• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Mario Kart 7

Czas na przerwę od dużych produkcji i sięgnąć po coś znacznie mniejszego. Jeśli zapytam was o gry wyścigowe, to zapewne powiecie Grid czy Gran Turismo. Tym razem rzućmy okiem na coś bardziej cukierkowego, co może zniechęcić starszych graczy.

Mario Kart 7
Przedostatnia odsłona wydana na konsole 3 Ds przez wielkie N to prawdziwa ścigałka z krwi i kości, warta uwagi każdego miłośnika czterech kółek. Mimo swoich lat, a musicie wiedzieć, że produkcja ta miała premierę w 2011 r. wciąż daje radę. Dużym plusem jest zręcznościowy model jazdy, który dobrze się spisuje, ma się wrażenie panowania nad pojazdem, którym się kieruje. Rzecz jasna, Nintendo nie byłoby sobą gdyby coś nie namieszało w rozgrywce. Zacznijmy od tras, bo w końcu na nich spędzimy te kilka godzin dobrej zabawy.


Jak byłem w twoim wieku    
Tory na których dane było mi się przejechać robią wrażenie. Możemy trafić na trasy inspirowane innymi produkcjami Wielkiego N choćby Mario 3D Land lub Luigi's Mansion 2. Przy każdym kolejnym wyścigu dostajemy informacje z jakiej gry i konsoli wzięto motyw, co na pewno wywoła miłe wspomnienia. Sama budowa torów też jest oryginalna. Przyjdzie nam przepłynąć jak i przelecieć co niektóre odcinki.


Piersi będą ostatnimi   
Autorzy zaskoczyli mnie pewnymi rozwiązaniami. MK 7 lubi rzucać kłody pod koła, gdy tylko obejmujemy prowadzenie. Z jednej strony to trochę frustrujące, a z drugiej zabawne. Mało tego, w czasie przechodzenia kolejnych poziomów w turniejach mamy do dyspozycji najróżniejsze przeszkadzajki i wspomagacze. 

Do moich ulubionych należała skórka od banana, którą się rzucało za siebie. Jeśli ktoś na nią wjechał, tracił cenne sekundy wpływające na wynik końcowy. A jeśli o poziomie trudności mowa, to MK 7 nie jest jakoś szczególnie wymagające. Poziom łatwy, to rozgrzewka, a normalny - trucht. Dopiero ostatni trzeci poziom może sprawić nam jakąś trudność, dlatego zalecam go jeśli ktoś lubi się denerwować, a nie przepraszam, dawać z siebie wszystko.


Postacie i kastomizacja 
Wszystko co Mario Kart 7 ma do zaoferowania łącznie z dodatkowymi trybami, jak zbijanie baloników lub zbieranie monet, starczy na jakieś max 7 godzin. Powiem wam szczerze, po przejściu MK7 odłożyłem kartridż na półkę, a siadłem do tego tekstu po paru tygodniach.

Czy warto kupić Mario Kart 7? Moim zdaniem, tak średnio się opłaca. Z jednej strony widać, że ludzie robiący ten tytuł wiedzieli jak się za to zabrać, ale nie pociągnęli go dalej, a szkoda, bo dobrze się przy tym bawiłem.

A wy skusicie się na tę bajkową, arcadową zabawę? Czy jednak wolicie realistyczne symulatory z piękną hiperrealistyczną oprawą graficzną?

Lajki i komentarze są mile widziane. Pozytywnej energii nigdy za dużo ;D
Share:

Recenzja Nier: Automata część 1 (PC)

Przyszłość - czas nieokreślony, miejsce nieznane. Planeta? Ziemia. Świat jaki znamy nie istnieje. Apokalipsa inna niż przewidywali twórcy filmowi! A co z życiem, czy jest nadzieja? Czy znowu ludzie będą mogli nazwać to miejsce domem? Nie wiadomo...

Pamiętacie jak pisałem o świeżym powiewie nowości, gdy recenzowałem Mario 3D Land? To teraz czeka nas wszystkich nie bryza, czy jakiś wietrzyk, a tsunami. Zdradzę już teraz, że w najbliższych tygodniach będę recenzował wyłącznie gry z japońskim rodowodem. Przejdźmy do pierwszego tytułu. Proszę o werble! Panie i panowie! Geeki i Nerdy! Przed nami jedna z lepszych gier 2017 r. Nier: Automata, do której scenariusz pisał nie kto inny, jak sam Yoko Taro. Dodam rzecz jasna, że stanowi on część zespołu, który bardzo dobrze znamy, a mowa tu o PlatinumGames, twórców serii Bayonetta.


Jest bogiem, bogiem, bogiem, bogiem...
Ci z was, którzy czytają regularnie moje teksty lub przejrzeli część z nich wiedzą, że na samym początku oceniam fabułę gry. Tym razem będą to tylko pierwsze wrażenia. Powiem wam dlaczego... Nier trzeba przejść, aż trzy razy! Zacznijmy od początku. Posłuchajcie.

Akcja zaczyna się jak w filmach Hitchcocka, najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. PlatinumGames podeszło do tematu naprawdę na poważnie i początek gry, który trwa ok. 45 minut robi wrażenie, bo już na starcie wyciągają ciężki sprzęt. Zaczynamy dość nietypowo, zamiast action rpg lub slashera mamy shoot 'em up. Czułem istny zachwyt tym pomysłem, a potem już katana ruszyła w ruch i mogłem zobaczyć protagonistkę, androidkę 2B. Gra jest naprawdę wymagająca, a w prologu ma zaimplementowaną permanentną śmierć.

Ładny to psikus spłatali nam twórcy. Parę podjeść trzeba było zrobić, ale nie czułem, że system gry mnie oszukuje. Miałem wrażenie, że jestem zachęcany do dawania z siebie 100%. W końcu przeszedłem do części właściwej, czyli do głównej lokacji, w której przyjdzie mi spędzić większą część tej produkcji i wiecie co, twórcy wywinęli mi kolejny numer. Może nie tyle oni, co ja sam sobie. Dałem się zaskoczyć brakiem niewidzialnych ścian, których tutaj zabrakło. Lecz sam upadek nie wryłby mi się w pamięć, gdyby nie to, co powiedział drugi z głównych bohaterów, android 9S. Nie będę psuł wam zabawy, sami musicie posłuchać.


Tak to jest czysta nienawiść!            
Nier: Automata ma to co jest dla mnie najbardziej charakterystyczne w jrpg, nieudźwiękowione dialogi, które są w większości przypadków powiązane z zadaniami pobocznymi. Piszę o tym, bo zdziwiło mnie to lekko. Wcześniej sądziłem, że dotyczy to małych gier wydawanych na konsole przenośne, a tu zonk, bo tutaj też ma to miejsce. Zabieg ten trochę odebrał czaru pomniejszym misjom. Kiedy zasiadałem do tego tytułu miałem już pewne oczekiwania, wyobrażenie tego co zobaczę. Część się spełniła, postacie drugoplanowe są naprawdę sympatyczne i niepospolite, np. Emil, który jest najbardziej zwariowanym sprzedawcą z jakim było mi dane handlować. Oczywiście jest ich więcej i dlatego zachęcam tych co nie grali, aby spróbowali i sami to zobaczyli.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=310030
Broń ostateczna      
Przyjedzmy do wątku głównego. Protagoniści, czyli 2B i 9S to członkowie sił specjalnych, coś w rodzaju Gromu. Nie są oni żadnymi wybrańcami, ani nikim w tym stylu, a jednak odczułem, że trochę są tak przedstawiani. Misja główna to odbicie świata z rąk obcych i maszyn, które im służą. Bossowie z którymi się zmierzyłem są naprawdę oryginalni i jedyni w swoim rodzaju. Dzięki temu nie można się było nudzić. Chciałbym napisać w końcu, że fabuła jest świetna lub taka sobie, ale przez niezwykły zabieg z jakim po raz pierwszy się spotykam, poznałem tylko 1/5 jej części. 

Jeśli kogoś nie interesuję co dalej to może na tym poprzestać. Uważam jednak, że warto się skusić na resztę z tego powodu, że jest to dojrzała historia. A przedstawiony świat nie jest czarno biały. Posiada on wiele odcieni szarości. Czy nie wydaje się wam dziwne, że androidy walczą z maszynami? Dlatego doszedłem do wniosku, że napiszę nie jeden, a dwa teksty o Nier: Automata. Od razu uprzedzam, że kolejne recki będą już zawierać spoilery. Jeżeli się zastanawiacie czy już przeszedłem pozostałe "etapy" gry, to muszę powiedzieć, że na razie jestem w trakcie.


Nie uczyni cię to człowiekiem      
Aby nie było monotonii, poszczególne teksty będą przeplatane pomniejszymi recenzjami gier wydanych na New 2 Ds XL. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. Przejdźmy teraz do rozgrywki. Potyczki są trochę nierówne. Są sytuacje kiedy przechodzimy przez wrogów z dziecinną łatwością, a czasami musimy się dość namęczyć. Walka jest mimo to satysfakcjonująca. Najbardziej zapadają w pamięć pojedynki z antagonistami i to nie tylko z tego powodu, że starcia wymagają analizy ich ataków i dobrania odpowiedniego bildu.

Aktorzy wcielający się w nich, a zwłaszcza Greg Chun grający Adama, pokazali najwyższy poziom podobnie jak Mark Hamill grający Jokera. Liczba rodzajów wrogów z którymi przyszło mi się zmierzyć jest wystarczająca. Dzielą się oni tradycyjnie na tych podstawowych, których mogę spokojnie zaliczyć jako "mięso armatnie" i wojów ciężko opancerzonych. Nie zabraknie nam sił powietrznych i innych rodzajów piechoty.


Za ludzkość     
 
Kolejnym ciekawym elementem jest rozwój naszej bohaterki. Nie musiałem chodzić do nauczycieli czy odblokowywać nowych umiejętności w drzewku talentów. Wystarczyło, że zakupiłem odpowiednie "urządzenia", które dodawały nową umiejętność. Skille były najróżniejsze, odpowiadające za siłę, jak i szybkość reakcji 2B. Jednak kto by pomyślał, że znajdzie się taki, bez którego główna bohaterka nie może żyć? Dowiedziałem się o tym kiedy go sprzedałem... Takiej śmierci jeszcze nie widziałem. Innymi takimi ciekawostkami były chipy odpowiadające za widzenie mini mapy lub paska życia własnego i wroga. Dzięki dużemu wyborowi łatwo mi było dostosować umiejętności 2B do moich potrzeb.

Czy warto kupić Nier: Atomata? Jeśli miałbym odpowiedzieć na podstawie tego co zobaczyłem do tej pory to powiedziałbym, że tak. Jednakowoż wciąż mam przed sobą 2/3 fabuły. A na sam koniec kwestia sterowania. Czytałem na różnych serwisach branżowych komentarze innych graczy, którzy skarżyli się na brak możliwości przepisywania klawiszy i robienia uników. Trudno mi się odnieść do tych zarzutów, bo grałem na padzie przez co nie miałem problemów i grało się mi bardzo dobrze. Więc i wam radzę wykorzystać kontroler od konsoli zamiast klawiatury i myszki.

Zastanawia mnie czy macie podobne przemyślenia dotyczące Nier, a może wolicie coś bardziej klasycznego i dobrze nam znanego?

Wiecie co jest najlepsze w tej grze? A to, że przygoda po zobaczeniu napisów końcowych nie skończyła się, a dopiero zaczęła.
Dział z komentarzami jest wasz.



Share:

Recenzja Life is Strange: Before the Storm (PC)

Życie mamy tylko jedno, a pewne rzeczy możemy zrobić wyłącznie raz. Zacznijmy więc tę opowieść przed burzą, która dopiero nadejdzie...

Przed Wami druga część jednej z najlepszych gier, jakie miałem okazję zagrać – Life is Strange. Ale uwaga – to nie sequel, lecz prequel serii. Moi drodzy, oto Life is Strange: Before the Storm, wydane w 2017 roku przez Square-Enix i stworzone przez Deck Nine.

Kiedy słońce zastąpi deszcz

Do tej produkcji podchodziłem z dużą rezerwą. Wahałem się, czy w ogóle warto zagrać. Brzmi to pewnie dziwnie, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają moją recenzję pierwszej części. Tamta odsłona Life is Strange po prostu miażdżyła swoją wielkością!

Jednak kiedy dowiedziałem się, że za prequel nie odpowiada DONTNOD, tylko studio Deck Nine, pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem poczekać na wydanie całego sezonu. Ostatecznie zaopatrzyłem się w edycję deluxe, która zawierała bonusowy epizod „Żegnaj”. A teraz zobaczmy, czy rzeczywiście było coś przed tą burzą…

Zagrajmy w grę... 

Akcja gry odbywa się w tym samym mieście co pierwsza część, czyli w Arcadia Bay. Kto by mógł się spodziewać, że powrót na stare śmieci, będzie tak fajny. Mamy tu w sumie ponowne wykorzystanie tych samych miejsc, ba mało tego, nawet ujęć, które będą mrugnięciem do fanów tej serii. Nie martwcie się, cała kampania nie będzie wielkim backtracking'iem. Będą to jak wspomniałem wyżej znane miejscówki, ale ukazane z innej perspektywy. Ujrzymy parę nowych lokacji w mieście, jaki i w domu Chloe, która jest główną bohaterką. No, skoro wspomniałem już o niej, to też została "odświeżona". Ci z was, którzy polubili ją za pozytywnie zakręcony charakter i skłonność do ryzyka będą mieli okazję zobaczyć jej inne oblicze. Chloe jest bardziej nieśmiała i mniej skłonna do grania pierwszych skrzypiec. Nie będzie to spoilerem kiedy wspomnę, że jej ojciec nie żyje. Jest to dość istotny fakt, bo na tym etapie protagonistka bardziej odczuwa stratę bliskiej dla niej osoby. Autorzy starali się to podkreślić poprzez nawiedzające ją sny i tu pokazali klasę. Temu elementowi LiS mógłbym dać z czystym sumieniem maksymalną ocenę.

Tu byłem, lecz odszedłem    

Jakby fabuła Life is Strange: Before the Storm poszła tą samą drogą co jej poprzedniczka. A miałbym ocenić tę grę w kilku słowach to powiedziałbym, że jest to niemalże idealna "imitacja" pierwowzoru zawierająca wszystko to, za co pokochałem oryginał. Niestety jest inaczej, co prawda nie zawiodłem się, ale "opadu szczęki do Chin" nie było. Czułem się tak, jakbym grał w tę produkcję po raz drugi lub trzeci, a największe emocje miał dawno za sobą. Po przejściu pierwszego epizodu zastanawiałem się, czy podjąłem może jakąś decyzję, której konsekwencje objawią się w przyszłości. Na szczęście na końcu jest lista naszych wyborów i wtedy dowiedziałem, które wydarzenia były ważne z punktu widzenia twórców. Żeby nie było tu pewnych niejasności, gra sygnalizowała te momenty odpowiednim filtrem i efektem dźwiękowym. Jednak brakowało mi sytuacji, na pozór nieważnych, lecz brzemiennych w skutkach. Zaraz ktoś mi wytknie, że misja z odzyskaniem pieniędzy dla Franka była przepełniona takimi zdarzeniami i w całej produkcji znalazłoby się ich więcej. Tylko jakoś nie mogę sobie ich przypomnieć. Prócz kilku głównych, tych mało istotnych.

Szach mat!    

Nie winię za to Deck Nine, bo mieli oni związane ręce. Dużo wydarzeń nie mogło się potoczyć inaczej z tego powodu, że DOTNOT już ustaliło ich zakończenie, przez co Chloe musiała wylecieć ze szkoły itp. Twórcy mieli małe pole do popisu, co nie zmienia faktu, że przydałoby się więcej wyborów, które mogłyby mieć w tej historii większe znaczenie. To co zrobili bardzo dobrze, to odtworzenie stylu twórców oryginału. Bohaterowie są wyraziści, przez co łatwo się z nimi utożsamiać. Czarne charaktery też są wiarygodne i takie prawdziwe. Dzięki temu oglądamy ten "interaktywny film" z zainteresowaniem. Warto się odnieść do przedstawionych tu relacji między poszczególnymi postaciami. Nie są one proste w swej budowie, wprost przeciwnie, mamy tu do czynienia ze sporą złożonością, ale dzięki różnorodności w dialogach, które możemy wybierać, mamy możliwość przeprowadzenia ciekawych rozmów.

Ale, o co chodzi?

Artykuł ten przybrał dość "dziwną" formę, bo odszedłem całkiem od schematu w jakim dotychczas pisałem i nawet nie wspomniałem o czym jest gra. Fabuła opowiada o przyjaźni Chloe i Rachel Amber. Wspólnie z "zaginioną" z pierwszego LiS odkrywamy sekret jej rodzinny i kłamstw jej ojca. Nie zabraknie też trudnych tematów, jak nowy partner rodzica, który zajmuje miejsce poprzedniego. No i co się z tym wiąże, buntu dziecka wobec tego typu zdarzeń. Tematyka narkotyków też została poruszona, ba nawet z nią wiąże się samo zakończenie gry. Niestety, moim zdaniem potraktowano ten wątek jedynie jako tło dla akcji. Generalnie starano się wypełnić ten tytuł trudnymi problemami i pokazać je w rzetelny sposób, lecz czułem niedosyt i brak ostatecznych szlifów. Co do mechaniki gry, jedyną nowością jest tu walka na riposty, które zastąpiły cofanie czasu. "Potyczki" polegały na odpowiednim słuchaniu przeciwnika i właściwym dobraniu odpowiedzi. Do grafiki i podkładu dźwiękowego nie będę się odnosił, bo mamy tu to samo, co w poprzedniej części. Jeśli więc wam się tamta oprawa audiowizualna podobała, to ta też przypadnie do gustu. 

Czy warto kupić Life is Strange: Before the Storm? Tak, mimo małej liczby wyborów w grze, to wciąż dobra odsłona tej serii. Nie czułem się zawiedziony i nie żałuję zakupu. Dużym plusem są rozwinięcia pewnych wątków, które już dobrze znamy, np. czemu Chloe ma niebieskie włosy. Nie zabrakło też genialnych kadrów rzucających się w oczy tym, co grali w powszednią część. Zapewne zauważyliście, że czasami dodaję ocenę liczbową, a robię to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź na zadane powyżej pytanie. Moja ocena za całą produkcję to 8/10.

A was LiS:BtS przekonał do siebie i wywołał szybsze bicie serca? Napiszcie, jak odbieracie tego typu produkcje, które nie unikają poważnych tematów.

No i na koniec ogłoszenie parafialne. Komentujecie i klikajcie na tę niebieską łapkę w górę :D

Share:

Recenzja Assassin's Creed Chronicles: China (PC)


W ostatnim czasie przebyłem wiele wysp łapiąc kieszonkowe stworki. Sądziłem, że to już koniec polowania. Myliłem się, to była rozgrzewka przed czymś znacznie większym! Posłuchajcie...

Seria Assassin's Creed towarzyszy nam od lat, jednym się podoba, a innym nie. W ostatnim czasie wyszła dość odświeżona wersja przedstawiająca początek Bractwa Skrytobójców. Jednak to nie AC Origin będzie tematem tego tekstu, a spin-off serii. Pozwólcie, że zaprezentuję wam Assassin's Creed Chronicles: China, pierwszą część trylogii. Normalnie dokończyłbym, że odpowiadał za nią Ubisoft, lecz tym razem jest to ktoś inny. Twórcami tej odsłony jest Climax Studios. A teraz sprawdźmy, czy udało im się zrobić coś interesującego.

Pokaż kotku co masz w środku!

Jak nakazuje stara chińska tradycja recenzję zaczyna się od fabuły. Historia rozgrywa się w państwie środka. Wcielamy się w assassinke Shao Jun, drugą skrytobójczynię, która wystąpiła w serii AC. Tytuł pierwszej damy w całym bractwie przypada oczywiście Aveline de Gandpré. Przejdźmy jednak do meritum, historia przedstawiona w AC China nie powala. Dość często jak już o tym pisałem na blogu, mamy tu do czynienia z tłem, jakąś formą motywacji pchającą nas do przodu (jak w Mario). Budżet tego tytułu był wyraźnie mniejszy, co paradoksalnie wyszło na plus. Przerywniki to szereg pięknych obrazów przedstawiających  nam sytuacje, które rozgrywają się przed naszymi oczami. Warto wspomnieć, że bohaterowie są wyraziści i zdecydowanie dążą do swoich celów. Dzięki temu łatwo zrozumieć, np. poczynania głównej bohaterki, pałającej zemstą do Zakonu Templariuszy. W ciągu całej kampanii nie ma za dużo zwrotów akcji, więc na tym zakończę omawianie tego tematu.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=297425
Małymi kroczkami do celu    

Przyjrzyjmy się teraz rozgrywce. Byłem nią naprawdę zaskoczony i to pozytywnie! Wreszcie miałem okazję zagrać w skradankę, a nie parodię Prince of Persia. A jak o księciu mowa, to kamera wróciła na swoje miejsce i obserwujemy wszystko z boku, tak jak w PoP'a, w pierwszych odsłonach wydanych w latach 80 i 90-tych. Odczułem miłą odmianę i chęć kombinowania w przechodzeniu poszczególnych poziomów. Twórcy dali też coś na zachętę, nasze poczynania są oceniane i możemy ukończyć lv jako: cień, assassin lub zabijaka. W pierwszym przypadku chodziło o bycie nie wykrytym przez nikogo. Druga opcja wymagała także braku wszczęcia alarmu, ale dopuszczała już skrytobójstwa, trzecia to klasyczne "huzia na Józia". W trakcie kampanii napotykamy najróżniejszych przeciwników, od zwykłych żołnierzy, kuszników, do ciężko opancerzonych wojów. Walka z nimi nie jest prosta, bo obrona protagonistki jest kiepska, a do tego mamy bardzo mało życia. Na szczęście wraz z upływem czasu dostajemy nowe triki, które umożliwiają rozprawienie się z wrogami w dość szybki sposób. Przeciwnicy są z jednej strony tępi, bo nie zauważą nas jak kucamy pod ścianą, a z drugiej potrafią wypatrzeć nas w kryjówkach, gdzie staramy się ukryć. Od pierwszego zarzutu można ich łatwo uwolnić z tego też powodu, że autorzy nie przewidzieli takiego zachowania graczy. Położyli natomiast większy nacisk na wszelakie miejsca, w których możemy się skryć. Dodatkową, ciekawą opcją jaką dodano jest pole widzenia Npc. Nie chodzi mi nawet o widoczne stożki symbolizujące ich zasięg wzroku, a o to, że mogą spojrzeć w dół pod kątem 90 stopni. Napsuło to krwi i to niemało, i jednocześnie cieszyło, że ktoś się postarał dodać coś nowego.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=289299
Starego psa nie nauczy się nowych sztuczek   

Co do reszty spraw dotyczących mechanik tego spin-offa, to mamy tu wszystko to samo co w dużych odsłonach. Przejdźmy teraz do grafiki i podkładu dźwiękowego. Cała gra wygląda jakby została namalowana przez zdolnego malarza. Nie dość, że to miła odskocznia, to jeszcze cieszy oczy. Poprzez tę zmianę klimat gry nabrał rumieńców, a podkład muzyczny pieścił uszy, nie próbując wyjść na pierwszy plan. Pochwalę też efekty dźwiękowe, kroków, skrzypiącej podłogi lub broni. Wszystkie te elementy pięknie się komponują i dają spójną całość.    

Czy warto kupić Assassin's Creed Chronicles: China? Jasne, że tak, to dobra produkcja, która zdaje sobie sprawę czym jest. Czas jaki nam zabierze to zaledwie 6 godzin, przez to nie zdąży się znudzić. Ubi powinno się od nich tego uczyć. Lepsza dobra i krótka gra niż rozciągnięta do granic możliwości. Jeśli znajdziecie AC China w dobrej cenie, zakupcie bez obaw.

A wam seria się przejadła, a może czekacie na kolejną odsłonę?

Lajkujcie i komentujcie, wasze wsparcie jest dla mnie bardzo ważne :D
Share:

Recenzja Pokemon Moon

Każdy z nas lubi wracać do czasów, gdy wszytko było miłe, fajne i przyjemne, (czyli do okresu tak dawnego, że zdążyło się już zapomnieć o gorszych momentach). Pamiętam, tak jakby to było wczoraj, Pokemony były hitem, numerem jeden na rynku! No i każdy dzieciak chciał je mieć. I właśnie z tego sentymentu sięgnąłem po najnowszą odsłonę tej starej serii wydaną na konsole z rodziny 3 Ds.

Pewnie się zastanawialiście, czy Mario będzie jedyną grą od dużego N na tym blogu, otóż nie! Ja dopiero się rozkręcam moi mili. Nostalgia wzięła nade mną górę i postanowiłem zrecenzować Pokemon Moon wydane w 2016 r. Podszedłem do tego tytułu bez oczekiwań. Stara zasada mówi: ten kto da się ponieść hype train'owi ten srogo się zawiedzie. A teraz przejedzmy do oceny tej produkcji.

Tropiki to takie małe miki
Akcja dzieje się na wyspach Alola, które są wzorowane na Hawajach. Początek gry, jak i cała historia nie porywa, ale na szczęście jest na tyle dobra, że nie nudzi. Główny cel kampanii dzieli się na dwa istotne wątki. Pierwszy stary jak świat, staramy sie być najlepszym trenerem pokemon na świecie, a drugi to ultra bestie i organizacja, która chce przejąć nad nimi kontrolę. Skupmy się wpierw na tym pierwszym, na byciu czempionem. Mimo swojego neutralnego podejścia, gdzieś w głębi duszy liczyłem na zdobywanie odznak od lokalnych liderów. Kto pamięta pierwszą serię anime o kieszonkowych potworkach, ten zrozumie.

Game Freak podeszło do sprawy nieco inaczej, lecz zacznijmy od początku. Na starcie wybieramy jednego z trzech pokemonów. Szkoda, że nie było tam Pikachu. W ciągu całej gry będziemy przemierzać wyspy, na których lokalny lider (kahuna) sprawuje kontrolę, ale żeby nie było zbyt prosto, trzeba pokonać kapitanów i ich totemowe pokemony. Każdy z tych etapów nazwany jest trialem, czyli wyzwaniem. Będę szczery i subiektywny, wszystkie one były z grubsza takie same. Na szczęście nie brakło wyjątku, ale nie będę wam psuł zabawy i sami je ocenicie. Na samym końcu, o zgrozo, mamy recykling tego, co już znamy, czyli znowu walczymy z tymi samymi przeciwnikami, a jak dodać do tego mechaniki walki to wyjdzie nam pokemonowa wersja Dark Souls z tą różnicą, że w DS liczy się skill, a tu szczęście i statystyki.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=334532
Zespół R znowu błysnął!!!
Pragnąłbym poświęcić osobny wątek pewnej małej, acz istotnej sprawie. Wśród antagonistów trafimy na gang zwany Drużyną Czaszki (Team Skull) do bólu przypominający mi zespół R, który z uporem maniaka starał się porwać Pikachu. Początkowo spotykamy tylko dwóch członków tej grupy (stąd to skojarzenie). Jednak wraz z rozwojem sytuacji okazuje się, że jest ich więcej i nawet mają w miarę ciekawą reprezentację, nie wliczając w to grono ich szefa, bo to był zbyt przerysowany bohater, nie wykazujący żadnych refleksji po przegranych pojedynkach. Chodzi mi oto, że nieważne ile razy z nami przegrał, to i tak zachowywał się jakby było na odwrót. A teraz przejdę do sedna tematu, czyli do mechaniki gry, bo tu jest o czym pisać.


Jedna tura dla mnie, pięć dla Ciebie, LOL  
Ech, jak na razie przedstawiam Pokemon Moon w szarych barwach. No ok, powiedzmy, że jest to solidny średniak, a teraz przejdźmy do systemu walki. Pojedynki są tu turowe, co daje nadzieję na interesującą i uczciwa rozgrywkę. Niestety losowość, która została zaimplementowana, potrafi napsuć krwi. Początkowo nawet nie zwraca się na nią uwagi, bo pojedynki są proste i szybkie. Po pewnym czasie nabiera się przekonania, że wszystko sprowadza się do zwykłego przeklikania tych "potyczek". W drugiej połowie gry przekonałem się, że jest inaczej. 

Oczywiście dotyczy się to tylko określonych pojedynków z bossami. Postaram się wam przedstawić sprawę jaśniej. System w Poksach zalicza atak i jego skutki w sposób losowy, tak jak przy rzucie kostką. Jednak powiedzenie kostka to za mało, bo ma się wrażenie, że użyto wielu kości. Zależnie od tego co się wylosuje, istnieje możliwość zaatakowania więcej niż raz z rzędu. Dopóki walki przechodziło się z palcem w miejscu gdzie plecy tracą szlachetność, nie zwracało się uwagi na to, że przeciwnik miał po dwie czy trzy akcje, jedna za drugą, bo i tak szybko padał.


W samo południe
Sytuacja zmieniła się po wprowadzeniu walk dwóch na jednego. Z jednej strony potyczki zrobiły się ciekawsze, ale od razu w oczy zaczął się rzucać fakt, że gra oszukuje. Normą było, że wróg miał dwa, a nawet cztery ruchy z rzędu, a nam dano maksymalnie dwa i to tylko czasami. W sumie zaczęło przypominać mi to grę Civ na najwyższym poziomie trudności, gdzie tylko w określonych warunkach dało sie wygrać, bo przeciwnik kantował na wszystkim jak leci. A teraz wróćmy do Pokemonów. Wspomniałem o dodatkowych efektach, a mowa tu o paraliżu, dezorientacji, truciźnie, uśpieniu itp. 

Zależnie od widzimisię systemu, dany efekt będzie działał lub nie. Jeśli się nie uda, to zobaczymy prawie to samo z tą różnicą, że oprócz widocznego komunikatu na pasku życia, dostaniemy dodatkową widomość, a potem możemy spokojnie wykonać ruch. Randomowość walki jest o tyle irytująca, że wroga nie można pokonać nie dla tego, że jest lepszy, a przez to, że miał więcej szczęścia. Jeśli się uprzemy, to w końcu się to uda. "Karta" będzie nam szła i wygramy, a potem udamy się do PokeCentrum i wyleczymy naszą drużynę. Na samym końcu kampanii czeka nas "maraton uśmiechu" i dużo grindu.


Muk, eee beee, nie to, nie to
A teraz skomentuję nieco mniej ważne elementy gry, czyli oprawę audiowizualną. Potworki doczekały się odświeżenia względem swoich pierwowzorów, co niektórym wyszło na dobre np. Marowak, a innym nie (tak myślę o Mr. Mime). Grafika jest ładna i dobrze oddaje anime. Muzyka jaka towarzyszy nam przez całą produkcję jest znośna, ale nie zapada w pamięć. Zabrakło mi jednak jednej rzeczy, czyli oryginalnych głosów Pokemonów. Zamiast tego mieliśmy jakieś bida elektro podobne odgłosy. Jedynie Pikachu ma swój głos i grimer, tylko coś mu się pomyliło i mówił muk (nie miałem okazji sprawdzić wszystkich pokemonów).

Czy warto kupić Pokemon Moon? I tak i nie. Z jednej strony przez większość gry mamy to o czym marzyło się jako dziecko, a z drugiej bardzo chaotyczny system turowy. Jeśli przeliczacie wydane pieniądze na godziny, to dostaniecie co najmniej 30 godzin gry nie licząc czasu, który można poświęcić na poszukiwanie kieszonkowych potworków, których nie posiadacie. Inna sprawą jest to, że ceny gier od Nintendo nie spadają, więc możecie darować sobie czekanie. Z braku możliwości odniesienia się do poprzednich odsłon tej serii, daję 7/10.

A wy upolowaliście Abre, a może Huntera? Podoba się wam ten tytuł, a może pogrywacie w nowszą wersje Yo-Kai Watch?

Wiem, że się powtarzam, ale przypominam o łapkach w górę i komentarzach.
Share:

MMORPG vs Solo zabawa - czy można tak grać?



Dawno już nie pisałem, a dziś postanowiłem coś skrobnąć. Czasu mam co prawda mało, ale gdzieś z tyłu głowy krystalizował mi się temat. Otworzyłem szafkę z grami i mnie oświeciło...

CZY W GRY MMORPG DA SIĘ GRAĆ SAMEMU!?

Czym są te gry, to zapewne wie każdy. Ale tak na wszelki wypadek podam krótką definicję dla tych, którzy mogli jeszcze nie słyszeć o tym gatunku, (o ile jest to możliwe). Rozwinięcie tego skrótu wygląda tak: Massively Multiplayer Online Role Playing Game. Wyobraźcie sobie, że gracie w jakieś rpg np. Skryim lub inną Personę. Jednak zamiast być samemu,  to widzimy wokół siebie  setki, jeśli nie tysiące "żywych" bohaterów kierowanych przez ludzi. Każdy biegnie w swoją stronę lub stoi przy stacjach craftingowych, ewentualnie przy domu aukcyjnym. Wszystko co się dzieje zależy od nich, od graczy, a ty nerdzie miły nie jesteś już pępkiem świata, a jedynie trybikiem. Pardon, jesteś wolnym duchem, który może iść tam, gdzie go nogi poniosą. Przeżywamy przygody, które wymagają współtowarzyszy, bo w końcu jest to multiplayer. Wszelkie mechaniki w klasycznej (patrz World of Warcraft) wersji MMORPG tak są zrobione.  


No dobra, przejdźmy do samego tematu. Tak jak pisałem powyżej, produkcje z tego gatunku były kiedyś bardzo nastawione  na posiadanie zgranej paczki, bo bez tego ani rusz. Wiem co mówię, bo gram w nie od 2009 r. Teraz to się zmieniło i społeczność obrała nieco dziwną drogę. Zaraz wyjaśnię, co mam na myśli. Przede wszystkim gra nadal opiera się na pracy zespołowej, więc wydawało się, że całość powinna działać po staremu. Otóż nie! Ludzie mają coraz mniej czasu i nie tylko tego im brak... Czuję, że zaczynam odbiegać od głównego wątku, a raczej, że kołuję gdzieś wokół niego. Tematem tego tekstu jest, czy można grać w MMORPG samotnie. Z własnego doświadczenia powiem, że tak, można. Zapewne na takie twierdzenie, ktoś odpowie, że od tego są gry single player. W sumie można się z tym zgodzić, ale postaram się przedstawić swój punk widzenia. Wbrew wszelkim pozorom w MMORPG coraz częściej mamy do czynienia z czymś, co nazywam graniem obok siebie. Chodzi o to, że gracze nie mają specjalnej chęci łączenia się w gildie, klany, legiony itp. Tak wiem, że to tak zwana gadka ogólna, ale pragnę zauważyć, że ludzie z kraju kwitnącej cebuli mają ciekawą skłonność do szybkiego dzielenia się na podgrupy, działające osobno w ramach jednej drużyny. 

Kolejnym elementem jest komunikacja. Kiedyś wystarczył chat, pisało się między sobą i to wystarczyło. Na szczęście weszły komunikatory internetowe, np. Teamspeak. Wiecie, co mnie wtedy najbardziej zdziwiło? Cisza. Nikt tam się nie zalogował... Tak, może zaglądałem tam w niewłaściwym czasie, lecz nie w tym leżał problem. Gdy teraz przelewam swe myśli do tego artykułu, to się dziwię, że nie rzuciłem wtedy tego wszystkiego w cholerę. Wpływ ludzi mocno wpływa na samotne wilki. Innym ciekawym zachowaniem była tak zwana "dobra atmosfera i pomoc nowym". Proszę o chwilę przerwy, bo muszę się przestać śmiać. Jeśli graliście w Gw2, czy inne MMO, to często mogliście czytać ogłoszenia: Gildia XYZ rekrutuje aktywnych graczy. Jesteśmy gildią pvx, zapewniamy pomoc przy instancjach i fractalach, po więcej info piszcie na priv. Oficerowie, którzy się tym zajmowali oczywiście szybko odpisywali, ba, od razu wysyłali zaproszenia. 

A potem, a potem... NIC! Można było dostać nawet coś innego, ochrzan, czemu dołączasz bez wiedzy potrzebnej do grania. A strategi i taktyki można się nauczyć z yt lub od wujka Google. Aż skrzydła rosną od takiej "zabawy". No widzę, że niedługo zmienię tytuł tego tekstu na: ciemna strona polskich graczy sieciowych. Jednak samozaparcie pozwoliło iść dalej. Stopniowo uczyłem się mechanik, aż w końcu potrzeba grania ze stałą grupą okazała się zbędna. Znajomość taktyk była wystarczająca, aby grać z randomami (czyli przypadkowymi graczami). Tylko, czy taka nauka na własnych błędach ma sens? O tak, bo wtedy się rozwijamy i odczuwamy satysfakcję z tego co osiągnęliśmy. 

Powiem więcej, granie solo ma zasadnicze zalety. Nie ma się poczucia tego, że musisz się zalogować, bo inaczej cię wyrzucą, bądź stracisz coś, chociażby okazję wypadu na rajd. Cały czas wszystko jest pod kontrolą, można robić to, co uzna się za stosowne. Nikt nie narzuca nam swojego zdania. Z jednej strony pełna swoboda i brak woli większości, a z drugiej pustka. Ale czy wybierając taki, a nie inny styl spodziewaliśmy się czegoś innego? Mamy tu wolną rękę, a jak się trafi na fajnych ludzi (a o to trudno), to ma się rewelacyjne towarzystwo, które da porządnego kopa pozytywnej energii. Odnoszę wrażenie, że nie da się tego omówić na zasadzie paru prostych zdań, bo temat jest szerszy i nie wystarczy krótko odpowiedzieć, na tak lub nie. MMORPG posiada za dużą liczbę elementów, których nie da się ominąć, gdy staramy się odpowiedzieć na to pytanie.


Kolejną kwestią jest content tworzony przez studio, które prowadzi daną grę. Ta część dotyczy już wszystkich zainteresowanych. Tutaj sytuacja jest jeszcze bardziej złożona, bo od tego zależy liczba grających. Tytuły dla jednego gracza kończą się zwykle, gdy produkt zostanie wydany i może jedynie wymagać aktualizacji błędów w nim zawartych. W przypadku produkcji sieciowych, praca zaczyna się dopiero od premiery. Zależnie od tego jak często i jakie dodawane będą nowe aktualizacje, zainteresowanie grą na rynku wzrośnie bądź zmaleje. W tym wypadku "poziom trudności" promowania produkcji znacząco rośnie, bo ile razy można robić to samo? Pozostaje jeszcze maksowanie wszystkiego co się da, a wtedy bycie samemu daje o sobie znać i to bardzo odczuwalnie. Jeśli jednak nowe pathe pokazują się w miarę regularnie i dozuje się odpowiednio sesje, to da się radę grać solo.

Podsumowując ten zawiły wywód, współczesne MMORPG coraz bardziej przypominają gry single player, gdzie stawia się na kampanie, a także na te elementy rozgrywki, które nie będą wymagać ścisłej współpracy między graczami. Tym z was, którzy grają od czasu do czasu będzie to pasowało, bo dzięki temu zyskają odskocznię od innych gier, gdzie są zawsze w centrum wydarzeń. Jednak ci co chcą osiągnąć dużo, odbiją się od tytułów z tego gatunku i wrócą na stare śmieci, aby znowu ponarzekać na tępe boty i miałką historię.

A jakie wy macie przemyślenia na ten temat? Solo czy grupa? Dział z komentarzami należy do was. 

Share:

Recenzja Mario 3D Land


Czas płynie niczym rzeka i nigdy nie wiemy co się stanie. Mogą to być najróżniejsze wydarzenia! Pora na otwarcie nowego rozdziału na tym blogu.

Tekst, który przeczytacie będzie zarówno recenzją Mario 3D Land jak i moimi wstępnymi wrażeniami z grania na New 2Ds XL od Wielkiego N. Jeśli odbierzecie ten artykuł jako felieton to się nie pogniewam, bo może przybrać taką formę. Ruszmy więc z tym tematem i zobaczmy, czy Mario wydany na konsolę z rodziny 3Ds zrobi pozytywne wrażenie na zatwardziałym PC graczu.

It’s-a Me, Mario!

Zaczęło się od, no właśnie, od tego, że po wielu latach grania na komputerze osobistym zapragnąłem czegoś nowego. Poczułem potrzebę odnalezienia innego wymiaru gamingu. Innego spojrzenie na gry wideo. Nie obce mi były produkcje, takie jak nasz Wiesiek czy Bezimienny, czy inne Gears of War. Niestety, mechaniki zastosowane tam są nam wszystkim dobrze znane z wielu produkcji, które je zapożyczyły. W końcu mnie olśniło! 

Nadszedł czas, aby sięgnąć po najdziwniejszy, jedyny w swoim rodzaju rynek naszej branży, czyli gry z kraju kwitnącej wiśni. Osobiście uważam Japonię za kolebkę tej branży. Zaopatrzyłem się więc po raz drugi w sprzęt od Nintendo, lecz tym razem świadom tego co kupuję, bo kto z was nie wspomina ciepło starego Pegazusa, który był klonem Famicoma. Od tygodnia jestem posiadaczem oryginalnej konsoli Wielkiego N i póki co jestem zaskoczony ich pomysłowością.
 

Let it go

 
Zacznę od sterowania, bo to pierwsza i w sumie najbardziej odczuwalna rzecz, gdy przestawiamy się z komputerowych kontrolerów. Sama konsola jest naprawdę poręczna, a wmontowane klawisze i grzybkopodobne elementy świetnie sprawują się w poruszaniu głównym bohaterem gry. Klawiszologia jest dość zbliżona do tej jaką mamy na padach do Xboxa. Dodam, że są też pewne różnice. Bumpery odgrywają tu większą rolę, a przynajmniej w Mario 3D Land, umożliwiając dokonywanie określonych aktywności, np. skok i uderzenie na obiekt pod nami.


YAHOO

A teraz czas omówić kampanię polegającą zapewne na tym co zawsze, czyli uratowaniu księżniczki Peach z łap złego Króla Bowser Koopa. Nie będę się tu roztrząsał nad fabułą, bo jest ogólnie zarysowana. Innymi słowy tytuł ten rozgrywką stoi. Przyznam się, że sięgnąłem po tę produkcję nie tylko z powodu wąsatego hydraulika, będącego jednym z bardziej rozpoznawanych postaci z gier, ale też przez częste wysokie miejsca jakie Mario 3D Land zajmuje u recenzentów, których sobie cenię.

 W czasie kampanii odwiedziłem liczne światy np. nawiedzone domostwa czy tereny górskie, czy inne podziemia. No i co tu powiedzieć, Nintendo zaczęło "podstępnie" atakując nostalgią. Motywy muzyczne rozpozna każdy, kto miał wspomnianego przeze mnie Pegazusa. Od tego poczułem się  sporo młodszy. Kolejny sierpowy został wyprowadzony jeszcze szybciej, gdy zobaczyłem Marianna jakiego znałem na drugim (dotykowym) ekranie konsoli. Tutaj kolejna nowość, której nie zobaczymy na komputerach. Panel pokazuje nam listę map i lokacji do których trafimy.


It's party time    

Poziomy są ciekawie zaprojektowane. Widać, że projektant pragnął jak najlepiej wykorzystać świat 3D. Co prawda w posiadanej przeze mnie konsoli efektu trójwymiaru nie ma, to i tak dostrzec można było, co autor miał na myśli. Jedyne ograniczenia jakie się znalazły w tym tytule, to możliwości samej konsoli, w końcu mamy do czynienia z handheldem. Jednak martwić się nie musicie, bo poziom trudności jest tu świetnie zbalansowany.

 A jeśli nawet trafi się trudniejszy etap, to twórcy wyciągają pomocną dłoń. I tu trafiłem na pozytywny wyjątek, od tego do czego przyzwyczaili mnie i pewnie wielu z was nasi i zachodni Devowie. Pomoc ta jest opcjonalna. Nie jesteśmy zmuszani do korzystania z niej. Nie będziemy uszczęśliwiani na siłę. Naprawdę niezwykłe jest to, że takie rzeczy potrafią cieszyć. Ok, ale na czym polega ta nieobowiązkowa pomoc? Możemy dostać strój Tanooki w wersji premium,  dzięki czemu będziemy nieśmiertelni, no prawie. Jeśli spadniemy lub dotkniemy np. lawy stracimy życie.
 

Oh noo...

Mario ma wiele zalet, lecz i wady swoje ma. No cóż, nie ma ideałów. Łyżką dziegciu jest przymusowe zdobywanie punktów (w postaci gwiazdek) do odblokowywania niektórych map. Mowa tu o opcjonalnych lv, jak i tych wieńczących dany "świat". Wielka szkoda, że takie coś wstawiono w tym tytule. Wypadałoby, aby maxowanie gry  było dobrowolne, a ujmując sprawę jaśniej, end-game powinien nam przedłużyć rozgrywkę o parę godzin. Następną wadą jest mała liczba ścieżek dźwiękowych. O, ile na początku to cud malina, to później katują nas jednym i tym samym, co niestety psuje efekt.

Czy warto kupić Mario 3D Land? O tak, warto sięgnąć po tę produkcję nie tylko dlatego, że jest to innego kalibru platformówka z własnymi pomysłami. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale opłaca się dla ślicznej grafiki, która lśni mimo tego słabego pod względem technicznym sprzętu. Póki co, poczułem lekką bryzę nieznanego mi gamngu, ale już teraz widzę, że czekają na mnie nowe doświadczenia. Ahoj, przygodo!

A jak z wami? Skusiliście się na gry od Wielkiego N, które są wciąż towarem, a nie "usługą"?

Lajki są oczywiście mile widziane ;D Napiszcie o swoich doświadczeniach z grami lub samym sprzęcie od Nintendo.

Ciekawi mnie, jak wspominacie zderzenie z ich grami?


Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie