• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Metro Exodus: The Two Colonels (PS5)

Poszło szybciej niż myślałem.

Ostatni etap tej epickiej historii został zakończony. Metro Exodus mogę odhaczyć i przejść dalej. Jednak przygoda to była przednia. Drugie ogrywanych DLC jest stosunkowo nierówne.


The Two Colonels jest to dość krótkim dlc, które praktycznie da się przejść przy jednym posiedzeniu. Jeśli nie graliście podstawki to lepiej sobie odpuścić, bo jest naprawdę fabularnie świetnym uzupełnieniem.

Jak sam tytuł mówi mamy tutaj dwóch pułkowników, ale są oni przede wszystkim ojcami, którzy zrobią wszystko dla swoich dzieci. Kampania tego dodatku do praktycznie sam finał we Władywostoku.

Jak się ogrywa kolejną produkcję w postapo to już się do pewnych rzeczy człowiek przyzwyczaja. Jednak tutaj zmarli dostaną możliwość przekazania swojej strasznej historii.


W jednym momencie był nawet słyszalny złowrogi głos. Odchodzę trochę od tematu, ale jak to usłyszałem to, aż podskoczyłem na fotelu. Nigdy więcej słuchawek! (śmiech).

Wydarzania jakich byłem świadkiem to klasyczne ratowanie siebie, a reszta mnie nie interesuje. Odnoszę wrażenie, że jak dalej zacznę odnosić do aspektów fabularnych to zdradzę za wiele. Postaram się jednak już ograniczyć do dosłownego minimum z pobocznych faktów.

Akapit ten zmieszam z rozgrywką, bo o dziwo będzie to kulało najbardziej. Główną bronią protagonisty jest miotacz ognia. W pierwszych minutach jest nawet użyteczny i dość efektywny dając poczucie... sporych możliwości.


Sytuacja zaczyna się gwałtownie zmieniać jak tylko cel zaczyna się ruszać. Dodam, że jeśli jeszcze tego jest dużo to będzie droga przez mękę. Zwykły karabin to tylko zmiana magazynku i hulaj dusza. Tutaj dochodzi jeszcze zmiana zbiornika z paliwem.

Żeby było zabawniej robi się to automatycznie w najróżniejszych momentach. Na dokładkę broń owa ma humory swoje, co tylko pogarsza sprawę.

Natomiast na plus dodam, że nie zabraknie amo i apteczek. No może, jeden raz był z tym problem. Jeśli gdzieś niedobory były szczególnie widoczne to w walce z bossem. Dobrze, że jest tylko jeden jako taki. Kolejny był już niesmacznym żartem.


W trakcie kampanii i licznych wymian ognia, bo i do takich dochodzi smażenie zaliczyło przerwę. Na chwilę wracają stare dobre giwery, aby zaliczyć błąd w jednym z etapów. Npc zapomina co ma zrobić i klops.

Z zalet mogę dodać naprawdę dobrze napisanych bohaterów. Relacje i to co nimi kierowało było naprawdę przekonujący. Pozwoliło mi jeszcze bardziej ich polubić. Przez tak dobrze wykona robotę byłem w stanie przebić przez kampanie.

Jeśli ktoś by mnie zapytał o grafikę, to powiem tak. Lokacje są naprawdę zrobione na bogato i nie mam jak się do nich doczepić. Sporo one opowiadają, jeśli tylko pozwoli się im na to.

Podsumowujmy jak wypadło dlc The Two Colonels? Mimo że krótkie to nie przeszkodziło to w cieszeniu się tym, co przygotowano. Fabuła też niczego sobie, tylko zakończenie mogło być mniej banalne i bardziej logiczne. Tutaj po prostu zabrakło kropki nad „i”. Ocena końcowa to 7/10.
Share:

Recenzja Metro Exodus: Sam's Story (PS5)

Opóźniony tekst, ale jest. Niezależnie kiedy go czytacie, czy w sobotę wieczór, a może w niedzielny poranek serdecznie przepraszam i dziękuje za cierpliwość :D

Na pierwszy ogień idzie Sam Story to dlc jest bezpośrednią kontynuacją podstawki Metro Exodus. Pierwsze minuty to prawdziwe tsunami klimatyczne i chęć zobaczenie wszystkiego co gra ma do zaoferowania.


Po chwili, może ciut później rzuca się się w oczy zastosowania czegoś podobnego do rybiego oka. Nie jest to widoczne, aż tak jak na pierwszych odsłonach Harrego Pottera na Ps1, ale wrażenie jest naprawdę zauważalne.

Fabularnie nie jest najgorzej. W sumie cały ten dostatek to jedno wielkie zadanie, które prowadziło mnie do SPOILER łodzi podwodnej z antagonistami. Nie będzie to niczym nadzwyczajnym jak dodam, że chodzi o zdobycie paliwa do tej „przepustki” do domu.

Twórcy Metra pokazali pewna przykra prawdę o człowieku. Ludzie, ludzie się nigdy nie zmieniają. Wędrując po świecie nie miałem okazji na jakąś dużą interakcje z bohaterami niezależnymi. Wszelkie półotwarte lokacje były zalane, co skutecznie utrudniało zwiedzanie. Natomiast nowa atrakcja, o której napisze później dopełniało dzieła.


W kwestiach fabularnych też zaliczyłem parę niezapomnianych momentów. Lokalni też wiedzą jak się zabawić. Jednak przez większość czasu będzie to tylko eksplorowanie i słuchanie co bandyci mają do powiedzenia. Jak się ktoś uprze można zrobić parę misji pobocznych typu fedex, lecz zalane miasto skutecznie zniechęca od tego.

W przypadku jednego z zadań fabularnych wyraźnie devowie zachęcają do zwiedzenia paru miejsc, gdzie może się znajdować cel. Jeśli ktoś chce to od razu zacznie misje, a inny mogą chcieć postać przed drzwiami. Cokolwiek się wybierze to nie ma znaczenia. Trasa prowadząca do tych punktów jest skopana.

Ale, jak to możliwe? Zapyta ktoś, a no tak jest, bo płynąc kierując się tylko „rzeką” trafi się na 100% do celu. Czy to nie jest cudowne, to po cholerę te opcjonalne wybory dali? Jak już się zejdzie na ląd to trzeba się zmierzyć z bandziorami. Si jest w tym dlc mocno ogłupione. Npc cierpliwie czekają na łaskę lub nie łaskę gracza. Jak się ukryłem z kontenerem na śmieci to już praktycznie nie wiedzieli, gdzie szukać.


Podobnie było w budynkach. Chodzili sobie grzecznie i informowali głośno i wyraźnie co robią. Miło z ich strony. Skoro jestem już przy nasłuchiwaniu. Dalej występuje problem z napisami. O ile słychać co mówią to napisy już się nie raczą wyświetlać. Ciekawostka jest, że nie ma przymusu robić masakry można ich ogłuszyć.

Raz tylko spotkałem się z sytuacja kiedy jeden z nich rzuca broń i się podaje. Brzmi znajomo? Tym razem nie czeka zabawa w kata i złe zakończenie, jeśli się zacznie wybijać bezbronnych. Kolejna mechaniką z spaniem początkowo nie było. Już myślałem, a może się to nie przyjęło i odgórnie dadzą jakąś liczbę potworów i ludzi niezależnie od pory dnia?

Okazało się całkiem inaczej, bo dopiero dość długim czasie miejsca w których dało się zrobić lulu pokazały się z powrotem. Wrócę jeszcze do wątku z decyzjami, występują one tutaj w pewnej szczątkowej formie. Polegają one na przeciśnięciu krzyżaka i zobaczeniu co się stanie. W jednym momencie jest nawet... wybuchowo (dla formalności dwa razy).


Główną zmianą jaką wprowadzili był sztorm. To nic innego jak radioaktywny deszcz zabijający w parę sekund. Osobiście nie odczułem tej nowości jako coś w rodzaju przełomu, czy elementu wpływającego zasadniczo na całą rozgrywkę. Należy to odbierać jako element, który urozmaica wędrówkę po Władywostoku.

Nie zabrakło też nagłych wydarzeń, a raczej wydarzenia, gdzie zgraja bandziorów rzuca się między dwoma budynkami na Sama. Wspominam o tym tylko dlatego, że jest to jedyny moment kiedy ich tam nie ma przez cały czas, a pojawiają się, gdy się podejdzie odpowiednio blisko. Do kulminacyjnego miejsca da się podejść z dwóch stron i jak się człowiek schowa widzi się jak z miejsca w którym nikogo nie było pojawiają się właśnie oni. Po co to?

Nie zabrakło też walki z bossami. Aby ocenić to jak trzeba należy wziąć dwie rzeczy pod uwagę. Kiedy się tam trafi w pierwszym przypadku jest to całkowicie zależne od własnej decyzji. Druga rzeczą jest sam wachlarz umiejętności wroga. Jeśli czytaliście mój tekst o podstawce tutaj to wiecie już wszystko. Nic się nie zmieniło w tej kwestii.


Zostając jeszcze przy mobach. Mutanty jakie zamieszkujące zniszczone miasto potrafią niekiedy dać w kość. Zaliczyłem moment, gdzie już po tych kilku godzinach miałem dość. Zapisałem stan i wyłączyłem Ps5. Przy nowej sesji zauważyłem brak paru przeciwników. Czy to rodzaj systemy wsparcia jak w Dead Island?

O grafice nie będę pisał, bo jest to ten sam silnik, te sam poziom i nic się nie zmieniło. Istotniejsza sprawą były pewne bolączki projektowe w przed ostatniej miejscówce. Jest to trochę ironiczne jak zmieszano tam realizm z fikcją. Jakiś geniusz postanowił dodać nieco wiarygodności w kwestii technicznych,

Uszkodzenie maski ochronnej było równoznaczne z zgonem. Dziwnym trafem ta zasada nie działa jak już wracałem z powrotem. Pies trącał, że wciąż człowiek jest w tych samych podziemiach. Inną rzeczą do której podeszli swobodnie jest działanie elektroniki. Wszystko działało, a promieniowanie radioaktywne nie miało najmniejszego znaczenia. Przypomnę tylko jak oczyszczano reaktor 4 w Prypeci sprowadzane jokery z Niemiec nie dawały rady i szybko padały. Taki tyci szczegół.


Sam finał Historii Sama to jest najmocniejszą cześć w czasie, której się naprawdę świetnie bawiłem. Amo było pod dostatkiem i można było się wreszcie porządnie się wyszaleć. Teraz sobie przypomniałem jak znowu wykorzystano trik z teleportującymi się bandytami. Naprawdę ułańską mieli fantazje.

A teraz przyszła pora na wszystko to co zapotniałem lub nie pasowało wyżej. Sam dostaje gadżet dzięki, któremu będzie można znajdować ważne rzeczy do craftingu itp. Nawet nie włączajcie opcji dźwięku w padzie. Będzie to ryczało jak krowa na pastwisku. Szybko obrzydzi z korzystania. Kolejna rzeczą będzie stan techniczny. Poszło całkiem dobrze, jedynie raz trafiłem na lewitujący przedmiot i udało się przeskoczyć przez ścianę.

Podsumowujmy Sam Story to jest naprawdę przeciętny dodatek i nic więcej. Czuć było wszelkie ograniczenia i cięcia kosztów. Rozumiem intencje twórców z tym zalaniem miasta, ale nie zmienia to faktu, że nie było czego zwiedzać. Magia polegająca, a odnajdywaniu czegoś interesującego praktycznie znikła. Nie było tragedii, ale nie mógłbym postawić tego na równi z podstawką. Ocena końcowa 6.5/10.

Share:

Recenzja anime Saikyou Onmyouji no Isekai Tenseiki

Jest czas posuchy i taki kiedy obfitość jest, aż nadmiernie odczuwalna. Saikyou Onmyouji no Isekai Tenseiki to anime w którym dobrych rzeczy jest w nadmiarze. Równocześnie zapomniałem w ogłoszeniu dodać, że mam już gotową recenzję do publikacji. 

Początek, a dokładniej pierwsze kilka minut pierwszego odcinku dali ze sporym rozmachem. Ujęcia sugerowały naprawdę spory rozmach. Jednak szybko okazało się coś całkiem innego. Okazuje się, że to będzie zwykła haremówka z dość mocnym protagonistą. Ciekawe jest postawienie na trzech Op bohaterów.


Po burzliwym początku, który inspirował do Ataku Tytanów i Pasożyta pod kątem brutalności okazuje się jedynie sygnalizować. Są to dość brutalne widoki dla tych, którzy takich rzeczy nie preferują, a nie dość krwiste wobec fanów gore.

Napalone panny pchające się do łózka są. Fanki klejące się do protagonisty są. Możliwości protagonisty są całkiem ciekawe i niewątpliwe można oczekiwać czegoś więcej. Wykorzystanie demonów z japońskiego folkloru będzie kolejną zaletą dla widzów.

Nie mogę nie wspomnieć, o wszelakich nawiązaniach lub wspólnych inspiracjach w postaci choćby amuletów. Dobrze znanych z Krainy bogów. Do tego widać, że ktoś oglądał Full Metal Alchemist naprawdę pierwsze minuty były super. Entuzjazm jednak opadł nieco po obejrzeniu następnych dwóch epizodów.


Sam protagonista objawia się jako człowiek przebiegły i nie waha się pobrudzić ręce, aby dojść do celu. Z drugiej strony debilnie dodali jego nijakość w relacjach damsko-męskich. Trochę to przykre, że nie pójdą o krok dalej i nie będzie on bardziej oryginalny.

Dobrze się ogląda te intrygi, jakie tam się pojawiają niezależnie jakie by one nie były. Pozwoliły one pokazać jeszcze bardziej tą jaśniejsza i mniej korzystną stronę kolejnego ukrytego bossa. Podobnie jak w poprzednim anime, tak i tutaj rozgrywa się turniej, na którym uczniowie pokazują jak umieją walczyć. Pozornie Seika pełną możliwość do zaprezentowania się, ale jakoś nie czułem się tym widowiskiem dopieszczony.

Dodatkowy dramacik w tle nie wpłynął jakoś szczególnie na odbiór tego co się wydarzyło. Za to jeszcze bardziej rozszerzyli element haremowy, który wypłaszacza aspekty fabularne. Po obejrzeniu całości ostatecznie powiem, że jednak się czymś wyróżnia na tle innych tytułów. Lecz, aby się do tego lepiej odnieść będę musiał odsłonić rąbek tajemnicy. Zostaliście ostrzeżeni.


Wielokrotnie omawiano, pokazywano jak mogła wyglądać perspektywa drugiej strony konfliktu. Zazwyczaj było to słodkie pitolenie, a „wroga zła frakcja” to praktycznie odbicie tej pierwszej. Ewentualnie dano parodie pseudo złego antagonisty.

Tym razem podsiedli do tego całkiem inaczej. Wstępnie przejawiają się jako klasyczni złole, którzy są bezwzględni i okrutni. Cała ta otoczka pokazywane przez kilka odcinków utrwala pewien stereotyp. Zabawiono się widzami w tym i mną. Przeoczyłem jeden, acz ważny fakt. Sposób jaki odnosili się do siebie. Pełno było tam rzewliwości i troski, co stanowiło preludium do zrobienia z nich bohaterów.

Taka gwałtowna zmiana ról naprawdę była odświeżająca. Demony nagle zmienili się w dobrych, a protagonista przeistoczył się w Mao – sama. Gdyby nie sposób ich działania i to co zrobili nawet mógłbym im współczuć.


Cała reszta jego przygód jakie miały miejsce są po prostu przeciętne. Nie ma się czym pochwalić, jeśli się widziało już haremówke szkolną to doskonale wie, czego się tutaj spodziewać. Druga połowa sezonu to już bardziej luźne wydarzenia połączone nicią głównej fabuły, aby mogły jakkolwiek połączyć ze sobą w całość. Przed samym podsumowaniem dodam, że drugi sezon jest bardziej jak pewien.

Podsumowujmy, czy Saikyou Onmyouji no Isekai Tenseiki jest warte obejrzenia? Genarlanie jest to przeciętniak, który gdzie nigdzie pokazuje genialne sceny. Było tak choćby na samym początku. Mieli rozmach skurwysyny. Potem już jest nierówno, raz wszystko błyszczy, a innym trąci banałami ze szkolnych serii. Ostatecznie nowatorsko pokazany motyw pokazania antagonistów był ukrytym asem w rękawie. Ocena końcowa 7.5/10.
Share:

Recenzja Akuyaku Reijou Level 99: Watashi wa Ura Boss Desu ga Maou de wa Arimasen

Odrodzić się w innym świecie to jedno, ale w symulatorze randkowym to już całkiem inna historia.

Akuyaku Reijou Level 99: Watashi wa Ura Boss Desu ga Maou de wa Arimasen to anime, które próbuje zrobić coś w rodzaju krzyżówki isekai i szkolnego romansu. Produkcja typowo skierowana do młodzieży, w której wszystko siłą rzeczy kręci się wokół wspomnianych gatunków. Cechę wyróżniające ten tytuł nad inne jest to, że główna bohaterka trafia do dobrze jej znanej gry.


Wszelkie fakty i sekrety są jej znane. Jednak ma całkiem inny plan, co do bohaterów tej historii. W pierwszych odcinkach jest tradycyjne wprowadzenie i przedstawienie postaci. Ciekawą zmianą jest zmiana narracji. Pierwszy odcinek pokazuje początkowe wydarzenia z dwóch perspektyw. Wspomnianych wcześniej protagonistek. Następnie już zastosowano bardziej powszechne schematy prezentujące typowo Op bohatera.

W następnych odcinku kontynuują wątek rasistowski. Fakt nieunikania tak trudnego tematu jest na plus. Jednak sposób, w jaki radzi sobie nasza milusińska nie dochodzi jakoś od normy. Od samego początku daje do zrozumienia, jaki z niej nerd. Jak tu jej nie lubić?

Kolejną wartą odnotowania rzeczą to mini zabawa w grę o tron. Trudno w sumie się dziwić Posiadając w swojej frakcji takiego terminatora to jak mieć wygraną w kieszeni. Jednak zabawniejsze było oglądanie haremówki vice protagonistki. O ile Alicja jest otoczona wielbicielami to już protagonistka jest sama, ale może się to zmienić.


Do tego zaczyna się bardziej pokazywać jak myśli i działa. Postawiono na pewne odstępstwa względem typowego wzorca Op postaci. Lepiej było powiedzieć zasadniczo różni od innych. Na zajęciach praktycznych pokazała to aż za bardzo.

W połowie sezonu na pierwszy plan wychodzi relacje między protagonistką a Patrykiem. Sam wątek jest z grubsza dość klasyczny. Wykorzystano tu coraz bardziej niedopasowanie Yumiella, o którym już wspominałem. Aby to jakoś bardziej podbić dochodzi do pewnych nie porozumień, które stają się motorem napędowym do dalszych chęć.

Nie zapomniano o wątku siły jaką przejawia protagonistka. Tak jak się spodziewałem na turnieju ładnie wyeksponowano jej siłę. Powielono pewną dobrze znaną kliszę, gdzie najpierw przedstawiający konkurencję, aby ona mogła zabłysnąć jeszcze bardziej.


Koniec Akuyaku Reijou Level 99 można podzielić na zdobycie peta (zwierzaka) przez protagonistkę, próbę podrywu przez Patryka i ruszenie głównego wątku z Mao – sama. O ile poprzednie odcinki szły jednym torem patrząc na sprawę z grubsza, tak tutaj już przesunięto poszczególne wątki na różne bocznice.

Relacje jej i haremu Alicji się w końcu ustabilizowały i można to odnotować jako zamknięty temat. Nie pozostawiono jednego ważniejszych elementów, czyli świat gry i ten, w którym się rozgrywa anime to jedno i to samo miejsce. Wszelkie pozostałe elementy jak relacje ludzi na Yumiella nic się nie zmieniły.

Zainteresował mnie wątek służb, które chciały ściągnąć ją na swoją stronę. Chętnie zobaczyłbym jak bardziej rozwijają ten temat. Mogliby go przyjął rozbudować do stopnia, w jakim pokazano dyskryminacje ludzi z ciemnymi włosami.


Sam finał to już szybkie podsumowanie i przejście do finału anime. Dopiero teraz można powiedzieć jak walka kuleje. Większość istotnych potyczek jest ładnie wyreżyserowane. Jednak widać pewne mankamenty jak ledwie kilku ataków na krzyż.

Dopiero na sam koniec kiedy już przestano unikać sceny akcji wszystko wychodzi na wierzch. Jednak jest mały mankament. Bardziej uciążliwe były efekty CGI będące na bardzo niskiej jakości. Finał fabularny przybrał formę parodii, w której wyśmiewa się siłę przyjaźni i miłości.

Tak się prezentuje Akuyaku Reijou Level 99: Watashi wa Ura Boss Desu ga Maou de wa Arimasen. Anime mające do pewnego stopnia pomysł na siebie. Początek całkiem obiecujący, ale ostatecznie postawiono na bezpieczny sposób przedstawienia fabuły. Ocena końcowa 7/10. 

Share:

Ogłoszenie parafialne

 Hejo od dłuższego czasu się nic nie publikowałem, bo miałem sporo ważnych spraw do załatwienia. Nie oznacza to, że nic nie robiłem. Załatwiłem większość rzeczy. Wierzę, że w nadchodzący weekend wrócę do publikacji.  

Czego możecie się spodziewać:

Recenzje

Akuyaku Reijou Level 99: Watashi wa Ura Boss Desu ga Maou de wa Arimasen


Lv2 kara Cheat datta Motoyuusha Kouho no Mattari Isekai Life notki


Dla miłośników gier wideo:
Metro Exodus - Sam's Story

Natomiast z seriali:
Ranczo - sezon 1

Na sam koniec z publicystyki pojawi się kolejna część Smaków Japonii, gdzie omówię kolejne produkty, jakie można kupić w Polsce. 


Share:

Retro recenzja Bomberman 64 (Nintendo 64)

Końcówka lat 90-tych była naprawdę niezwykła, a do tego tak wielowymiarowa.

Tak sobie pomyślałem, co by było jakby do Mario 64 dodać bomby? A wszystko to okrasić środowiskiem 3d? To byłoby coś! Wtenczas przeglądając gry na półce zobaczyłem odpowiedź, a był to Boberman64.


Heheszki na bok, a tak na poważnie doskonale wiedziałem, że będzie to naprawdę dobry tytuł na najbliższe parę wieczorów. Wstęp jak przeczytaliście nie był przypadkowy, bo jak mogłoby być inaczej.

Ostanie lata poprzedniego stulecie obfitowały w najróżniejsze ryzykowne pomysły. Tak przynajmniej dziś z perspektywy czasu można je spostrzegać. Jednak tym razem okazał się to strzał w dziesiątkę.

Bamberman 64 podobnie jak inne tytuły, które wychodziły w tamtym czasie został przeniesiony na kolejny poziom, ma się rozumieć. Pierwsze kroki to przyswojenie zasad, jakimi się rządzi ten świat. Fundament okazał się solidny i to za co się pokochało poprzednie odsłony dalej funkcjonowało. Jednak zmiany, jakie wprowadzono wymusiły zmiany swoich nawyków.


Pierwsza i najważniejsza rzecz: najgroźniejszym przeciwnikiem jest sam gracz. Brzmi to dość przekornie, a jednak tak jest. Najczęściej ginąłem od bomb, które miały trafić do przeciwników. Zmiana perspektywy zachęciła do innej oceny odległości i samego zasięgu ładunków wybuchowych.

Skoro przy nich jestem.... Wraz z kolejnymi planszami pojawiają się najróżniejsze ich wersje różniące się od siebie zasięgiem, destrukcją (auto lub manual) itp. Wszystko to odkrawałem wraz z radosną i niczym nieposkromioną demolką. Jednak niektórych mechanik uczy Altaïr (ibn La’Ahad) wybaczcie nie mogłem powstrzymać.

Całość zabawy to platformówka/ łamigłówka, w której trzeba dostać się do wskazanego celu. Po kilku rundach czeka boss, a tuż po nim w pod niedużym kolejny. Wędrując po pięciu światach mogłem na różne sposoby wykorzystać poznane mechaniki. Przeciwnicy nie pozwalali się nudzić, a wraz z kolejnym poziomem pojawiał się inny cud natury.


Eksploracja światów też nie raz zaskoczyła mnie swoją oryginalnością. Raz można spaść, a innym razem zleci się na inną platformę i ominie połowę mapy. Kamera po raz kolejny lubi płatać figle. Ewentualnie sami twórcy bawią się z graczami i wprowadzają ich w ślepy zaułek.

Powinienem coś więcej napisać o rozgrywce. Walki z mobami nie są trudne same w sobie. Jeśli się przegra to jedynie z własnej nieuwagi. Nie zmienia to faktu, że zachowania przeciwników są naprawdę różnorodne i wymagają przystosowania się do nich. Ukształtowanie lokacji dodatkowo wymusza odpowiednią reakcję.

Dopiero przy bossach zaczyna się prawdziwa gimnastyka dla poczciwych padów, które już swoje lata mają. Szefowie to całkiem osobna liga, a każdy mecz to wyzwanie. Nie zrobiono ich na jedno kopyto lub w oparciu o poznane zagrania. Trzeba swoje odbębnić i nauczyć się ich zachowań. Pierwsze bossowie nie utrzymały mnie długo (tylko wyrzuciły do lawy). Dopiero w drugiej połowie zaczynają się schody.


Graficznie Boberman 64 dobrze się zestarzał. Nie wiele trzeba było w nim zmieniać, aby i dziś zadowolić co wybredniejszych graczy. Modele co prawdę już trochę trącą myszką, ale wciąż zachowały swój niepowtarzalny urok. Podobnie sytuacja ma się z muzyką, która urozmaica czas spędzony w czasie kampanii.

Pisze i pisze, lecz mam też swoje zastrzeżenia. Co do minusów to wspomnę o reakcji pada. W przypadku ruchu jest spoko, ale podnoszenie bomb jest ciut upierdliwe. Nie wiem, czy to kwestia kontrolera, czy rozwiązania, jakie dodano do gry. Innym upierdliwym elementem to zaliczanie eksplozji. System nie raz, nie dwa faworyzował przeciwników i równolegle karał mnie.

Zasięg jaki był pokazywany widoczny gołym okiem wykazywał na to, że boss wyszedł w zasięg rażenie, ale co tam zakrywamy oczy i będzie już cacy. Jakoś ta zasada nie działała w drugą stronę i trzeba było zacząć zabawę od nowa.


Podsumowujmy, czy warto zagrać w Bomberman 64? Mam mieszane uczucia, z jednej strony gra całkiem nieźle się zestarzała, a jej projekt naprawdę pięknie oddaje początek ery 3d. Z drugiej strony pewne niespodzianki w ocenie i tym samym zaliczeniu wygranej walki może wytrącić z równowagi nie jednego. Nie pisałem nic o fabule, o ile ona tam jest to nic nie wnosi do zabawy. Bardziej skupiłbym się na odnalezieniu złotych płytek, a może to kary? Ostatecznie zalet wydaje się więcej, lecz wszystko to zależy jak odbierzecie poziom trudności, jaki jest tu oferowany. Ocenę zostawiam otwartą.
Share:

Recenzja Lands of Avaronia (PC)

Dedykuje ten tekst polonistą. Teraz wiem co czuliście przy sprawdzaniu wypracowań.


Dedykuje ten tekst polonistą. Teraz wiem co czuliście przy sprawdzaniu wypracowań.

Indie gra z retro posmakiem, która początkowo sprawia, że człowiek czuje się jakby wrócił do dzieciństwa. Pierwsze kilka minut to radosne klikanie i walka z wszystkim, co podejdzie. Muzyka całkiem przyjemna. Nostalgia pełną gębą.


Pierwsze wrażenie dość szybko mija, bo zaledwie w pierwszej sesji już zaczyna się zauważać pewne rzeczy. Zacząć należy od powtarzalności, jaką jest siekanie początkowo wilków, a następnie bandytów.

Nie wiem w jakim stopniu to nawiązanie do Super Mario Bross, a w jakim stopniu to przypadek. Uwaga spoiler....

Córka szlachcica jest w innym zamku, tfu w obozie. Brakuje tam tylko Tooda. Następnym elementem, który zwrócił moją uwagę to poruszanie się po interfejsie użytkownika. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autor chciał rzucić wyzwanie Piranha Bytes i stworzyć równie oryginalne UI.


Ustawienie klawiszy jest odgórnie przepisane. Jakby jeszcze to były najcięższej używane przyciski w grach to nie byłby to problem, a tak czasami klikanie się przez przypadek na potka Hp. Oczywiście wszystko da się ogarnąć w parę sekund, więc spoko jest zobaczy się co jeszcze się tam pokaże.

Zdecydowano się na zapis stanu gry w określonym punkcie. Szczerze to wolałbym w dowolnym momencie, a niż przy jakimś istotnym fabularnie miejscu.

Kolejnym skojarzeniem były pierwsze Pokemony na Gameboy, coś za dużo tu Nintendo. Przechodząc kampanie przemieszczałem się po labiryncie. Gdzie nigdzie trafia się na bardziej otwarte lokacje, w których się kosi wszystko, co podejdzie pod brzytwę. Gdyby zmienić system na turowy podobieństwo było znacznie odczuwalne.


Jestem pewien, że jakby gra osiągnęła sukces to wywołałby niezłą burzę. "Pochwalano" różnorodność kulturową i czarnych antagonistów. Mówić krótko: bij murzyna. No, a tak jest to kolejna ciekawostka.

Fabuła jest dość prosta, ratuj bogatą dziewczynę z dobrego domu. Wstępnie ma się wrażanie, że główny bohater Blaze i jego towarzysz ma szlachetne pobudki, lecz jednak nie można go posądzić o altruistyczną postawę.

O rozgrywce, chciałbym napisać coś pozytywnego, a przynajmniej naturalnego. Co się robi, aby szybko załatwić potwory? Ściąga się je do miasta, a strażnicy już odwalają czarną robotę. Niestety nie mogę w tym przypadku odnotować tego. Npc stali grzecznie! Może nie ruszyli się, bo dostali strzała w kolano?


Ciągnąc dalej ich temat to dodam, że Si trochę kuleje. Potworki lubią kierować się bezpośrednio w moja stronę. Pies trącał fakt, że mają przeszkodę przed sobą. Nie jest to jakoś poważny błąd, bo w takim Gothic 2 występował niemalże identyczny skrypt. Orkowie atakowały w linii prostej, Co prawda umiały flankować, lecz koło wejścia do zamku ładnie się pokazywał problem z kolizją obiektów.

W ramach urozmaicenia w późniejszych rozdziałach zaczęło się pokazywać większe grupy wrogów. Nie miało to większego znaczenia, gdyby nie fakt, że jeśli weźmie się na klatę kilku to będzie to problem. Zapomnijcie o hitboxsie, albo czegoś spełniającego takową funkcje. Jedynie rozprawiając się pojedynczo z mobami da się je załatwić.

W przypadku Lands of Avaronia obstawiam źródło problemu w samych narzędziach, jakie wykorzystał autor. Warto poprawić sposób atakowania, o ile same obrażenia zadawane przez moby jest ok, tak już gracz może wykorzystać dodatkowy zasięg swojego miecza i bić przez obiekty.


Brakuje tęż handlarzy, dropów lub craftingu, aby móc jakoś tworzyć zasoby do regeneracji. Trzeba liczyć na trafienie skrzynki, która pojawi się raz na dłuższy czas. Walka przypomina mi grę w szachy. Przeciwnicy potrafią atakować niczym wieża tylko poruszając się w pionowo lub poziomo.

Gracz, czyli JA, mam znacznie większe pole do popisu. Wystarczy się ustawić to z prawej lub lewej strony nadchodzącego moba, aby wróg już nie był skłonny atakować. Uderzyć to uderzy, lecz nie tak często jakby mógł. Natomiast jak się stoi całkiem po skosie na pewnej odległości gra zalicza zadawane obrażenia.

W grze pojawił się także boss! Naiwnością było z mojej strony wierzyć w jego większy wachlarz umiejętności. Powiem szczerze, po przejściu pierwszego rozdziału zobaczyłem wszystkie możliwości wrogów.

Fabularnie za to nie jest źle, nawet ciekawa koncepcja z pewną dozą tajemnicy w tle i pytaniem co tam dalej się stanie. Jednak to co pokazano w grze jest zaledwie koncepcją. Nie ma rozwinięcia, które mogło porwać. Zważając na rodzaj zadań opierających na przejdź od punktu, „a” do „b” lepiej było postawić na hack’n’slash. Dodanie kilku skilli i zwiększenie liczby przeciwników dałoby więcej zabawy.

Drugą opcją zmienić to na roguelike. Brak save w czasie przechodzenia poszczególnych etapów nabrałby sensu. Po ponowionym rozpoczęciu „lochu” zmieniałby się wraz z przeciwnikami. Nowe dropy inne set do zdobycia i jedynie umiejętności by się dało zachować. Jest to jednak rzecz oczywista w tym gatunku.


Levelowanie jest jakąś pomyłką. Ubija się hordy wrogów, a doświadczenie dostaje w określonych miejscach. A nawet jakby dostawało się PD to nic to nie zmieniło. Brakuje jakiś nauczycieli lub drzewka talentu, w którym by się odblokowywało nowe umiejętności.

Z faktu, że są to dopiero wrażenie nie będę jeszcze wystawiał oceny. Jak skończę grę to zamieszczę pod tym artykułem dodatkowe uwagi i zmienię tytuł. Ewentualni zmieni się tylko nazwa posta. 

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie