• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Metro Exodus

 Ostatnio mam szczęście trafiać na dobre produkcję. Zaglądając na bloga można mieć nieco inne wrażenia patrząc na wpisy z dlc do Fallouta.

Po przygodach w Indiach przyszła pora, aby ponownie ruszyć na pustkowia. Tym razem nie będą już to tereny Stanów, a naszego sąsiada Rosji. Musicie wiedzieć towarzysze, co jak co, ale postapo to oni mają o niebo lepsze niż ci cuchnący kapitaliści.


Żarty na bok. No z wyjątkiem faktów, że 4A Games mimo skromniejszego budżetu zrobiło o wiele lepszą grę. Czapki z głów. Zapytacie, ale co robią lepiej? Zacznijmy od tego, że Metro Exodus odwzorowuje świat bardzo, ale to bardzo wiernie.

Nie doświadczyłem tam, żadnej pseudo twórczej koncepcji zmieszanej z teoretycznie istniejącą architekturą. Jeśli scenariusz III wojny światowej by się spełnił to jestem przekonany, że świat wyglądał by tak jak pokazano to w ME. Oczywiście nie było tam potworów potocznie zwanych mutantami.


Lokacje w Metro Exodus są znacznie mniejsze, co pozwoliło na wypełnienie ich po brzegi zawartością. Każdemu, nawet mnie, udzielił się syndrom eksploratora. Czyszczenie map na maksa jest czymś tak oczywistym, że aż się zdziwię, że ktoś tego nie zrobił tego odruchowo.

Kampania jest dość krótka, bo zaledwie 15 godz. grania. Problemem nie jest czas sam w sobie, a to, że ma się ochotę na jeszcze więcej. Czuję, że wykupię dlc (patrzy na pusty portfel).

Każda misja to inny świat z własną historią. Raz trafimy na sektę amiszową, a innym razem trafi się na dno piekła i to dosłownie. Piękno i obrzydzenie przeplata się na każdym kroku. Nie raz można się zatrzymać w jakimś punkcie widokowym lub pomieszczeniu i podziwiać niesamowite detale.

Dodam, że to nie wszystko ma się rozumieć. Rozgrywka jest naprawdę krwista, ale lepiej nie być zbyt żądnym mordu. Doszedłem do momentu, który zainteresuje większość z was. Walka jest naprawdę satysfakcjonująca.

Dostałem dużą liczbę broni do wyboru. Każda daję inny efekt i to da się odczuć co bardzo mnie cieszy. Mało tego przerabianie splów i czyszczenie ich szybko weszło mi w nawyk. Dlatego zaprzyjaźniłem się z warsztatem błyskawicznie.

Zmiana części w broni palnej jest naprawdę sprytnie zaprojektowane. Przykładowo z zwykłego rewolweru można zrobić snajperkę itp. Generalnie, rzecz biorąc warto zbierać wszystko co się da, aby w czasie starć z mutantami lub bandytami  wyjść cało.


A skoro o nich mowa. Za dnia miałem mieć więcej czujnych ludzi, a za to zwierzyna będzie grzecznie spała. Mogę  się z tym połowicznie zgodzić. Raz udało mi się zaskoczyć latającego demona i władować mu całą serie w dupę.

Innym razem jak zmierzałem do jednego z punktów z misją fabularną nie mogłem się odpędzić od „gąbek” (potworów). Od razu dodam nie miało to styczności z wykonywanym q. Dopiero na poziomem łatwym można zauważyć subtelną różnicę dnia i nocy pod kątem liczby i rodzaju przeciwników.


Kolejną dość istotną sprawą jest pojemność magazynków. Byłem zaskoczony faktem jak mało można w nich pomieścić. Początkowo było to ok. 50 sztuk. Dopiero zmiana kombinezonu poprawiła tą sytuację.

Ciekawostką jest fakt, że w poprzednich częściach na poziomie średnim można było mieć ok. 200 amo. Pół biedy jak się walczyło z ludźmi, bo ci mieli swoje zasoby, gorzej jako to były moby. Jedyny wyjątek stanowi kusza. Bełty można wyciągać z truchła.

Dlatego tutaj ujawnia się drugie oblicze Metra. Skradanie się i cicha eliminacje. Taka zmiana taktyki to prawdziwy powrót do korzeni rodem z Tom Clancy's Splinter Cell. Posiadane przyrządy pomagają w określeniu, czy znajduje się w całkowitych ciemnościach lub świetle.

Warto jeszcze zaznaczyć na przykry skrypt jaki wprowadzili twórcy. Każdy przeciwnik zanim zdecyduję się zaatakować stoi jakieś parę sekund co umożliwia wbicia headshota. Trochę zbyteczne ułatwienie, ale co poradzić. Podobnie jest z "gąbkami".

 O ile walka z ludźmi nie zmienia się jak schodzi się z poziomem trudności to z mutantami już tak. Pierwsza rzecz to liczba ich. Od razu rzuci się w oczy, że jest ich mniej. Kolejną różnicą jest fakt, że zaczynają atakować na dystans. 

Co do cech łączących jest to, że zawsze na początku wystawiają się na odstrzał i jak wspominałem wyżej chłoną i to dość sporo amunicji.  

Przejdźmy teraz do fabuły. Tutaj też zachowano naprawdę wysoki poziom. Akcja ME zaczyna się w Moskwie, kończy na ziemi obiecanej. Można trochę to przyrównać do wędrówki Mojżesza.

W ciągu całej tej podróży poznamy lepiej każdego z Spartan. Mają oni naprawdę wiele do powiedzenia. Nie raz nie dwa, jak już chciałem zakończyć grę lub przejść do następnej misji, ale okazało się, że mają dużo, ale to dużo do opowiedzenia. W sumie każdy bohater towarzyszący jest gadułą.

Z jednej strony dobrze, a z drugiej obnaża problem z milczącym protagonistą. Nawet devowie robią sobie z tego jaja i podkreślają jaki on jest grzeczny i słucha zamiast drzeć mordę. Mnie osobiście to ani nie ziębi ani nie grzeje.


Jedynie odebrałem to jako cięcia w budżecie i próbę utworzenie lepszej możliwości wcielenia się w Artiemia. W czasie podróży będzie parę zwrotów akcji, których się nie spodziewacie ewentualnie zastanowicie coś tu nie gra.

Tak jak pisałem wcześniej każda mapa to inna historia z własnymi celami. Podobnie jak w stacjach metra społeczności żyjące tam są naprawdę niepowtarzalne. Nie da się ich pomylić, a do tego gdzie nigdzie trafi się na ciekawą osobistość.

Istotą rolę odgrywa sam pociąg Aurora. Momenty spędzone w tej strefie przejściowej wspominam najlepiej. Można się tam wyciszyć i praktycznie nie miałem ochoty stamtąd wychodzić.

W samej fabule nie zabraknie wątków rodem z klasyki literatury, gdzie musi wyjść na wierzch dramat lub ukazanie ważnych chwil wymagających odpowiednich decyzji. 

Przyszła teraz pora na wszystko to co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Z innych aktywności warto ratować napotkanych ludzi. Dzięki temu dostajemy bonusy i istotne informacje.  

Ostatnim wątkiem jest umieszczanie dużej liczby stert ze ludzkich zwłok. Gdy trafiłem na to raz za razem byłem pod wrażeniem jaki tworzyło to klimat. Potem długo nic… Znaczy się był to tu to tam szkielet lub coś innego. Lecz na końcu spamowali tym jak EA mikrotransakcjami.

Zamiast szoku, strachu, czy smutku to czułem obojętność wobec pozostałości zbrodni jakie miałem okazję ujrzeć.

Podsumowując. Metro Eksodus to naprawdę wybitne dzieło, w które powinien zagrać każdy miłośnik postapo. Mamy tu realistyczny świat wypełniony po brzegi w bogatą zawartość. Historia wciąga jak bagno. Walka jest naprawdę dopracowana. Jedynie czego można się czepić to kiepskiej animacji twarzy i błędów z fizyką. Ocena końcowa to nic innego jak 9/10.

Share:

Recenzja Ucharted 4: Zaginione dziedzictwo

 Krótka, czy długa gra? Odwieczne pytanie jakie zadają sobie gracze i twórcy. Z jednej strony dobrze by było, aby trwały jak najwięcej. Lecz, czasami miło jest zaliczyć coś na jednego strzała. 

Taką grą jest właśnie Ucharted: Zaginione dziedzictwo wydany jedynie na Ps4. Nie zapomnę pierwszych minut gry. To było, ba jest czymś w rodzaju tsunami wysokiej jakości oprawy graficznej.

Wszystkie szczegóły na budynkach, światła i odbicia w kałużach to była po prostu magia jaką mogli zrobić tylko ludzie z Naughty Dog. Warto jeszcze zauważyć jaką dbałość włożono w takie elementy jak mimika twarzy lub fakt, że jak jedna z bohaterek musi coś odłożyć to widać  jak to robi zamiast znikać w „nicości’.

Smaczków tego typu jest o wiele więcej, co nadaje pewnej wiarygodności. Oczywiście nie zabrakło baboli typu przenikające obiekty lub nadnaturalnych umiejętności postaci i śmiesznych błędów z fizyką.

Skoro zacząłem od formy, a nie treści to muszę zwrócić uwagę na inspirację lokacjami z Madagaskaru. Indie trochę je przypominały, a jedyna otwarta lokacja to już do bólu wyglądała tak samo jak w Kresie złodzieja.

Zaryzykuje i stwierdzę, że była nawet większa. Swoją drogą jak tam trafiłem to nawet się na chwilę zaciąłem, ale jak już znalazłem właściwy trop to poleciało już z płatka. Zanim przejdę do fabuły warto dodać, o dość już popularnym trybie fotograficznym, który jest już praktycznie standardem.


Co chwilę się zatrzymałem, aby podziwiać widoki. Nawet sami twórcy chcieli zaakcentować to i
Chloe znana z drugiej części serii cyka focie co jakiś czas. Jak dla mnie jest to najładniejsza produkcja 2020 r. jaką ograłem. No dobrze, a teraz o fabule.

Tutaj też zaliczyłem niespodziankę. Ani złą ani dobrą neutralną. Uncharted przyzwyczaiło mnie do tego, że zaczyna się od jakiejś sceny pełnej adrenaliny, a potem mamy cofnięcie do początku.

Tutaj nie było czegoś takiego. Nie znaczy to, że od razu jest nuda, bo kampania jest na to za krótka. Zajęło mi to jedyne 6 godzin na poziomie średnim. Głównymi protagonistkami jest wspomniana Chloe Frazer, i antagonistka z U4 Nadine Ross i jeszcze ktoś.


Nie będę psuł wam niespodzianki, bo jest naprawdę miła. Celem głównym jest jak zwykle starożytny zabytek, o sporej wartości. Standard, a do tego kolejny watażka chce, go zdobyć dla siebie.

Jak łatwo się domyśleć wiąże się to z walką z hordami najemników i na końcu z samym złowrogim przydupcem. Sama walka praktycznie niczym się nie różni od tego co znamy w podstawce. Choć jest pewien paradoks. Z jednej strony wrogowie stają się stosować różne taktyki z całkiem niezłym skutkiem, a z drugiej... No cóż, można im wisieć przed nosem i stwierdzą, że nic nie widzą. Taka ironia jak widać.

Przyjże się teraz relacją pań. No tutaj mamy coś w rodzaju od nie cierpię cię do moja najlepsza przyjaciółko. A gdzieś pośrodku będzie poruszanie ważnych spraw osobistych i ocean empatii itp.


Osobiście mnie to nie przeszkadzało, ale jak się na tym człowiek zastanowi, choć sekundę to widzi, że nie trzyma się to kupy. No, ale kto powiedział, że musi być, aż tak realistyczne. Na sam koniec co nieco o balansie akcji i eksploracji.

Mamy tutaj stanowczo więcej spokojnych momentów jak się zrobi analizę. Na szczęście nawet tego nie czuć. Liczba ciekawych rozmów między paniami, a nawet monologi samej ze sobą są na tyle przyjemne, że nie zwraca się uwagi na ich częste czasy antenowe.

Paradoksalnie ma to jeden duży plus! Sam finał dużo dzięki temu zyskuje. Włożono tam tyle kaskaderskich scen, że nie sposób oderwać oczu od tego co się dzieje na ekranie. W sumie bardzo dobrze. Nawet walka z bossem nie była tak upierdliwa jak w U4, co należy pochwalić.

Czy warto zagrać Ucharted: Zaginione dziedzictwo? Nie mam co do tego wątpliwości, że tak trzeba. Jest to naprawdę warta uwagi pozycja, która stanowi kropkę nad i tej serii. Ocena końcowa 9/10.

 

 

Share:

Recenzja Fallout 4: Nuka-World (PC)

Ostatnie DLC z Fallout 4 za mną! Na reszcie za mną! Co za ulga, ludzie naprawdę jak mi ulżyło. No a teraz przejdźmy do omówienia. 

Zacznę od najważniejszego to wciąż Fallout 4 i nic po za tym. Nie róbcie sobie nadziej, że tym razem zobaczycie coś lepszego. Chociaż wszystko zależy od tego jak się to zinterpretuje. Pierwszy raz od x godzin miałem ochotę trochę pomyszkować po świecie. 


Jeśli jesteście ciekawi co tam znalazłem zapraszam na Instagram. Wróćmy jednak do meritum. Fabularnie jest to przeciętniak z kiepskim zakończeniem. Mówiąc w żołnierskich słowach. Od zera do uber szefa. 

Dość zwięźle to ująłem. Przydało się by to rozszerzyć choć odrobinę. Nuka World to lunapark, który w większej części jest opustoszały lub zajmują go różni „mieszkańcy”. W poszczególnych miejscówkach mamy do zrobienia całkiem sporego q. 

Nie są one jakoś szczególnie rozwinięte, ale warto poeksplorować i przejrzeć poszczególne terminale. Prawdziwe smaczki są właśnie tam ukryte. Sporo można się z nich dowiedzieć. Od samych aktywnych bohaterów dostaniemy co najwyżej klasyczne zlecenia. 


Jak widać szału nie ma. Lecz o dziwo jest coś wartego poświęcenia waszej uwagi. Pierwszy raz w tej części mogliśmy zobaczyć tak spójną otoczkę, czyli budynki itp. Nic z sobą się nie kłóciło ani nie wrzeszczało: co za kicz! 

Tutaj było coś zgoła innego. Człowiek mógł wreszcie poczuć zew urbexu. Dzięki temu przeleciałem parę lokacji i przyśpieszyłem późniejsze wydarzenia w misjach fabularnych. Co do walki i rozwoju nic się nie zmieniło względem samej podstawki, a więc nie będę się o tym rozpisywał w tym tekście. 

Jedyną nowością to nowe zmutowane zwierzęta. Na koniec tego krótkiego jak ten dodatek tekstu. Najciekawszymi miejscami jest nawiedzony dom i strefa z zamkiem. W każdej z tych miejsc jest ktoś kogo warto poznać. 


Na koniec jeszcze o samym finale, po wygranej z „bossem”. Gra nie sygnalizuje, że to koniec. Może ktoś się czepiać, że widać to wyraźnie, ale zaraz zaczyna się ekspansja na wspólnotę i przejmowanie tam wszystkich wolnych gospodarstw i siedzib samych bandytów. 

Przez ten zabieg można dać się zrobić w błąd i grać jeszcze przez parę godzin. Podobnie jak w zadania zlecane przez pewnego „minutnika”.  

Czy warto zagrać w Nuka World? Jak ktoś lubi Falloat 4 to w sumie może, bo nie jest to aż tak tragiczne jak z DLC Mechanikiem, a zrazem wydaje się nawet przemyślane na swój sposób.  


Share:

Recenzja Automatron dlc do Fallout 4 (PC)

 W ostatnich tygodniach, a może miesiącach wydawcy „płaczą”, że gry utrzymują cenę na pułapie cenowym 60$. Fakt, że model płatności się zmienił i nie tylko sprawia, że się chce człowiekowi śmiać.

Po tym wstępie możecie sądzić, że rozpiszę się tu o wyzysku i kolejnej próbie dojenia z kasy graczy. Po części tak będzie…, bo jak można nazwać pobranie opłat za „dlc” Automatron? Jedno z gorszych rzeczy jakie miałem okazję zagrać w tym roku. Na dzień 07.09 br. na steam kosztuje ta „przyjemność” jedynie 44.99 zł.

Od czego zacząć? No tak, cała „kampania” to nic innego jaki wielki feedex! Nie będzie to spoilerem, a przestrogą przed zagraniem w ten dodatek. Jedyne co trzeba zrobić w ramach tej nowej przygody to podążać od punktu do punku. Oczywiście czekają tam atrakcję w postaci hord przeciwników.

Nie zabraknie drobnych odskoczni od tej monotonii w postaci dwóch robotów, z czego jeden będzie nowym towarzyszem, a drugi postacią drugo planową. Największą innowacją jest możliwość budowania pomocników. Blaszaki te mogą służyć nam jako mobilni tragarze lub będę skutecznymi obrońcami.

Jeśli ktoś bawi się w rozbudowę swojego osiedla, farmy lub schronu to się na pewno ucieszy dla pozostałych w tym i mnie jest to jedynie ciekawostka. Jeśli miałbym na siłę doszukiwać się jakiś pozytywów to okolice w które kierują misję zachęcają do eksploracji.

Oczywiście nie przesadzajmy dość często doświadczy się przemiału znanych lokacji, ale jako się uda w końcu coś odnaleźć to jest na czym oko zawiesić.

Jedyne co mnie zaskoczyło to rozmowa z finałowym bossem. Nie będę mówił co i jak, bo jest to jedyna rzecz, która jako tako się trzyma kupy. Przejście całości powinno zając wam nie więcej niż 2 -3 godziny. Wszystko zależy od tego jak mocni już jesteście.

Czy warto zagrać? Na pewno nie! Za wspomniane 44.99 dostajemy absolutne nic. Takie coś powinno być integralną częścią podstawki. Ludzie i tak by określili to zapychaczem, ale przynajmniej nie trzeba było dopłacać do tego chłamu.

Na sam koniec dodam, że pojawi się jeszcze tekst o Nuka-World. Rzekomo jest to najlepsze rozszerzenie. Mam nadzieje, że choć tu będzie co robić. Na sam koniec małe ogłoszenie recka NW będzie ostatnim tekstem z gier na PC, kolejne wpisy będę dotyczyć jedynie produkcji na konsole.

Share:

Słów kilka o Far Harbor (PC)

 Bardzo, ale to bardzo długo nie pisałem nic na bloga. Trochę mi tego brakowała. Mam nadzieje, że w tym czasie ktoś z was zaglądał i czytał stare wpisy.

Ostatnio pracuję nad kilkoma projektami równolegle. Wszystkie dotyczą się oczywiście gier. O ewentualnych rezultatach dowiecie się jak już je zakończę. Póki co mogę odsłonić jeden z nich. Porozmawiajmy sobie o  Far Harbor do DLC Fallout 4.


Postawiłem sobie za cel zrobić serie w 80 gier dookoła świata, gdzie akcja poszczególnych tytułów rozgrywałaby się w rzeczywistych miejscach. Mieliśmy już
Gta V, L.A. Noire, czyli Los Angeles, a także Spider-Man w Nowym Yorku. W przypadku F4 jest to Boston.

Nie wszystkie wydarzenia rozgrywają się w tym mieście. Możemy jednak podciągnąć je pod USA i dzięki temu na swój sposób trzyma się to kupy. Wraz z wbiciem dziesiątego poziomu pojawia się zadanie poboczne, które jest wprowadzaniem do pierwsze z trzech rozszerzeń fabularnych do Fallout 4.

Celem główny jest uratować córkę klientów i sprowadzić ją całą do domu. Wraz z dotarciem na wyspę, która jest nową lokacją sprawa znacząco się komplikuję. Szybko trafiamy między wojnę trzech frakcji. Mamy dobrze wszystkim znane Dzieci Atamu, ludzi z Far Harbor i Acadia zamieszkałą przez syntków.

Fabularnie nie jest źle jak na Bethesda, co nie zmienia faktu, że jest miernie. Przejście tej kampanii nie zajmie wam więcej jak dwie godziny. Tak zapewne będzie jeśli będzie unikać pobocznych zadań takich jak wendeta pani Dalton, która co chwilę wysyła nas, abyśmy zemścili się za kogoś z jej rodzinny.

Wszelkie misje, no może z wyjątkiem jednym to nic innego jak feedexy. Jak wiadomo od każdej zasady jest wyjątek i tak też tu jest. Jeden z robotów służących zleca rozwiązania sprawy morderstwa.

Przyznam, że tu bawiłem się przednio, a każdy mieszkaniec miał bogatą osobowość. W trakcie poszukiwać mordercy można dowiedzieć się co nieco więcej o Vault-Tec i ich szalonych planach.

Dalej niestety nie jest już tak różowo misja główna to odkrycie wspomnień DiMY przywódcy Acadi. Jak się z tym uporamy to zostaje tylko zakończyć grę i tyle. No ok, dla sprawiedliwości dziejowej. Dzięki pozyskaniu ukrytych danych odblokuje się parę opcji rozwiązania konfliktu na wyspie. Warto zapisać sobie grę i sprawdzić co się stanie jeśli podejmiemy takie, a nie inne decyzje.

Powtarzanie kampanii od nowa mija się z celem z tego powodu, że wcześniejsze q mają tylko pomóc nam w wyborze ostatecznego rozwiązania problemu. Szczerze? Tak bardzo się tym przejąłem, że w pierwszej kolejności odpaliłem najgorszy scenariusz. Totalną zagładę, ale przez to odkryłem, że podjęcie jednego wyboru nie blokuję poprzedniego.

W związku z czym mogłem w dowolnym momencie wycofać i zrobić coś całkiem innego. Sprawdziłem co jeszcze da się zdziałać. Siłą rzeczy wybrałem pewien kompromis. Co poradzić, gracze (w tym i ja) chcą być dobrymi i odstawić szopkę z bohaterem.

Tak wygląda z grubsza zawartość Far Harbor. Oczywiście nie zabraknie ciekawych miejsc do oczyszczenia i co ważniejsze mgła, która jest tu wszech obecna wprowadza niesamowitą atmosferę i warunki do robienia dobrych fotek na Instagram.

Na sam koniec warto wspomnieć o pewnym absurdzie jakie zafundowali twórcy. Tak jak pisałem wyżej w ramach misji głównej zdobywamy dyski z pamięcią DiMY. Ostatni z nich, który jest opcjonalny informuje nas o ulepszonych pancerzach wspomaganych.

Ci co się natrudzili i rozwiązali to wyzwanie musieli się poczuć jakby dostali mokrą szmatą w pysk kiedy się dowiedzieli, że ich nagrodę dostali także ci co dali sobie z tym spokój. Uzbrojenie znajduję wraz z jednym ze dysków, które i tak trzeba zdobyć.

Brawo! Strzał w kolano, wróć strzał bombą atomową w kolano. Inaczej się nie da tego ująć. Cała reszta, czyli walka itp. jest taka sama. Potwory, bossowie to wciąż to samo co dobrze znamy, a wiec nic czym warto się zainteresować.

Podsumowując ten wywód. Nie mamy tutaj ratowanie świata z pompom, a sporo rozterek moralnych, które zostały tak rozwodnione, że praktycznie nic po nich nie zostało. Jedynie gra aktorów ratuję tą podniosą atmosferę, bo reszta leży  jak w samej podstawce. Jeśli ktoś kupił edycję rozszerzoną to niech zagra nic nie traci, a może się nawet spodoba, a ci z was co kupili czystą wersję to niech was ręka boża broni przed wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

Share:

Recenzja Tenki no ko

 W końcu się udało, po długich miesiącach oczekiwania mogłem obejrzeć najnowsze dzieło mistrza Makoto Shinkai. Pierwszy raz od dawna pełen nadziej i oczekiwań rozpocząłem seans.

Wszyscy szanujący się otaku pamiętacie jego film z 2016 r. Twoje imię. Obraz ten wrył się mi w pamięć już na zawsze podobnie jak muzyka z tego filmu. Nie ukrywam, że obejrzałem pozostałe produkcje tego reżysera.

Nie mogłem przestać ochoć i achać nad jego geniuszem i poczuciem stylu. Staram się jednak nie zapędzać z oczekiwaniami co do ostatniej produkcji Tenki no ko. Wiedziałem jedno, cokolwiek stworzył Shinkai – sama będzie wybitne.

Koniec końców tak było. Dostałem dzieło z górnej półki. Nawet nie wiedząc kto jest twórcą można zauważyć wykorzystywane motywy, czy kreację bohaterów. Podobnie jak w ostatnim filmie mamy odwołanie do japońskich wierzeń ludowych.

Tym razem będzie to o słonecznej dziewczynie. Brzmi to trochę banalnie, ale chodzi tu o kapłankę, która może kierować pogodą. Lecz jak wszystko ma to swoją cenę. Nie będę zdradzał jaką sami się musicie przekonać.

Polacy mają Warszawę, Amerykanie Nowy York, a Japończycy Tokio, tam też rozgrywa się akcja Tenki no ko. Od samego początku towarzyszymy głównemu bohaterowi szesnastoletniemu Morishima Hodaka.

Młody buntownik, który postanawia uciec z domu i szukać szczęście w wielkim mieście. Początkowo mu się nie wiedzie, aż do momentu kiedy zwraca się o pomoc do obcego mężczyzny, którego poznał w czasie rejsu.

Swoją drogą koleś wygląda jak lump, czy raczej taki tani mafiozik. Na szczęście okazuje się inaczej. No mniejsza, protagonista dostaje u niego pracę jako dziennikarz. Można nazwać to zrządzaniem losu, bo dzięki temu rusza śladem słynnej słonecznej dziewczyny.

W tym momencie musiałbym zacząć opisywać fabułę, a to byłoby niewybaczalne. Postaram się wiec jedynie nakreślić ogólnikowo co i jak. Dalsze losy tej dwójki są dość zbliżone jak Taki i Mitsuhy ujmując sprawę jaśniej.

Mamy tu pokazane wzloty i bolesne upadki samodzielnego życia przez osoby niepełnoletnie, które muszą się same utrzymać. Pierwsze skrzypce oczywiście grał wątek miłosny. Widać było stopniowo jak nasi milusińscy się do siebie zbliżają.

W całej historii odebrałem Amano Hina (to ta słoneczna) za bardziej dojrzałą i ogarniającą rzeczywistość dziewczynę. Natomiast Hodaka jest takim kropka w kropkę nieco zagubionym, a może ciut nieogarniętym Takim, któremu przyjaciele zawsze pomagają.

Dopiero na finale dało się poczuć to co tak przez te dwie godziny się doszukiwałem. Wraz hucznym finałem musiałem podnieść ocenę, o parę oczek do góry. Nic nie poradzę, że tak jestem bezkrytyczny (śmiech).

Oprawa graficzna jak zwykle bardzo dobra. Z filmu na film widzę, że więcej jest detali i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jedynie zastanowiło mnie te wstawki 3d, które niestety kulały.

Nie wpłynęły w żadnym wypadku na odbiór. Nazwałbym to drobnymi potknięciami, które mogą się zdarzyć każdemu. Prawdopodobnie budżet na tą produkcje nie był za wysoki i dlatego posiłkowano się taką, a nie inną formą.

Nim przejdę do podsumowania wspomnę, że za wykonie piosenek odpowiada Radwimps. Co tu dużo mówić lepiej nie mogli wybrać. Muzyka znowu porywa i ma tą moc, która dodaje skrzydeł. Zmienili trochę styl w stosunku do poprzedniej części, ale i tak wszystko łączyło się świetnie.

Podsumowując. Jeśli oczekiwaliście dzieła, które przebiję Twoje imię to z przykrością powiem, że takiego nie dostaniecie. Schematy i bieg wydarzeń jest dość oczywisty, a w pewnych momentach będziecie mieć flashbacki. Mimo wszystko warto dać szansę i obejrzeć. Postarajcie się jedynie nie mieć bóg jeden raczy wiedzieć oczekiwań.

Share:

Recenzja Watch Dogs (PC)

 Gry rzadko uderzają w mocne tony. Wielka szkoda, ale czasami to robią z dość różnym skutkiem. Zobaczmy co tym razem wymyślił Ubi.

Francuzi pozazdrościli Amerykanom serii GTA i fenomenu jakim się cieszy ta marka. Jak każdy wielki gracz postanowili zawalczyć o kawałek tortu. Rockstar stawia zwykle na humor i brak poważnego traktowania się. Jak dobrze wiecie lub nie mieliśmy okazję ograć jeden wyjątek wydany na 7 generację konsol GTA 4.

Odsłona ta uderzała w poważne tony i znacząco odbiegała od standardowych części. Powiem wam szczerze, że jak kilka lat temu ogrywałem tą produkcję ta odmiana przypadła mi do gustu.

Przejdźmy jednak rzeczy. Mistrzowie odgrzewanych kotletów (tak mówię tu o Ubi) postanowiło zrobić coś podobnego. Nie chodzi tu o wymienioną wyżej produkcję, a o całą serie.

Nie oni pierwsi nie ostatni co próbują tego dokonać, znowu się rozgaduję. Watch Dogs, bo o tej grze będę tu pisał traktuje się śmiertelnie poważnie jak dramat na faktach. Mamy tu zabójstwa z zimną krwią, załamania nerwowe spowodowane utratą bliskich i chęć vendetty.

Sporo też będzie przemyśleń głównego protagonisty Leo Za…. znaczy się Aidena Pearce’a. Będzie chrypiał jak rasowy twardziel i myślał jedynie jak uchronić swoją siostrę i siostrzeńca. Wykaże się on sporymi rozterkami moralnymi.

Chyba zaczynacie załapywać, że wszystko to jest sarkazmem? W pewnym sensie tak i nie. Aiden faktycznie sporo ma wniosków co do swojej przeszłości i rodziny. Bardzo dobrze, nadaję mu to sporej wiarygodności i pokazuję jego drugie obliczę.

Problem leży w tym, że trochę to sztampowe. Jakoś nie jestem mimo szczerych chęci wstanie wczuć się w jego cierpienie. Może to trochę za duża dawka pitolenia? Możliwe, że nasz protagonista jest dość jedno wymiarowy.

Tutaj bardziej odwołałbym się do sposobu w jakim przedstawiony został Joker w ostatnim filmie. Mamy tam obraz prawdziwego człowieka, który stał się szaleńcem, a w starszych tytułąch to tylko postać z komiksu.

Tutaj w Watch Dogs jest bardzo podobnie. Aiden jest zbyt odrealniony i brakowało mi tej ludzkiej cząstki. Na jego tle najlepiej wypadł dość dowcipny Jordi Chin jedyny wesołek w całej kampanii.

Fakt, faktem wygląda jakby się urwał z Yakuzy z lat 80-tych, ale jest w nim coś z artysty i ma w sobie charyzmę. W pewnym momencie żałowałem, że to nie on jest głównym bohaterem dodałby trochę barw tej przepełnionej patosem fabule.

Kończąc część pierwszą, celem głównym jest zemsta na tych, którzy skrzywdzili rodzinę Aidena. Nie będę więcej pisał, bo musiałbym to i owo ujawnić.

Przejdę teraz do rozgrywki. W dość dobry sposób przeportowano znane mi mechaniki z Ac, gdzie jako assasin biegałem po dachach Florencji. Nie zabrakło składanek i załatwiania po cichu przeciwników, czy takich „wieżyczek”, które odblokowały aktywności poboczne.

A skoro już o nich mowa. Z nieznanych powodów twórcy zmuszają gracza, czyli między innymi mnie do wykonania jednej z tego typu atrakcji, aby móc odblokować jedno z wielu drzewek umiejętności. Genialne (facepalm)! Trochę to przykre, ale mówi się trudno i obejdzie bez tych paru perków.

Innym dość męczącą mechaniką, pardon aktywnością był atak macherów, czyli graczy. Żebym przypadkiem nie ominął tego, przymusowo trzeba było odbębnić misję szkoleniową. Na szczęście można wyłączyć tego typu niedogodności w menu.

No dobrze tyle mankamentów, bo reszta to już tradycyjne błędy, które zawsze występują w produkcjach od Ubi. Skupie się teraz na plusach. Twórcy dość kreatywnie podeszli do hackerstwa.

Wielokrotnie mogłem bez bezpośredniej aktywności (patrz. strzelając za osłony) załatwiać przeciwników. Odciąganie, zwabianie i wysadzanie to i wiele jeszcze innych opcji pozwalały mi dochodzić do celu bez wystrzelenia ani jednej kuli.

Przyznaję, że jest to dobre rozwiązanie wprowadzające pewien powiew świeżości do skostniałego strzelania z Gearsów. Oczywiście, żeby nie było za łatwo nie zabraknie też łamigłówek polegających na odpowiednim połączeniu sieci zabezpieczającej.

Po większości tego typu akcji musiałem uciec lub wybić przeciwników. Jeśli zdecydowałem się na to pierwsze mogłem wykorzystać sieć miejską, aby zmienić światła, włączyć blokadę lub…. Dokonać najbardziej popisowej ucieczki kolejką miejską i przesiąść się gdzieś za miastem i zwiać.

Wszystko to i więcej jest naprawdę bezcenne. Poczujecie też syndrom jeszcze jednej tury, a ujmując rzecz jaśniej kliknięcia przycisku włączającego jakąś przeszkodę.  Pod sam koniec i może w paru jeszcze innych misjach broń będzie musiała „przemówić”.

Strzelanie jest naprawdę bardzo przyjemne, a poszczególne shotguny, uzi i inne karabiny mają właściwą sobie siłę odrzutu za co należy pochwalić. Boty niekiedy próbują dokonać jakiegoś manewru okrążającego, ale szybko można się zorientować, że biegają od ostatniego punktu z którego strzelałem.

Szybko wykorzystuje to na swoją korzyść. Oprócz zwykłych oprychów dodano jeszcze średnio opancerzonych i takich co są żywymi gąbkami.

Z pomocą przyszły mi granaty, dynamit i inne materiały wspomagające. W niektórych wypadkach można po prostu przebiec obok, ale rzadko przynosi to właściwy skutek.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Miasto jest prześliczne. Możemy znaleźć tu istniejące miejsca podobnie jak L.A. Noire lub Spaider-manie. To co jeszcze wyróżnia z tłumu, czy też na tle GTA jest gps. Zamiast gapić się na mini mapę miałem niebieski pas składający się z strzałek, które prowadziły do celu.

Samo zakończenie jest zrobione ciut lepiej niż reszta część kampanii. Wreszcie mogłem poczuć się, że jest to świat posiadający więcej niż tylko dwa kolory.

Podsumowując. Watch Dogs wydany między innymi na PC jest grą wartą uwagi. Mimo, że gdzie nigdzie trąci myszką to wciąż bardzo dobra gra, a że już minęło te dobre parę lat od premiery możecie kupić ten tytuł w dobrej cenie. Moja ocena 8/10.

A jak prezentuje się wasz ulubiony „klon” GTA? Napiszcie w komentarzach :D

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie