• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Ano Natsu de Matteru


Mam nadzieje, że jest jeszcze niedziela, bo staram się jak najszybciej to napisać. Jak to powiedział pewien klasyk jestem jak mała redakcja.

Mieliśmy komedie to teraz będziemy mieć komedio-dramat dla odmiany. W poprzednim tekście w którym przybliżałem wam serie Demi-chan pisałem o wątku trójkąta miłosnego. O ile tam była tego namiastka to tutaj będziecie mieć skrajne przeciwieństwo. Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta oto przed wami Ano Natsu de Matteru.


Na samym początku już was uprzedzam, że nie będzie to jakieś genialne dzieło, a jedynie lub też aż przyjemna przystawka z ciekawą fabułą. Autor tego dzieła Yousuke Kurody zmodyfikował raz przez siebie wykorzystany pomysł, który może znacie jako Onegai Teacher.  Przyznam, że widać spore podobieństwo, ale motyw hojnie obdarzonej kosmitki która zakochuje się w protagoniście został tu zmodyfikowany i to odczuwalnie. Jak się tak zastanowić to wiele więcej zmieniono, ale ja nie o tym.

Mamy tu wyjątkowo pokręcone love story, gdzie każdy kocha nie tą osobę co trzeba trwając w friendzone. Początkowo sądziłem, że przybierze to formę ecchi. Rodziców protagonisty Kirishima Kaito oczywiście nie będzie z dość przyziemnych przyczyn zginęli w wypadku. Wspomniany przeze mnie Yousuke Kurody wykorzystał to jako powód wyrażenie zgody przez starszą siostry Kaito, aby obca dziewczyna, którą ten sprowadził do domu zajęła jej miejsce tymczasowo jako opiekunka.

W całej serii mamy widoczne dwa wątki nagranie amatorskiego filmy przez zapalonych filmowców i poplątany trójkącik. Jeśli jednak się policzy występujące postacie wyjdzie z tego pięciokącik. Sielanka panuje przez większą część Ano Natsu de Matteru i dopiero wątek kosmiczny z łaski na uciechę wyskakuje pod sam koniec.


Najważniejsze i tym samym oklepane motywy zostały zaliczone. Mamy cycatą i trochę głupiutką Takatsuki Ichika z drugiej strony płaską znaczy się naturalną Tanigawa Kanna, która jest przyjaciółką z dzieciństwa Kaito i się w nim skrycie zakochała, a ten tego nie widzi, norma. Wyjazd na plaże również został odbębniony, czyli najważniejsze elementy zachowano.

Najciekawiej prezentującym się bohaterem nie jest tym razem protagonista, a kręcący się gdzieś obok Ishigaki Tetsurou. Jako jedyny ogarniał cały temat i potrafił się poświęcić dla drugiej strony, czyli deseczki Kanny miałem na myśli. Jednak było to wszystko za proste i mamy jeszcze Kitahara Mio, która  z kolei zabujała się w Tetsurou.


Próbując przybliżyć fabułę zaczyna się tworzyć pokręcona wersja Mody na sukces. Szczęśliwe nie będzie tu odcinków pięć czy dziesięć tysięcy. Klimat serii jest naprawdę dobry, a paleta szarości całkiem zadawalająca. Nie zabraknie także skrajnie kretyńskich momentów będących chlebem powszednim w tego typu produkcjach. 

Odpuszczę sobie tym razem omawianie poszczególnych bohaterów/bohaterek i pozwolę wam się z nimi samemu zapoznać.

Podsumowując ten jakże długi tekst powiem, że dostaniecie historykę słodką jak cukierek ze kwaśnym posmakiem. Jeśli dodamy do tego sceny, które można różnie zinterpretować wychodzi z tego niezły kabaret.

No a teraz piszcie miłe rzeczy, bo … ładnie proszę ;P      


Share:

Recenzja Demi-chan wa Kataritai

Miał być dramat, wyszła komedia. Miała być recenzja Mario Sports Superstars, ale czasu brakło na ukończenie więc będzie coś innego. Tym razem na ludzie, idealna seria na końcówkę roku.

Wampiry, kobiety lodu czy bezgłowi jeźdźcy to potwory z legend jakie dobrze znamy. Jednakowoż, co byście powiedzieli na zgoła inną wersję? Nie bestiami, a pół-ludźmi są ze pewnymi charakterystycznymi cechami rasowymi. Kilka przedstawicielek tych legendarnych ras trafia do liceum w małej miejscowości i tam przeżywają wspólnie swoje szkolne przygody.


Demi-chan wa Kataritai to naprawdę relaksacyjna komedia szkolna z ciekawie napisanymi postaciami. To co mnie osobiście ujęło w tym anime są piękne modele bohaterek jest na czym oko zawiesić, a w szczególności na uroczej nauczycielce od matematyki, która jest sukubem. Motyw przewodni jaki moim zdaniem przemycono pod maskę wesolutkiej historyjki z nietypowymi uczennicami jest adaptacja ludzi takich jak obcokrajowcy, czy chorych, którzy mają jakieś upośledzenia fizyczne itp.

Oczywiście to co napisałem powyżej to jedynie moja interpretacja, a teraz skupmy się na samej serii. Demi-chan koncentruje się na radosnych rozluźniających scenach, które nie wymagają od odbiorcy wysiłku intelektualnego. Mamy się tu rozluźnić jak przy dobrej grze ogrywanej na konsoli w piątkowy wieczór. Jedynie w kliku odcinakach pojawiają się sceny zaburzające sielankową konwencje. Nie należy się tym zbytnio przejmować, bo to ledwie przebitki na tle całości mające pchnąć fabułę na właściwe tory.


W Demi-chan wa Kataritai pozostali uczniowie odgrywają swego rodzaju tło, rzec można uświadamiają nam co kryję się między wierszami. Robią to z subtelnością młota pneumatycznego. Wspominałem, że anime nie jest dla myślicieli? A jak już niedoróbkach mowa to muszę wspomnieć o jednym małym wypierdku, który tylko pojawił się przelotem, ale za to niesamowicie irytuje, bądź wywołuje chęć zrobienia facepalm i to za każdym razem jak się odezwie. W uniwersum recenzowanego tytułu funkcjonuje policja zajmująca się pół-ludźmi pracuje tam pewien malec (naprawdę nie wiem po kiego grzyba zatrudniają nieletniego) który jest chodzącą niedojdą, tak o tego samego mi chodzi.

Każdy jego występ to „dramat” mający być rzekomo zabawny. Za to potknięcie muszę na dzień dobry zabrać pół punktu. No dobrze, a teraz pozytywy, a jest ich od liku. Zacznę od przedstawienia „kręgosłupa” naszych milusińskich. Takanashi Hikari mała blond włosa wampirzyca, która całkowicie nie przejmuje się swoją nieludzką naturą. Początkowo odbierałem ją jako dzieciaka a ADHD, lecz potem zrozumiałem, że jest nieco inaczej. Mamy tu do czynienia z rezolutną dziewczyną, która ma wielkie serce. Niekiedy odnosiłem inne wrażenie, które wynikało ze komediowej konwencji Demi-chan.


Kolejną bohaterką o skrajnie innej osobowości jest Kusakabe Yuki śnieżynka lub też kobieta lodu. Zamknięta w sobie uczennica, która stopniowo się otwiera na innych. Wraz z rozwojem serii zaobserwowałem pozytywne zmiany w jej osobie. Stała się bardziej pewna siebie, a do tego ukazała swoje inne oblicze. Yuki chan uwielbia mangi typu gag, opierające się na dwuznacznych dowcipach. Kontrast ten czyni z niej jeszcze bardziej interesującą postać.

Spoiwem naszego trio od strony uczniowskiej jest Machi Kyouko wyjątkowo inteligentna i pracowita dziewczyna, która jest dullahanem. Opanowana i pogodna tak ją spostrzegam, a do tego kochliwa. W głowie jej zawrócił kluczowy bohater tej historii Takahashi Tetsuo.

Nauczyciel biologii lat 32. Napakowany jak cholera, a damy mdleją na jego widok ze zachwytu. To przez jego zainteresowanie innymi rasami cała grupa się zeszła. Sensei, bo tak się do niego głównie zwracają jest charyzmatycznym nauczycielem. Lubi to co robi i mocna się angażuję w swoją prace. Niekiedy traci przez to wyczucie i wychodzą z tego ciekawe sytuacje.


W Demi-chan wa Kataritai zaobserwowałem swojego rodzaju namiastkę trójkącika miłosnego w który wplątany jest nasz kochany sensei, Machi i Satou Sakie. Nie ma tu tego co moglibyśmy zobaczyć w krwistej wersji, gdzie dwie damulki skaczą sobie do gardeł starając zdobyć serca swojego wybranka, a ciekawe relacje między uczennicą, a nauczycielką. Obie damy nie wiedzą za bardzo jak zabrać się do sprawy. Powody mają różne, a cel jeden. Czy coś z tego wyjdzie sami musicie zobaczyć!

Na sam koniec moja ulubienica nieśmiała i nieco zakompleksiona Sakie – sensei. Z początku jest wycofana nie pewna i trochę zagubiona. Dzięki otwartości Senseja odnajduje szczęście i próbuje go uwieść. Naprawdę można się uśmiać z jej prób co niemiara. Nie będę wam psuł zabawy, bo jak sobie uświadomicie pewną rzecz to sami zrozumiecie.


Podsumowując. Demi-chan wa Kataritai to lekarstwo na jesienną chandrę. Mamy tu wszystko, czego nam trzeba, aby się odprężyć. Gdy tylko obejrzycie całość zapragniecie więcej. Lecz póki co sezonu drugiego niema.

Ocena końcowa mocne 9/10

Podzielcie się proszę waszymi ulubionymi seriami, które warto obejrzeć o tej porze roku.
Komentujcie i takie tam. Chętnie poczytam (no, na pewno ;] ) Postaram się w następną sobotę opublikować jakiś tekścik z gry na New 2 Ds XL.

Share:

Recenzja Zaginięcie Ethana Cartera (PC)

Po jakże „obfitej” części drugiej halloweenowego maratonu przyszła pora na wielki finał!

Zaginięcie Ethana Cartera jest naprawdę ciekawą przygodą. Po pierwsze, nikt nas nie goni. Po drugie interfejs praktycznie nie istnieje. Przez takie dobre rozwiązania można naprawdę zagłębić się w tym co znajdziemy Red Creek Valley. Zaprawdę powiadam wam mrok jaki opanował tą dolinę nie jest zwykły co to, to nie drodzy państwo. The Astronauts, a dawniej People Can Fly zaproponowali coś niszowego.


Mamy tu opowieść interaktywną, którą można niemalże dotknąć, że się tak wyrażę. Za pierwszym razem, gdy przechodziłem ZEC podążałem za poszczególnymi zagadkami. Za drugim odkrywałem misje poboczne, które zostały sprytnie ukryte, gdzieś z boku. Natomiast za trzecim olałem wszystko i poszedłem na sam koniec, aby sprawdzić co się stanie. Jeśli zdradziłbym zakończenie to bym wam popsuł zabawę, ale skoro ujawnię co twórcy przygotowali na tego typu zgranie to nic nie stracicie.  

Zostawili wiadomość i to treściwą, pozwolę sobie ją sparafrazować: bierz dupę w troki i zrób poprzednie zadania, bo nie pokażemy zakończenia. Oczywiście mało kto dowie się o tym, bo wątpię, aby w liniowej grze gracze starali się sprawdzić, czy devowie przewidzieli takie, a nie inne akcji odbiorców.

Widoki są tu cudowne!
Na początku pragnę skupić się na grafice i sposobie jej przygotowania, bo to dość istotne w kontekście tego co napiszę. Fotometria jest naprawdę ciekawa techniką. Nie będę się wgłębiał w fachowe wyjaśnienia, bo możecie sobie wyszukać. Odniosę się do części dotyczącej gamingu. Proszę „fachowców internetowych”, aby się nie udławili żółcią za to, że tłumaczę to dość ogólnie i z pewnymi uproszczeniami. 


W technice tej chodzi o przerzucenie utrwalonych obiektów na zdjęciach na obiekty w środowisku graficznym 3D. Nie można tego zrobić z 100% otworzeniem detali, bo nasze komputery nie dały rady tego otworzyć. Z tego powodu trzeba iść na pewne kompromisy, przy czym całe otoczenie wygląda wciąż bardzo realistycznie.

Przechodząc kampanie można trafić na znajome elementy takie jak wagony pociągów towarowych. Wtedy dopiero widzimy jak szczegółowo oddano detale. Spacerując po tytułowej dolinie można trafić na masę, ale to naprawdę masę miejsc na zrobienie świetnej fotki. Dla tego róbcie zrzuty ekranu i będziecie mieć ładne motywy na pulpicie.


Jednak pewne rzeczy kuleją, po pierwsze dubbing się nie zgrywa z ruchami ust Npc, po drugie primo fatalna fizyka roślinności. Tak sztywnych i nie naturalnych z trudem szukać. Z niewiadomych mi przyczyn protagonista Paul Prospero ma kamieniofobie. W pewnych momentach może to naprawdę zacząć denerwować. Dobrze, że niema więcej tego tupu głupot, które przypominają o tym, że jest to tylko makieta 3D.

Zagadki i zagadeczki
Fabuła Zaginięcia Ethana Cartera jest przedstawiana w sposób dość nietypowy. Poszczególne etapy nie są opowiadane jeden po drugim. Początkowo może to wprowadzić pewne zamieszanie, lecz kampania jest na tyle krótka, że tego nie odczuje się. Warto jeszcze poszukać zadań pobocznych, o ile można je tak nazwać.


Na sam koniec omówię w kilku słowach mechaniki z jakimi przyjdzie wam się zmierzyć. Gra nie posiada samouczka wyjaśniającego co można, a co nie. Wszystkiego należy samemu się domyśleć. Gdy tylko znajdujemy się w miejscu docelowym należy odnaleźć wskazówki. Niekiedy dowody zbrodni są ukryte. W takich przypadkach Prospero używa swojego szóstego zmysłu w celu wizualizacji tego itemu i jego potencjalnego miejsca w którym się znajduje. 

Jak tylko skończymy rozwiązywać łamigłówkę zobaczymy przerywnik filmowy, ale żeby nie było za łatwo trzeba ustalić chronologie wydarzeń. Prawda, że proste?

Czy warto kupić Zaginięcie Ethana Cartera? Jeśli szukacie czegoś innego niż oferują produkcje 3a to dobrze trafiliście. Dostaniecie wciągającą przygodę, krótką co prawda, ale za to naprawdę dopracowaną fabularnie.

Ostatnia noc się zaczyna potwory znów wylazły, lecz po raz ostatni i jak wam minął ten hallowenowy okres?
 


Share:

Recenzja Tasogare Otome x Amnesia


Słuchajcie, słuchajcie moi mili historii o miłości, śmierci i chwilach radosnych. Słuchajcie ballady o sile, która nie zna granic. Posłuchajcie o Tasogare Otome x Amnesia.

Przejdźmy do drugiego etapu naszego maratonu grozy. Tym razem biorę na warsztat naprawdę genialne anime. Mamy tu niezwykłą kompilacje komedii romantycznej, dramatu (i to sporego kalibru), a także horroru.

Tasogare Otome x Amnesia powstało na podstawie mangi, która jest rzekomo o wiele bardziej mroczna i erotyczna. Skupmy się jednak na samej ekranizacji. Dla tych z was co oglądają anime na bieżąco to od razu wyłapią, że mamy tu haremówke, której grupa dziewczyn ugania się za głównym bohaterem (cudowna wizja xD).


W tej konkretnej produkcji sytuacja jest nieco inna. Nie zabraknie nam uroczej i jedynej słusznej wybranki protagonisty, a także tsundere i moe będących tłem dla tej jedynej. Seria składa się z trzynastu odcinku w tym jednej ovy.  

Fabuła ma naprawdę interesujący fundament. Celem bohaterów jest odkrycie przyczyny amnezji Kanoe Yuuko ducha dziewczyny nawiedzającej szkołę, do której uczęszczają „aktorzy” tego spektaklu. Grunt na jakim został utworzony jest dobry z tego powodu, że mógł się naprawdę wydarzyć. Nie będę zdradzał dokładnie co się stało, a jedynie dam wskazówkę: jak trwoga to do boga. Tyle wam musi wystarczyć.


Wspominałem akapit wyżej, o spektaklu teatralnym. Bohaterów mamy kilku i nie ma tu prawie nikogo obok. Uczniowie pokazywani są przeważnie jako grupa, społeczność szkoły. Ich członkowie będą mieć małe role. Przez tego typu zabieg można mieć wrażenie, że oglądamy coś innego niż zwykle.

Możliwość skupienia się tylko na tym co istotne pozwala chłonąć jeszcze bardziej, czuć więcej i pragnąć zobaczyć co się stanie dalej. Autor kryjący się pod pseudonimem Maybe odrobił wzorowo prace domową dotyczącą ludzkiego strachu zmieszanego z wierzeniami. Za ten wątek mogę dać cząstkową ocenę 10/10. Nie piszę więcej o tym, bo byłby to spoiler.

Dalej, zaintrygowało mnie jak można połączyć grozę z radosną komedią. Wbrew pozorom jest to możliwe. Kontrasty jakie tworzą świetnie do siebie pasują podkreślając się nawzajem. Horrory japońskie słynną z swojej jakości, czy to z aktorami, czy animowane. Wątek paranormalny jest zgrabnie wykorzystywany. Kiedy zaczęło się robić naprawdę mrocznie na ekranie to zmieniano konwencje o sto osiemdziesiąt stopni. Napięcie jakie budowano zmienia się w przedni gag komediowy.


Początkowo nie spodziewałem się tego. W palecie kolorów jakie wykorzystało studio do stworzenia Tasogare Otome x Amnesia jest sporo zimnych i ciemnych barw, które tworzą posępny klimat. Warto zaznaczyć, że poszczególne ujęcia, a w szczególności w pierwszych odcinkach cechują się oryginalnymi przejściami. Ruchy „kamery” też dołożyły swoje, ma się rozumieć.

Fabuła i bohaterowie, tak teraz przyszedł właściwy moment, aby nakreślić naszych milusińskich. Główny i jedyny męski bohater nazywa się Niiya Teiichi prezentuje się jako typowy bohater z komedii. Odebrałem go jako człowieka o dużym sercu niemogącego przejść obojętnie przy ludzkiej krzywdzie. Pokazał, że jest kimś więcej, ma swoje cele w życiu i potrafi trwać przy tych, których kocha.


Damy występujące w Tasogare Otome x Amnesia są równie jeśli nawet nie lepiej napisane. Słodka moe Okonogi Momoe co tu ukrywać kocha się na zabój w Teiichi, jeśli wiecie jak przedstawiane są klasyczne urocze niezdary to wiecie już wszystko o Momoe. Dużo ciekawszą bohaterką jest Kanoe Kirie. Twarda i konkretna dziewczyna. Ma silny charakter i stara się rozkochać jedynego w tej konwencji chłopaka. Jest ona o tyle ciekawsza z tego powodu, że nie jest typową tsundere, a naprawdę człowiekiem z krwi i kości gotowym na wszystko.

Na koniec krem de la krem Kanoe Yuuko byłem naprawdę urzeczony jej osobą (kolejna waifu). Aby ją zrozumieć trzeba uzmysłowić sobie czym jest samotność. Nie będąca widziana i słyszana przez nikogo przez 60 lat. Nagle zostaje zauważona, ba nawet może być dotknięta. Wyobrażam sobie jaki to musiał być szok. Mało tego zważając, że jest „nastolatką” to jeszcze dochodzą do tego buzujące hormony. Biorąc to wszystko pod uwagę nie dziwi mnie jak się lepiła i uwodziła Teiichi przez całą serie.


No, a jak już o nich mowa to mamy tu do pewnego momentu checheszkową miłość, która pod koniec zmienia w poważny związek. Samo zakończenie jest obłędne, epickie, genialne. Naprawdę warto obejrzeć wszystkie odcinki. Mam dobrą wiadomość dla tych co już obejrzą je wszystkie. Tomików jest aż 10 z czego odcinki kończą się na szóstym. Podobno, bo tego nie sprawdzałem samo zakończenie zostało zmienione z tego powodu, że nie zostało jeszcze wtedy napisane.

Czy warto obejrzeć Tasogare Otome x Amnesia? Co za pytanie, oczywiście, że tak.

Mała ciekawostka na koniec, głos Yuuko podstawia nie kto inny, a Hara Yumi znana z roli Albedo z Overlorda!

Etap drugi maratonu grozy za nami, pora na wielki finał :D Szykujcie się na prawdziwe dreszcze :P

Share:

Recenzja Layers of Fear (PC)


Zacznijmy maraton grozy. Przyszła pora spojrzeć w oblicze szaleństwa, które jest niczym obraz, a tak z nieco inne beczki, lubicie sztukę? Nie? Szkoda, bo wspólnie przyjdzie nam skończyć pewne dzieło.

Obłęd, szaleństwo, psychoza to i inne określenia na zaburzenia psychiczne. Teraz możecie się zastanawiać jak się ma to do recenzowanego tytułu. Otóż dość prosto! Layers of Fear to niezwykłe jak na tamte lata skrzyżowanie symulatora chodzenia i horroru.

Dla tych co nie śledzą na bieżąco tego co się dzieje w branży wyjaśnię w kilku słowach czym inspirowali się ludzie z Bloober Team. Zanim Hideo Kojima rozpoczął prace nad kolejną odsłoną Silent Hill. Skończyło się ostatecznie na tym, że powstało demo P.T. w którym przechodzi się przez te same korytarze. Rzecz jasne za każdym wejściem coś się zmieniało.


W LoF mamy też tą samą mechanikę, co prawda nie, aż tak idealnie otworzoną, ale robi solidne wrażenie. Nie jestem wielkim miłośnikiem dreszczowców, ale staram się być otwarty na wszelkie gatunki. Recenzję tą opieram na drugim przejściu Layers of Fear. Za pierwszym razem no cóż słyszałem dużo, ale widziałem mało, bo tak się bałem, że tylko oglądałem podłogę. Teraz jednak starałem się podejść do tematu już poważnie i wziąć wszystko na klatę.

Coś o fabule i reszcie ;p

Główny bohater, który jest malarzem wraca do swego domu, aby dokończyć swoje największe dzieło. Kampania była w moim odbiorze retrospekcją tego co się działo w przeszłości.

Gra ta nie opiera się na agresywnych jumps scare’ach. Nie twierdzę, że twórcy nie sięgnęli po tę jakże kiepski patent. Na szczęście, fundamentem nie jest niezwykle piękna realistyczna grafika, a wszelkie efekty dźwiękowe, które tworzą niepowtarzalny klimat. Drugim elementem było światło. Bloober Team doskonale zdawało sobie wtedy sprawę, że najstraszniejsze rzeczy to te, które nie są namacalne, a jedynie „siedzą” w naszych głowach.


Jednak głównym „daniem” były oskryptowane wydarzenia. No i tu zaczęły się schody i to niekiedy spore. Wyobraźcie sobie taką sytuacje: wchodzicie do pokoju parę drastycznych zmian myślice spoko i co dalej? Rozglądacie się wokół, aż spoglądacie w górę i pierwsza myśl WTF?! A teraz coś zgoła innego. Idziecie korytarzem kończącym się zakrętem, a zanim kolejny i tak dobre dwie minuty ciągle to samo i nic się nie stanie dopóki się nie odwróćcie.

Przyznacie, że jest to spory kontrast. Brak odpowiedzi twórców na zachowania gracza burzy imersję. Taki kubeł zimnej wody jest naprawdę dotkliwy, zwłaszcza wtedy, gdy zmienia się na przemian z naprawdę porządną grozą. Dodatkowo bombardowani jesteśmy tymi skryptami z taką szybkością, że CoD prezentuje się przy LoF flegmatycznie.


Ok, gracze nie mogą się dzięki się temu nudzić, a tym bardziej przyzwyczaić, ale co za dużo to niezdrowo. Ochać i achać można, bo kto zabroni? Lecz nie w tym rzecz, a w tym czy ten przyrost formy nad treść jest szkodliwy, czy pomocny. Powiem tak, każde lekarstwo ma efekty uboczne, ale działa i to się liczy.

Czy warto kupić Layers of Fear? Hmm, i tak i nie wszystko zależy od tego jak podchodzi wam konwencja klasycznego dreszczowca w którym poruszamy się po nawiedzonym dworze. Osobiście jestem skłonny polecić i dać tej produkcji 7.5/10.

Dla odmiany na koniec zapytam was, jakie jest wasze zdanie na temat irlandzkiego halloween mylenie zwane amerykańskim?

Share:

Recenzja Mario Tennis: Ultra Smash

Minęło już trochę czasu od kiedy ogrywałem coś na Wii U. Pora odkurzyć konsole i rozegrać kilka setów w tenisa.


Zagrajmy sobie dziś w Mario Tennis: Ultra Smash wydanego w 2015 r. jako ekskluziw na sprzęcik od Wielkiego N. Pierwsze wrażenie po włączeniu gry było tak jak zwykle, czyli piękna oprawa graficzna za którą zapewne się kryje ciekawy gameplay. Przepuszczenie te było prawdziwe i błędne zarazem.

Śpieszę z wyjaśnieniem. Same mechaniki, fizyka, sterowanie czy animacje były jak najbardziej w porządku do niczego nie mogłem się doczepić. Rozgrywka jest typową zręcznościówka, co nie znaczy, że nie trzeba zupełnie zawracać uwagi na sytuacje na korcie. Polecę wam od razu zrezygnować z poziomu easy na rzecz normal. Dzięki temu od razu będzie się przyjemnie grało.

Źródło: gry-online.pl
Problem tego tytułu polega na tym, że wszystkie tryby, które omówię za chwile wyglądają jak aktywności poboczne. Ujmę to inaczej gra ta wygląda jak samodzielne DLC. Niestety nie mamy tu kampanii dla jednego gracza. Szybko można się zorientować, że jest takie Mario Party Top 100 tyle, że na kortach.

Na szczęście to co najważniejsze zachowano, czyli mechaniki takie jakie można było zobaczyć w Mario Tenis Open. W pewnych kwestiach jest nawet lepiej, bo miałem większą kontrolę nad tym co się dzieje.

Główną atrakcją, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie jest Mega Battle. Bardzo mało się różni od zwykłej klasycznej wersji. Raz na jakiś czas na boisko wrzucany jest grzyb, który daje bonusy w postaci wielkości, szybkości i obrony. Faktem niezaprzeczalnym jest to, że zasięg rakiety bohatera znacznie się wtedy zwiększa, a przez co jest znacznie łatwiej. Z drugiej strony, gdy postać kierowana przez Si dostanie takiego kopa nie staje się jakimś wyzwaniem. Osobiście nie odczułem żadnej różnicy.

Źródło: gry-online.pl
Następną atrakcją, o ile można tak to nazwać zwie się Mega Ball Challenge tu to już się naprawdę popisali. W mini grze, bo trybem tego nazwać nie da się w ogóle, polega na jak najdłuższym odbijaniu piłki bez skuchy i to zarówno przez gracza jak i bota. Twórcy chyba tego drugiego o tym nie poinformowali. Przeciwnicy grali tak jak zawsze więc była to męczące, ale wykonanie zadania w postaci 100 odbić w celu odblokowania nowej postaci.

Najbardziej rozbudowana opcją był Knockout Challenge. Mamy tu w sumie wszystko to co w poprzednich aktywnościach no z wyjątkiem wielkiej gały, która stopniowo się zmniejszała do normalnych rozmiarów. Celem zabawy jest pokonanie coraz to silniejszych przeciwników. W momencie przegranej można wykupić za zebrane złoto drugą szansę.

To co napisałem jest w sumie najważniejszymi rzeczami jakie trzeba wiedzieć, ale zostawiłem co nieco na koniec. Zacznę od tego, że Multi jest, ale nie da się grać z znajomymi tak było kiedyś jak ludzi było sporo teraz już tego problemu niema, bo nikt nie gra, a jeśli serwery działają to od razu was połączy.

Źródło: gry-online.pl
Ok, a teraz nieco poważniej. W większości trybów jest możliwość wyboru postaci ze względu na rodzaj. Mamy klasy defensywne, siłowe, szybkie itp. Po przez wybór któregoś z nich konkretne zagrania stają się znacznie skuteczniejsze od innych. Tak jest w teorii, bo nie zauważyłem tego w praktyce. Za to typy kortów i ich statystyki odczuwalnie wpływają na rozgrywkę.

Mario Tennis: Ultra Smash może się pochwalić też dbaniem o szczegóły takie jak naprawdę żywa publika w postaci spritów czy sędzia, który pilnie obserwuje co się dzieje w czasie meczu. A jak już o tym mowa… Niekiedy piłka potrafi uderzyć w takim miejscu, że nie widać dokładnie, gdzie uderzyła. W takich sytuacjach mamy powtórkę na której jest to dokładnie pokazane. Genialne w swojej prostocie.

Na sam samiutki koniec o nagrodach, czy też osiągnięciach w sumie w tym konkretnym przypadku to jest to samo. Aby odblokować nowe korty czy też bohaterów trzeba przechodzić określone tryby x razy określoną postacią lub po prostu zagrać ileś tam meczy.
Źródło: gry-online.pl
Podsumowując gra nie jest tragiczna ani bardzo dobra takie powiedzmy 7/10. Bawić się w to można bez żadnej spiny kiedy ma się na to ochotę. Paradoksalnie brak turniejów wyszedł na plus. Bo nie czuje się żadnej presji. Chcecie grać to gracie, a jak nie to można odłożyć pada i pocisnąć w coś innego.

I taki był to powrót do Wii U, epicki on nie był, ale też nie kiepski. Powiedzmy, że zadowalający. A wam jak się podoba Mario tenis? Macie swoją ulubioną odsłonę? Piszcie i komentujecie bla, bla chętnie poczytam xD   

Share:

Małe podsumowanie Beztroskiego Kempingu


Fabuła Yuru Camp znowu wyprzedziła aktualny czas i to o miesiąc. Ojojoj, co ja pocznę, lol Wiem! Małe podsumowanie tego co było już i samego 4 temu.

Historia na swój sposób nabiera rumieńców. Choć w takiej mandze trudno się tego doszukać. Relacje prawie, że wszystkich bohaterek w tej serii są niezmienne. Jedynie Rin chan dokonuje pewnych przemian, ale pisze o tym za każdym razem.


Innym ważnym elementem, który pokazuje się we wszystkich tomach są porady dla początkujących dotyczące wyjazdów pod namiot. Na równi z tym są wprowadzani bohaterowie drugo planowi lubiący dorzucić swoje trzy grosze. Fabuła w tej mandze z podgatunku zwanego „okruchy życia” mocno się różni od innych gatunków dla tego tak trudno się recenzuję.

Wieczny spokój, jaki tu panuje źle się prezentuje na papierze, a jak się już sięgnie po komiks to nie można się oderwać od niego. Z tomiku na tom dowiedziałem się różnych ciekawostek, które zachęcają do próbowania ich w praktyce, (gdybym tylko nie był nerdem).

Nowym wątkiem w t. 4 jest przedstawienie alkoholizmu. Afro poszedł do tego tematu na luzie jak to w komedii. No ok, w końcu nie jest to dzieło mające skłonić kogoś do refleksji, a jedynie do aktywności fizycznej.    

Dziewczyny doczekały się opiekunki. Pojawiła się ona w poprzednim tomiku, ale celowo ją pominąłem. Pytacie, po co?  A bo ja wiem (SuS) tak dla jaj! Panna Gulkotka potocznie zwana Toba Minami lubi zajrzeć do kieliszka. Rzecz nie typowa, ale mimo, że jest moczymordą odegrała sporą role w bieżącym tomie. Można się zacząć zastanowić, jaką? Biła? Awantury robiła? Nie i nie, po prostu zasnęła i ograniczyła możliwość ruchu.

Gdy czytałem mangę miałem dwojakie myśli, jak tylko panna Gulkotka wyskakiwała z swoimi ekscesami. Miało to być śmieszne i nabijające z postaci lubującej się w napojach wyskokowych, a wyszło coś zgoła innego. Przykro się ogląda kogoś, kto jest uzależniony i nawet nie umie się ukrywać z tym problem przed obcymi. Taka demoralizacja psuje piękny dzieło. Same bohaterki mają z tego beke. Póki co jest to pierwszy błąd lub niedociągnięcie jakie wprowadzono w serii.


Zacząłem trochę marudzić, no wiecie musiałem. Mam negatywny stosunek do alkoholu i stąd taka, a nie inna opinia. To co jednak zrobiono dobrze, a ujmując rzecz jaśniej poświęcili więcej stron gotowaniu pod chmurką. Śmiało można rzec, że upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu.

Warto jeszcze zwrócić uwagę, że ten tom jak i poprzednie promuje istniejące pola kempingowe. Ciekawe, czy autor ma z tego jakieś zyski. No mniejsza, bo sam pomysł jest jak najbardziej dobry. Dzięki temu sporo ludzi, którzy się nie interesowali aktywnym trybem życia wiedzą, gdzie się można wybrać. Przydałoby się, aby u nas zrobiono coś podobnego. 

Na koniec i w sumie też na końcu tomiku dołożono bonusiki. Będzie to mały spoiler dla tego ci z was co nie chcą tego czytać mogą przejść do akapitu niżej. Nadeshiko fantazjowała sobie jak się spotkają, gdy będą już dorosłe, a także, gdy będą już starszymi babciami. Przyznam, że Nadeshiko chan ma bogatą wyobraźnie co dodaje jej uroku.

Kolejny tom przeczytany, a następny trzeba kupić. Nie ukrywam, że prawie wszystko idzie w serii Yuru Camp niemalże idealnie. Mam nadzieję, że w kolejnych mangach równie dobrze będę się bawić co w tyj. Czego wam i sobie życzę.

A wy też na bieżąco czytacie poszczególne mangi, które wychodzą w Polsce, czy może czekacie, aż wyjdzie cała seria i dopiero wtedy? Podzielcie waszymi wrażeniami z serii, które wam przypadły do gustu.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie