• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Automatron dlc do Fallout 4 (PC)

 W ostatnich tygodniach, a może miesiącach wydawcy „płaczą”, że gry utrzymują cenę na pułapie cenowym 60$. Fakt, że model płatności się zmienił i nie tylko sprawia, że się chce człowiekowi śmiać.

Po tym wstępie możecie sądzić, że rozpiszę się tu o wyzysku i kolejnej próbie dojenia z kasy graczy. Po części tak będzie…, bo jak można nazwać pobranie opłat za „dlc” Automatron? Jedno z gorszych rzeczy jakie miałem okazję zagrać w tym roku. Na dzień 07.09 br. na steam kosztuje ta „przyjemność” jedynie 44.99 zł.

Od czego zacząć? No tak, cała „kampania” to nic innego jaki wielki feedex! Nie będzie to spoilerem, a przestrogą przed zagraniem w ten dodatek. Jedyne co trzeba zrobić w ramach tej nowej przygody to podążać od punktu do punku. Oczywiście czekają tam atrakcję w postaci hord przeciwników.

Nie zabraknie drobnych odskoczni od tej monotonii w postaci dwóch robotów, z czego jeden będzie nowym towarzyszem, a drugi postacią drugo planową. Największą innowacją jest możliwość budowania pomocników. Blaszaki te mogą służyć nam jako mobilni tragarze lub będę skutecznymi obrońcami.

Jeśli ktoś bawi się w rozbudowę swojego osiedla, farmy lub schronu to się na pewno ucieszy dla pozostałych w tym i mnie jest to jedynie ciekawostka. Jeśli miałbym na siłę doszukiwać się jakiś pozytywów to okolice w które kierują misję zachęcają do eksploracji.

Oczywiście nie przesadzajmy dość często doświadczy się przemiału znanych lokacji, ale jako się uda w końcu coś odnaleźć to jest na czym oko zawiesić.

Jedyne co mnie zaskoczyło to rozmowa z finałowym bossem. Nie będę mówił co i jak, bo jest to jedyna rzecz, która jako tako się trzyma kupy. Przejście całości powinno zając wam nie więcej niż 2 -3 godziny. Wszystko zależy od tego jak mocni już jesteście.

Czy warto zagrać? Na pewno nie! Za wspomniane 44.99 dostajemy absolutne nic. Takie coś powinno być integralną częścią podstawki. Ludzie i tak by określili to zapychaczem, ale przynajmniej nie trzeba było dopłacać do tego chłamu.

Na sam koniec dodam, że pojawi się jeszcze tekst o Nuka-World. Rzekomo jest to najlepsze rozszerzenie. Mam nadzieje, że choć tu będzie co robić. Na sam koniec małe ogłoszenie recka NW będzie ostatnim tekstem z gier na PC, kolejne wpisy będę dotyczyć jedynie produkcji na konsole.

Share:

Słów kilka o Far Harbor (PC)

 Bardzo, ale to bardzo długo nie pisałem nic na bloga. Trochę mi tego brakowała. Mam nadzieje, że w tym czasie ktoś z was zaglądał i czytał stare wpisy.

Ostatnio pracuję nad kilkoma projektami równolegle. Wszystkie dotyczą się oczywiście gier. O ewentualnych rezultatach dowiecie się jak już je zakończę. Póki co mogę odsłonić jeden z nich. Porozmawiajmy sobie o  Far Harbor do DLC Fallout 4.


Postawiłem sobie za cel zrobić serie w 80 gier dookoła świata, gdzie akcja poszczególnych tytułów rozgrywałaby się w rzeczywistych miejscach. Mieliśmy już
Gta V, L.A. Noire, czyli Los Angeles, a także Spider-Man w Nowym Yorku. W przypadku F4 jest to Boston.

Nie wszystkie wydarzenia rozgrywają się w tym mieście. Możemy jednak podciągnąć je pod USA i dzięki temu na swój sposób trzyma się to kupy. Wraz z wbiciem dziesiątego poziomu pojawia się zadanie poboczne, które jest wprowadzaniem do pierwsze z trzech rozszerzeń fabularnych do Fallout 4.

Celem główny jest uratować córkę klientów i sprowadzić ją całą do domu. Wraz z dotarciem na wyspę, która jest nową lokacją sprawa znacząco się komplikuję. Szybko trafiamy między wojnę trzech frakcji. Mamy dobrze wszystkim znane Dzieci Atamu, ludzi z Far Harbor i Acadia zamieszkałą przez syntków.

Fabularnie nie jest źle jak na Bethesda, co nie zmienia faktu, że jest miernie. Przejście tej kampanii nie zajmie wam więcej jak dwie godziny. Tak zapewne będzie jeśli będzie unikać pobocznych zadań takich jak wendeta pani Dalton, która co chwilę wysyła nas, abyśmy zemścili się za kogoś z jej rodzinny.

Wszelkie misje, no może z wyjątkiem jednym to nic innego jak feedexy. Jak wiadomo od każdej zasady jest wyjątek i tak też tu jest. Jeden z robotów służących zleca rozwiązania sprawy morderstwa.

Przyznam, że tu bawiłem się przednio, a każdy mieszkaniec miał bogatą osobowość. W trakcie poszukiwać mordercy można dowiedzieć się co nieco więcej o Vault-Tec i ich szalonych planach.

Dalej niestety nie jest już tak różowo misja główna to odkrycie wspomnień DiMY przywódcy Acadi. Jak się z tym uporamy to zostaje tylko zakończyć grę i tyle. No ok, dla sprawiedliwości dziejowej. Dzięki pozyskaniu ukrytych danych odblokuje się parę opcji rozwiązania konfliktu na wyspie. Warto zapisać sobie grę i sprawdzić co się stanie jeśli podejmiemy takie, a nie inne decyzje.

Powtarzanie kampanii od nowa mija się z celem z tego powodu, że wcześniejsze q mają tylko pomóc nam w wyborze ostatecznego rozwiązania problemu. Szczerze? Tak bardzo się tym przejąłem, że w pierwszej kolejności odpaliłem najgorszy scenariusz. Totalną zagładę, ale przez to odkryłem, że podjęcie jednego wyboru nie blokuję poprzedniego.

W związku z czym mogłem w dowolnym momencie wycofać i zrobić coś całkiem innego. Sprawdziłem co jeszcze da się zdziałać. Siłą rzeczy wybrałem pewien kompromis. Co poradzić, gracze (w tym i ja) chcą być dobrymi i odstawić szopkę z bohaterem.

Tak wygląda z grubsza zawartość Far Harbor. Oczywiście nie zabraknie ciekawych miejsc do oczyszczenia i co ważniejsze mgła, która jest tu wszech obecna wprowadza niesamowitą atmosferę i warunki do robienia dobrych fotek na Instagram.

Na sam koniec warto wspomnieć o pewnym absurdzie jakie zafundowali twórcy. Tak jak pisałem wyżej w ramach misji głównej zdobywamy dyski z pamięcią DiMY. Ostatni z nich, który jest opcjonalny informuje nas o ulepszonych pancerzach wspomaganych.

Ci co się natrudzili i rozwiązali to wyzwanie musieli się poczuć jakby dostali mokrą szmatą w pysk kiedy się dowiedzieli, że ich nagrodę dostali także ci co dali sobie z tym spokój. Uzbrojenie znajduję wraz z jednym ze dysków, które i tak trzeba zdobyć.

Brawo! Strzał w kolano, wróć strzał bombą atomową w kolano. Inaczej się nie da tego ująć. Cała reszta, czyli walka itp. jest taka sama. Potwory, bossowie to wciąż to samo co dobrze znamy, a wiec nic czym warto się zainteresować.

Podsumowując ten wywód. Nie mamy tutaj ratowanie świata z pompom, a sporo rozterek moralnych, które zostały tak rozwodnione, że praktycznie nic po nich nie zostało. Jedynie gra aktorów ratuję tą podniosą atmosferę, bo reszta leży  jak w samej podstawce. Jeśli ktoś kupił edycję rozszerzoną to niech zagra nic nie traci, a może się nawet spodoba, a ci z was co kupili czystą wersję to niech was ręka boża broni przed wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

Share:

Recenzja Tenki no ko

 W końcu się udało, po długich miesiącach oczekiwania mogłem obejrzeć najnowsze dzieło mistrza Makoto Shinkai. Pierwszy raz od dawna pełen nadziej i oczekiwań rozpocząłem seans.

Wszyscy szanujący się otaku pamiętacie jego film z 2016 r. Twoje imię. Obraz ten wrył się mi w pamięć już na zawsze podobnie jak muzyka z tego filmu. Nie ukrywam, że obejrzałem pozostałe produkcje tego reżysera.

Nie mogłem przestać ochoć i achać nad jego geniuszem i poczuciem stylu. Staram się jednak nie zapędzać z oczekiwaniami co do ostatniej produkcji Tenki no ko. Wiedziałem jedno, cokolwiek stworzył Shinkai – sama będzie wybitne.

Koniec końców tak było. Dostałem dzieło z górnej półki. Nawet nie wiedząc kto jest twórcą można zauważyć wykorzystywane motywy, czy kreację bohaterów. Podobnie jak w ostatnim filmie mamy odwołanie do japońskich wierzeń ludowych.

Tym razem będzie to o słonecznej dziewczynie. Brzmi to trochę banalnie, ale chodzi tu o kapłankę, która może kierować pogodą. Lecz jak wszystko ma to swoją cenę. Nie będę zdradzał jaką sami się musicie przekonać.

Polacy mają Warszawę, Amerykanie Nowy York, a Japończycy Tokio, tam też rozgrywa się akcja Tenki no ko. Od samego początku towarzyszymy głównemu bohaterowi szesnastoletniemu Morishima Hodaka.

Młody buntownik, który postanawia uciec z domu i szukać szczęście w wielkim mieście. Początkowo mu się nie wiedzie, aż do momentu kiedy zwraca się o pomoc do obcego mężczyzny, którego poznał w czasie rejsu.

Swoją drogą koleś wygląda jak lump, czy raczej taki tani mafiozik. Na szczęście okazuje się inaczej. No mniejsza, protagonista dostaje u niego pracę jako dziennikarz. Można nazwać to zrządzaniem losu, bo dzięki temu rusza śladem słynnej słonecznej dziewczyny.

W tym momencie musiałbym zacząć opisywać fabułę, a to byłoby niewybaczalne. Postaram się wiec jedynie nakreślić ogólnikowo co i jak. Dalsze losy tej dwójki są dość zbliżone jak Taki i Mitsuhy ujmując sprawę jaśniej.

Mamy tu pokazane wzloty i bolesne upadki samodzielnego życia przez osoby niepełnoletnie, które muszą się same utrzymać. Pierwsze skrzypce oczywiście grał wątek miłosny. Widać było stopniowo jak nasi milusińscy się do siebie zbliżają.

W całej historii odebrałem Amano Hina (to ta słoneczna) za bardziej dojrzałą i ogarniającą rzeczywistość dziewczynę. Natomiast Hodaka jest takim kropka w kropkę nieco zagubionym, a może ciut nieogarniętym Takim, któremu przyjaciele zawsze pomagają.

Dopiero na finale dało się poczuć to co tak przez te dwie godziny się doszukiwałem. Wraz hucznym finałem musiałem podnieść ocenę, o parę oczek do góry. Nic nie poradzę, że tak jestem bezkrytyczny (śmiech).

Oprawa graficzna jak zwykle bardzo dobra. Z filmu na film widzę, że więcej jest detali i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jedynie zastanowiło mnie te wstawki 3d, które niestety kulały.

Nie wpłynęły w żadnym wypadku na odbiór. Nazwałbym to drobnymi potknięciami, które mogą się zdarzyć każdemu. Prawdopodobnie budżet na tą produkcje nie był za wysoki i dlatego posiłkowano się taką, a nie inną formą.

Nim przejdę do podsumowania wspomnę, że za wykonie piosenek odpowiada Radwimps. Co tu dużo mówić lepiej nie mogli wybrać. Muzyka znowu porywa i ma tą moc, która dodaje skrzydeł. Zmienili trochę styl w stosunku do poprzedniej części, ale i tak wszystko łączyło się świetnie.

Podsumowując. Jeśli oczekiwaliście dzieła, które przebiję Twoje imię to z przykrością powiem, że takiego nie dostaniecie. Schematy i bieg wydarzeń jest dość oczywisty, a w pewnych momentach będziecie mieć flashbacki. Mimo wszystko warto dać szansę i obejrzeć. Postarajcie się jedynie nie mieć bóg jeden raczy wiedzieć oczekiwań.

Share:

Recenzja Watch Dogs (PC)

 Gry rzadko uderzają w mocne tony. Wielka szkoda, ale czasami to robią z dość różnym skutkiem. Zobaczmy co tym razem wymyślił Ubi.

Francuzi pozazdrościli Amerykanom serii GTA i fenomenu jakim się cieszy ta marka. Jak każdy wielki gracz postanowili zawalczyć o kawałek tortu. Rockstar stawia zwykle na humor i brak poważnego traktowania się. Jak dobrze wiecie lub nie mieliśmy okazję ograć jeden wyjątek wydany na 7 generację konsol GTA 4.

Odsłona ta uderzała w poważne tony i znacząco odbiegała od standardowych części. Powiem wam szczerze, że jak kilka lat temu ogrywałem tą produkcję ta odmiana przypadła mi do gustu.

Przejdźmy jednak rzeczy. Mistrzowie odgrzewanych kotletów (tak mówię tu o Ubi) postanowiło zrobić coś podobnego. Nie chodzi tu o wymienioną wyżej produkcję, a o całą serie.

Nie oni pierwsi nie ostatni co próbują tego dokonać, znowu się rozgaduję. Watch Dogs, bo o tej grze będę tu pisał traktuje się śmiertelnie poważnie jak dramat na faktach. Mamy tu zabójstwa z zimną krwią, załamania nerwowe spowodowane utratą bliskich i chęć vendetty.

Sporo też będzie przemyśleń głównego protagonisty Leo Za…. znaczy się Aidena Pearce’a. Będzie chrypiał jak rasowy twardziel i myślał jedynie jak uchronić swoją siostrę i siostrzeńca. Wykaże się on sporymi rozterkami moralnymi.

Chyba zaczynacie załapywać, że wszystko to jest sarkazmem? W pewnym sensie tak i nie. Aiden faktycznie sporo ma wniosków co do swojej przeszłości i rodziny. Bardzo dobrze, nadaję mu to sporej wiarygodności i pokazuję jego drugie obliczę.

Problem leży w tym, że trochę to sztampowe. Jakoś nie jestem mimo szczerych chęci wstanie wczuć się w jego cierpienie. Może to trochę za duża dawka pitolenia? Możliwe, że nasz protagonista jest dość jedno wymiarowy.

Tutaj bardziej odwołałbym się do sposobu w jakim przedstawiony został Joker w ostatnim filmie. Mamy tam obraz prawdziwego człowieka, który stał się szaleńcem, a w starszych tytułąch to tylko postać z komiksu.

Tutaj w Watch Dogs jest bardzo podobnie. Aiden jest zbyt odrealniony i brakowało mi tej ludzkiej cząstki. Na jego tle najlepiej wypadł dość dowcipny Jordi Chin jedyny wesołek w całej kampanii.

Fakt, faktem wygląda jakby się urwał z Yakuzy z lat 80-tych, ale jest w nim coś z artysty i ma w sobie charyzmę. W pewnym momencie żałowałem, że to nie on jest głównym bohaterem dodałby trochę barw tej przepełnionej patosem fabule.

Kończąc część pierwszą, celem głównym jest zemsta na tych, którzy skrzywdzili rodzinę Aidena. Nie będę więcej pisał, bo musiałbym to i owo ujawnić.

Przejdę teraz do rozgrywki. W dość dobry sposób przeportowano znane mi mechaniki z Ac, gdzie jako assasin biegałem po dachach Florencji. Nie zabrakło składanek i załatwiania po cichu przeciwników, czy takich „wieżyczek”, które odblokowały aktywności poboczne.

A skoro już o nich mowa. Z nieznanych powodów twórcy zmuszają gracza, czyli między innymi mnie do wykonania jednej z tego typu atrakcji, aby móc odblokować jedno z wielu drzewek umiejętności. Genialne (facepalm)! Trochę to przykre, ale mówi się trudno i obejdzie bez tych paru perków.

Innym dość męczącą mechaniką, pardon aktywnością był atak macherów, czyli graczy. Żebym przypadkiem nie ominął tego, przymusowo trzeba było odbębnić misję szkoleniową. Na szczęście można wyłączyć tego typu niedogodności w menu.

No dobrze tyle mankamentów, bo reszta to już tradycyjne błędy, które zawsze występują w produkcjach od Ubi. Skupie się teraz na plusach. Twórcy dość kreatywnie podeszli do hackerstwa.

Wielokrotnie mogłem bez bezpośredniej aktywności (patrz. strzelając za osłony) załatwiać przeciwników. Odciąganie, zwabianie i wysadzanie to i wiele jeszcze innych opcji pozwalały mi dochodzić do celu bez wystrzelenia ani jednej kuli.

Przyznaję, że jest to dobre rozwiązanie wprowadzające pewien powiew świeżości do skostniałego strzelania z Gearsów. Oczywiście, żeby nie było za łatwo nie zabraknie też łamigłówek polegających na odpowiednim połączeniu sieci zabezpieczającej.

Po większości tego typu akcji musiałem uciec lub wybić przeciwników. Jeśli zdecydowałem się na to pierwsze mogłem wykorzystać sieć miejską, aby zmienić światła, włączyć blokadę lub…. Dokonać najbardziej popisowej ucieczki kolejką miejską i przesiąść się gdzieś za miastem i zwiać.

Wszystko to i więcej jest naprawdę bezcenne. Poczujecie też syndrom jeszcze jednej tury, a ujmując rzecz jaśniej kliknięcia przycisku włączającego jakąś przeszkodę.  Pod sam koniec i może w paru jeszcze innych misjach broń będzie musiała „przemówić”.

Strzelanie jest naprawdę bardzo przyjemne, a poszczególne shotguny, uzi i inne karabiny mają właściwą sobie siłę odrzutu za co należy pochwalić. Boty niekiedy próbują dokonać jakiegoś manewru okrążającego, ale szybko można się zorientować, że biegają od ostatniego punktu z którego strzelałem.

Szybko wykorzystuje to na swoją korzyść. Oprócz zwykłych oprychów dodano jeszcze średnio opancerzonych i takich co są żywymi gąbkami.

Z pomocą przyszły mi granaty, dynamit i inne materiały wspomagające. W niektórych wypadkach można po prostu przebiec obok, ale rzadko przynosi to właściwy skutek.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Miasto jest prześliczne. Możemy znaleźć tu istniejące miejsca podobnie jak L.A. Noire lub Spaider-manie. To co jeszcze wyróżnia z tłumu, czy też na tle GTA jest gps. Zamiast gapić się na mini mapę miałem niebieski pas składający się z strzałek, które prowadziły do celu.

Samo zakończenie jest zrobione ciut lepiej niż reszta część kampanii. Wreszcie mogłem poczuć się, że jest to świat posiadający więcej niż tylko dwa kolory.

Podsumowując. Watch Dogs wydany między innymi na PC jest grą wartą uwagi. Mimo, że gdzie nigdzie trąci myszką to wciąż bardzo dobra gra, a że już minęło te dobre parę lat od premiery możecie kupić ten tytuł w dobrej cenie. Moja ocena 8/10.

A jak prezentuje się wasz ulubiony „klon” GTA? Napiszcie w komentarzach :D

Share:

Recenzja anime Hal

Kolejna perełka, która jest warta obejrzenia. Fabuła z pozoru wydaje się w miarę oczywista. Nie dajcie się jednak zmylić, bo jest tu znacznie więcej niż się wydaję.

Od pierwszych minut byłem już pod wrażeniem kontrastów jakie zafundował nam Ryotaro Makihara. Małe miasteczko, a w nim robot. Zaraz potem obserwujemy jak wykonują jakieś prace metodami rodem z wieków średnich.

Aby jakby nigdy nic pojawił się jednemu z bohaterów drugoplanowych smart fon w dłoni, a na niebie leci od tak samolot. Smaczków tego typu jest więcej. Co daje jedynie ciekawy dodatek, bo nie odgrywają większej roli w całym filmie. Jedynie lub, aż nakreślają motywacje niektórych bohaterów przedstawionych w retrospekcji.

Główny wątek dotyczy Kurumi i Haru. Z samego zwiastuna dowiadujemy się o śmierci głównego bohatera. Wiec nie jest to spoiler. Aby zaradzić traumie w jakiej jest dziewczyna po stracie bliskiej osoby jej krewni starają się wykorzystać roboterapie.

Przez niemalże cały film widzimy jak terapeuta stara się do nie jej dotrzeć z różnymi skutkami. Całość jest utrzymana w dość pogodnym klimacie, a ciepła paleta kolorów i miejsce w której rozgrywa się akcja jedynie potęguję to wrażenie.

Gdzie nigdzie można dostrzec nawiązania stylistyczne do produkcji studia Ghibli. Warto mieć to na uwadze oglądając pierwsze spotkanie pacjenta z lekarzem. Co do fabuły, emanuję ona niezwykłym ciepłem i bohaterami, którzy nie są jedynie tłem.

Każdy z nich ma coś do powiedzenia i spełnienia swoją role. Jak widać każdy musi dołożyć swoją cegiełkę do całości. Podejście Haru były niekiedy rozbrajające, jak maszyna może pojmować świat ludzi.

Wspólnie z nim widz może się uczyć jak otworzyć się na innych i rozumieć czym jest smutek, który mają w sobie ludzie. W filmie wielokrotnie pojawiają się kostki Rubika. Wiem, że trochę to dziwnie zabrzmi, ale są one ostatnią wolą, nie życzeniem, tak prośbą Kurumi. Haru starając się do niej dotrzeć realizuje je. Jednocześnie stara się pojąć czym jest przedmiot nie posiadający wartość, czy po prostu bycie przy drugiej osobie.

Na sam koniec nie mógłbym nie wspomnieć o wyjątkowym stylu graficznym. Detale były pokazane w najdrobniejszych szczegółach. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec wszystkie przedmioty, które są interaktywne.

Każde pomieszczenie miało w sobie ukrytą część historii, którą chciało opowiedzieć. Świątynia, rzeka miasto to wszystko żyło. Chłonęło się całym sobą i pragnęło się więcej. Wszelkie animacje były odpowiednio dopieszczone i przez co dawało to więcej radości z oglądania tak wybitnego dzieła.

Podsumowując, Hal jest kolejnym obrazem, który mogę polecić każdemu kto ceni sobie dobre kino. Nie ma co się zastanawiać. Każdy znajdzie tu coś dla siebie i będzie z całą pewnością dobrze się bawił. Ocena końcowa 9/10. 


Share:

Recenzja L.A. Noire (PC)

Czy te oczy mogą kłamać? Możliwe, że tak, albo lepiej zakwestionować to lub stwierdzić, że to kłamstwo. Jak będzie to się okaże w trakcie śledztwa.

Uwielbiam produkcję, które skupiają się na fabule. Głębia i akcja to jest to, czego potrzebuję w solidnej produkcji. Tak sądziłem, że będzie gdy włączałem L.A. Noire. Tytuł ten w teorii posiada wszystko klimat z starych filmów gangsterskich. Odpowiednie ramy czasowe, a mowa tu o Los Angeles z drugiej połowy lat 40-tych XX w.

Warto wspomnieć o dołożeniu starań przy wykonaniu realistycznych twarzy, które miały odzwierciedlić najdrobniejsze zmiany nastroju rozmówcy. Mało tego śledztwa posiadają niekiedy drugie dno.

Jednak najważniejszą sprawą jest to, że od gracza zależy jak się skończą poszczególne śledztwa. Teraz powinienem stwierdzić, że L.A. Noire jest perełką wartą każdego grosza.

Niestety tak nie jest. Mając okazję ograć takie tytuły jak Sherlock Holmes: Crimes and Punishments, czy The Devil's Daughter mogłem co najwyżej popatrzeć z politowaniem nad nieudolną próbą stworzenia produkcji przygodowej, która pozwoli mi się wcielić w detektywa.

Zacznę jednak od początku. Kampania składa się z 21 misji fabularnych i ok. 42 pobocznych nie łapcie mnie za słowo. Większość z zadań głównych to samodzielne historie. Jednakowoż łączą się pewnymi klamrami.   

Przykre jest to, że w połowie gry dostaje człowiek mokrą szmatą w pysk, aby się dowiedzieć, że cały czas się mylił. Błędy te nie należy rozumieć jako pomyłkę, czyli źle wykonane zlecenie. Z tego też powodu, że po każdym śledztwie mogłem zostać pochwalony lub ochrzaniony. Wszystko zależało od rezultatu.

A teraz wyobraźcie sobie, że odkreślacie same udane akcje, a potem ktoś wylewa wam na głowę kubeł zimnej wody. Nic przyjemnego. Rozumiem, że twórcom chodziło pokazanie czym jest korupcje, władza absolutna itp.

Nie zmienia to faktu, że raz zadany cios niesprawiedliwy bardzo boli. Dalej zaczynają się misje, gdzie nawet nie musimy tropić sprawcy. Jedynym celem jest znaleźć poszlaki i zebrać właściwe reakcje, o których napiszę później.

Dla sprawiedliwości dziejowej napiszę, że były przypadki, gdzie mogłem oskarżyć o dane przestępstwo podejrzanego. (Huura!) Szkoda tylko, że było to tylko 2 przypadki. W pozostałych wychodziło to na zasadzie: ok., to ją zabiłem. Innymi słowy musiał się przyznać.

Same śledztwa polegały na tym samym. Trzeba było znaleźć poszlaki, które znajdowały się na miejscu zbrodni. Pad wibrował, a z głośników dobiegał sygnał dźwiękowy. Bez tego nie dało się znaleźć większości dowodów.

Ważna niekiedy też była kolejność odwiedzanych miejsc. Jeśli zebrałem wszystkie poszlaki to miałem do dyspozycji więcej opcji dialogowych.

Tutaj muszę zawadzić o budowę świata. L.A. Noire jest swego rodzaju piaskownicą. Jedynie co można na niej robić oprócz wykonywania misji jest odkrywania historycznych lokacji. Smaczek całkiem do rzeczy, bo lubuje się w treściach tego typu. Nie uwierzycie jakie było moje zaskoczenie, gdy w jednej zagadce trzeba było je wykorzystać.

Czytałem pilnie co przeciwnik miał do przekazania i szukałem na mapie miejsc pasujących. Niestety parę z nich były zlokalizowane w nieodkrytej do tej pory części miasta. Gdyby nie to, że zaimplementowano podpowiedzi, a raczej auto odpowiedzi to zmuszony byłbym do skorzystania z Lets play na Yt.

Hylę czoło przed tak „genialnymi” łamigłówkami. Baboli było znacznie więcej. Zacznę od słynnych twarzy. Szczerze? To mogli mieć oni na sobie maski i nie byłoby żadnej różnicy dla rozgrywki.

Fakt, były zabawne, a nie raz i pokraczne. Efektem dodania ich to L.A. Noire było stworzenie kontrastu. Bardzo brzydkiego otoczenia i tego mimo wszystko ciekawego efektu graficznego. Dalej, nie raz, nie dwa przesłuchiwany potrafi się przyznać, aby po chwili zaprzeczyć temu co mówił.

Innym absurdem jest to, że mimo weryfikacji podanych faktów i potwierdzenia przez świadków danych wydarzeń trzeba je zakwestionować zeznania, aby uzyskać właściwą reakcję. Logiczne prawda? (Jak coś to było pytanie retoryczne).

Nie raz nie dwa, winowajcy pojawiali się na sam koniec, a biedny detektyw miał się domyśleć, że to ta, a nie inna osoba jest winna. Nic tylko siąść i płakać. Na szczęście to marne śledztwa ratowały koła do publiczności.

Dzięki nim dało się usunąć zły wybór lub zobaczyć, który jest tym właściwym. Nie można tego używać non stop dlatego trzeba wykonywać zadania poboczne. Większość z nich polegała na zabiciu podejrzanych.

Podobnie było z rozgrywką. Lwia część kampanii to przygotówka. Dopiero na koniec broń zaczyna odgrywać większą role, a tak strzelałem na side q i w oskryptowanych momentach. Ogrywałem grę na padzie i od razu uprzedzam, że nie macie co liczyć na jakieś wspomaganie. Trzeba wykazać się swoimi umiejętnościami.  

Przejdę teraz do samej fabuły. Zaliczyłbym ją do starego dobrego kina i to jest mocna strona tego tytułu. Zwroty akcji są, a rasizm i uprzedzenia na tle politycznym, czy światopoglądowym stoją na porządku dziennym.

Generalnie dziś ta gra byłaby okrzyknięta propagatorem mowy nienawiści i dowodem okrucieństwa policji wobec afro amerykanów. Za to należy się szacunek, że podeszli do tematu solidnie i nie cackali się w poprawność polityczną.

W L.A. Noire miałem dwa cele z czego ten pierwszy był nieprzyjemny, tak jak pisałem wyżej natomiast drugi już uznać mogę za zadawalający. Raz, że odeszli od klasycznego nazwijmy podejścia, a dwa, że nie będzie kontynuacji. 

Co do istotniejszych elementów fabularnych to są partnerzy służbowi z kórymi protagonista pracuje. Ich rozmowy są naprawdę błyskotliwe i co awans wyżej tym gorsi się pokazywali. Z innej beczki jeden z nich jest polakiem. O dziwo, w samej grze spotka się dość często nazwiska polskojęzyczne.

I tak wygląda L.A. Noire gra inspirująca do symulatora. Niestety jest dość nierówna, a do tego wymaga dopracowania przesłuchań, tak aby nie liczyć na fart. Bo ten wielokrotnie bardzie się przydawał niż analiza dowodów i zeznań świadków. Moja ocena 7/10.


Share:

Recenzja Upiora z opery

Raz na jakiś czas warto zmienić temat. Powiedzmy sporadycznie, rzadko, a może od święta. Zamiast tradycyjnego materiału coś wyjątkowego.

Upiór z opery, film z 2004 r. w reżyserii Joela Schumachera to bez wątpienia dzieło wybitne i ponadczasowe. Ambitne jest to kino, które zawiera utwory zapadające w pamięć nawet całe lata po obejrzeniu filmu.

The Fanthom of opera jest ekranizacją książki. Powieść ta to dramat pochodzący jeszcze z XIX w. z tego też powodu język tam użyty jest już nieco archaiczny. Mimo to czytałem to z zapartym tchem w gimnazjum.

No dobrze, odbiegam trochę od tematu. Akcja filmu odbiega nieco od oryginału z tego co pamiętam. W wersji kinowej mamy podział na czas obecny i przeszłość, która jest de facto trzonem tej produkcji.

Upiór w operze przybrał formę dramatu i musicalu. Głównymi bohaterami i zarazem wokalistami są Gerard Butler (Upiór), Emmy Rossum (Christine Daaé), Patrick Wilson (Raoul de Chagny). Śmiało mogę stwierdzić, że są wybitnymi artystami, którzy błyszczeli jasno na srebrnym ekranie.

Tchnęli oni w swoje postacie życie. Nadali im jak najbardziej wiarygodność i realizmu jakim się im należał. Nie mogę się do niczego praktycznie doczepić jeśli chodzi o ich wykonanie. Fabuła jaką śledziłem z najwyższą uwagą wciąga jak bagno.

Żeby oddać sprawiedliwość nie zabrakło paru potknięć w scenariuszu. Ale po kolei, nie będę uprzedzał faktów. Główną bohaterką jest młodziutka artystka Christine Daaé. Obiecująca wschodząca gwiazda, talent, który należy odkryć.

Tak też się stanie, bo w gmachu żyje tajemniczy upiór. Szaleniec, geniusz, a dziś nazwałoby się go pschofanem. Początkowo przedstawiony jest jako anioł muzyki. Lecz niedługo później pokazuję swoje prawdziwe obliczę.

Między czasie zjawia się też wice hrabia Raoul de Chagny. Od momentu debiutu gwiazdeczki Daae wszystko zaczyna przyśpieszać. Tempo jest naprawdę szybkie i równomierne.

Nie powinno to nikogo zaskoczyć jak napiszę, że parę elementów przekręcono lub też nadinterpretowano. Antagonista tej historii rzeczywiście był geniuszem muzyki, ale jednocześnie zabójcą, który podróżował po świecie.

Jego światem nie był jedynie budynek opery i sposób w jaki skończył był całkiem inny. Wątków tego typu jest znacznie więcej. Zniesmaczyć może tylko tych, co znają materiał źródłowy.

W tym szaleństwie i to niekiedy dosłownym zauważyć można pewne schematy działania u ludzi zawładniętych obsesją na punkcie „ukochanych”. W momencie kiedy oglądamy kryjówke Upiora są sceny, gdzie widoczne są podobizny  Christine, klasyka, ale nie sztampa.

Jeśli już się czegoś czepić to zachowania, planowania w działaniu Raoula. W pojedynku na cmentarzu mógł zabić oprawcę, ale został powstrzymany przez Daae. No, ok. można uznać to za argument uzasadniający jego działanie. Tylko, czemu puścił go wolno?

Dalej było już tylko lepiej. Upiór żąda kategorycznie wystawienia jego opery. W gmachu znajdują uzbrojeni policjanci (straż miejska). Każdy z nich ma karabin, a więc oddanie zestrzelanie napastnika nie stanowi problemu.

O ironio ten mimo tego, że wystawia się jak kaczka na patelni dobre parę minut to nie wykorzystują tego. Wszystko to po to, aby zrobić dramatyczne zakończenie do którego nie powinno dojść. No trudno, za pierwszym razem jak to oglądałem kilka lat temu jakoś nie zauważyłem.

Na sam koniec trochę sobie zażartuję z absurdów jakie w samej powieści i filmie wystąpiły. Głowna bohaterka, która żyje już na przełomie XIX i XX w. wieży w istnienie anioła, który ją uczy śpiewu. Ciekawe jak to robił, niewiadomo, ale jakoś dał radę.

Kolejna rzecz, scena jak wpływają do podziemi i automatycznie poruszająca się krata i świeczniki wyłaniające się z wody, które są już zapalone. Prawdziwy przyrost formy nad treścią.

Podsumowując, mimo tych i innych niedociągnięć jest to naprawdę dobre kino wartę twojego czasu. Gorąco polecam obejrzeć Upiora w operze.


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie