• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja anime Nekomonogatari: Kuro

Puk, puk. Kto tam? Loli wampirzyca z wielką kataną. Krew, bebechy i koniec… Tak można podsumować to co obejrzałem w dużym metaforycznym skrócie.

Nekomonogatari: Kuro to czwarty sezon jeśli oglądacie chronologicznie według fabuły, a nie premiery emisji. Podobnie jak ostatnio uprzedzam o spoilerach, bo nie da się napisać tego tekstu bez odniesień do poszczególnych wątków fabularnych.


Zacznę od tego, że moje spostrzeżenia dotyczące wypaczonego oceniania przez Koyomi. W drugim odcinku szanowny raczył okazać współczucie Kiss – Shot mimo tego co robiła. Czyli, co zrobiła? Oprócz oczywistych rzeczy nigdzie nie ujęto, czy zabiła kogokolwiek dla zabawy.

Natomiast podkreślono jej traumę po stracie bliskiej osoby i depresje, no ale spoko osądzajmy kogoś za to, że musiał przetrwać, a nie zdechł „szlachetnie” poświęcając się. Drażni to tym bardziej jeśli zda sobie człowiek sprawę jak ją okaleczono. Jednak dla niepoznaki ukryto to w humorystycznej scenie która ma to zakryć, bo co innego mieli w sumie zrobić.


No dobrze, następny punkt. Sezon ten składał się z zaledwie czterech odcinków, które co nieco wyjaśniły pewne fakty, które będą miały miejsce w kolejnej serii Bakemonogatari. Moje wrażenia, że przewodnicząca jest hmm, „wyjątkowa” też były trafione. Piękna i niebezpieczna, czyli podziękuję. Uzasadniono to w dość pokrętny sposób.

U podłoża całości była rodzina przewodniczącej, której się zupełnie nie kleiło. Oshino obwinił za wszystko Tsubasa, ale wierzę, że to tylko jego specyficzny sposób formułowanie myśli, bo jak można obwiniać dziecko? Ok, jako nastolatka mogła już swoje trzy grosze dołożyć, ale całą tą dramę zaczęli jej rodzice.


Sytuacja się zakończyła szczęśliwie i nie mam więcej do dodania, bo ten sezon póki co jest najsłabszy z kilku powodów. Scenografia jest wyraźniej słabsza niż w poprzednich seriach. Fabularnie też jakoś się szczególnie nie trzyma się kupy.

Nie staram się tu wytykać do końca spójności, a formy. Wrzucenie tu dwóch bloków komediowo – dramatycznych, bardzo, ale to bardzo się gryzły. Dyskusja o miłości w której Koyomi myli pożądanie ze zakochaniem, czy jego „cudowna” reakcja na to co się dzieje w domu przewodniczącej, były żałosne. Dobrze, że choć nie skończyły się czymś gorszym.


Nie zabrakło też typowo elementów ecchi, które dodano tylko po to, aby odhaczyć z listy rzeczy, które postanowiono wrzucić na siłę. Szczęśliwie od drugiego odcinka trochę wzięli za siebie i pokazali, że robienie nieszablonowych scen z dziwnymi przebitkami umieją wykonać na wysokim poziomie.

Tak właśnie prezentuje się Nekomonogatari: Kuro, które próbuje być wszystkim na raz. Tym razem formuła zawiodła. Podzielono poszczególne elementy w taki sposób, że zamiast stworzyć spójną całość to poszczególne elementy zaczęły przepychać się łokciami.
Share:

Recenzja anime Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute

Jak mogłoby wyglądać życie w Isekai z perspektywy nerda? Inaczej, jakie ono było jakby człowiek nie miał żadnych ograniczeń?

Rany, rany miało być tylko jeden odcinek lub dwa na spróbowanie, a tu proszę obejrzałem kolejną serie. Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute to prawdziwy mokry sen stereotypowego otaku. Główny bohater Cid pragnie zostać bohaterem. Lecz nie takim działającym otwarcie, ale jako eminencja w cieniu.


Nie powiem, ale naprawde udało mu się tego dokonać. Mimo, że pierwszy odcinek był jedynie prologiem do części właściwej. O dziwo oszczędzono wszelakich klasycznych elementów, a postawiono na całkowicie coś nowego.

Chętnie bym napisał, że jest to porywająca pełne przemyśleń historia. Nie będę jednak okłamywał, bo co prawda nie zabraknie poważnych tonów. Lecz jest to tak naprawdę komedia lekka i nawet przyjemna. Jedynie niekiedy stara się coś tam wstawić tak jak już wspominałem.

Fabuła natomiast jest o dziwo bardzo dobrze zbilansowana i dopiero przy wielkim turnieju, który się rozgrywa na samym końcu widać, że starają się jakoś zapchać czas antenowy rozwleczonymi gadkami szmatkami.


Scenariusz omawianego anime podzieliłem na: fan serwis, krwiste walki, i liczne spiski jakie knują różne organizacje podziemne. Zacznę od pierwszego wątku.

Celem Cida było stworzenie wielkiej organizacji walczącej z cienia, a stworzył mimochodem mega wielki harem. Z faktu, że jest tam jedynym kogutem wszystkie szalały za nim. Co jest naturalna koleją rzeczy.

Nie mogło zabraknąć licznych kadrów mających kierować oczy widza w określone miejsca. Jeśli komuś widoczków było mało to dostawali liczne dowcipy powiązane z kompleksami na tle fizycznego wyglądu #ShalltearBloodfallen. Oglądając podboje miłosne dziewcząt zastanawiałem się, czy one są takie głupie, czy on w swej obojętności taki uwodzicielski?


Dalej mamy liczne walki. Tak na tym warto się już bardziej pochylić. Od samego początku w tej kwestii mc wykazuje się spora konsekwentnością. Stara się za wszelką cenę stać się kimś wielkim. W swoich metodach też nie przebiera i nie żałuje nikomu ostrego lania. W swojej autoprezentacji przedstawił się jako ktoś dobry. Jednak bliżej mu do takiego Punishera.

Nikomu nie przepuści i jak zacznie to już nie ma zmiłuj. Jest jak najbardziej nietyczne, ale jakoś pociągająco odrzucono klasyczne unieszkodliwianie bandytów do staży miejskiej itp. Wszystkie walki spełniające istotną rolę były naprawdę prawdziwym widowiskiem. Wreszcie można z przyjemnością pooglądać kogoś, kto wie co robi, a nie odstawia jakiś cyrk na kółkach.

Mimochodem dołożono pewne udziwnienia w jego charakterze. Kontrastem do licznych pojedynków były udawanie zwykłego nic nie znaczącego bohatera drugoplanowego. Tutaj też pokazał co potrafi. Miało to moim zadaniem trochę go uczłowieczyć. Ewentualnie sprawić, że był bardziej swojski? O ile powód był dość jasny to często chęć zabłyśnięcia sprawiała, że się wyróżniał.


Z kolei jako Shadow był liderem idiotą, który miał farta, że jego podwładne odwalały wzorowo czarną robotę. Zabawniejsze jest to, że szczęście dopisywało mu w każdej istotnej chwili. Pokazuje to, aż nadto dobrze, że nie miał planu działania, a jedynie działo się to z przypadku lub nadinterpretacji którejś z dziewczyn. Największym jednak jego atutem jako takim, że moce miał naprawdę imponujące i nikt nie mógł w tej kwestii dorównać. Wydawałoby się, że to takie nic, a jednak cieszy, że nie odskoczyli od tego na rzecz od zera do bohatera.

Spiski, tak tych było bez wątpienia sporo, ale kołują wokół sekty, które jak to sekta stara się przywołać coś do życia. Im się to nigdy to nie znudzi. Gdzie nigdzie przebiją się wątki, o złu działającym z ukrycia, a tak na scenie mamy ich i Ogród Cienia. Nie znaczy to, że jest nudno, bo świrusy są na tyle zorganizowani, że zapewniają sporo zwrotów akcji.

Warto coś jeszcze napisać o samych dziewczynach. Każda z ważniejszych członkiń specjalizowała się w swojej dziedzinie. Handel, pisarstwo, czy bycia kompozytorem. Cid, co dużo tu mówić miał dość lekceważące podejście do ich umiejętności podkreślając, że plagiatują dzieła, które nie istnieją w ich świecie. Naprawdę pod tym kątem wykazywał spory nietakt. Wracając do rzeczy. O każdej można było napisać krótką charakterystykę, która pokazywała ich cechy, czy sposób działania. Ratowało to nie raz wielce zwyczajnego mistrzunia.


Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute? Uważam, że tak, bo fabuła jest wartka, a sceny przepełnione przez większość czasu solidną treścią. Jedynie niekiedy Cid musi, aż nadto pokazać jak mu wszystko jedno, co kto do niego czuje.
Share:

Recenzja anime Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu

Jak można poprowadzić fabułę? Można iść znanymi motywami, a nawet dodawać popularne szablony. Ewentualnie rzucać kliszami na prawo i lewo. Jednak jest jeszcze jedna metoda...

Oglądałem sobie profile anime na Instagramie i trafiłem na to Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu. Zajrzałem w komentarze i uznałem, że, ok dam szansę. Spokojny isekai jest tym czego teraz potrzebuje. Jeszcze rzut oka na tagi do serii i odpalam pierwszy odcinek.


Początek dość standardowy bez większego szału. Dokonano paru korekt względem tego gatunku anime. Zgodnie z opisem mc rzeczywiście był op w pełni tego słowa znaczeniu. Jestem dość mocno przeczulony na tym punkcie, ale przez połowę sezonu pierwszego wszystko szło niemalże idealnie.

Tylko, gdzie nigdzie musiałem przymknąć oko na pewne głupotki. Wyciągnięto żywcem scenę z tej produkcji Arifureta Shokugyou de Sekai Saikyou. Jest tam pamiętny moment jak pewnej smoczycy wsadzają kołek w... dupę. No i jej się to podoba... Podobnie jest to tutaj, niekoniecznie kropka w kropkę, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tamten odcinek służył za inspiracje.

Sam protagonista Makoto Misumi to swojego rodzaju miks. Z jednej strony to klasyk, który jest cnotliwy inny słowy ciepła klucha. Jednak potrafił mnie zaskoczyć i pokazał swoje drugie oblicze. Nie szykujcie się, że stanie się Dark Vaderem, aż tak dobrze to nie będzie. Pierwsza połowa to prawie plagiat Tensei Shitara Slime Datta Ken. Budowanie miasta? Jest! Sprowadzenie tam multum ras? Jest! Ogłoszenie go panem i władcą? Jest! Atak ludzi? Jest! Sorka za spoiler.


Klimat też jest mocno podobny jak w Tensei z tą różnicą, że tutaj nie schrzanili kwestii możliwości głównego bohatera. Przez cały sezon jest potężny i praktycznie mógłby być One-Punch Man. Z jakiegoś powodu twórcy postawili na radosną parodię w dwóch scenach. Myślałem, że zrobię facepalm, aż do chin.

Żeby było śmieszniej podawali liczne jak się okazało z perspektywy czasu wykluczające się informacje, o jego możliwościach bojowych. Ba, nawet podkreślano jak będzie to niebezpieczne jak się będzie dalej rozwijać, bo bogini która go sprowadziła ich znajdzie. Szok, zrobiła to (śmiech).

Nie zabrakło też gildii łowców przygód i handlarzy. Co ciekawe to już drugie anime, które wprowadza tą instytucje zrzeszającą kupców. Natomiast prowadzenie działalności jest już bardziej powszechne jako motyw przewodni serii. Potraktowano to póki co po macoszemu i jest jedynie sygnalizacją czegoś co ma się rozwinąć w przyszłości.


Misumi jak pisałem wyżej jest miękki i nie ma w sumie tym nic złego. Jedynie wałkowanie, po raz kolejny uprzejmego do bólu bohatera jest nudne i męczące. Przydałby się ktoś bardziej już przypominający Ark z Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chuu. Nie mogło zabraknąć też samego fan serwisu, który był dość oszczędny. Jednak jak się pokazał to przynajmniej trzymał poziom.

Na razie poleciały ogóły i frustracje, a teraz czas na konkrety. Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu to dość dobry tytuł, który przez sporą część wie co chce przekazać. Wzięli na warsztat znane moty, ale dodali też sporo od siebie. Praktycznie na samym początku zostałem zaskoczony ich uzasadnieniem czemu trafił mc do innego świata, co nie jest takie oczywiste. Wraz z kolejnymi wydarzeniami mogłem się sporo dowiedzieć o prawach jakie rządzą się tamtym światem. Dawało to dość jasny obraz tego czego mogłem się spodziewać. Nie pożałowano też bogatych animacji walki jak i konkretnego wykańczania przeciwników. Zamiast symbolicznego rachu, ciachu.

Jednocześnie czerpano garściami z innych anime, a przez to bawiłem się dobrze, ale jak zwykle bywa do czasu. W drugiej połowie wyraźnie ktoś inny przejął kontrole nad tym projektem i na siłę starał się wrzucić wszystko, co się da bez zastanowienia się, czy to w ogóle ma sens.


Zaczynając od bezmyślnej ucieczki przed leśnymi ogrami, którzy byli praktycznie na hita. Lecz nie trzeba zrobić jakąś kretyńska ucieczkę, która skończy się szybkim obiciem przeciwników. Zapamiętajcie to, bo ważne. Dalej żebym nie zdążył o tym zapomnieć ogry te trafiają do ukrytego miasta, gdzie rządzi panicz (Misumi). Tam na treningu dostają lanie od orka, który nie jest wstanie pokonać głównego bohatera. Dzięki za przypomnienie!

Dalej jest jeszcze weselej, bo przy okazji ogrów do miasta trafiła grupa poszukiwaczy przygód. Ci szybko trafiają do „magazynu” i kradną co wlezie. Efekt końcowy? Śmierć orka i poważnie ranna smoczycy, która miała być taka potężna, a wystarczyło załatwić jej małego klona. WTF!? Istotne jest, że źródłem obrażeń był pierścień naładowany mocą protagonisty. Pamiętajcie, bo ważne.

Następnie mamy wendetę, pogrzeb i wydawałoby się, że przyjmą nieco poważniejszego tonu. Nic bardziej mylnego, Nie minął dzień, a już wszystko wróciło na stare tory. Więc się pytam, bo cholerę ten cały cyrk dali skoro olali to na dzień dobry?


Człowieka trafia szlak jak kaleczą tą produkcję, ale finał już jest czystą kwintesencją głupoty. Powtarzają ponownie schemat z ogrami tyle, że wrogowie są już na jakimś poziomie. Krok pierwszy i drugi pominę, bo to klasyka gatunku w anime. Sama walka jak już się zaczęła potoczyła się zgodnie z oczywistymi przewidywaniami. 

Teraz będzie gwóźdź programu. Do finałowego ataku użył ok. bo nie liczyłem pięciu naładowanych pierścieni. Efekt? Babka traci zbroje i jest goła i wesoła, jej kompan oświadcza jakby nigdy nic: straciłem nogę. No tak przy okazji zadana spore straty armią, które były tam i obserwowały całe wydarzenie.

Podsumowując Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu ma w głębokiej dupie zasady jakie sobie narzuciło. Kłamało na temat możliwości bohatera, kontraktów, które miały dawać bonusy. Ostatecznie wrzucono wszystko co się da i nawet nie udają, że ma to mieć jakąkolwiek spójność fabularną. Wielka szkoda, bo zapowiadało się, że będzie to niezłe show. Zamiast tego kopiowanie żywcem z innych anime. Ocena końcowa 7/10.



















Share:

Retro recenzja Diddy Kong Racing (Nintendo 64)

Wiecie na czym polega definicja szaleństwa? Nie, nie chodzi o uznanie kolejnych Far Cry za nowatorskie produkcje z pomysłem na siebie. O wyścigach tu mowa.
 
Diddy Kong Racing wydano w 1997 r. na N64. Gra ta była od razu uznana za konkurencję dla Mario Kart 64. Grając w oba tytuły i stwierdzam, że DKR nie umywa się jakością do MK64, ale nie o tym będzie ten tekst.


Początkowo produkcja ta powitała mnie wyborem ośmiu grywalnych bohaterów. Plejada dość bogata i śmiało łącząca różne uniwersa, które są w posiadaniu Wielkiego N jak np. Donkey Kong.
 
Trzonem gry jest jednak tryb przygody w którym przyszło mi się zmierzyć... z czarodziejem z kosmosu. Co kraj to obyczaj, jak widać. Żeby dostać się do poszczególnych wyścigów musiałem posiadać odpowiednią liczę baloników. Na samym początku dostałem startowy pakiet, a potem hulaj dusza piekła nie ma.

No, nie do końca tak jest. Żeby się do wszystkich miejsc dostać musiałem regularnie zagadywać do przerośniętego „słonia”, aby zmieniać pojazd na jeden z kilku możliwych. Dość szybko przeszedłem do samolotu, aby dostać się do kolejnej lokacji i nabić rangi balonowe.


Wraz z zakończeniem wyścigów w danej lokacji włączał się boss. Czy byli wyzwaniem? Odpowiem przy omawianiu gameplayu. Następnym celem jakim miałem do wykonania było Silver Coin Challenge polegające na zbieraniu monet na tych samych trasach, które się już zrobiło. Następnie boss wraca na druga rundę z modyfikowanym nieco torem i umiejętnościami.

Na tym nie skończyły się atrakcje. Twórcy dodali jeszcze pomniejsze wyzwania, które mogło być death match, łapaniem flagi itp. Opisując rzecz nieco jaśniej chodziło o zabieranie przeciwnikom jajek z ich gniazd i dostarczenie do swojego. W innych wyzwaniach walczyło się wszyscy na wszystkich.

Powtarzając te jakże wciągające zajęcia dostawało się niezbędne itemy, aby zmierzyć się na końcu z antagonistą. Na wyścigi nie mogłem narzekać, bo tory skontrowane był tak, aby za każdym razem było możliwe stworzenie innej tatki do osiągnięcia pierwszego miejsca. Podobnie jak w MK4 nie zabrakło power up'ów.


Tutaj rzeczywiście podeszli nico ciekawiej niż u konkurencji. Zależnie od liczby użytych boosterów mogłem użyć inną wersją przeszkadzajki. Swoją droga miały one marginalny wpływ. Fakt, używałem ich, aby spowolnić innych zawodników, lecz boty korzystały z nich oszczędnie. Dopiero przy bossach stawały się integralną częścią całości niezbędna do wygranej. Szefowie  wbrew plotkom o niesamowitym poziomie trudności są stosunkowo przystępni. Trzeba jedynie opracować plan działania i już. 

Diddy Kong Racing nie jest długą grą, a wielokrotne powtarzanie znanego kontentu nie pozwala, abym mógł się dobrze bawić. W czasie granie dostrzegłem pewne błędy w wyzwaniu srebrnych monet. Chowanie ich niekiedy jest nawet interesującym zabiegiem wymuszający nauki, ich lokalizacji. 

Nie raz miałem sytuacje, że trzeba robić manewry, które z pełną premedytacją spowalniają kierowego przez mnie awatara. Da się to przeskoczyć, tylko pytam po co robić tak upierdliwą przeszkodę?


Nie zabraknie też opcji gry kanapowej jak chociażby pojedynczych wyścigów na torach, które się odwiedziło w głównej kapanin.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w Diddy Kong Racing? Boty nie są aż tak upierdliwe jak CRT, ale też potrafią niekiedy zaskoczyć. Wizualnie gra już traci kantem, który jest na tyle istotny, że może zdecydować, czy się wygra wyścig. Atrakcje są bardzo powtarzalne i jedynie co je ratuje to projekt poszczególnych torów. Wyścigi też potrafią zaskoczyć swoim poziomem trudności. Czasami te niższe mogą bardziej dołożyć od tych, które są sporo później. 

Gra daje też pewną dowolność w zwiedzaniu wyspy, co jest swojego rodzaju luzem potrzebnym do dobrej zabawy lub niezdenerwowanie się, bo nie wiadomo, gdzie iść. Jest to tylko symboliczna przeszkoda. Czy polecam tą grę? Jeśli szukacie czegoś na imprezę to jak najbardziej. Z kolei do indywidualnej zabawy to już mam dość mieszane uczucia. Bardziej byłbym skłonny zajrzeć do wąsatego hydraulika. Ocena końcowa 7/10.








Share:

Recenzja anime Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi

Ostatnio zrobiłem sobie przerwę od grania i zabrałem się oglądanie seriali i filmów. Natomiast to, co zobaczyłem to już nie od zobaczę.

Sprawdziłem sobie, co ciekawego wyszło w sezonie zimowym i zacząłem oglądać Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi. Po pierwszych odcinkach zapowiadało się dość ciekawie, a nawet dawało nadzieje na coś więcej.


Ostatecznie można streścić to tak: wędrowali, polowali i żarli. Gotowanie było czynnością oczywiście domyślną. Można dodać, że do tej zupy dodano nawiązania z Tate no Yuusha no Nariagari. Ściślej rzec biorąc początek to niemalże plagiat. Jak już się tak rozkręciłem do dorzucę parę przypraw z zapisania się do gildii poszukiwaczy przygód. Teraz już możecie zobaczyć, za co ewentualnie się zabierzecie jeśli ktoś z was się zdecyduje na pierwszy sezon.

Ciężko się pisze o takich seriach, gdzie początkowo widać spory potencjał na coś ciekawego, a potem trzeba zaakceptować, że będzie to jedynie przeciętne anime, bez większego pomysłu na siebie. Poszczególne odcinki opierają się ciągle na tym samym wzorze. Jak w takim klasycznym shounen, gdzie mordo bitka musi być praktycznie co chwile, tak tu ciągle jedzą.


Byłoby niesprawiedliwe jakbym nie napisał, że coś próbowano jeszcze porobić. Lecz było tego na tyle mało, że dość szybko odstąpiono na rzecz.... gotowania. Tak się przedstawia ta, jakże rozwinięta fabuła.

Głównego bohatera najchętniej bym wrzucił do działu niedojda. Lecz zważając na to, że coś jednak pokazał to mogę dać mu jeden punkt więcej za trzeźwe myślenie. Pozostali bohaterowie to w lwiej części postacie drugoplanowe / na epizodyczne. W gruncie rzeczy są bardziej z przymusu niż z potrzeby. To co napiszę zabrzmi abstrakcyjnie, ale mięso jest jednym z ważniejszych postaci, a zaraz za nim są słodycze. Jak zobaczycie sami zrozumiecie, o co mi chodziło. 


Pisanie kolejnych zdań byłby jedynie laniem wody, o niczym na serio. Z jednej strony człowiek się zawiódł, bo liczył, że jednak coś się będzie dziać. Teraz rozumiem, czemu normalne aktywności są marginalizowane w innych seriach.

Czy warto obejrzeć Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi? Jeśli nie będzie przeszkadzała wam wieczna uczta jaka się będzie tam rozgrywać to można. Tylko trzeba pamiętać, aby nie robić to na głodnego. Ocena końcowa 6/10.

Share:

Recenzja mang Sprzedałem swoje życie za 10 000 yenów (Tom 1 - 3)

Przeglądałem stojące na półce mangi wyciągając jedną za drugą. Zastanawiałem się po którą wpierw sięgnąć, o której wpierw napisać? Już wiem, posłuchajcie.  

Przybliżę wam mangową adaptację książki Sprzedałem swoje życie za 10 000 yenów. Jak sam autor napisał w posłowiu w komiksie zostały ujęte wszelkie sceny nawet te, które wydawały się nieistotne.  


Czytając tą mini serie składającą się z 3 tomów zastanawiałem się nad głównym pytaniem jakie tam padło: Ile jest warte życie? Czy rzeczywiście da się oszacować wartość dnia, miesiąca, roku? Wbrew pozorom można znaleźć odpowiedź na to pytanie. Jest zarówno bezcenne jak i bezwartościowe. Jedynie sam człowiek może zdecydować, co z tym wszystkim zrobi.

W tej recenzji odniosę się do wszystkich tomów. Przez to nie będzie konieczne odwoływania się do szczegółów fabularnych. Przedstawienie protagonisty: Kusunoki. Początkowo było trudno mi zrozumieć jego motywy działania. Czym się kierował i o co mu właściwie chodziło? Dostał się na studia, a do tego dorabiał. Wydawało się, że wszystko jest jak trzeba.

Jednak portfel wiał pustką i dostał w jednym ze sklepów ofertę sprzedaży życia. Szybko, aż za prędko skorzystał z okazji. Rozumiem, że tak miało rozpocząć się to domino, lecz brak większego wstępu pokazującego co go dokładnie pchnęło do tak drastycznego kroku. Nie mogę potraktować tej pustki jako drobną błahostkę lub inną nieścisłość fabularną.


Nadmienię, że był to jedyny fragment z którym miałem problem, bo dalej jest już tylko lepiej. Pierwszy tom skupia się na akceptacji tego, co właśnie zrobił Kusunoki. Nie jest jednak sam, bo pojawia się w jego życiu obserwatorka. Jest przedstawicielką „firmy”, o której nic w sumie nie wiadomo oprócz tego, że skupuje: czas, zdrowie i życie itp.

Jedyne co autor jeszcze zdradza to fakt, że działają jak mafia, która ściąga długi nawet po śmierci wierzyciela. Tyle w kwestii tajemniczych osób trzecich. Akcja jaka się rozgrywa jest dość powolna. Nikt się nie śpieszy i można obserwować, jak mijają ostanie miesiące życia protagonisty. Dokonuje on rachunku sumienia i stara się domknąć wszelkie sprawy.

Przekładając stronę za strona wciągałem się coraz bardziej, a syndrom jeszcze jednego rozdziału był równie naturalny jak oddychanie. Niezaprzeczalnie stosunek między głównymi bohaterami był początkowo... dość chłodny. Szybko wyszło szydło z worka i wraz kolejnymi istotnymi sprawami jakie chciał załatwić Kusunoki przed śmiercią wszystko odwracało o 180 stopni. Tom pierwszy to nic innego jak spojrzenie wstecz i zrozumienie, co sprawiło, że jest w tym, a nie innym miejscu.


Kolejny tom miał już całkiem inny klimat. Był niczym przerwa, złapanie oddechu jakże potrzebnego do dalszego działania. Nie zabrakło z samego początku pewnego domknięcia jednego z początkowych wątków. Nazwałbym to kropka nad i. Następnie od nowego akapitu rozpoczynamy kolejne zagadnienie.

Automaty, jak dorosnę chciałem zostać automatem. Takim do sprzedaży? Nawiązując do jednej z licznych rozmów Kusunoki i Miyagi chcę się odnieść do ciekawego motywu środkowego tomu. Wspomniane urządzenia zawsze są pod ręką, a także są stałe i nie ignorują nikogo. Nie można zaprzeczyć, że w Japonii tego typu punktów sprzedaży jest od groma. Nawet jeśli są już to niemalże zabytki to o dziwo są dalej konserwowane i używane. Co dodaje pewnej głębi tej rozmowie. U nas dawno by poszłyby na złom. W drugim tomie skupiono się bardziej na rozkwitającym romansie. Wróć, źle to zabrzmiało... Lepiej napisać rodzącym się szczerym uczuciu.  

Spoglądając na zimną Miyagi mogłem zobaczyć jak stopniowo zaczyna promienieć. Bez wątpienia to samo podejście jej klienta miało na to niebagatelny wpływ. Kusunoki też uległ swojego rodzaju zmianie. Nie tylko pod względem wizualnym jak i charakteru. Czy się pogodził z konsekwencjami, a może zyskał cel? Sądzę, że to drugie. Jest to ironia losu. Trzeb stanąć na krawędzi przepaści, aby zacząć żyć pełnią życia.


Wreszcie pojawia się kolejny bohater, a mowa tu o społeczeństwie. Postacie epizodyczne, które zaczęły ukazywać się to tu, to tam udające widzenie kogoś kto jest potencjalnie chory psychicznie. Reakcje są naprawdę różne, a za każdym razem zaskakują zarówno czytającego jak i samych zainteresowanych.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zakończenie, które jeszcze miałem hen przed sobą będzie o wiele bardziej ponure niż można się początkowo spodziewać. Wszystko jest jednak kwestią interpretacji. W tym tomiku odwiedzono istotne miejsca dla obu milusińskich. Przyznaje, że narysowane tereny robiły wrażenie.

Generalnie kreska jest naprawdę przyjemna, a tła są szczegółowe. Nie zdziwiłbym się jakby je wzorowano na rzeczywistych. Nie powiem, że gdzie nigdzie podeszli ostrożnie do kwestii drugiego planu. Są to jednak tylko wyjątki potwierdzające regułę.


Wracając do głównego tematu. Dalsze rozważania jakie są prezentowane na łamach mangi dotyczą pragnień i spełniania marzeń. Chodzi o próbę zrumienia się nawzajem i ułożenia tego w spójną całość. Praktycznie wątek główny został zachowany, ma się rozmieć. Jednak miłość już zupełnie zabrała wszystko. Aż chciałoby się powiedzieć, żeby chwila ta trwała wiecznie, a zakończenie było szczęśliwe.

Wiem, powtarzam się, ale sam finał porusza serca i najlepiej samemu się w pełni nim zapoznać. Niezaprzeczalnie jest to wisienka na torcie, której można było zapragnąć. Nim podsumowuje dodam, że w mandze nie zabraknie kryptoreklamy. Nawet sztuka wymaga pewnych kompromisów.

Podsumowując, czy warto przeczytać trzy tomy mangi: Sprzedałem swoje życie za 10 000 yenów? Bez wątpienia warto po to sięgnąć. Nie jest to tylko seria ambitna, ale i z przesłaniem, które do mnie dotarło jak po raz drugi przeczytałem. Ocena końcowa 9/10.
Share:

Recenzja filmu Śmierć nad Nilem z 2022 r.

Żyjemy w śmiesznych czasach. Pogoń za pieniądzem i pragnienie zdobycia łatwej forsy. Gdy tam na górze liczą kolejne setki dolarów zysków na dole normalni ludzie muszą opierać się fanatykom poprawności politycznej i wszelkich jej pochodnych.

Mówi się, że ostatnim czasie nadeszła moda na remake wszelakich dzieł. Od piosenek, przez książki, gry, aż do filmów. Śmierć na Nilu to bez wątpienia jeden z żelaznych przykładów jak można sprzedać po raz kolejny to samo zmieniając jedynie opakowanie.


Pół biedy jakby ograniczono się tylko do aspektów wizualnych, ale musieli przeforsować swoje ideologiczne pierdu, pierdu, aby móc zrobić z tego kolejną gównoburzę w sieci. Następnie wyzywać od rasistów każdego, kto śmie mieć inne zdanie niż oni. Cudna parodia naszych czasów.

Na chwilę odłożę te pierdoły, bo bolączek w Śmierci na Nilu z 2022 r. jest znacznie więcej. Zacząć należy od tego co najważniejsze, czyli od wąsów Herkules Poirot w którego ponownie wcielił się Kenneth Branagh. W filmie została pokazana geneza jego zarostu, a także wyjaśniono czemu były tak sumiaste. Otóż w czasie wojny Poirot został ranny i miał prawie pół twarzy rozwalone. Po czymś takim nie ma co liczyć, że się będzie gładkim Marianem.

Jednak jak za dotknięciem magicznej różdżki nie ma śladu. Wydawałaby się, że na tym wątek się skończy. Jednak postanowiono go zakończyć. Zamiast osiągnąć efekt zmierzony pokazali, że nie odrobili pracy domowej. Szramy zostały, ale tylko minimalne, co się w ogóle kupy nie trzyma.


Kolejny problem to scenografia. Film wyraźnie trąci tanim CGI. W kinie może się to nie rzuca tak w oczy, ale oglądając na komputerze i owszem. Wydawałoby się, że gorzej być nie może, ale jak się poszuka to coś się znajdzie. Sceny przy piramidach to prezentują wyśmienicie. Widać jak na dłoni, że coś jest nie tak. Można by rzec, że zostali „wklejeni”. Mało tego, można dopatrzeć się dziwnych rozmazań w określonych punktach. Dobrze, że chociaż część plany filmowego była bardziej klasyczna, czyli miała normalne dekoracje.

Teraz rozważam, czy przejść do fabuły, czy propagandy. W sumie jedno z drugim chcąc nie chcąc się tutaj zazębia. Śmierć nad Nilem niestety padła także ofiarą lewackiej ideologii. Oczerniono parę osób, aby było różnorodnie. Natomiast jak komuś było mało to dodano miłość, kompot i dwie suszone śliwki. Mało subtelny dowcip. O dziwo nie wypadło to jakoś tragicznie. Nic nie dodało i nic nie zabrało. Jedynie można się kłócić, o zgodność z realiami historycznymi. Szczerze wątpię, aby w 1937 r. Afroamerykanki (sądząc po akcencie) miały takie chody w społeczeństwie.

Istotniejsze jest to, że w samym filmie zachowano jedynie kilka faktów zgodnych z poprzednimi wersjami. Przykładowo kolejność wydarzeń w zabójstwach na statku, aż po  sam finał. Tylko znowu jest pewien problem. Muszę znaleźć jakiś synonim, bo za często się powtarzam. Jak się porówna obsada z wersją 1978 r. to się zobaczy, że istotni bohaterowie się nie pokazują, a w zamian pojawia się ktoś inny. Niby nic, ale zmienia tak wiele.


To co jednak mogę wrzucić do działu (****) tu miałby być niestosowne słowa, o wulgarnym charakterze. Sposób jaki Reżyser/ odtwórca głównej roli przekształcił sam koniec na coś w rodzaju kina akcji. Po obejrzeniu John Wick jakoś trudno mi się z tym zgodzić. Bardziej niż w formę trzeba wgłębić się materiał źródłowy. Herkules Poirot opierał się na swojej inteligencji i sprycie. Tutaj natomiast poszli w nieco współcześniejsze tony, lecz nie trzeba od razu robić z tego widły. Zgodziłbym się z tym całkowicie dopiero wtedy jakby zaczęły się jakiś pościgi samochodowe, skoki bungee i inna podniebna akrobatyka.

Nim przejdę do podsumowania warto wspomnieć, o paru mniej istotnych rzeczach. Z wielką chęcią przypominano jak to Poirot uwielbia symetrie. Przyznam, że wielce pocieszne. Nie zdziwię się jak w kolejnym filmie co wyjdzie we wrześniu tego roku dadzą to na sam początek.

Poziom gry aktorskiej był moim zdaniem taki sam jak w Orient Ekspresie. Bardzo zadowalający, a zwłaszcza Gal Gadot mnie mile zaskoczyła. Tutaj po prostu idealnie wtapia się w tłumie, to już i tak coś po jej niedorzecznych występach jako Wonderwoman.


Sporo kontrowersji było związanych z finałowym przemówieniem i logiką filmu. Jestem przekonany, że krytyczne uwagi szły głównie od ludzi, którzy dobrze znali całą historie i chcieli jedynie odhaczyć kolejny remake. Wiadomą sprawą będzie, że wiedzą kto, jak i kiedy zrobił. Twórcy musieli być tego świadomi i zapewne stąd taka, a nie inna próba złapania dwóch srok za ogon.

W takim wypadku udało się co najwyżej zdenerwować konserwatywnych widzów, których zaboli każdy szczegół odchodzący od oryginału, przykładowo pomysł z farmerem lub pokazanie protagonisty bez wąsów.

Podsumowując, czy warto obejrzeć Śmierć nad Nilem? Mimo sporych zmian w bohaterach i wydarzeniach to wciąż dobre jak na dzisiejsze standardy kino. Trzeba jednak przymknąć oko na jego dość budżetowy wygląd, który ma za zadanie udawać coś znacznie większego. Nie wieszałbym wszystkich psów na samym reżyserze, bo ostatecznie nie on jest tym, kto wykłada na to kasę.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie