Co jeszcze zachwyciło mnie w tym anime? Skrzyżowanie różnych uniwersów z literatury dla młodzieży i dorosłych. Nikt tu się nie przejmował, co kto powie na ten temat i po prostu tam ich umieścił. Wypadałoby napisać kogo tam się można spodziewać, ale zepsuło to wam zabawę. Zobaczenie tych bohaterów było naprawdę niespodziewane, a wyobrażenie ich w wersji japońskiej, całkiem obiecujące.

Sami protagonista i protagonistki zostali w sposób przemyślany napisani. Ich wieczna wymiana zdań jest naprawdę bezcenna. Shinuchi Tsugaru robił za takiego komika i mięśnie. Nie zmienia to faktu, że był naprawdę bystry i tym sposobem starał się zmylić każdego z kim się zetknie.

Przy tej okazji jeszcze zatrzymam się przy elemencie psychologicznym. Uległość niektórych postaci drugoplanowych i nie tylko ich była zastanawiająca. Czemu tak się szybko godzą ze swoim losem. Cholercia wie? Może tacy są i tyle.


Jak już przy nich jestem to jeden z nich za dużo naoglądał się Full Metal Alchemist. Jako grupa wypadli, całkiem znośnie, lecz osobno już ciut to kuleje. Równolegle dodano inne ekipy i te są i wiele lepsze w odbiorze.

Podsumowujmy Undead Murder Farce to naprawdę mocny kandydat do mojej prywatnego rankingu anime. Dobrze rozpisana fabuła z wieloma niespodziankami. Nie boją się ubrudzić rąk i pokazać coś więcej. Nie zabrakło tam nawet odniesień do dzisiejszych problemów pieszego świata. Odpowiedni balans i wszystko dokładnie wyważone czego chcieć więcej? Jedynie kolejnego sezonu. Ocenę końcową 9/10.

Share:

Kiedy członek Yakuzy staje się ojcem (Hinamatsuri anime mode)

Początek roku, a wraz z nimi nowe recenzje i publicystyka. Na dobry początek będzie anime. Jak to w japońskiej popkulturze bywa można spodziewać się wszystkiego...

Wydane w 2018r. Hinamatsuri opowiada, o Hina – chan i Nitta - san. On członek yakuzy, a ona „ufoludek” z innego świata. Czego się można spodziewać po czymś takim? Początkowo miałem wrażenie, że będzie to nieco łagodniejsza wersja Parasyte.


Szybko jednak przeskakuje w okruchy życia z dowcipem, który może początkowo zachwycić. Nie swoją wybitnością, a luzem, jaki wrzuca w czasie seansu. Mimochodem pierwsze odcinki to taka parodia terminatora. Skojarzenia same się nasuwają, a jeśli będzie się miało wątpliwości to sama Hina je rozwieje.

Relacje jej i Nitto są wstępnie dość skomplikowane, a protagonistkę trudno jakoś trudno zrozumieć. Wraz z rozwojem wydarzeń można zaobserwować jej przemianę. Dość subtelna i mało pociągająca. Najbliżej jej do moe, mała urocza niezdara. Tak można by ja scharakteryzować z grubsza.

Do pełniejszego obrazu należy dodać, że jest dość przymulona, ewentualnie jest ludzkim odpowiednikiem leniwca.


Sposób jej zachowania i jej wieczne: nakarm mnie, ma jednak pewną zaletę. Podbija to wszelkie zachowania bohaterów drugoplanowych i wspierających. Są one przez to bardziej dynamiczne, a wszelkie reakcje są jeszcze bardziej wyraziste. Co wyróżnia jeszcze Hinamatsuri to czas, jaki przydzieli poszczególnym postaciom drugoplanowym.

Wstępnie odniosłem wrażenie, że dają im jedynie jakieś parę minut, aby byli dla spełnienia formalnych wymogów. Okazało się całkiem inaczej. Wraz z rozwojem pierwszego sezonu przydzielono im więcej czasu antenowego. Doszło do tego, że nawet zaliczyli solowe odcinki, co się nie zdarza często.


Powiem szczerze mimo szczerych chęci Hina – chan wypada blado przy Anzu i Hitomi. Śmiem stwierdzić, że ich linie fabularne były, o wiele ciekawsze. Te panny mimo skrajnych różnic, jakie reprezentowały w pieszych scenach dobrze się rozwinęły.  

W przypadku Hitomi – chan to naprawdę pełen maraton niefortunnych wydarzeń. Jeśli się kiedyś ktoś z was zastanawiał jak brak asertywności wpływa na życie to macie tu niezły przykład. Wszystko rzecz jasna z przymrużeniem oka, ma się rozmieć. Dodam jeszcze, że to ona właśnie powinna odgrywać pierwsze skrzypce. Dość szybko zgarnia całą uwagę przez swoje niezwykłe „szczęście”.


Anzu z kolei jest niczym poczwarka, która przeobraża się w pięknego motyla. Równolegle z nią wrócę do wątku głównego. Jej przemiana na swój sposób najbardziej ujmuje, a przynajmniej powinna. Mała dostaje szkołę życia, która naprawdę pozwoliła się jej stać lepszą osobą. Wraz z dalszymi perypetiami już wszystkich bohaterów fabuła zaczyna się psuć.  

Problem nie leży w wydarzeniach, a okraszających je komediowych wydarzeniach. Zamiast się śmiać wniebogłosy to coraz bardziej czułem zażenowany tym, co widzę. Żarty bardziej marne przez oklepaną formę już nazbyt dobrze mi znaną. Radośnie przesuwali się tak nie starając się jakkolwiek trzymać logiki.


Przez długi czas nie ruszano przeszłości Hiny – chan. Bez tych informacji praktycznie odczuwało się zmarnowanie pewnego potencjału. Ostatecznie coś ruszono, ale już w czasie kiedy to anime zaczęło coraz bardziej męczyć. Nie przeczę, że gdzie nigdzie jeszcze było całkiem znośnie, a relacje Hiny i Nitty się poprawiły. Lecz koniec końców czułem zmęczony tą serią. Na koniec zostawiłem jeszcze nieszczęsną Mao.

Ona dopiero miało szczęście, bo trafiła na bezludną wyspę, a potem to już sami zobaczycie. Piszę tylko tyle, bo i w samym anime tak samo ją zaprezentowano.

Podsumujmy jak to w końcu jest z Hinamatsuri? Powiem krótko, super start i jeszcze szybszy upadek. Niczym wazy Nitty fabuła się rozwaliła, a dedykowane odcinki, były raczej zapychaczem, a niż świadomą decyzją twórców. Ostatecznie okazały się nawet lepsze od głównego wątku. Ocena końcowa 6.5/10

Share:

Boso przez Azeroth, Odcinek 2: Quo Vadis

Kto by się spodziewał, oto mam przyjemność wrzucić ostatni tekst w tym roku. Jest to kolejny odcinek w którym streszczę moje przygody w War of Warcraft. Pochwale się jeszcze, że będzie to 70 artykuł i tym samym pobiłem swój rekord roczny!

Jak wygląda sytuacja? Jest nawet lepiej niż dobrze! Zaatakowałem solo Orgrimmar, dla nie grających wyjaśniam, że jest to stolica Hordy (tfu). Jak do tego doszło i czym się skończyło to już okaże się w dalszej części felietonu.


Zacznę od tematu numer jeden: po co dają boost do max poziomu? End game w dość sporej części opiera się na wykonywaniu misji. Jednak jeśli już wbije się ten 70 lv cała ta aktywność zaczyna tracić sens. Inaczej się ma sprawa jak się robi to w ramach rozwoju głównej postaci. Człowiek się uczy grać, co jest dość istotne, aby nie zostać wykopanym z pt.

Spędzając te parędziesiąt godzin grając hunterem postanowiłem stworzyć alta, a tak dla hecy. Zrobiłem monka dałem mu ten nieszczęsny boost i zacząłem grać. Szok i niedowierzanie jak się tym dobrze gra. Uprzedzając pytania ustawiłem go jako dps, bo jakoś nie widzę się w roli tanka, czy uzdrowiciela.

Blizz wyraźnie daje znać takiemu nowicjuszowi, że wita go z otwartymi rękami. Kasa, sprzęt, torby 30-to slotowe i wiele więcej na dzień dobry. Jak zagracie sami zobaczycie, o co w tym chodzi. Trzeba było czym prędzej ogarnąć co i jak, aby pójść na instancje. Zanim się obejrzałem trafiłem na heroic mode. Zdaje sobie sprawę, że nie są one dziś jakimś wyzwaniem, ale te 12 lat temu to już było coś.


Dla mnie to jednak taki symboliczny przeskok. Najzabawniejsze, że stało się to automatycznie. Na początku myślałem, że jestem na podstawowym lochu, a tu nagle klucz do skrzynki w banku. Nieźle się zdziwiłem (śmiech). Wgrałem też addon sprawdzający jaki wykręcam dps i na tym skończę ten wątek...

Po przerobieniu podstawowych tras okazało się, że jednak stare insty są tylko dla nowych, a szkoda. Wzięło więc mnie na zwiedzanie starych rajdów. Zacząłem od tych na Northrend. Nie będę ukrywał że zahaczyłem o twierdze Lich Kinga. Lecz nie o nim chciałem pisać. Lecz o innym dungeon, gdzie gnom wezwał lidera Płonącego Legionu. Nagle mnie olśniło, że jeszcze nie grałem ani chwili warlockiem. Tak oto powstał pomysł na alta, a zwie się Kurdupelus xD

Na początku smęciłem trochę o zadaniach. Mam tutaj mieszane uczucia, bo do 65 lv jest nijako. Misje fabularne są takie bez ładu i składu. Już takie zlecenia od centaurów pozwalały poczuć się jak łowca przygód. Dla sprawiedliwości dodam jeszcze, że trafiłem na parę ciekawych q. Jednym z nich było łapanie mobów na modłę Ghost Buster, a kolejnym wysłuchanie historii starego krasnoluda. Niekiedy najmniej pozorne czynności mogą być tym, które zaskoczą najbardziej.


Wszystko odwraca się o 180 stopni, jak dobije się 70 lv. Wydarzenia lecą już hurtem, a przyznać muszę jest tego całkiem sporo. Jedno z nich wyglądało niestety dość dziwnie, bo... a zresztą sami się dowiecie jak zagracie lub obejrzycie na yt. No mniejsza z tym, bo w ramach kampanii przyszło odwiedzić kilka kontynentów w tym Kalimdor.

Już dawno mnie kusiło, aby zajrzeć do Orgrimmaru. W końcu trwa rozejm to czemu nie wpaść z wizytą? W całej tej szarży chodziło, o to, aby zobaczyć co się stanie. Podobno kiedyś było normalne, że gracze atakowali główne miasta przeciwnej frakcji. 

Szału nie ma po prostu niektóre npc starają się zrobić miazgę z mojego krasnala i tyle. Konsekwencją tego, było wylądowanie do pierwszego miasta z Bitwy o Azaroth. Nie miałem jak naprawić sprzętu, a już pojawił się rycerzyk śmierci. Plusem tej wędrówki na okrągło był nowy wierzchowiec z zadania. Niby człowiek miał pecha, ale ostatecznie na dobre wyszło.


Wraz z robieniem misji frakcyjnych z bieżącego dodatku odkryłem pokemony. Ściślej rzecz biorąc stworki, które funkcjonują na tych samych zasadach. Sęk w tym, że nie miałem uprawnień. Szybko przypominał mi się trener, którego trafiłem koło Gold Shire.

Na koniec jeszcze mała, a jakże opłacalna rzecz mi się trafiła. Blizz przygotował światowe zadania. Myślę sobie, ok czemu nie spróbować w końcu mają z nich lecieć fajne itemy. Pancerza co prawda nie dostałem, ale w skrzyni było 800+ złota. I tym pozytywnym akcentem kończę ten tekst do następnego odcinka.
Share:

Days Gone, no nareszcie skończyłem! (Recenzja uzupełniająca) (PS4)

Obiecałem uzupełnić poprzedni tekst, jeśli będzie warto coś dodać. Owszem jest i tego się obawiałem najbardziej.

Na każde arcydzieło przepada marna kopia. Days Gone jest tego najlepszym przykładem. Z dobrego początku szybko gra się stoczyła. Pisałem o tym w poprzednim wpisie. Tutaj rozszerzyli jeszcze bardziej ten obłęd.


Zaczęli dodawać coraz to bardziej kuloodpornych przeciwników. Jednak absurd ten najbardziej pokazywał się jak dodano kolejne wrogie jednostki. Padają, następnie wstają i tak w kółko Macieju. Jeśli komuś było mało potrafili się teleportować za mur jeśli padli tuż obok.

Innym przykładem tych pomyłek to pojawienia się nowych mutantów (bossów). Łamacz i wiedźma nie okazali się jedynymi. Pojawia się jeszcze jeden, po jego zapowiedzi spodziewałem się czegoś naprawdę konkretnego. Okazała się całkiem inaczej. Jak szybko się pokazał tak szybko skończył. 


Wraz z tym wątkiem warto pochylić się nad hordą. Wielka, od 250 do ponad 300 świrusów. Prawdziwy żywioł, który zamiata wszystko. Groza i terror można było to tak opisać. Czy wysyp tych stad jest wskazany jak wcześniej robił jedynie za symbol?

W moim odczuciu lepiej by się stało jakby nic się nie zmieniło. Zawsze gdzieś w pobliżu i wiecznie niebezpieczna. Okazuje się, że jest całkiem odwrotnie. Główna atrakcja okazała się przereklamowana, a do tego, tak bardzo chciano ją upychać, gdzie popadnie, że nawet zaczęła spadać z nieba. Nie dosłownie rzecz jasna.


Nie zabrakło też pozytywnych aspektów. Fabularnie gra nabiera tempa i zamyka poszczególne wątki. Widać powiązania i ich konsekwencje. Żeby nie spoilerować powiem tak, każdy dostanie to na ca zasłużył. Bo ciut niejakiej kampanii przynajmniej na samym końcu coś zaprezentowano. Pułkownik i jego bojówkarze okazali się ciekawą grupą.

Muszę jednak wrzucić mały, taki tyci kamyczek do ich ogródka. Dokładnie chodzi, o ludzi odpowiadających za dubbing. Dajcie aktorom możliwość zobaczenia szerszego kontekstu wydarzenia. Inaczej będzie taki jegomość spokojnie mówić, a Npc szalał z zdenerwowania. Kompletnie to do siebie nie pasuje.


Chemia między bohaterami nabiera w końcu mocy. Sporo spraw wreszcie nabiera sensu, co pozwala lepiej zrozumieć jaki był tego początek. Nie brakło również humorystycznych momentów i nawiązań do dobrze znanych nam rzeczy.

Bardzo przypadło mi do gustu jak wiele było trudnych decyzji natury moralnej. Deek naprawdę nie miał lekko. No i znowu, czemu nie oddali tego wyboru graczom? Byłaby to naprawdę dobra podpora pod wyższą ocenę końcową.  


Przy samym finale dostałem miks wszystkiego. Zaczynając od błędów w puszczanych dialogach, aż po gąbkową zmorę, a kończąc na błędnych decyzjach w projekcie. Wielka, ach wielka szkoda, że jakiś debil w garniaku tak schrzanił naprawdę dobry scenariusz.

Usuwając wszelkich wypełniaczy pozwoliłoby fabule jeszcze bardziej błyszczeć. A tak, ma się jej dosyć. Odczuwałem to jeszcze bardziej jak nie mogłem pominąć opcjonalnych misji.


Z tymi q też trochę dziwnie było. Gniazda, czy obozy łupieżców rzeczywiście dało się robić kiedy miałem na to ochotę. Zanim przekroczyłem przełęcz podobnie sprawa miała się z misjami z obozów. Wtem cóż się zmieniło i gra przymusowo ganiała do wszystkich możliwych misji. Żeby było śmieszniej przy jednej takiej dostałem komunikat o niesprawnym motorze. Wczytywanie i wyłączanie nie pomagało. Odjechałem tym „niesprawnym” sprzętem. Porobiłem co się dało i wróciłem z powrotem. O dziwo nagle stał się wypełni działający.

Podsumowujmy Days Gone to gra, która miała wszelkie karty w ręce, aby narobić sporego zamieszania. Inspirowała do stania się The Last of Us, a jest, czym jest. Za duży nacisk nałożono tutaj na walkę i wojnę. Mimo, że przekaz jest widoczny to poprzez niepotrzebne „atrakcje” schodzi na drugi plan. Może to dobrze, że kolejna cześć nie powstania póki co. Za kilka lat zostaną te lepsze wspomnienia i wtedy zrobią reboot serii.  


Share:

Grinch: świąt nie będzie

Na czym polegają święta? O co tak naprawdę w nich chodzi? Tego nie wie nikt, a może jednak da się odpowiedzieć na to pytanie? Niech pewien włochacz się w tej sprawie wypowie.

Drugą propozycją jaką naszykowałem to Grinch: świąt nie będzie z 2000 r. Film ten jest pokazany jako baśń z morałem. Nie zabrakło nawet narratora opowiadającego tą historie. Od samego początku wszystko zostaje wyraźnie nakreślone i podzielone. Grinch to ten zły, który chce zepsuć mieszkańcom Ktosiowa Boże narodzenie.  


Wszystko się łączy i mamy pokazany ten jakże przesłodzony świat. Sformułowanie nie przypadkiem użyte, bo miasteczko jest już co tu ukrywać tandetne. Dekoracje jako jedyne nie przetrwały próby czasu.

Inaczej ma się sytuacja zresztą tej jakże długiej produkcji. Grinch: świąt nie będzie jest na tyle rozwlekły, aby móc pokazać wszystko, co chce. Nie sposób tego nie zauważyć. Jest to na swój sposób wielka zaleta. Motywacje każdej ze stron są zaprezentowane klarownie. Gdzie nigdzie nawet dało się doszukać krytykę nadmiernego konsumpcjonizmu. Lecz nie o to tu chodzi. Scena w której młode ktosie ostrzegają przed Grinchem przemyciła istotną wiadomość.

Nie wolno naruszać naszej utopii i zakłamania jakie tu panuje. Dość odważnie, ale sami twórcy w końcu wyciągają to jak ostatni prezent z worka Mikołaja. Lecz ja nie o tym, bo w tej całej układance chodzi, o zgoła inną rzecz.


Mowa tu o samotności, skupieniu się tak naprawdę na sobie, a jednocześnie udawaniu jak się troszczy o bliźnich. Antagonista jest takim sumieniem ktośów. Przedstawiono go jako rezultat ich działań tych złych jak i dobrych.

Można byłoby tak na to patrzeć, gdyby nie parę szczegółów, które naruszają to przesłanie. Zielony włochacz nie był święty i potrafił dać popalić. Ostatecznie dało się to przyjąć jako rodzaj buntu, czy raczej sprzeciwu.

W rolę główną wcielił się Jim Carrey. W sumie to dlatego sięgnąłem po ten tytuł. Powiem szczerze nie zawiodłem się. Choć spodziewałem się zobaczyć ponownie Maskę, czy Psiego detektywa w którego dość często się wcielał. Nie powiem, że były chwile, że miało się wrażenie oglądania powtórki z rozrywki.


W głównej mierze było tak za sprawa jego dość rozpoznawalnego głosu. Wszelkie podkreślenia poszczególnych wypowiedzi odgrywał wprost identycznie jak w innych produkcjach. Trafiła się nawet wypowiedź niemalże identyczna. Koniec, końców wyciągnął wszystko co najlepsze z tej roli.

Po przeciwnej stronie natomiast była mała Cindy Lou Who (Taylor Momsen). Była aniołem, czy też duszkiem świąt. Jej dociekliwość i wiara w ludzi sprawiła, że Grinch mógł stać się lepszy. Nie oszukujmy się w filmie familijnym może być tylko jedno zakończanie.

W jej przypadku nie można powiedzieć, że porwała publikę. Na samym początku rzuca się w oczy inna aparycja. O dziwo nie zaniedbano ten szczegół. Na końcu i to wyjaśniają. No mniejsza, wszelkie wydarzenia był bezpośrednio lub pośrednio z jej przyczyny. Każda liwina musi się od czegoś zacząć i tak tutaj jest.


Teraz co nieco o stanie technicznym filmu. Najwięcej co tu mówić napracował się kamerzysta. Na większości scen tyle się dzieje, że nie wiadomo na co patrzeć. Nie raz, nie dwa stosowane są zbliżenia, a nawet przebicie czwartej ściany. Przeciwieństwem tego są dekoracje. Miasto które jest dobrze naświetlone i całe pstrokate, aż kole w oczy. Żeby lepiej zobrazować to wyobrażacie sobie wystawę sklepowa ze sztucznymi słodyczami. Same imitacje trącą tanią chińszczyzną i już macie pogląd idealny.

Całość ratuje charakteryzacja aktorów. Tutaj jest o wiele lepiej. Jedynie fryzury są jakie są. Ocenę wam zostawiam. Przez te nierówności i ciut przydługi czas waham się, czy przyznać więcej punktów. Tak, czy siak powinna być to niezła propozycją na dziś, czy jutro. Napiszcie w komentarzach jakie są wasze ulubione propozycje filmów świątecznych.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie