• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Mario 3D Land


Czas płynie niczym rzeka i nigdy nie wiemy co się stanie. Mogą to być najróżniejsze wydarzenia! Pora na otwarcie nowego rozdziału na tym blogu.

Tekst, który przeczytacie będzie zarówno recenzją Mario 3D Land jak i moimi wstępnymi wrażeniami z grania na New 2Ds XL od Wielkiego N. Jeśli odbierzecie ten artykuł jako felieton to się nie pogniewam, bo może przybrać taką formę. Ruszmy więc z tym tematem i zobaczmy, czy Mario wydany na konsolę z rodziny 3Ds zrobi pozytywne wrażenie na zatwardziałym PC graczu.

It’s-a Me, Mario!

Zaczęło się od, no właśnie, od tego, że po wielu latach grania na komputerze osobistym zapragnąłem czegoś nowego. Poczułem potrzebę odnalezienia innego wymiaru gamingu. Innego spojrzenie na gry wideo. Nie obce mi były produkcje, takie jak nasz Wiesiek czy Bezimienny, czy inne Gears of War. Niestety, mechaniki zastosowane tam są nam wszystkim dobrze znane z wielu produkcji, które je zapożyczyły. W końcu mnie olśniło! 

Nadszedł czas, aby sięgnąć po najdziwniejszy, jedyny w swoim rodzaju rynek naszej branży, czyli gry z kraju kwitnącej wiśni. Osobiście uważam Japonię za kolebkę tej branży. Zaopatrzyłem się więc po raz drugi w sprzęt od Nintendo, lecz tym razem świadom tego co kupuję, bo kto z was nie wspomina ciepło starego Pegazusa, który był klonem Famicoma. Od tygodnia jestem posiadaczem oryginalnej konsoli Wielkiego N i póki co jestem zaskoczony ich pomysłowością.
 

Let it go

 
Zacznę od sterowania, bo to pierwsza i w sumie najbardziej odczuwalna rzecz, gdy przestawiamy się z komputerowych kontrolerów. Sama konsola jest naprawdę poręczna, a wmontowane klawisze i grzybkopodobne elementy świetnie sprawują się w poruszaniu głównym bohaterem gry. Klawiszologia jest dość zbliżona do tej jaką mamy na padach do Xboxa. Dodam, że są też pewne różnice. Bumpery odgrywają tu większą rolę, a przynajmniej w Mario 3D Land, umożliwiając dokonywanie określonych aktywności, np. skok i uderzenie na obiekt pod nami.


YAHOO

A teraz czas omówić kampanię polegającą zapewne na tym co zawsze, czyli uratowaniu księżniczki Peach z łap złego Króla Bowser Koopa. Nie będę się tu roztrząsał nad fabułą, bo jest ogólnie zarysowana. Innymi słowy tytuł ten rozgrywką stoi. Przyznam się, że sięgnąłem po tę produkcję nie tylko z powodu wąsatego hydraulika, będącego jednym z bardziej rozpoznawanych postaci z gier, ale też przez częste wysokie miejsca jakie Mario 3D Land zajmuje u recenzentów, których sobie cenię.

 W czasie kampanii odwiedziłem liczne światy np. nawiedzone domostwa czy tereny górskie, czy inne podziemia. No i co tu powiedzieć, Nintendo zaczęło "podstępnie" atakując nostalgią. Motywy muzyczne rozpozna każdy, kto miał wspomnianego przeze mnie Pegazusa. Od tego poczułem się  sporo młodszy. Kolejny sierpowy został wyprowadzony jeszcze szybciej, gdy zobaczyłem Marianna jakiego znałem na drugim (dotykowym) ekranie konsoli. Tutaj kolejna nowość, której nie zobaczymy na komputerach. Panel pokazuje nam listę map i lokacji do których trafimy.


It's party time    

Poziomy są ciekawie zaprojektowane. Widać, że projektant pragnął jak najlepiej wykorzystać świat 3D. Co prawda w posiadanej przeze mnie konsoli efektu trójwymiaru nie ma, to i tak dostrzec można było, co autor miał na myśli. Jedyne ograniczenia jakie się znalazły w tym tytule, to możliwości samej konsoli, w końcu mamy do czynienia z handheldem. Jednak martwić się nie musicie, bo poziom trudności jest tu świetnie zbalansowany.

 A jeśli nawet trafi się trudniejszy etap, to twórcy wyciągają pomocną dłoń. I tu trafiłem na pozytywny wyjątek, od tego do czego przyzwyczaili mnie i pewnie wielu z was nasi i zachodni Devowie. Pomoc ta jest opcjonalna. Nie jesteśmy zmuszani do korzystania z niej. Nie będziemy uszczęśliwiani na siłę. Naprawdę niezwykłe jest to, że takie rzeczy potrafią cieszyć. Ok, ale na czym polega ta nieobowiązkowa pomoc? Możemy dostać strój Tanooki w wersji premium,  dzięki czemu będziemy nieśmiertelni, no prawie. Jeśli spadniemy lub dotkniemy np. lawy stracimy życie.
 

Oh noo...

Mario ma wiele zalet, lecz i wady swoje ma. No cóż, nie ma ideałów. Łyżką dziegciu jest przymusowe zdobywanie punktów (w postaci gwiazdek) do odblokowywania niektórych map. Mowa tu o opcjonalnych lv, jak i tych wieńczących dany "świat". Wielka szkoda, że takie coś wstawiono w tym tytule. Wypadałoby, aby maxowanie gry  było dobrowolne, a ujmując sprawę jaśniej, end-game powinien nam przedłużyć rozgrywkę o parę godzin. Następną wadą jest mała liczba ścieżek dźwiękowych. O, ile na początku to cud malina, to później katują nas jednym i tym samym, co niestety psuje efekt.

Czy warto kupić Mario 3D Land? O tak, warto sięgnąć po tę produkcję nie tylko dlatego, że jest to innego kalibru platformówka z własnymi pomysłami. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale opłaca się dla ślicznej grafiki, która lśni mimo tego słabego pod względem technicznym sprzętu. Póki co, poczułem lekką bryzę nieznanego mi gamngu, ale już teraz widzę, że czekają na mnie nowe doświadczenia. Ahoj, przygodo!

A jak z wami? Skusiliście się na gry od Wielkiego N, które są wciąż towarem, a nie "usługą"?

Lajki są oczywiście mile widziane ;D Napiszcie o swoich doświadczeniach z grami lub samym sprzęcie od Nintendo.

Ciekawi mnie, jak wspominacie zderzenie z ich grami?


Share:

Recenzja Crysis 3 (PC)

Pewny rzeczy się nie zmieniają. Co roku dostajemy "nowego" CoD czy innego FarCry'a. Jedni powiedzą, że to źle, a inni, że dobrze. A jeśli ktoś zapyta mnie o zdanie, to odpowiem zależnie od gry.

Nie wiem czemu sięgnąłem akurat po ten tytuł, tak wyszło. Zakończmy serię Crysis i zobaczmy ostatnią trzecią odsłonę tej trylogii. C3 zostało wydane przez Electronic Arts w 2013 r.  

Dzień Psychola, świra, znaczy się

Rozpocznijmy od historii, która mnie zaciekawiła. Oczywiście nie w tym sensie, że z wypiekami na twarzy wypatrywałem zakończenia. Wiedziałem, że dojdzie do walki z wielkim bossem lub czymś podobnym. W końcu to tylko FPS (co prawda są strzelanki z głębszą historią, ale takich jest mało), więc poszli sztampowo. No prawie, jedna rzecz była inna, nowa i oryginalna. W poprzedniej osłonie graliśmy marinsem, pseudonim Alcatraz, w Crysis 3 wcielamy się w Proroka, który powrócił do życia. Ksywa w końcu zobowiązuje. Przez całą grę miałem nadzieję, że wyjaśni się o co w tej zamianie chodzi. Początkowo sądziłem, że protagonista przyjął nowy pseudonim, bo chciał kontynuować dzieło swojego poprzednika, a okazało się całkiem coś innego. Wytłumaczyć to można dość pokrętnie.  Nonakombinezon skopiował osobowość Proroka i "wyczyścił dysk twardy" ostatniego właściciela ciała.

Jak terminatora głos  

Co do fabuły, to trzyma ona poziom. Wraca stary przyjaciel Psychol, który nic się nie zmienił od pierwszej odsłony. Przez całą grę zdążyłem go polubić. Nasz druh  jest czymś więcej niż tępym botem, który nam towarzyszy, choć zapomnę o nim, gdy tylko skończę pisać ten tekst. Nie zabrakło też wątku miłosnego, między pewną damą i zainteresowanym nią łysolem. Przejdźmy do kolejnego istotnego elementu gry, czyli dubbingu. Wypadł on znacznie lepiej niż w C2. Dobrze się słuchało głównych bohaterów. Co prawda znalazło się parę momentów, w których reżyser nie zadbał o wyjaśnienie w jakim kontekście pada dana kwestia, ale pomimo to naprawdę zrobiono dobrą robotę.


Widok, którego nie zapomnę

A teraz o grafice gry słów kilka. Na tym polu nie zawiodłem się nawet przez chwilę. Crisis 3 wygląda obłędnie. Spokojnie może konkurować z nowymi produkcjami, mimo że minęło już pięć lat od premiery. Tekstury są ostre niczym brzytwa. Żałuje, że nie grałem w C3 wcześniej, bo inaczej odebrałbym "rewelacyjne" animacje twarzy Npc w Wieśku lub Uncharted , które nie wydają się już dziś tak wspaniałe. No ok, zaczynam odchodzić od tematu. Produkcja ta niestety nie wyleczyła się ze swojej dziwnej fizyki. Zarówno w C2 i C3 ustrzeleni wrogowie zachowują się dziwnie, może to taki urok tego silnika. Co do innych wad, to okropna jest optymalizacja na maksymalnych ustawieniach. Spadek klatek jest widoczny, aż oczy bolą. Zmuszony byłem do zmiany detali na wysokie, aby mieć płynną rozgrywkę.


Pewne rzeczy się nie zmieniają  

Przyszła pora na ocenę rozgrywki. Od ukazania się poprzedniej części minęły zaledwie dwa lata. Czy coś się przez ten okres zmieniło? Powiem, że nie bardzo, może z pewnymi kosmetycznymi wyjątkami. To co najważniejsze zostało dalej takie samo. Boty to wciąż mięso armatnie, które lubi się samo wykończać i rzuca sobie granaty pod nogi. Zmniejszyła się liczba zadawanych przez nich punktów obrażeń. Druga strona tego wiecznie "podgrzewanego" konfliktu wypadła równie blado. Dodam, że w Crysis 3 możemy używać ich broni cepidów, która jest tylko ciekawostką i niczym innym. Jedynym urozmaiceniem są bossowie, ale jest ich mało, co możne być różnie odebrane. Osobiście nie przeszkadza mi to. Istotną zmianą jest też sposób zdobywania punktów doświadczenia. Już nie trzeba uganiać się za kosmitami, wystarczy wyszukiwać maski, które dają nam Pd i co równie ważne nie trzeba posiadać ich dużo. Naprawdę ucieszyło mnie to, bo farmienie ich było niekiedy męczące. Teraz bez problemu odblokujemy wszystkie interesujące nas umiejętności.

Czy warto kupić Crisis 3? Klimat w tej grze jest dobry, a walki choć nie wymagają taktycznych umiejętności dają radę. Samą kampanię można przejść w ok. 10 godzin i ani razu się nie nudzić. To jednak zadałem sobie pytanie, czy to jest rzeczywiście zabawa?
A wam się podobało się C3, czy może odłożyliście tę produkcję?

Przypominam o napisaniu czegoś :D w komentarzach. Liczę na ciekawą dyskusję i wasze spostrzeżenia. Lajki też są mile widziane!

Share:

Recenzja Crysis 2 (PC)


Co możemy powiedzieć o grze Crysis 2? Jest to interesująca produkcja, która próbowała wprowadzić na rynek coś nowego, ale  nie wyszło. Ciekawe czemu?

O serii Crysis można napisać sporo, lecz jeśli zapyta się dowolnego gracza co z niej pamięta, to pewnie odpowie, że grafikę wyprzedzającą o kilka lat konkurencję. Inni napomkną, że poczekają na mocniejsze bebechy do blaszaków, żeby w to zagrać. A czym naprawdę jest ten tytuł? Przyjrzyjmy się wydanej w 2011 r. przez Electronic Arts, Crysis 2.

Maksymalna fabuła...

Fabuła w drugiej części  nie jest za bardzo zawiła. Powiem szczerze, że jest prostolinijna i do tego bardzo klasyczna, czyli musimy uratować świat przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. W tej odsłonie podobnie jak w poprzedniej przyjdzie się nam zmierzyć z cepidami. Natomiast główny bohater o wymownym pseudonimie Alcatraz, to jednoosobowa armia. Zdaję sobie sprawę, że to dość ogólne streszczenie historii, ale nie ma specjalnie o czym pisać. Gdyby połączyć wszystkie etapy w linii prostej, nic nie stracilibyśmy pod kątem fabuły. Zanim przejdę do kolejnej części czyli rozgrywki, warto wspomnieć o zakończeniu i dubbingu. Powiem coś subiektywnego (choć każda recenzja taka jest), finał jest nieco rozciągnięty, czyli przymusowo trzeba zaliczać punkty oddalone od siebie. Po co takie rzeczy wstawiać? Naprawdę nie wiem. Nic nie wnoszą, a jedynie psują zabawę. W Crysis 2 usłyszmy w dubbingu naszych rodzimych aktorów, lecz mimo, że wystąpiły tam takie sławy jak: Dariusz Odija czy Jacek Rozenk, to naprawdę czułem, że obcuję z czymś kiepskim.  Może kiedyś nasi zrozumieją, że mają grać tych bohaterów w sposób naturalny, a nie teatralno sztucznie.


Maksymalna rozwałka

A teraz czas na smaczne kąski, czyli na czyszczenie ulic z przeciwników. Kampanie możemy podzielić na połowy, pierwsza to ta gdzie walczymy z obcymi, a druga z ludźmi. Pod tym kątem nic się nie zmieniło względem pierwszej odsłony.  Na szczęście twórcy poszli po rozum do głowy i przekształcili cepidy w bardziej rozwiniętych wrogów. Przez ten zabieg misje z nimi były bardziej urozmaicone. W ciągu całej kampanii trafimy na kilka rodzajów oponentów, od zwykłych żołnierzy, aż po ciężko uzbrojone "czołgi". Powiem więcej, przyjdzie się nam zmierzyć ze sporymi bossami, którzy chłonną ołów jak gąbka wodę. Choć grałem na maksymalnym poziomie trudności to nie odczuwałem, aby wrogowie byli jacyś szczególnie wymagający. Co prawda zdarzały się momenty, kiedy musiałem parę razy powtórzyć dany etap gry. Policzyłbym jednak te sytuacje na palcach jednej dłoni. A co z ludzkimi oponentami? Tutaj możemy zobaczyć wszystkie wady sztucznej inteligencji. Może nie tyle SI, a tego, że gra nie jest ani 100% FPS  ani skradanką. Jeśli decydujemy się załatwiać przeciwników cichaczem, to ci nieboracy głupieją do reszty. Co prawda na początku wykazywali się sokolim wzrokiem, lecz później utracili ten zmysł.


Maksymalnie, maksymalny odgrzewany kotlet

Kolejną rzeczą, którą pamięta każdy grający w pierwszą część, jest głos nanoskafandra mówiącego: "maksymalny pancerz", itp. W tej odsłonie możemy włączyć większą obronę i kamuflaż. Gdy tylko stajemy się niewidzialni możemy uniknąć każdego. Daje to nam dużą przewagę. Mnie to nie przeszkadzało, ale uważam, że podchodziło to trochę pod oszukiwanie. W pewnych misjach bez maskowania nie dałoby się przejść niektórych przeszkód. Sam tryb szybkości i wysokich skoków jest przypisany do spacji i lewego Shiftu.


Maksymalna grafika  

A teraz przejdę do części audiowizualnej i technicznej. Grafika stoi na wysokim poziomie. Miasto robi spore wrażenie. Efekty specjalne są naprawdę fantastyczne, a otoczenie względem sytuacji potrafi zmienić się o 180 stopni. Niestety sporo z tych rzeczy to nic innego jak tylko filtry lub sztuczki speców od grafiki. Sama gra naprawdę bardzo dobrze się zestarzała i jedynie Npc trącą przestarzałym wyglądem. Crysis 2 nowe nie jest, a w grze nie brakuje błędów,  np. chodzenie w miejscu, nie zwracanie uwagi, że główny bohater stoi przed wrogiem. Na szczęście nie dzieje to tak często. Sama optymalizacja jest dobrze wykonana i  nie zauważyłem, aby C2 gdzieś się cięła  nawet wtedy, kiedy dużo się działo na ekranie.

Czy warto kupić Crysis 2? Oczywiście że tak, mimo swoich rozwiązań gra daje radę, a jeśli lubicie skradanki to poczujecie się tu jak ryba wodzie. Dodam, że tylko niektóre sytuacje są oskryptowane. W większości przypadków Npc będzie starać się dostosować do naszych zachować, co chwali się twórcom.   

Share:

Recenzja Cities: Skylines (PC)



Miasto jest niczym innym jak dżunglą, którą trzeba okiełznać. A może tak zbudować? Opanowanie takiego żywiołu może być ciekawe zwłaszcza, gdy metropolia osiągnie powierzchnię dziewięć na dziewięć kilometrów kwadratowych.

W ostatnim czasie na blogu prezentowałem produkcje niszowe, a także starające się znaleźć pomysł na siebie. Dzisiaj przyjrzę się najlepszemu reprezentantowi wymierającego gatunku gier city builders, a mowa tu o Cities: Skylines wydane w 2015 r. przez Paradox Interactive.

Zacznijmy od drogi

Na C:S trafiłem przez przypadek na youtube, gdzie obejrzałem gameplay z jednego dodatku do tej gry. Zaciekawiłem się tą produkcją i postanowiłem zaopatrzyć się w ten tytuł i spróbować własnych sił. Cities: Skylines nie posiada kampanii fabularnej ani trybu multi. Autorzy tej gry dali nam możliwość wybudowania miasta na wybranej przez nas mapie lub zrealizowania scenariusza w którym musimy wypełnić określone warunki, aby go przejść. 

Warto zaznaczyć, że od premiery udostępnione były narzędzia do modowania gry. Skutkiem tego są liczne mody, które rozwijają bardzo C:S i naprawiają błędy, których twórcy nie usunęli lub robili to przy wydawaniu płatnych dodatków, których łączna wartość na steamie to 400 zł. Ok, zaczynam trochę narzekać. Produkcja jest dobra i choć ma pewne niedociągnięcia mimo swoich lat, warto w nią zagrać. Zacznijmy od początku, posłuchajcie...


Autostrada do nieba

Początkowo wybieramy mapę i na niej budujemy nasze miasteczko, które z czasem rozwinie się w potężną metropolię. Tereny, które nam zaoferowano pod zabudowę są najróżniejsze, od gór po niziny. Zależnie od wytypowanego regionu mamy więcej lub mniej miejsca na rozbudowę infrastruktury. Początkowy wybrany obszar jest stosunkowo mały, bo ma jedynie cztery kilometry kwadratowe. Gdy rozpoczniemy budowę naszej "osady" ważne jest, aby umieścić obwodnicę przy drodze wjazdowej łączącej miasto z autostradą z tego powodu, że dochodzi tam do sporych korków, a dobra przepustowość ulic to podstawa w tej produkcji. 

Kolejnym istotnym warunkiem prawidłowego funkcjonowania miasta jest odpowiednie rozłożenie dzielnic, wśród których są: przemysłowe, handlowe, biurowe i mieszkalne. Bardzo chciałbym omówić całą mechanikę gry, lecz zajęłoby to za dużo miejsca i wyszedłby z tego poradnik, a nie recenzja, dlatego ograniczam się do podstaw.
 

Za głośno tu! Wynoszę się stąd!

Tak jak pisałem powyżej, ustawienie w mieście obszarów zgodnie z ich przeznaczeniem jest bardzo istotne. Warto na początku budować miasto w kształcie wykrzyknika. Na samej górze budujemy część mieszkalną, dalej umieszczamy biurowce, potem cześć handlową, a na samym końcu część przemysłową. Zapewne zapyta ktoś czemu taki, a nie inny podział? Łatwiej to zrozumieć, gdy zna się panujące tu zasady. 

Mieszkańcy, mają swoje oczekiwania, które trzeba spełnić, a jednym z nich jest brak hałasu. Jeśli umieścimy fabryki tuż koło domów mieszkalnych, ludzie zaczną się skarżyć nie tylko na gwar, ale również zanieczyszczenia, itp. Warto pamiętać, aby nie mieszać części handlowej z mieszkalną gdyż nadmiar samochodów doprowadza do ulicznych korków. Z jakiejś dziwnej przyczyny nie naprawiono błędu, który powoduje, że na drodze  wielopasmowej kierowcy wybierają jeden pas, zostawiając całą resztę ulicy pustą.


Zielona przestrzeń to jest to!     

Liczba modeli budynków jest ograniczona i co tu ukrywać, wyglądają jakby żywcem wzięto je z USA. Chcąc mieć piękniejsze drapacze chmur warto inwestować w zielone obszary, jak parki, place zabaw, itp. Trzeba też zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo od przestępców i pożarów. Wraz z rozwojem miasta odblokowujemy kamienie milowe, które wprowadzają nowe elementy zabudowy, np. remizy czy pogotowia lotnicze, ale też systemy ostrzegające przed katastrofami przyrodniczymi. 

W Cities: Skylines występują również elementy strategii ekonomicznej. W każdej dzielnicy możemy ustanowić określone prawa, np. precz z edukacją. Dzięki temu, w osiedlach objętych tym zarządzeniem będą żyć wyłącznie mieszkańcy z wykształceniem podstawowym. Podejmą oni pracę fizyczną w wybudowanych przez nas fabrykach. Dochód z produkcji będziemy mogli w kolejnych etapach gry przeznaczyć na rozbudowę miasta, nawet dziewięciokrotnie, a z modami jeszcze bardziej. 


Czy warto kupić Cities: Skylines? Produkcja mnie nie rozczarowała, ale jakoś też nie zachwyciła. Jak na pierwsze zderzenie z tym gatunkiem gier, tytuł zrobił pozytywne wrażenie. W samym tekście omówiłem dość ogólnie reguły, które w niej występują. Gra wymaga dużej ilości czasu, ale zapewnia ciekawą rozrywkę. Warto pamiętać o modach dających kolejne ciekawe możliwości rozwoju naszego city. Optymalizacja jest bez zarzutu, a co do aspektów audiowizualnych, to utrzymują zadawalający poziom. 

Jedyne co wymagałoby dodania, to samouczki, które nauczyłyby przynajmniej podstawowych zasad gry. Na szczęście w Internecie są liczne poradniki wyjaśniające zastosowane mechaniki.

A jakie są wasze wrażenia? Próbowaliście w tej grze zbudować jakieś miasto na wzór istniejącego w rzeczywistości lub utworzyć własne?

Tradycyjnie przypominam o łapkach w górę i komentarzach. Ciekaw jestem waszych opinii.
Share:

Recenzja Stardew Valley (PC)

Czas ucieka wam przez palce? Ciągle tylko praca, gdzie kontroluje się was za pomocą kamer? Macie tego dość? Czas ruszyć na wieś!

Rynek gier zalewa nas produkcjami ociekającymi akcjami, w których wcielamy się w samca alfa, potrafiącego zniszczyć w pojedynkę całe armie. Mam tego dość, przejadło mi się to! Zacząłem więc szukać czegoś innego i znalazłem. Wydaną w 2016 r. przez Concerned Ape grę znana jako Stardew Valley.

Gdzie schowałem tę motykę?

Fabuła zaczyna się od sceny, gdzie główny bohater ciężko pracuje w firmie. Przypomina on sobie o liście od dziadka, który powiedział mu, że ma go otworzyć dopiero wtedy, gdy będzie miał wszystkiego dość. W tajemniczej kopercie znajduje akt własności gospodarstwa rolnego, zlokalizowanego w tytułowym Stardew Valley. Historia jest nietypowa, tak jakby wyciągnięto ją z anime, co jeszcze bardziej ubogaca tę produkcję. Jest to atrakcyjne zwłaszcza dla tych, którzy są fanami filmów rysunkowych rodem z Japonii.


Festyn rozpocznie się między 9 rano, a 2 po południu

Co mogę powiedzieć o wydarzeniach, które zdarzą się w kampanii? Są oryginalne w swojej przeciętności. Dość często ktoś prosi nas o wyhodowanie jakiegoś warzywa lub owocu, ewentualnie odnalezienie rzeczy, którą zgubił gdzieś w dolinie. Jest jednak w tym coś nowego, świeżego, coś co wywołuje syndrom jeszcze jednej tury. Powiem wam co to jest... Wolność! Wreszcie sami sobie stawiamy cele. Możemy poczuć, że jesteśmy częścią żyjącego świata. Gra nie toczy się wokół wątku protagonisty, a obok. Nie trzeba ratować świata, ani mścić się za bóg jeden raczy widzieć, co. Głównym celem bohatera jest zajęcie się gospodarstwem i nawiązanie przyjaźni z mieszkańcami pobliskiego miasta. A może zrobić to na różne sposoby, np. dawać im prezenty z okazji urodzin lub tak bez powodu. Ważne jest to, aby na podstawie odbywanych z nimi rozmów domyśleć się, co mogłoby się im spodobać. Rok składa się z czterech sezonów po trzydzieści dni każdy. W ciągu tego czasu  odbywają się różne festiwale. Są to urocze urozmaicenia dodające grze fantastycznej atmosfery. Jednakowoż nie spodziewajcie się jakiś nagłych wydarzeń, bo gra ta ma charakter relaksacyjny i pod tym względem jest wspaniałym odpowiednikiem Wiedźmina 3.


Magia w grach niezależnych     

Grafika w grze to nic innego jak piksel art. Jednych to odrzuci, a innych zachęci. Mnie osobiście podobało się z tego też powodu, że pasowało do tego innego świata. Wiem, że to pokrętna odpowiedź, ale ta z pozoru uboga oprawa audiowizualna warta jest naprawdę uwagi. A teraz przejdźmy to samej mechaniki.


Grę zaczynamy z podstawowymi narzędziami takim jak: siekierka, motyka, kilof itp. Dzięki tym rzeczom oczyszczamy teren farmy i zbieramy surowce, z których można wytworzyć potrzebne nam przedmioty, np. skrzynkę lub piec hutniczy. Jeśli jednak zechcemy, możemy zebrane surowce włożyć do specjalnego pojemnika stojącego koło naszego domu. Gdy się na to zdecydujemy, itemy zostaną sprzedane, a my dostaniemy złoto. W poszczególnych porach roku kupujemy różne nasiona, a nawet sadzonki, które możemy hodować. Musimy jednak pamiętać, że zbyt późno rozpoczęta hodowla rośliny nie wyda plonów, bo wraz z rozpoczęciem nowego sezonu, ulegnie zniszczeniu. Jesteśmy też ograniczeni czasem dziennym i życiową energią. Dodatkowo, jeśli będziemy kopać rudę lub węgiel w kopalni, to jeszcze musimy uważać na pasek życia.


Czas na pomidora premium   

Dzień mija w ciągu ok. 20 minut, a może i  szybciej. Jeżeli nie wyrobimy się w tym przedziale czasowym, to nasz bohater zaśnie gdziekolwiek jest, a obudzi się w domu z powiadomieniem, że została mu potrącona opłata za udzielenie pomocy. Kolejną przeszkodą, wspomnianą przeze mnie, jest energia i życie, a każda czynność zużywa część staminy. Gdy zejdziemy do dolnej granicy dostajemy ostrzeżenie i tracimy możliwość biegania, a jeśli mimo tego dalej będziemy zmuszać naszego awatara do pracy, padnie ze zmęczenia i obudzi się w domu z rachunkiem za pomoc. Aby temu zapobiec musimy zbierać owoce, które znajdziemy przy drodze, dokonać ich zakupu w sklepie lub poświęcić część własnych zbiorów  i wtedy protagonista odzyska siły i punkty Hp. Wraz z rozwojem farmy awansują pewne umiejętności, podobnie jak w Skyrim.

Czy warto kupić Stardew Valley? O tak, chociaż produkcja ma jeden poważny błąd, a mianowicie taki, że nasz bohater powtarza ciągle tę samą czynność. Trochę to denerwuje, bo gra jest cudowna, a usterka to psuje. Mimo tego polecam gorąco, kupcie tę produkcję. Takiego typu perełek jest naprawdę mało i dlatego warto się nad grą pochylić i dać się oczarować tej spokojnej dolinie.

Popieracie takie spokojne gry, gdzie farmienie nie jest nudnym zajęciem, a ciekawą mechaniką?

No i na koniec tradycyjnie zapraszam do pisania komentarzy i lajkowania :D
Share:

Recenzja Broforce (PC)

Baczność szeregowy! Koniec tego spania, czas zrobić z ciebie prawdziwego mężczyznę! A teraz padnij na ziemię i zrób trzy serie pompek!

Zapewne każdy z was oglądał kiedyś filmy z Rambo czy Brucem Willisem, gdzie wrogowie padają jak muchy, a na końcu każdego filmu, (w których wielbi się USA) bohaterowie odlatują ku zachodowi słońca, a w tle eksploduje wszystko co widać. Schemat ten dominował w filmach lat 80 i 90-tych.

Devolver Digital  złożyło w 2015 r. hołd temu kiczowi, wydając Broforce. Zanim jeszcze przejdę do komentowania samej produkcji dodam, że czuć tu starą Contrę. Ci z was, którzy mieli okazję ograć ten kultowy tytuł, mają teraz możliwość zmierzyć się z jego duchowym spadkobiercą.

Pamiętałem to jakoś inaczej...

Tak jak wspominałem wyżej mamy tu powrót do przeszłości z tego też powodu, że Broforce jest strzelaniną, która nie tylko nawiązuje do klasyki jedynie mechanikami. Wystarczy jeden rzut oka na piksele wielkości pięści, aby doznać wrażenia, że włączyło się już wiekową grę. 

Styl audiowizualny jest mocno inspirowany 16-bitowymi grami. Przez całą produkcję idziemy w prawo niszcząc wszystko, co nam stanie na drodze. Pod względem rozgrywki nie mam się specjalnie czego czepiać, bo rozwałka i efekty są naprawdę dobrze wykonane. Niestety, na tym się kończy to co dobre, bo mimo tego, że można grę przejść solo, to łatwo się do niej zniechęcić.


Poziom za poziomem, a końca nie widać

Bratnia siła (tł. Broforce) polega na jak najszybszym przejściu poszczególnych map, gdzie na końcu czeka na nas "smutny pan" czyli szatan. W trakcie walki możemy podobnie jak w Wormsach rozwalić całą mapę, no może z wyjątkiem obszaru tuż pod flagą Stanów, która ma metalowe podłoże. 

W grze działa "loteria", która przydziela postacie na danym poziomie np. Rambro lub Brominator (wszystkie postacie mają przedrostek "bro" od brother - brat). W czasie każdej rundy trafiamy na jeńców, których możemy uwolnić, dzięki czemu pozyskujemy nowych "braci" i jedno życie. Każdy "Bro-" posiada własną broń i specjalny rodzaj ataku.

A teraz wyjaśnię o co chodzi z losowaniem. Po każdej stracie życia dostajemy przypadkowego  "Bro-" i zależnie od tego, kto to będzie, walka potoczy się łatwo, ewentualnie zmieni się w mordęgę. Powodem tego jest fakt, że dany zawodnik będzie miał broń białą lub palną z bardzo małym zasięgiem, która bardziej przeszkadza, niż pomagała w walce. Zaznaczę też, że w całej grze nie można wybrać sobie dowolnej postaci, nawet tej, którą akurat w danej rundzie odblokowaliśmy.


Ale wielkie bydle!

Na początku walczymy włącznie przeciw ludziom. Później dochodzą także obcy, ale nie będę psuł wam zabawy, choć zapewne już się domyślacie o kogo chodzi. Co kilka rund trzeba rozprawić się z bossem. Tutaj dopiero dotkliwie odczułem fakt, że nie mogę dobrać sobie odpowiedniego "Bro-" i muszę walczyć takim zawodnikiem, który akurat się trafi, a jego ataki nie zadają żadnych obrażeń przeciwnikowi, bo np. strzela granatami, które odbijają się od wroga i nie robią mu krzywdy. Na szczęście szefowie są prości. 

Wystarczy chwila zastanowienia i strategia sama przychodzi do głowy, więc tragedii nie ma. Nim przejdę do podsumowania dodam parę słów o trybie sieciowym, w którym możemy grać ze znajomymi. No, tutaj sytuacja zmienia się o 180 stopni. Rozgrywka daje wtedy radość i dużo śmiechu, lecz jeśli zechcecie zagrać solo, to się lepiej zastanówcie.

Czy warto kupić Broforce? Tak jak pisałem wyżej, dla samotnych wilków nic tam nie ma. Mimo, że na początku poczują się jakby znowu grali na starym Nesie, to zaraz otrząsną się z tego stanu i rzucą tę produkcję.   

A jakie są wasze wrażenia z tego tytułu? Gracie ze znajomymi, czy może pasuje wam taka rozwałka solo?


Nie zapomnijcie o lajkach :D Jak zwykle chętnie podyskutuję z wami w komentarzach.    
Share:

Recenzja Styx: Shards of Darkness (PC)

Cicho, cicho, no, już prawie, o nie, jednak nie wyszło. Często tego typu myśli przychodzą nam do głowy, kiedy gramy w staroszkolne skradanki.


Branża przyzwyczaiła nas do gier "trzymających za rączkę", które nie dopuszczają do tego, abyśmy się przypadkiem "zdenerwowali" i cisneli w kąt padem lub tym co mamy pod ręką. Na szczęście są jeszcze studia, które mają to gdzieś i rzucają nas na głęboką wodę. Sprawdźmy czy Styx: Shards of Darkness wydany przez Focus Home Interactive dał radę.

I'll be back

Na samym początku wspomnę tylko, że jeśli nie graliście w pierwszą część, nic nie tracicie. Obie gry opowiadają osobne historie, które nie są ze sobą powiązane. A teraz przejdźmy do głównego tematu. Fabuła w Shards of Darkness nie porywa, bo w sumie czemu by miała? Początkowo naszym celem jest zdobyć berło dla łowców goblinów. Dość szybko dociera się do "zamówionego" przedmiotu, by wpaść w spore kłopoty. Naszym celem jest odegrać się na pewnym elfie, który pokrzyżował nasze plany. Generalnie z tej produkcji zapamiętacie jedynie głównego bohatera, który nie ukrywa jaki jest. Reszta postaci to jedynie tło i pretekst w powtarzalnych misjach, a nawet całych mapach. W czasie przechodzenia kampanii będziemy mieli różnorakie wątki: polityczne, rasistowskie i religijne. Wszystkie te elementy są tu w miarę luźno i sztampowo potraktowane, ale jak na budżetowy tytuł w zupełności to wystarczy.


You talking to me?!       

Całą grę przeszedłem na poziomie "goblin" (musiałem się pochwalić), czyli na przedostatnim poziomie trudności. Powiem wam, że choć Styx: Shards of Darkness nie jest "piaskownicą", to poczułem się jakbym grał w produkcję z otwartym światem. Pewnie ktoś z was zapyta, a co ma piernik do wiatraka? Powiem wam, że więcej niż wam się wydaje. Każda z misji prowadzi do jednego celu (z grubsza mówiąc). Jednakowoż możemy dotrzeć tam różnymi drogami i dzięki temu zabawa sie nie nudzi nawet po 20 godzinach gry. Twórcy Styxa, Cyanide Studio, zaprojektowało oczywiście domyślną drogę, ale też takie, które trzeba samemu znaleźć, co daje pole do popisu dla miłośników skradania się. Na poszczególnych poziomach, a jest ich łącznie dziewięć, sporo czasu spędzimy na platformach. Trzeba wysilić dobrze wzrok, bo główny bohater nie ma żadnych specjalnych umiejętności (no w sumie ma jakieś, ale dopiero jak się je odblokuje, a z tym trochę zejdzie), przez co w ciemnościach można się zgubić. Nie jest to jakoś szczególnie uciążliwe, lecz jednak przeszkadza.


Wiesz, że grając stopami nie dostaniesz osiągnięcia?    

W samej grze nie zabraknie rzemiosła (tł. crafting) i rozwoju postaci. Zacznę od tego drugiego, ulepszania protagonisty. Mamy do dyspozycji kilka drzewek umiejętności, takich jak: drzewko rozwoju alchemii czy umiejętności skrytobójcy. Łącznie jest ich pięć, z czego przydają się tylko te odpowiadające za umiejętności skradania się i używania mikstur. Punkty doświadczenia przyznawane są zależne od tego, jakie wyniki w grze osiągamy, czyli czy przeszliśmy niezauważeni lub zmieściliśmy się w określonym czasie. Co do tworzenia przedmiotów, sprawa jest prosta. Zbieramy surowce, a następnie wyrabiamy itemy, które są nam potrzebne, jak np. eliksir życia, amber czy wytrychy.

A jak wygląda sytuacja z przeciwnikami? Z tym nie jest za dobrze, ich inteligencja nie jest zbyt "równa".  Raz potrafią wywąchać Styxa ze sporej odległości, mowa tu o krasnoludach, którzy się specjalizują w tego typu umiejętnościach, a innym razem mijają protagonistę bez słowa, lecz są to rzadsze sytuacje. Oczywiście, oprócz brodatych mamy też elfy i ludzi. Różnice polegają jedynie na reakcji na zgaszenie światła czy odnalezienie "nieprzytomnego" towarzysza. Są to tak kosmetyczne rzeczy, że nie warto poświęcać im miejsca w tym tekście. SI pochwalić można za to, że gdy tylko zacznie za nami pościg, dokładnie sprawdza potencjalne kryjówki. Z tego też powodu lepiej darować sobie najbliższe koszyki lub szafy. Wadą z kolei jest to, że wrogowie dość szybko tracą nami zainteresowanie. Wystarczy zejść im z oczu, a ujmując rzecz jaśniej, znaleźć lokalizację miejsca, gdzie nie są w stanie dojść i mamy spokój. Po tego typu akcjach zauważyłem błąd w skrypcie, Npc nie potrafiło wrócić na swoją ścieżkę, po której przed chwilą chodziło.


Błędy jakie są, każdy widzi!     

Styx: Shards of Darkness przeszedłem na swoim poczciwym pięcioletnim komputerze, na wysokich ustawieniach graficznych. Przez cały czas gra zachowywała płynną stabilność, co należy pochwalić, bo dość często słyszy się o jakiś kiepskich portach z konsol. Tutaj mamy wyjątek. Styx ma co prawda pewne wady, ale bardzo nikłe, np. doczytywanie się tekstur. Jednak nie ma się czego wstydzić, bo są to tylko drobnostki. Nim przejdę do podsumowania, napiszę parę słów o aspektach audiowizualnych.


Jest dobrze, ale...

Pod względem graficznym gra wciąż przypomina mi swój pierwowzór z 2014 r. Klimat jest, i owszem, lecz wrażenia większego nie robi, jest najzwyczajniej w świecie przeciętny. Muzyka także nie wybija się na pierwszy plan. A efekty dźwiękowe, które odgrywają tu dość spore znaczenie, no cóż... Równie dobrze można grać z wyłączonym dźwiękiem i nie odczuje się różnicy.

Czy warto kupić Styx: Shards of Darkness? Jest to dobra kontynuacja, która pod wieloma względami bije swoją poprzedniczkę. To co ujęło mnie w grze, to przełamywanie trzeciej ściany, kiedy Styx bezpośrednio zwraca się do nas. Dodam jeszcze, że easter eggi sypią się jak obietnice w czasie wyborów i przez to każdy ma się z czego pośmiać.

A jak wy odbieracie Styxa? Dowcipniś z niewyparzoną gębą czy zwykły zbir?

Nie zapomnijcie o laikach i o komentarzach, które zawsze są mile widziane ;p        
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie