• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Metal Gear Solid V: The Phantom Pain (PC)

Legenda, najlepsza seria w historii branży gier wideo. Posiada tak długą i zakręconą fabułę, że wywołuje zaskoczenie nawet u tych, którzy znają każdą jej odsłonę. Czy ostania część serii Metal Gear Solid okaże się porażką, czy sukcesem? Pochylmy się nad dziełem jednego z lepszych twórców dzisiejszej branży.

Minęło już dziewięć lat
MGS V finałowa i ostatnia gra wydana pod kierownictwem Hideo Kodzimy. Ci z was, którzy interesują się grami na pewno pamiętają jaki to wtedy, hmm, cyrk Konami odstawiało. Usuwano wszelakie informacje o autorze, wymuszono na nim, aby nie odbierał nagrody za swoją twórczość, itp.


Przejdźmy jednak do sedna sprawy, do ostatniej kanonicznej części Metal Gear Solid. Byłem bardzo podekscytowany tym, że będę miał w końcu szansę w to zgrać. Mimo, że piątka jest interquelem, czyli akcja rozgrywa się pomiędzy wydarzeniami pokazanymi w poprzednich częściach, zapoznałem się z całą historią opisaną na fanowskich stronach. Okazało się to całkiem zbędne. Szczerze mówiąc, wystarczy przeczytać kto jest kim, bo nawet jeśli są tu jakieś smaczki dla weteranów, to i tak się ich nie odczuje.

Szefie, misja zakończona!
Powiem wam z czym kojarzy mi się ta gra. Przez większość czasu miałem wrażenie, że gram w Far Cry 2 i Tom Clancy's Splinter Cell: Conviction. Skojarzenie z FC2 wzięło się z tego, że fabuły, która powinna zapierać dech w piersiach było bardzo, ale to bardzo mało. No i samo otoczenie, Afganistan i Afryka, wywoływało to skojarzenie. W przypadku drugiego tytułu to dobrze opracowana skradanka.

Początek The Phantom Pain jest naprawdę mocny, przepełniony świetnymi scenami w szpitalu. Akacja jest solidna i zarazem bezlitosna, bo jesteśmy pozbawieni wszelakich umiejętności, sprzętu, itp. Mało tego, protagonista jest w gorszym stanie niż Blazkowicz, ale nie musicie się martwić, ta "męka" motywuje, bo widać, że traktują nas na poważnie i nie niańczą.


To jest dopiero początek
Po dobrym wstępie z bossem w roli głównej nabrałem solidnego apetytu na więcej. Zgodnie z dzisiejszymi trendami Metal Gear Solid V rozgrywa się w otwartym świecie, co powodowało obawę, że kampania będzie zbyt rozciągnięta i jednocześnie rodziło nadzieję, że może będzie tak interesująca jak w naszym rodzimym Wiedźminie. A fabuła okazała się klasyczna, co wcale nie umniejsza jej jakości. Mamy tradycyjnie złego, który chcę zniszczyć świat, a my wcielamy się w Big Bossa, który stara się go powstrzymać. 

Fakt, że w opowieści są zawarte wątki paranormalne dodaje pikanterii, co stanowi duży plus. Dodam jeszcze, że poszczególne przerywniki filmowe są bardzo dobrze wyreżyserowane. Ostatnio tak dobre ujęcia widziałem w Alan Wake. Wydawałoby się, że na tak dobrym fundamencie powinno powstać coś przynajmniej zadawalającego. Niestety musiałem się przekonać, że taki potencjał da się zmarnować. Czas na narzekanie, bo jest na co.


Kopiuj i wklej...
Wielokrotnie spotkałem się z produkcjami, które jedynie kopiowały cudze pomysły lub serie, takie jak AC, FC lub CoD. Co roku ciągle to samo, jedynie wygląd i fabuła się nieco zmieniały, ale mimo swoich wad miały jedną zaletę, nie były długie. A teraz wyobraźcie sobie, że przez następne 50 godzin będzie robić w kółko to samo. Wizja ta nie jest zbyt zachwycająca, prawda?

Inne zdanie na ten temat miało widocznie Konami wierzę, że to przez nich ten tytuł okazał się tak kiepski. "Zabawa" w MGS V przypomina mi tresurę osła, którego popędza się kijem z marchewką. Cały czas każą wykonywać "sztuczki" typu złap kogoś, zdobądź coś lub odzyskaj. Jeśli komuś byłoby mało, zadania się powtarzają (te które już się wykonało) i niczym się nie różnią. No ok, są nieco trudniejsze, co czyni je jeszcze bardziej męczącymi. Nie wiem kto wymyślił robienie tego tytułu chałupniczą metodą mając nadzieję, że ludzie łykną to jak pelikany, bez zastrzeżeń.

W sumie wystarczyłoby skrócić kampanię i ograniczyć się do misji fabularnych, czyli takich które rzeczywiście przesuwają jakoś fabułę, a nie jedynie sztucznie ją rozciągają. Gdyby MGS V trwał max 15 godzin dużo by zyskał, a tak stracił.


Czas pochwalić, ale bez przesady   
Rozgrywka jest dobra w swych założeniach. Liczba rzeczy, które mogłem zrobić jest naprawdę imponująca. Można spersonalizować ekwipunek i przeprowadzić odpowiednią akcję. Co do ciekawszych patentów, to mogę zaliczyć do nich kartonowe pudełko. Zapewnia nam ono kamuflaż, a nawet potrafi odwrócić uwagę. Kolejnym ciekawym elementem jest kurza czapka występująca w dwóch wersjach, gdy się aktywuję stajemy się bardzo trudni do wykrycia. Są też inne zabawne patenty, ale te już musicie odkryć sami.

Zanim zacząłem pisać ten tekst, przeczytałem ciekawy komentarz o Metal Gear Solid V, a mianowicie, że wymaga planowania. No nie wiem, czy autor komentarza był początkującym, czy żartował. W miażdżącej większości przypadków wystarczyła podstawowa spluwa i doświadczenie jakie się zdobyło w innych produkcjach. Wyjątek stanowiły te zlecenia, które stawiały rozgrywkę do góry nogami. Do tego typu questów możemy zaliczyć ochronę dziadunia na lotnisku lub dwukrotna walka z głównym bossem. Gdy zobaczyłem, że ze skradanki ktoś zrobił jakieś rpgo lub coś podobnego, to aż ręce opadały. Rzecz jasna wystarczyło się trochę zastanowić i plan przyszedł do głowy.


Zanim podsumuję parę słów a aspektach audiowizualnych. Grafika wciąż robi wrażenie i mimo całego przepychu nie powoduję dławienia się mego komputera mimo to, że włączyłem wysokie ustawienia w Full HD. Natomiast podkład dźwiękowy jest ok, a powinien być lepszy, w szczególności efekty dźwiękowe, bo skradanki opierają się na tym, abyśmy wpierw usłyszeli nadchodzącego wroga, zanim go zobaczymy. No, a skoro mowa o oponentach, to są całkiem nieźli. Starają się nawet dobrze naśladować zachowania ludzi i analizować ich ruchy, co prawda symbolicznie, ale jednak.

Czy warto kupić Metal Gear Solid V ? Będę szczery... NIE! Rozciągnięta kampania, wypełniona jednakowymi zdaniami, a do tego nie wymagające większej pomysłowości sprawia, że szkoda tracić czas na taki średniak. Żałuję, że się skusiłem. Dałem się złapać na słynne nazwisko i przejechałem się na tym interesie.
 

Share:

Recenzja Nier: Automate część 2 (PC)

No, udało mi się przejść Nier: Automata po raz kolejny. Dzięki temu zdałem sobie sprawę, że wiem, że nic nie wiem. Czemu tak twierdzę? Z tego powodu, że zakończeń jest 26, a ja ich wszystkich nie widziałem...

Tak jak pisałem w pierwszej części tej wielkiej jak dług publiczny recenzji, omówię teraz kolejne etapy gry, które zobaczyłem po naciśnięciu opcji "nowa gra". Uprzedzam, że mogą być spoilery z tego co się stało w późniejszej części, jak i w trakcie. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to dziwnie, ale wierzcie mi, ta produkcja emanuję Japonią i jej odmiennym podejściem do opowiadania ciekawych historii.

Nie uczyni Cię to człowiekiem
Może już wspominałem o tym, że nim zacząłem grać w Nier trochę poczytałem o tym tytule i o autorze Yoko Taro, który tworzy bardzo zawiłe dzieła wymagające wielokrotnego zagrania, nim w pełni zobaczy się całą fabułę. No i nie zawiodłem się pod tym względem, bo dużo się dowiedziałem o królu leśnego królestwa, czy "ostatecznej broni". Wyobrażacie sobie, że to bydle to "małe dziecko"?! "Malec" szukał matki, niestety nie znalazł, a szkoda. Swoją drogą jak na razie to jest największy boss jakiego widziałem w całej swojej karierze gracza. Generalnie w drugim podejściu gramy 9S. 

Z grubsza widzimy to samo, lecz tak jak pisałem wcześniej dostajemy uzupełnienie pewnych faktów, które nie zostały wyjaśnione, np. kim jest 2A, lub kto jest naszym prawdziwym wrogiem. Powiem wam, że jest tego dużo. Szkoda tylko, że nie mamy wpływu na to co zobaczymy. No prawie... Aby odblokować pewne zakończenia musimy dokonać wyboru, np. porzucić bliźniaczki na pastwę maszyn lub nie hakować wejścia do wieży. W naszym Wiedźminie 3 mogliśmy przejść kampanię kilka razy i podjąć różne wybory, żeby odblokować odmienne warianty wydarzeń, tutaj jest inaczej. Nier Automata jest jak prosta droga, cały czas do przodu. Innymi słowy gra na jeden strzał.


Czy jej powiedzieć...
Jeśli uda się wam przebić do poszczególnych zakończeń, to się raczej nie zawiedziecie, zwłaszcza gdy przyjdzie się zmierzyć z "Emilem", bossem wielkim jak blok z siedmioma klatkami. Ktoś się inspirował na Shadow of the Colossus. Osobiście nie widzę w tym nic złego, bo jak się wzorować to na najlepszych. No dobra, a teraz co nieco o nowej mechanice, z której przyjdzie nam korzystać. Ci, którzy grali wiedzą, że 9S jest androidem zwiadowcą, czy też skanerem jak o sobie mówi. No i ta nowość okazała się wadą, bo jest to nic innego jak shoot 'em up, do którego dorobiono bardzo niewygodne sterowanie. Jeśli zdecydujecie sie na myszkę z klawiaturą, to sytuacja się nie zmieni na lepsze, wprost przeciwnie pogorszy się. Na plus biorę to, że nie potrzeba z tego korzystać co chwilę.


To jak się to kończy?
Jest to dobre pytanie, bo odpowiedzi jest wiele. Wszystko zależy od tego do którego zakończenia dojdziecie. Nie chcę się tu za bardzo rozpisywać, żeby nie psuć wam zabawy. Istotny jest fakt, że tytuł jest naprawdę dobry i wciąga. A jeśli przeliczacie złotówki na godziny, to inwestycja ta zwróci się wam z pewnością.


W pierwszej części nie odniosłem sie do oprawy audiowizualnej, więc zanim podsumuje ten tekst postaram się ją skomentować. Jest dobrze, powiem więcej, grafika naprawdę dobrze wykonana, nic dodać, nic ująć. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie zgodzi się ze mną, ale to już kwestia gustu.


Co do muzyki, to mam mieszane uczucia, bo możemy posłuchać chóru, prawie takiego samego jak w Ghost in the shell. Polecam oryginalną ekranizacje z 1995 r., w której początek powala i tu usłyszymy coś dającego podobne odczucia. Muszę też wspomnieć, że zespół odpowiadający za podkład dźwiękowy spisał się dobrze w kwestii doboru muzyki, efektów dźwiękowych itp, lecz co do przejść między poszczególnymi utworami to się nie popisał. Przerwy i zmiany są okropne. Usłyszycie to w szczególności w momencie eksplorowania świata.


Czy warto kupić Nier Automata? Nie byłbym sobą gdybym nie zadał tego pytania. Teraz, gdy mam prawie pełny obraz gry powiem wam, że warto, bo wątki głównych bohaterów są dobrze napisane. Nikt nie wali bagatelnymi tekstami i nie emanuję "potęgą", czy też byciem gigantem na glinianych nogach. Dużo wydarzeń ma drugie dno, które ujawniane jest w krótszej wersji kampanii. Dzięki tym zabiegom nie nudzimy się, a dobrze bawimy. Moja ocena to mocne 8/10. A teraz gdzie ja położyłem tą grę od Hideo Kodzimy...

Na koniec, no właśnie, na koniec przypominam jak zwykle o komentarzach i laikach.

A jak wam podchodzą produkcje z kraju kwitnącej wiśni?
Share:

Recenzja Mario Kart 7

Czas na przerwę od dużych produkcji i sięgnąć po coś znacznie mniejszego. Jeśli zapytam was o gry wyścigowe, to zapewne powiecie Grid czy Gran Turismo. Tym razem rzućmy okiem na coś bardziej cukierkowego, co może zniechęcić starszych graczy.

Mario Kart 7
Przedostatnia odsłona wydana na konsole 3 Ds przez wielkie N to prawdziwa ścigałka z krwi i kości, warta uwagi każdego miłośnika czterech kółek. Mimo swoich lat, a musicie wiedzieć, że produkcja ta miała premierę w 2011 r. wciąż daje radę. Dużym plusem jest zręcznościowy model jazdy, który dobrze się spisuje, ma się wrażenie panowania nad pojazdem, którym się kieruje. Rzecz jasna, Nintendo nie byłoby sobą gdyby coś nie namieszało w rozgrywce. Zacznijmy od tras, bo w końcu na nich spędzimy te kilka godzin dobrej zabawy.


Jak byłem w twoim wieku    
Tory na których dane było mi się przejechać robią wrażenie. Możemy trafić na trasy inspirowane innymi produkcjami Wielkiego N choćby Mario 3D Land lub Luigi's Mansion 2. Przy każdym kolejnym wyścigu dostajemy informacje z jakiej gry i konsoli wzięto motyw, co na pewno wywoła miłe wspomnienia. Sama budowa torów też jest oryginalna. Przyjdzie nam przepłynąć jak i przelecieć co niektóre odcinki.


Piersi będą ostatnimi   
Autorzy zaskoczyli mnie pewnymi rozwiązaniami. MK 7 lubi rzucać kłody pod koła, gdy tylko obejmujemy prowadzenie. Z jednej strony to trochę frustrujące, a z drugiej zabawne. Mało tego, w czasie przechodzenia kolejnych poziomów w turniejach mamy do dyspozycji najróżniejsze przeszkadzajki i wspomagacze. 

Do moich ulubionych należała skórka od banana, którą się rzucało za siebie. Jeśli ktoś na nią wjechał, tracił cenne sekundy wpływające na wynik końcowy. A jeśli o poziomie trudności mowa, to MK 7 nie jest jakoś szczególnie wymagające. Poziom łatwy, to rozgrzewka, a normalny - trucht. Dopiero ostatni trzeci poziom może sprawić nam jakąś trudność, dlatego zalecam go jeśli ktoś lubi się denerwować, a nie przepraszam, dawać z siebie wszystko.


Postacie i kastomizacja 
Wszystko co Mario Kart 7 ma do zaoferowania łącznie z dodatkowymi trybami, jak zbijanie baloników lub zbieranie monet, starczy na jakieś max 7 godzin. Powiem wam szczerze, po przejściu MK7 odłożyłem kartridż na półkę, a siadłem do tego tekstu po paru tygodniach.

Czy warto kupić Mario Kart 7? Moim zdaniem, tak średnio się opłaca. Z jednej strony widać, że ludzie robiący ten tytuł wiedzieli jak się za to zabrać, ale nie pociągnęli go dalej, a szkoda, bo dobrze się przy tym bawiłem.

A wy skusicie się na tę bajkową, arcadową zabawę? Czy jednak wolicie realistyczne symulatory z piękną hiperrealistyczną oprawą graficzną?

Lajki i komentarze są mile widziane. Pozytywnej energii nigdy za dużo ;D
Share:

Recenzja Nier: Automata część 1 (PC)

Przyszłość - czas nieokreślony, miejsce nieznane. Planeta? Ziemia. Świat jaki znamy nie istnieje. Apokalipsa inna niż przewidywali twórcy filmowi! A co z życiem, czy jest nadzieja? Czy znowu ludzie będą mogli nazwać to miejsce domem? Nie wiadomo...

Pamiętacie jak pisałem o świeżym powiewie nowości, gdy recenzowałem Mario 3D Land? To teraz czeka nas wszystkich nie bryza, czy jakiś wietrzyk, a tsunami. Zdradzę już teraz, że w najbliższych tygodniach będę recenzował wyłącznie gry z japońskim rodowodem. Przejdźmy do pierwszego tytułu. Proszę o werble! Panie i panowie! Geeki i Nerdy! Przed nami jedna z lepszych gier 2017 r. Nier: Automata, do której scenariusz pisał nie kto inny, jak sam Yoko Taro. Dodam rzecz jasna, że stanowi on część zespołu, który bardzo dobrze znamy, a mowa tu o PlatinumGames, twórców serii Bayonetta.


Jest bogiem, bogiem, bogiem, bogiem...
Ci z was, którzy czytają regularnie moje teksty lub przejrzeli część z nich wiedzą, że na samym początku oceniam fabułę gry. Tym razem będą to tylko pierwsze wrażenia. Powiem wam dlaczego... Nier trzeba przejść, aż trzy razy! Zacznijmy od początku. Posłuchajcie.

Akcja zaczyna się jak w filmach Hitchcocka, najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. PlatinumGames podeszło do tematu naprawdę na poważnie i początek gry, który trwa ok. 45 minut robi wrażenie, bo już na starcie wyciągają ciężki sprzęt. Zaczynamy dość nietypowo, zamiast action rpg lub slashera mamy shoot 'em up. Czułem istny zachwyt tym pomysłem, a potem już katana ruszyła w ruch i mogłem zobaczyć protagonistkę, androidkę 2B. Gra jest naprawdę wymagająca, a w prologu ma zaimplementowaną permanentną śmierć.

Ładny to psikus spłatali nam twórcy. Parę podjeść trzeba było zrobić, ale nie czułem, że system gry mnie oszukuje. Miałem wrażenie, że jestem zachęcany do dawania z siebie 100%. W końcu przeszedłem do części właściwej, czyli do głównej lokacji, w której przyjdzie mi spędzić większą część tej produkcji i wiecie co, twórcy wywinęli mi kolejny numer. Może nie tyle oni, co ja sam sobie. Dałem się zaskoczyć brakiem niewidzialnych ścian, których tutaj zabrakło. Lecz sam upadek nie wryłby mi się w pamięć, gdyby nie to, co powiedział drugi z głównych bohaterów, android 9S. Nie będę psuł wam zabawy, sami musicie posłuchać.


Tak to jest czysta nienawiść!            
Nier: Automata ma to co jest dla mnie najbardziej charakterystyczne w jrpg, nieudźwiękowione dialogi, które są w większości przypadków powiązane z zadaniami pobocznymi. Piszę o tym, bo zdziwiło mnie to lekko. Wcześniej sądziłem, że dotyczy to małych gier wydawanych na konsole przenośne, a tu zonk, bo tutaj też ma to miejsce. Zabieg ten trochę odebrał czaru pomniejszym misjom. Kiedy zasiadałem do tego tytułu miałem już pewne oczekiwania, wyobrażenie tego co zobaczę. Część się spełniła, postacie drugoplanowe są naprawdę sympatyczne i niepospolite, np. Emil, który jest najbardziej zwariowanym sprzedawcą z jakim było mi dane handlować. Oczywiście jest ich więcej i dlatego zachęcam tych co nie grali, aby spróbowali i sami to zobaczyli.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=310030
Broń ostateczna      
Przyjedzmy do wątku głównego. Protagoniści, czyli 2B i 9S to członkowie sił specjalnych, coś w rodzaju Gromu. Nie są oni żadnymi wybrańcami, ani nikim w tym stylu, a jednak odczułem, że trochę są tak przedstawiani. Misja główna to odbicie świata z rąk obcych i maszyn, które im służą. Bossowie z którymi się zmierzyłem są naprawdę oryginalni i jedyni w swoim rodzaju. Dzięki temu nie można się było nudzić. Chciałbym napisać w końcu, że fabuła jest świetna lub taka sobie, ale przez niezwykły zabieg z jakim po raz pierwszy się spotykam, poznałem tylko 1/5 jej części. 

Jeśli kogoś nie interesuję co dalej to może na tym poprzestać. Uważam jednak, że warto się skusić na resztę z tego powodu, że jest to dojrzała historia. A przedstawiony świat nie jest czarno biały. Posiada on wiele odcieni szarości. Czy nie wydaje się wam dziwne, że androidy walczą z maszynami? Dlatego doszedłem do wniosku, że napiszę nie jeden, a dwa teksty o Nier: Automata. Od razu uprzedzam, że kolejne recki będą już zawierać spoilery. Jeżeli się zastanawiacie czy już przeszedłem pozostałe "etapy" gry, to muszę powiedzieć, że na razie jestem w trakcie.


Nie uczyni cię to człowiekiem      
Aby nie było monotonii, poszczególne teksty będą przeplatane pomniejszymi recenzjami gier wydanych na New 2 Ds XL. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. Przejdźmy teraz do rozgrywki. Potyczki są trochę nierówne. Są sytuacje kiedy przechodzimy przez wrogów z dziecinną łatwością, a czasami musimy się dość namęczyć. Walka jest mimo to satysfakcjonująca. Najbardziej zapadają w pamięć pojedynki z antagonistami i to nie tylko z tego powodu, że starcia wymagają analizy ich ataków i dobrania odpowiedniego bildu.

Aktorzy wcielający się w nich, a zwłaszcza Greg Chun grający Adama, pokazali najwyższy poziom podobnie jak Mark Hamill grający Jokera. Liczba rodzajów wrogów z którymi przyszło mi się zmierzyć jest wystarczająca. Dzielą się oni tradycyjnie na tych podstawowych, których mogę spokojnie zaliczyć jako "mięso armatnie" i wojów ciężko opancerzonych. Nie zabraknie nam sił powietrznych i innych rodzajów piechoty.


Za ludzkość     
 
Kolejnym ciekawym elementem jest rozwój naszej bohaterki. Nie musiałem chodzić do nauczycieli czy odblokowywać nowych umiejętności w drzewku talentów. Wystarczyło, że zakupiłem odpowiednie "urządzenia", które dodawały nową umiejętność. Skille były najróżniejsze, odpowiadające za siłę, jak i szybkość reakcji 2B. Jednak kto by pomyślał, że znajdzie się taki, bez którego główna bohaterka nie może żyć? Dowiedziałem się o tym kiedy go sprzedałem... Takiej śmierci jeszcze nie widziałem. Innymi takimi ciekawostkami były chipy odpowiadające za widzenie mini mapy lub paska życia własnego i wroga. Dzięki dużemu wyborowi łatwo mi było dostosować umiejętności 2B do moich potrzeb.

Czy warto kupić Nier: Atomata? Jeśli miałbym odpowiedzieć na podstawie tego co zobaczyłem do tej pory to powiedziałbym, że tak. Jednakowoż wciąż mam przed sobą 2/3 fabuły. A na sam koniec kwestia sterowania. Czytałem na różnych serwisach branżowych komentarze innych graczy, którzy skarżyli się na brak możliwości przepisywania klawiszy i robienia uników. Trudno mi się odnieść do tych zarzutów, bo grałem na padzie przez co nie miałem problemów i grało się mi bardzo dobrze. Więc i wam radzę wykorzystać kontroler od konsoli zamiast klawiatury i myszki.

Zastanawia mnie czy macie podobne przemyślenia dotyczące Nier, a może wolicie coś bardziej klasycznego i dobrze nam znanego?

Wiecie co jest najlepsze w tej grze? A to, że przygoda po zobaczeniu napisów końcowych nie skończyła się, a dopiero zaczęła.
Dział z komentarzami jest wasz.



Share:

Recenzja Life is Strange: Before the Storm (PC)

Życie mamy tylko jedno, a pewne rzeczy możemy zrobić wyłącznie raz. Zacznijmy więc tę opowieść przed burzą, która dopiero nadejdzie...

Przed Wami druga część jednej z najlepszych gier, jakie miałem okazję zagrać – Life is Strange. Ale uwaga – to nie sequel, lecz prequel serii. Moi drodzy, oto Life is Strange: Before the Storm, wydane w 2017 roku przez Square-Enix i stworzone przez Deck Nine.

Kiedy słońce zastąpi deszcz

Do tej produkcji podchodziłem z dużą rezerwą. Wahałem się, czy w ogóle warto zagrać. Brzmi to pewnie dziwnie, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają moją recenzję pierwszej części. Tamta odsłona Life is Strange po prostu miażdżyła swoją wielkością!

Jednak kiedy dowiedziałem się, że za prequel nie odpowiada DONTNOD, tylko studio Deck Nine, pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem poczekać na wydanie całego sezonu. Ostatecznie zaopatrzyłem się w edycję deluxe, która zawierała bonusowy epizod „Żegnaj”. A teraz zobaczmy, czy rzeczywiście było coś przed tą burzą…

Zagrajmy w grę... 

Akcja gry odbywa się w tym samym mieście co pierwsza część, czyli w Arcadia Bay. Kto by mógł się spodziewać, że powrót na stare śmieci, będzie tak fajny. Mamy tu w sumie ponowne wykorzystanie tych samych miejsc, ba mało tego, nawet ujęć, które będą mrugnięciem do fanów tej serii. Nie martwcie się, cała kampania nie będzie wielkim backtracking'iem. Będą to jak wspomniałem wyżej znane miejscówki, ale ukazane z innej perspektywy. Ujrzymy parę nowych lokacji w mieście, jaki i w domu Chloe, która jest główną bohaterką. No, skoro wspomniałem już o niej, to też została "odświeżona". Ci z was, którzy polubili ją za pozytywnie zakręcony charakter i skłonność do ryzyka będą mieli okazję zobaczyć jej inne oblicze. Chloe jest bardziej nieśmiała i mniej skłonna do grania pierwszych skrzypiec. Nie będzie to spoilerem kiedy wspomnę, że jej ojciec nie żyje. Jest to dość istotny fakt, bo na tym etapie protagonistka bardziej odczuwa stratę bliskiej dla niej osoby. Autorzy starali się to podkreślić poprzez nawiedzające ją sny i tu pokazali klasę. Temu elementowi LiS mógłbym dać z czystym sumieniem maksymalną ocenę.

Tu byłem, lecz odszedłem    

Jakby fabuła Life is Strange: Before the Storm poszła tą samą drogą co jej poprzedniczka. A miałbym ocenić tę grę w kilku słowach to powiedziałbym, że jest to niemalże idealna "imitacja" pierwowzoru zawierająca wszystko to, za co pokochałem oryginał. Niestety jest inaczej, co prawda nie zawiodłem się, ale "opadu szczęki do Chin" nie było. Czułem się tak, jakbym grał w tę produkcję po raz drugi lub trzeci, a największe emocje miał dawno za sobą. Po przejściu pierwszego epizodu zastanawiałem się, czy podjąłem może jakąś decyzję, której konsekwencje objawią się w przyszłości. Na szczęście na końcu jest lista naszych wyborów i wtedy dowiedziałem, które wydarzenia były ważne z punktu widzenia twórców. Żeby nie było tu pewnych niejasności, gra sygnalizowała te momenty odpowiednim filtrem i efektem dźwiękowym. Jednak brakowało mi sytuacji, na pozór nieważnych, lecz brzemiennych w skutkach. Zaraz ktoś mi wytknie, że misja z odzyskaniem pieniędzy dla Franka była przepełniona takimi zdarzeniami i w całej produkcji znalazłoby się ich więcej. Tylko jakoś nie mogę sobie ich przypomnieć. Prócz kilku głównych, tych mało istotnych.

Szach mat!    

Nie winię za to Deck Nine, bo mieli oni związane ręce. Dużo wydarzeń nie mogło się potoczyć inaczej z tego powodu, że DOTNOT już ustaliło ich zakończenie, przez co Chloe musiała wylecieć ze szkoły itp. Twórcy mieli małe pole do popisu, co nie zmienia faktu, że przydałoby się więcej wyborów, które mogłyby mieć w tej historii większe znaczenie. To co zrobili bardzo dobrze, to odtworzenie stylu twórców oryginału. Bohaterowie są wyraziści, przez co łatwo się z nimi utożsamiać. Czarne charaktery też są wiarygodne i takie prawdziwe. Dzięki temu oglądamy ten "interaktywny film" z zainteresowaniem. Warto się odnieść do przedstawionych tu relacji między poszczególnymi postaciami. Nie są one proste w swej budowie, wprost przeciwnie, mamy tu do czynienia ze sporą złożonością, ale dzięki różnorodności w dialogach, które możemy wybierać, mamy możliwość przeprowadzenia ciekawych rozmów.

Ale, o co chodzi?

Artykuł ten przybrał dość "dziwną" formę, bo odszedłem całkiem od schematu w jakim dotychczas pisałem i nawet nie wspomniałem o czym jest gra. Fabuła opowiada o przyjaźni Chloe i Rachel Amber. Wspólnie z "zaginioną" z pierwszego LiS odkrywamy sekret jej rodzinny i kłamstw jej ojca. Nie zabraknie też trudnych tematów, jak nowy partner rodzica, który zajmuje miejsce poprzedniego. No i co się z tym wiąże, buntu dziecka wobec tego typu zdarzeń. Tematyka narkotyków też została poruszona, ba nawet z nią wiąże się samo zakończenie gry. Niestety, moim zdaniem potraktowano ten wątek jedynie jako tło dla akcji. Generalnie starano się wypełnić ten tytuł trudnymi problemami i pokazać je w rzetelny sposób, lecz czułem niedosyt i brak ostatecznych szlifów. Co do mechaniki gry, jedyną nowością jest tu walka na riposty, które zastąpiły cofanie czasu. "Potyczki" polegały na odpowiednim słuchaniu przeciwnika i właściwym dobraniu odpowiedzi. Do grafiki i podkładu dźwiękowego nie będę się odnosił, bo mamy tu to samo, co w poprzedniej części. Jeśli więc wam się tamta oprawa audiowizualna podobała, to ta też przypadnie do gustu. 

Czy warto kupić Life is Strange: Before the Storm? Tak, mimo małej liczby wyborów w grze, to wciąż dobra odsłona tej serii. Nie czułem się zawiedziony i nie żałuję zakupu. Dużym plusem są rozwinięcia pewnych wątków, które już dobrze znamy, np. czemu Chloe ma niebieskie włosy. Nie zabrakło też genialnych kadrów rzucających się w oczy tym, co grali w powszednią część. Zapewne zauważyliście, że czasami dodaję ocenę liczbową, a robię to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź na zadane powyżej pytanie. Moja ocena za całą produkcję to 8/10.

A was LiS:BtS przekonał do siebie i wywołał szybsze bicie serca? Napiszcie, jak odbieracie tego typu produkcje, które nie unikają poważnych tematów.

No i na koniec ogłoszenie parafialne. Komentujecie i klikajcie na tę niebieską łapkę w górę :D

Share:

Recenzja Assassin's Creed Chronicles: China (PC)


W ostatnim czasie przebyłem wiele wysp łapiąc kieszonkowe stworki. Sądziłem, że to już koniec polowania. Myliłem się, to była rozgrzewka przed czymś znacznie większym! Posłuchajcie...

Seria Assassin's Creed towarzyszy nam od lat, jednym się podoba, a innym nie. W ostatnim czasie wyszła dość odświeżona wersja przedstawiająca początek Bractwa Skrytobójców. Jednak to nie AC Origin będzie tematem tego tekstu, a spin-off serii. Pozwólcie, że zaprezentuję wam Assassin's Creed Chronicles: China, pierwszą część trylogii. Normalnie dokończyłbym, że odpowiadał za nią Ubisoft, lecz tym razem jest to ktoś inny. Twórcami tej odsłony jest Climax Studios. A teraz sprawdźmy, czy udało im się zrobić coś interesującego.

Pokaż kotku co masz w środku!

Jak nakazuje stara chińska tradycja recenzję zaczyna się od fabuły. Historia rozgrywa się w państwie środka. Wcielamy się w assassinke Shao Jun, drugą skrytobójczynię, która wystąpiła w serii AC. Tytuł pierwszej damy w całym bractwie przypada oczywiście Aveline de Gandpré. Przejdźmy jednak do meritum, historia przedstawiona w AC China nie powala. Dość często jak już o tym pisałem na blogu, mamy tu do czynienia z tłem, jakąś formą motywacji pchającą nas do przodu (jak w Mario). Budżet tego tytułu był wyraźnie mniejszy, co paradoksalnie wyszło na plus. Przerywniki to szereg pięknych obrazów przedstawiających  nam sytuacje, które rozgrywają się przed naszymi oczami. Warto wspomnieć, że bohaterowie są wyraziści i zdecydowanie dążą do swoich celów. Dzięki temu łatwo zrozumieć, np. poczynania głównej bohaterki, pałającej zemstą do Zakonu Templariuszy. W ciągu całej kampanii nie ma za dużo zwrotów akcji, więc na tym zakończę omawianie tego tematu.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=297425
Małymi kroczkami do celu    

Przyjrzyjmy się teraz rozgrywce. Byłem nią naprawdę zaskoczony i to pozytywnie! Wreszcie miałem okazję zagrać w skradankę, a nie parodię Prince of Persia. A jak o księciu mowa, to kamera wróciła na swoje miejsce i obserwujemy wszystko z boku, tak jak w PoP'a, w pierwszych odsłonach wydanych w latach 80 i 90-tych. Odczułem miłą odmianę i chęć kombinowania w przechodzeniu poszczególnych poziomów. Twórcy dali też coś na zachętę, nasze poczynania są oceniane i możemy ukończyć lv jako: cień, assassin lub zabijaka. W pierwszym przypadku chodziło o bycie nie wykrytym przez nikogo. Druga opcja wymagała także braku wszczęcia alarmu, ale dopuszczała już skrytobójstwa, trzecia to klasyczne "huzia na Józia". W trakcie kampanii napotykamy najróżniejszych przeciwników, od zwykłych żołnierzy, kuszników, do ciężko opancerzonych wojów. Walka z nimi nie jest prosta, bo obrona protagonistki jest kiepska, a do tego mamy bardzo mało życia. Na szczęście wraz z upływem czasu dostajemy nowe triki, które umożliwiają rozprawienie się z wrogami w dość szybki sposób. Przeciwnicy są z jednej strony tępi, bo nie zauważą nas jak kucamy pod ścianą, a z drugiej potrafią wypatrzeć nas w kryjówkach, gdzie staramy się ukryć. Od pierwszego zarzutu można ich łatwo uwolnić z tego też powodu, że autorzy nie przewidzieli takiego zachowania graczy. Położyli natomiast większy nacisk na wszelakie miejsca, w których możemy się skryć. Dodatkową, ciekawą opcją jaką dodano jest pole widzenia Npc. Nie chodzi mi nawet o widoczne stożki symbolizujące ich zasięg wzroku, a o to, że mogą spojrzeć w dół pod kątem 90 stopni. Napsuło to krwi i to niemało, i jednocześnie cieszyło, że ktoś się postarał dodać coś nowego.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=289299
Starego psa nie nauczy się nowych sztuczek   

Co do reszty spraw dotyczących mechanik tego spin-offa, to mamy tu wszystko to samo co w dużych odsłonach. Przejdźmy teraz do grafiki i podkładu dźwiękowego. Cała gra wygląda jakby została namalowana przez zdolnego malarza. Nie dość, że to miła odskocznia, to jeszcze cieszy oczy. Poprzez tę zmianę klimat gry nabrał rumieńców, a podkład muzyczny pieścił uszy, nie próbując wyjść na pierwszy plan. Pochwalę też efekty dźwiękowe, kroków, skrzypiącej podłogi lub broni. Wszystkie te elementy pięknie się komponują i dają spójną całość.    

Czy warto kupić Assassin's Creed Chronicles: China? Jasne, że tak, to dobra produkcja, która zdaje sobie sprawę czym jest. Czas jaki nam zabierze to zaledwie 6 godzin, przez to nie zdąży się znudzić. Ubi powinno się od nich tego uczyć. Lepsza dobra i krótka gra niż rozciągnięta do granic możliwości. Jeśli znajdziecie AC China w dobrej cenie, zakupcie bez obaw.

A wam seria się przejadła, a może czekacie na kolejną odsłonę?

Lajkujcie i komentujcie, wasze wsparcie jest dla mnie bardzo ważne :D
Share:

Recenzja Pokemon Moon

Każdy z nas lubi wracać do czasów, gdy wszytko było miłe, fajne i przyjemne, (czyli do okresu tak dawnego, że zdążyło się już zapomnieć o gorszych momentach). Pamiętam, tak jakby to było wczoraj, Pokemony były hitem, numerem jeden na rynku! No i każdy dzieciak chciał je mieć. I właśnie z tego sentymentu sięgnąłem po najnowszą odsłonę tej starej serii wydaną na konsole z rodziny 3 Ds.

Pewnie się zastanawialiście, czy Mario będzie jedyną grą od dużego N na tym blogu, otóż nie! Ja dopiero się rozkręcam moi mili. Nostalgia wzięła nade mną górę i postanowiłem zrecenzować Pokemon Moon wydane w 2016 r. Podszedłem do tego tytułu bez oczekiwań. Stara zasada mówi: ten kto da się ponieść hype train'owi ten srogo się zawiedzie. A teraz przejedzmy do oceny tej produkcji.

Tropiki to takie małe miki
Akcja dzieje się na wyspach Alola, które są wzorowane na Hawajach. Początek gry, jak i cała historia nie porywa, ale na szczęście jest na tyle dobra, że nie nudzi. Główny cel kampanii dzieli się na dwa istotne wątki. Pierwszy stary jak świat, staramy sie być najlepszym trenerem pokemon na świecie, a drugi to ultra bestie i organizacja, która chce przejąć nad nimi kontrolę. Skupmy się wpierw na tym pierwszym, na byciu czempionem. Mimo swojego neutralnego podejścia, gdzieś w głębi duszy liczyłem na zdobywanie odznak od lokalnych liderów. Kto pamięta pierwszą serię anime o kieszonkowych potworkach, ten zrozumie.

Game Freak podeszło do sprawy nieco inaczej, lecz zacznijmy od początku. Na starcie wybieramy jednego z trzech pokemonów. Szkoda, że nie było tam Pikachu. W ciągu całej gry będziemy przemierzać wyspy, na których lokalny lider (kahuna) sprawuje kontrolę, ale żeby nie było zbyt prosto, trzeba pokonać kapitanów i ich totemowe pokemony. Każdy z tych etapów nazwany jest trialem, czyli wyzwaniem. Będę szczery i subiektywny, wszystkie one były z grubsza takie same. Na szczęście nie brakło wyjątku, ale nie będę wam psuł zabawy i sami je ocenicie. Na samym końcu, o zgrozo, mamy recykling tego, co już znamy, czyli znowu walczymy z tymi samymi przeciwnikami, a jak dodać do tego mechaniki walki to wyjdzie nam pokemonowa wersja Dark Souls z tą różnicą, że w DS liczy się skill, a tu szczęście i statystyki.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=334532
Zespół R znowu błysnął!!!
Pragnąłbym poświęcić osobny wątek pewnej małej, acz istotnej sprawie. Wśród antagonistów trafimy na gang zwany Drużyną Czaszki (Team Skull) do bólu przypominający mi zespół R, który z uporem maniaka starał się porwać Pikachu. Początkowo spotykamy tylko dwóch członków tej grupy (stąd to skojarzenie). Jednak wraz z rozwojem sytuacji okazuje się, że jest ich więcej i nawet mają w miarę ciekawą reprezentację, nie wliczając w to grono ich szefa, bo to był zbyt przerysowany bohater, nie wykazujący żadnych refleksji po przegranych pojedynkach. Chodzi mi oto, że nieważne ile razy z nami przegrał, to i tak zachowywał się jakby było na odwrót. A teraz przejdę do sedna tematu, czyli do mechaniki gry, bo tu jest o czym pisać.


Jedna tura dla mnie, pięć dla Ciebie, LOL  
Ech, jak na razie przedstawiam Pokemon Moon w szarych barwach. No ok, powiedzmy, że jest to solidny średniak, a teraz przejdźmy do systemu walki. Pojedynki są tu turowe, co daje nadzieję na interesującą i uczciwa rozgrywkę. Niestety losowość, która została zaimplementowana, potrafi napsuć krwi. Początkowo nawet nie zwraca się na nią uwagi, bo pojedynki są proste i szybkie. Po pewnym czasie nabiera się przekonania, że wszystko sprowadza się do zwykłego przeklikania tych "potyczek". W drugiej połowie gry przekonałem się, że jest inaczej. 

Oczywiście dotyczy się to tylko określonych pojedynków z bossami. Postaram się wam przedstawić sprawę jaśniej. System w Poksach zalicza atak i jego skutki w sposób losowy, tak jak przy rzucie kostką. Jednak powiedzenie kostka to za mało, bo ma się wrażenie, że użyto wielu kości. Zależnie od tego co się wylosuje, istnieje możliwość zaatakowania więcej niż raz z rzędu. Dopóki walki przechodziło się z palcem w miejscu gdzie plecy tracą szlachetność, nie zwracało się uwagi na to, że przeciwnik miał po dwie czy trzy akcje, jedna za drugą, bo i tak szybko padał.


W samo południe
Sytuacja zmieniła się po wprowadzeniu walk dwóch na jednego. Z jednej strony potyczki zrobiły się ciekawsze, ale od razu w oczy zaczął się rzucać fakt, że gra oszukuje. Normą było, że wróg miał dwa, a nawet cztery ruchy z rzędu, a nam dano maksymalnie dwa i to tylko czasami. W sumie zaczęło przypominać mi to grę Civ na najwyższym poziomie trudności, gdzie tylko w określonych warunkach dało sie wygrać, bo przeciwnik kantował na wszystkim jak leci. A teraz wróćmy do Pokemonów. Wspomniałem o dodatkowych efektach, a mowa tu o paraliżu, dezorientacji, truciźnie, uśpieniu itp. 

Zależnie od widzimisię systemu, dany efekt będzie działał lub nie. Jeśli się nie uda, to zobaczymy prawie to samo z tą różnicą, że oprócz widocznego komunikatu na pasku życia, dostaniemy dodatkową widomość, a potem możemy spokojnie wykonać ruch. Randomowość walki jest o tyle irytująca, że wroga nie można pokonać nie dla tego, że jest lepszy, a przez to, że miał więcej szczęścia. Jeśli się uprzemy, to w końcu się to uda. "Karta" będzie nam szła i wygramy, a potem udamy się do PokeCentrum i wyleczymy naszą drużynę. Na samym końcu kampanii czeka nas "maraton uśmiechu" i dużo grindu.


Muk, eee beee, nie to, nie to
A teraz skomentuję nieco mniej ważne elementy gry, czyli oprawę audiowizualną. Potworki doczekały się odświeżenia względem swoich pierwowzorów, co niektórym wyszło na dobre np. Marowak, a innym nie (tak myślę o Mr. Mime). Grafika jest ładna i dobrze oddaje anime. Muzyka jaka towarzyszy nam przez całą produkcję jest znośna, ale nie zapada w pamięć. Zabrakło mi jednak jednej rzeczy, czyli oryginalnych głosów Pokemonów. Zamiast tego mieliśmy jakieś bida elektro podobne odgłosy. Jedynie Pikachu ma swój głos i grimer, tylko coś mu się pomyliło i mówił muk (nie miałem okazji sprawdzić wszystkich pokemonów).

Czy warto kupić Pokemon Moon? I tak i nie. Z jednej strony przez większość gry mamy to o czym marzyło się jako dziecko, a z drugiej bardzo chaotyczny system turowy. Jeśli przeliczacie wydane pieniądze na godziny, to dostaniecie co najmniej 30 godzin gry nie licząc czasu, który można poświęcić na poszukiwanie kieszonkowych potworków, których nie posiadacie. Inna sprawą jest to, że ceny gier od Nintendo nie spadają, więc możecie darować sobie czekanie. Z braku możliwości odniesienia się do poprzednich odsłon tej serii, daję 7/10.

A wy upolowaliście Abre, a może Huntera? Podoba się wam ten tytuł, a może pogrywacie w nowszą wersje Yo-Kai Watch?

Wiem, że się powtarzam, ale przypominam o łapkach w górę i komentarzach.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie