• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja filmu Resident Evil: Witajcie w Raccoon City (Halloween Edition)

Horror, czyli dreszczowiec który ma za zadanie przestraszyć. Gatunek ten przeraża w książkach, grach i filmach. Ma za zadanie zmrozić krew w żyłach. Może być on powolny i budować pełne napięcie lub szaleć z makabrycznymi scenami nie dając nawet chwili wytchnienia. Wydaje się to całkiem logiczne, prawda?

Jak widać tak nie jest i ktoś naprawdę poszalał tworząc ten gniot, o którym można co nieco napisać. Uprzedzam tych z was co nie oglądali, że całość tekstu poświęcona temu filmowi będzie wielkim spoilerem. Nie będę za bardzo odnosił się do materiału źródłowego, bo nie grałem w same gry. Uniwersum znam dość ogólnie, ale i to starczyło, aby wyłapać nieścisłości. Ocena będzie dotyczyła wyłącznie filmu jako randomowej produkcji o zombie apokalipsie.


Od czego tu zacząć? No tak, już wiem! Początek zaczyna się dobrze, powolne ruchy kamerą i te ujęcia coś cudownego. Sądziłem, że będzie to prawdziwy horror, który będzie straszył od samego początku. Jednak stało się całkiem coś innego.

Groza skończyła się błyskawicznie, a zamiast tego zaczęło się coś bliżej nieokreślonego. Akcja przesuwa się do teraźniejszości i jadącej tirem Claire. Gadka szmatka z kierowcą ten zaczyna się dobierać i w końcu pojawia się zombie. Do tego momentu jeszcze wszystko ma jakiś sens. Jednak potem zaczyna się walić ten domek z kart.

Pierwsza rzecz, jakim cudem on nie zauważył stojąc obrócony w jej kierunku, że wstaje i idzie sobie od tak? Na serio? Tak po prostu nie widział co się dzieje? Dalej niestety nie jest lepiej nasza dzielna (Rambolalala) zauważa coś w lesie. Wiecie co to było? Kamerzysta i tak się gapią nawzajem, aż do pojawienia się napisów. Nie zapomnę wspomnieć o piesku, przez cały czas pada mocny deszcz, a jak wiadomo tłumi on zapach. Lecz jakiś cudem kundel poczuł coś i zaczął to zlizywać z asfaltu, mniam. Nie trudno było się domyśleć jak się to skończyło.


Wbrew pozorom nie został na dzień dobry zagryziony, a szkoda, bo miało to więcej logiki niż wjazd na komendę policji, ale o tym później. Jak napisałem pewien użytkownik na filmweb żyjemy w dziwnych czasach.

Rozumiem, że narodowość, czy przynależność rasowa nie powinno decydować o czymkolwiek, ale. Magia tego słowa jest super. ALE szanujmy materiał źródłowy chociaż w szczątkowy sposób. Już pies trącał, że Jill nawet nie jest ubrana jak trzeba, a Leon to jakaś życiowa porażka, którą postrzeliła człowieka w tyłek. Scenarzysta, a może reżyser przynajmniej zdawali sobie z tego sprawę i tak poprowadzili dialogi w barze żeby każdy się „przedstawił”, inaczej trzeba byłoby się domyślać kto jest kim.

No mniejsza z tym. Sama atmosfera w knajpie bardzo odbiega od tego co do tej wypracowała ekipa. Luz blus i dobra zabawa, a może coś dalej się stanie ciekawego? No raczej nie, bo akcja przenosi się powrotem do Claire. Naprawdę tek trudno było się jej umówić z bratem, że wpadnie z wizytą? Zamiast tego dokonuje włamu jakby nigdy nic.


Jest to moment kiedy zaczyna się coś dziać, a raczej zmienia się cała koncepcja gatunkowa. Co prawda zarażeni w końcu się pokazują i zaczynają szaleć. Nasza Rambownica ucieka stamtąd motorem brata. Fajnie by było jakby to zrobiła, ale nie musiała jeszcze się zatrzymać. Odsłonić twarz i się bezmyślnie gapić, bo przecież po ataku na nią każdy by tak zrobił.

Następnie powrót na komendę i uchachane towarzystwo znowu robi swoje. Oszczędzę szczegółów i przejdę do meritum. Leon śpi sobie grzecznie w portierni reklamując słuchawki Sony. Nasz kierowca z początku filmu jedzie z „radosną miną” na komisariat zgłosić wypadek prawie nieumarły. Jadąca cysterna się wywraca przed otwartą na oścież komendą i wybucha. Jednak zapał dzielnego trakera nie wygasł i żarliwie wchodzi do środka. Dopiero strzał komendanta go budzi.

Jeśli nie jest to czarna komedia to ja już nie wiem co to jest. Jeśli komuś było mało dodano do tego jakąś randomową piosenkę pop. Jedyne czego w tym filmie szkoda to statystów grających zombie i ludzi zajmującymi się CGI, wystrojem planu filmowego, bo tam jest naprawdę dobrze wszystko zrobione. W samej rezydencji nie jest w ogóle lepiej.


Aktorzy dalej grają drewnianie, a do tego głupie pomysły dalej się ich trzymają, no cóż taki mamy klimat. Koniec końców dobrze, że tam poszli, bo zombie mogły wreszcie ubogacić ich kulturowo. Nie należy z tego powodu ich dyskryminować, że mają inną dietę, która bogata jest w mięso (śmiech). Jedyna dobrze nagraną sceną jaką tam odnotowałem było jak ta biedaczyna Chris rozwalał nieumarłych. Chodzi dokładnie o moment kiedy światło się zapala i gaśnie.

W Resident Evil: Witajcie w Raccoon City zabawne był sceny kiedy ktoś musiał przeżyć. Zaczynając od tego jak helikopter robi wjazd na chatę, a milusińskim nic się nie dzieje, a kończąc na komendancie. Który wydawał się, że ogarnia choć trochę sytuację, aby cudem przeżyć na parkingu. Bo jak wiadomo, jak się zobaczy psa zombie trzeba zajrzeć pod samochód zaraz po tym jak się go nie zabije. Finał jak to finał wielki jak brzoza głupi jak koza. Rezygnują w nim z jakiejkolwiek grozy, a raczej otoczki na rzecz bliżej nieokreślonej mutacji. Koniec i kropka kto nie wierzy ten trąba.

Podsumowując, Resident Evil: Witajcie w Raccoon City to porażka. Nie mówię, że jako grową adaptacja, bo nie grałem w żadna część, ale jako film. Ktoś napisał jakieś losowe sceny nagrano je i zmontowano. Powinni dostać złota malinę za tego maszkarona.
Share:

Recenzja Murdered Soul Suspect (PC) (Halloween Edition)

Morderca morduje, ludzie panikują, a raperzy rapują. Jednak co do tego mają ci ostatni? Tego i wielu innych rzeczy dowiemy się w tej recenzji.

Będę teraz poważny i od razu wyjaśnię, że nic, a nic. Murdered Soul Suspect to już dość starą grą, która najlepsze ma za sobą. Mimo to postanowiłem ponownie przejść to interaktywne śledztwo, które mimo wszystko potrafi wciągnąć.


Jedynym i w zasadzie najważniejszym powodem dla, którego warto sięgnąć po tą dość budżetową produkcję jest fabuła i niezwykła atmosfera miasta Salem. Początek daję spore nadzieje, bo jest szybkie i od razu wrzuca w wir zagadek.

Wykorzystanie historii miasta jako motyw przewodni jest naprawdę celny. Przychodzi mi ścigać tajemniczego seryjnego mordercę zwanego Dzwonkiem. Chłop jak dąb, a do tego siły co nie miara.

Kampania nie była jakoś szczególnie trudna ponieważ zajmuję zaledwie 6 godzin. W tym czasie poznałem młoda medium Joy. Wraz z jej pomocą musiałem przemieszczać się przez to jakże korytarzowe miasto. Szybko jednak okazuje się, że pewne dzielnice jak i określone miejsca są niedostępne. Co można jednoznacznie odebrać: gra będzie mocno liniowa.


Wraz z poszczególnymi aktami i toną back truckingu rozwiązywałem zagadki i problemy błąkających się dusz. Początkowo prezentowało się jako potencjalne wyzwanie, a skończyło na prostych łamigłówkach i wymuszaniu po przez opętanie sekretów poszczególnych mieszkańców.

Dodatkowo za każdym razem pojawia się kolekcja do zebrania. Nagrodą jaką dostawałem była historia za nią ukryta. O ile samo szukanie było niekiedy sprawdzianem spostrzegawczości, tak sztuczne blokowanie znajdziek już nie. Dopiero w późniejszej części łaskawie udostępnili opcję teleportacji. Tylko niech sobie przypomnę miejsca, gdzie nie dało się dostać?

Schemat powtarza się, aż do samego końca (Jeeej), czyli co z tego wynika. Trzeba traktować tą produkcję jako interaktywny film. Sam Roman (to ten którego zabito na początku) ma silne motywacje, a do tego liczne notki z jego życia rozsiane w najdziwniejszych miejscach uzupełniają back story.


Jednak, żeby nie było za łatwo dołożono demony, czyli duszę tych co nie potrafili uporać się z swoimi sprawami. Za każdym razem trzeba wykonać niewygodną losowa sekwencję klawiszową. W pierwszym takowym starciu zmuszony byłem do restartu gry, bo ten raczył się zawiesić. Jedynym urozmaiceniem w walce z nimi był kruk odwracający uwagę. Ewentualnie próba minięcia ich, co było marnym pomysłem.

Stan techniczny gry w porcie na PC z Win 10 nie zachwycał. Przez pierwszą godzinę może dwie męczyłem się z dźwiękiem, który znikał to pojawiał się od tak. Powracając do miejsc w których się już byłem zauważyłem błąd w postaci Npc, którym pomogłem i powinni zniknąć. Jednak „postanowili” pozostać.

Warto dodać licznych klonów, jakich spotkałem. Jasna sprawa, że na czymś się tnie koszty. Tylko trzeba robić to z głową bo inaczej usłyszmy od kolesie z policji, że przepracował tam pół życia, a wygląda jakby dopiero co akademie skończył.


Udało mi się trafić na ukrytą reklamę Tomb Rider, ale to w sumie mało istotne. Perełką jest komisariat i odpalony na większości komputerów menu z Deus ex Bunt ludzkości i plakaty Just Cause. Naprawdę zaszaleli na całego.

Podsumowując Murdered Soul Suspect początkowo prezentuje się jak biedniejszy brat Heavy Rain. Jednak nie posiada takiej samej głębi jak i konsekwencji. Wszelkie oceny są symboliczne, a przez to elementy rozgrywki w których trzeba ustalić kolejność wydarzeń są nieistotne. Ba wszystko co się tam robi służy jedynie za nakładkę. Czy warto zagrać? Jak najbardziej, zwłaszcza teraz jak już cena jest adekwatna to czemu nie spróbować tego mimo wszystko dobrego fabularnie kryminału.
Share:

Recenzja Sleeping Dogs, Nightmare in North Point (Halloween Edition)

Tak sobie myślałem, co tu wrzucić na początek miesiąca grozy? Coś z zombie? Może ZmobiU na WiiU, albo Rezydencje Diabła na Kostkę Grową (GameCube). Na początek jednak pójdzie coś innego.

Nightmare in North Point jest to dlc do Sleeping Dogs, które zostało stworzone specjalnie na Halloween. Nie jest ono jakoś szczególnie długie po ledwo zacząłem, a po godzinie zabawy wszystko się skończyło.


Podstawa rozgrywki generalnie się nie zmieniała. Dalej jeździło się po mieście i wymierzało się sprawiedliwość za pomocą pięści i kopniaków. W większości wypadków można przyjąć, że jest to całkowita kalka z podstawki.

Tak oczywiście… nie jest. Dodano tu drobne urozmaicania są one dość symboliczne, ale to zawsze coś. Wiąże się to z dwoma nowymi typami przeciwników. Przyszło mi się zmierzyć z chińskimi wampirami Jiāngshī i demonem Yaoguai.

Dobrze, że nikt nie postanowił dodać do tego kotła pospolitych nieumarłych, a wykazano się pewną inwencją twórczą. Wspomniane bestie bezpośrednio wywodzą się z chińskich wierzeń. Skoro tak jest to wszystko się trzyma kupy i tworzy spójną całość. 

Nowa reguła jaka zaczęła funkcjonować w grze polegała na obijaniu skaczących krwiopijców. Nie mogę  napisać, że byli jacyś wymagający. Robili za mięso armatnie i booster do walki z ich dowódcami. Chodzi o tych drugich.

Yaoguai zawsze atakowały pojedynczo, co nie znaczy, że było łatwo się ich pozbyć. Aby odesłać ich tam, gdzie ich miejsce należało mieć miecz z drzewa brzoskwiniowego, który randomowo się pokazywał na mapie. Drugą, a właściwie domyślną opcją było naładowanie mocy, jaką się dostaje po wypiciu magicznej herbaty (misja fabularna). Dołożono do tej kupki cukierków parę warunków. W niektórych misjach wystarczyło tylko obić na śmierć wrogów, a w innych wrzucić do specjalnego kręgu.

Jeśli kogoś to pocieszy jednymi aktywnościami było odbijanie porywanych cywili. Żeby im pomóc trzeba… Tak macie rację, obić mordy demonom. W tej jakże epickiej wyprawie spotka się paru starych znajomych. Głównym celem będzie ich odnaleźć i załatwić. Jeśli ktoś się łudzi, że walki z bossami będą się jakoś szczególnie różnić to porzućcie nadzieje. Nic takiego się nie dzieje.

Teraz trochę pogrzebmy w fabule. Historia z dodatku jest kontynuacja tego co wydarzyło się w Sleeping Dogs. Początkowo wydawało się nawet równie poważne dopóki nie doszło do spotkania z pierwszym z yokai. Przemawia on językiem godnym gangstera. Najwyraźniej w zaświatach jest tak samo jak i na ziemi.

Całość ma raczej wydźwięk horroru klasy B. Niby niczego, powiedzmy, że nie brakuje, ale jest jakoś łyso. Sama otoczka też została odpowiednio przyozdobiona. Zaczynając od świetlistych oczu, a kończąc na skąpanych we krwi ubraniach. Do tego klimatu grozy dochodzą jeszcze nieco podrasowane głosy ludzi. Wszystko to dodaje funu z rozgrywania tej przygody.

Podsumowując, jeśli macie edycję kompletną tego tytułu to śmiało zagrajcie. Będzie to całkiem miły powrót na stare śmieci. Trzeba jednak trochę wybaczyć grze. Podobnie jak w Undead Nightmare. Ocena końcowa…, a pies ją jeb..!

Share:

Recenzja filmu live action Ghost in the Shell

Skończyłem chyba oglądać wszystkie filmy ekranizujące Ghost in the Shell. Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą „perełkę”.

W 2017 r. wyszła aktorska wersja kultowego anime, o którym ciągle ostatnio piszę. Co chcieli osiągnąć twórcy tym obrazem? Zapewne sukces i kasę, ale coś nie wyszło.



Muszę przyznać, że ten międzynarodowy kołchoz z całego świata naprawdę, ale to naprawdę nie ma pojęcia o co w tym chodzi. Dla jeszcze większej beki zamiast trzymać się oryginalnego scenariusza lub dodania w nowych scen, paru smaczków zrobili nieudany kopiuj wklei.

Film w ich wykonaniu pozbawiony jest wszelkich scen, które mógłby przejść do historii. Jedyne co zrobili to wstawili przeróbki lub niemalże identyczne sceny, a jest tego od cholery. Zaczynając od słynnego skoku, który powtarza się dwukrotnie z czego ten ostatni jest tym właściwym, a kończy się pogonią za śmieciarką co było jakąś parodią.

Początkowo myślałem, że akcja filmu została przeniesiona do innego kraju., Chwila, moment, czekajcie przecież tam pokazuje się w oddali siedziba Sekcji 9. Czyli, gdzie oni w końcu są, bo Japończyków tyle co kod napłakał i raczej jest to jakieś USA. Chyba się pogubiłem.



Nie bójcie się, bo im dalej w las tym więcej drzew. Nie zabraknie też przekręcenia faktów, ba całego uniwersum. Zamiast dostać konflikt międzynarodowy z tajemniczym Władcą Marionetek pojawił się wątek uchodźców z Hideo (Kojima) w roili antagonistów.

No i nie zabrakło jeszcze złego szefa korpo, który tak naprawdę stara się zmienić ludzkość w marionetki. Genialne, a wspominałem, że wykastrowano cała produkcję z tego co najważniejsze? Wszelkie dyskusje, czym jest życie, jaki jest sens istnienia cokolwiek w tym stylu została zminimalizowane do zera.

Na serio takiego rzutu na kasę dawno nie wdziałem. Nie lepiej jest z bohaterami, Major jest o wiele bardziej narwana i agresywna. Widać to jak walczyła z śmieciarzem, który chyba miał kogoś ostrzec, ups. Bez urazy, ale w kreacji Scarlett Johansson nic nie zostało z oryginału. Jeśli miała być to jakaś drugoplanowa postać to spoko jest dobrze. Niestety jako Major nawaliła, jak cały ten film.


Pamiętacie może Batau? Wielki bojowy cyborg i dżentelmen w jednej osobie? No cóż, nie wyszło. Kochany olbrzym zawsze miał zwyczaj nakładać płaszcz, kurtkę, czy co miał pod ręką na ramiona Mokoto, aby nie zmarzła.

W scenie na łodzi po tym, jak protagonistka wchodzi na pokład zamiast okryć ją  to rzucą w nią jakąś szmatą, zasłoną znaczy się. Prawdziwy wzór do naśladowania. Na szczęście pamiętali o psie.

W tej parodii nie zabrakło też nawiązań do drugiej części, sex laki też się pokazują. Sama ich rola była całkiem jasna. Tylko, no właśnie, tylko po co dodali wołanie o pomoc? W części drugiej Niewinność z 2004 r. było to tworzenie sztucznych dusz za pomocą dzieci. Tutaj dodali to od tak z dupy, aby tylko odhaczyć z listy.


Generalnie znęcać się nad tym kiczem można jeszcze bardzo, ale bardzo długo punktując wszelkie niedociągnięcia. Szanowne korporacje wzięły sobie co chciały i zmieszały to z błotem. Równie dobrze mogło się to nawyzywać Władca Marionetek: Początek.

Ale co można na to poradzić, gdy smutni panowie w garniturach nie rozumiejących o co chodzi i odstawiają fuszerkę za grube miliony. Niech podsumowaniem będzie ten cytat:

Osioł może wyruszyć w daleką drogę, ale to nie zamieni go w konia. 
Share:

Recenzja filmu Max Payne

O tak ludziska wróciłem tym razem z filmem Max Payne z 2008 r. Mówią, że to gniot dla zatwardziałych fanów serii. Przyjmuje wyzwanie!

Cóż w takim razie przeładuje shotguna jak rasowy twardziel i lecę z tym koksem. Zacznijmy od tego co najważniejsze. Film rządzi się innymi prawami niż sama gra, której jest adaptacja. Mimo to warto zaznaczyć, że zachowało jakąś spójność z oryginałem. Inaczej wyszedłby z tego Wiedźmin z Netflixa.



Najważniejsze elementy się zgadzają. Mamy Maxa, który niczym Batman będzie spamował za każdym razem śmiercią swojej rodzinny. Natomiast sam wątek będzie krążył wokół tej tragedii i Walkirii. Zastanówmy się co jeszcze się pokrywa, a tak sporo scen nagranych w zaśnieżonym Nowym Yorku i parę scen z bullet time.

Natomiast cała reszta to wolna interpretacja reżysera Jphna Moora, który nie miał pojęcia, o co chodzi w noir (tł. franc. Czarny) W oryginale Max jest klasycznym mścicielem, który idzie przed siebie  szukając zemsty. W samej produkcji mamy człowieka, który pokazuje coś więcej niż kamienną twarz. Może dlatego, że nie miał płaskiej tekstury (śmiech).

Faktem jest, że film nie ma jakiś pamiętnych scen wartych zapamiętania ani monologów, które można było cytować. Mimo swojej płaskości jako kino akcji uważam, że warto go obejrzeć. Bo jak na to nie patrzeć spełnia się w postaci ekranizacji gry. Protagonista robi dokładnie to samo co w pierwowzorze. Nawet walki są od biedy znośne.



W tym momencie warto wspomnieć, o tym jak w jednym fragmencie filmu strzela na ślepo skacząc do tyłu. Oddał tam dwa trafienia z czego drugie było pozbawione efektu spowolnienia. Szczerze to miałem nadzieje, że będzie tego znacznie więcej. Zamiast tego postawiono na klasyczne starcia. Innym wartym uwagi momentem był wyskok Maxa na ochroniarzy i pociągnięciu serii.

Z jednej strony mamy tu wtf, co za durna sekwencja, gdzie załatwia wrogów hurtowo, ale... czy w grach też tak się nie zdarza, że Si jest na tyle głupie, że daje się tak załatwić? No właśnie mamy, a skoro tak to znaczy, że jest ok. Sam koniec filmu zawiera jedną sytuacje, którą pragnę "pochwalić". Gdy Max wychodzi z wody (lodowatej w końcu to zima) powinien dostać hipotermii i umrzeć. W klasycznym wydaniu starych filmów z ubiegłego stulecie po prostu wstał i poszedł.

Natomiast on zażył narkotyki i stał się koksem na sterydach. W tym momencie przyznaje, że ludzi od CGI poniosło. Może sami coś popali na boku? Tego nie wiem, lecz towar musiał być mocny. Natomiast same haluny już były kiczowate, a przynajmniej ten w którym protagonista jest w samym centrum kadru i udaje Simbe, czy innego Króla lwa.



Finał sam sobie nie powala, a wątki które domknięto i te, które olano nikogo nie obchodzą. Max Payne zasługuje na coś lepszego, a tak dostał lekko dobrą ekranizacje na 6.5/10. Słowem podsumowania, jeśli produkcja miała być stricte kinem akcji to przeciętne. Jednakże jest to ekranizacja gry o tym samym tytule i tu się nawet spisała.

Proszę nie ukrzyżujcie mnie w komentarzach xD

Share:

Recenzja Mario Kart 64 (Nintendo 64)

Mario Kart 64 produkcja którą do dziś nie została dościgniona, a przynajmniej wielu graczy tak twierdzi. Zobaczmy jednak co druga odsłona wydana 1996 r. na Nintendo 64 zaprezentuje.

Jak dobrze wiadomo gry i konsole nie były czymś szeroko dostępnym w Polsce, a przynajmniej te z ówczesnej generacji. Szczęśliwie powoli się to zmieniało i wraz z ustawionymi zmianami stołków, echem. Chciałem powiedzieć zwycięstwie Solidarności wszystko, co było do tej pory zakazane w końcu trafiło pod strzechy.



Na rynku królował kolon Famicona zwany Pegazusem, a gdzieś równolegle krążyło pierwsze PlayStation. Nintendo mimo, że nieoficjalnie zawitało (patrz linijka wyżej) było w szerszej świadomości społecznej nieznane. Gigant z Japonii też „odwzajemniał” to „uczucie”.

Możliwe, że między innymi z tego powodu pierwszy raz zetknąłem się z N64 na jednym z konwentów w jakim uczestniczyłem, a mowa tu o Jagaconie, który organizowany był w Suchedniowie w 2014 r.

Tam bez reszty zatraciłem się w niezwykłej i ponadczasowej rozgrywce Mario Kart 64. Natomiast parę lat później w końcu zaopatrzyłem się w końcu w swój własny egzemplarz tego przecudnego sprzętu jak i samej gry. Na tle pozostałych części, które ograłem i zrecenzowałem na blogu wypada ze swoimi trybami i liczbą turniejów nieco skromniej.


Nie zmienia to jednak faktu, że fundament gry jest bardzo solidny z czego w kolejny odsłonach twórcy czerpią z wielką chęcią. Skoro już przebrnąłem przez ten wstęp przyjrzę się co można, a czego jeszcze nie dodano.

Tym razem mamy tylko cztery turnieje do których ma się dostęp od samego początku. MK64 w stosunku do pierwszej części zyskał jeszcze jeden poziom trudności 150cc. Gra dzieli się na tryb dla jednego gracza i lokalne multi. Warto zauważyć, że jeśli chce się mieć dostęp do areny zaproszenie kogoś do zabawy będzie niezbędne.

Z kolei gracz, który będzie bawił się solo to oprócz Gp będzie mógł starać się wykręcać najlepsze czasy na dowolnym wybranym przez siebie torze, a także ścigać się ze swoim duchem.


Przed samym wyścigiem do wyboru będzie się miało ośmiu zawodników, a każdy z nich będzie miał swoje statystyki. Informacje takie pozyskałem z serwisów dla fanów Nintendo, a w samej grze nie ma ani słowo o tym. Przechodząc poszczególne wyścigi zmieniałem zawodników co turniej i nie było w sumie żadnej różnicy kim się grało. Wybór Wario, czy Mario nie wpływał na wyścig.

Nie macie też co spodziewać się wyboru samochodu, każdy zawodnik ma jeden domyślnie do siebie przepisany. Od zawsze panowała opinia, że MK jest frustrujące, o ile jeszcze część pierwsza taka potrafi być, tak tutaj jest całkiem inaczej. Jedynie niektóre trasy mogą być denerwujące. Nie chodzi tu o jedna, czy dwa wyścigi.

Rajdy można podzielić na te, które się rozgrywają na dużych i wąskich torach. Szersze drogi co tu dożo mówić sprzyjają dryftom i tym samym zapewniają lepszą zabawę, a fakt, że na hardzie zawsze ktoś jest za plecami podnosi adrenalinę.



Sam zestaw power ups jest dobrze znany każdemu fanowi serii i opisywałem je wielokrotnie dlatego ci z was co nie są zorientowani zachęcam do przeczytania pozostałych tekstów w których omawiam Mario Kart.

Skoro jestem przy turniejach… Każdy z nich jest zasadniczo inny od pozostałych, co niekiedy zmusza do przyjęcia nieco innej taktyki. Od takiego Stadionu Wario, gdzie ostre wejście w zakręt to rzecz obowiązkowa, aż po Yoshi Valley, gdzie wypadanie w przepaść jest normą. Dodam małą ciekawostkę dotyczącą tego wyścigu. Od samego początku, aż do zakończenia nie wiadomo, które zajmuje się miejsce. W pozostałych turniejach już takiej kinder niespodzianki się nie zobaczy.

Podobnie jak Mario Tenis 64 najwięcej zabawy będzie jeśli pogra się ze znajomymi. Pospinana się stare czasy, a jeśli włączy się MK64 na starym telewizorze z „dupciom” to nostalgia gwarantowana.

Na koniec jeszcze parę słów o oprawie audiowizualnej. Awatary to dalej sprity, co bardzo kontrastuje do trójwymiarowego otoczenia. Mimo upływu lat MK64 dobrze się zestarzał i można się cieszyć ładnymi widokami. Sama muzyka też jest niczego sobie i właśnie leci sobie w tle jak to piszę. Ocena końcowa 8.5/10
Share:

Recenzja filmu Ghost in the Shell 2 (2004 r.)

Nie trzeba być Cezarem, aby zrozumieć Cezara – Szekspir

Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę. Tak należy zacząć recenzję kontynuacji Ghost in the Shell miejącą premierę w 2004 r. Ponownie będzie to swojego rodzaju porównanie jak zapamiętałem ten obraz.

Drugą część podobnie jak pierwsza obejrzałem na tym samym konwencie. Pierwsza odsłona oszałamiała jakością, a druga miażdżyła bezlitośnie, aż „kości pękały”. Zważając, że wtedy anime było czymś prawie obcym inaczej odbierałem dzieła z Japonii.


Teraz z kolei jak już mam parę lat regularnego oglądania zapatruję się na to z całkiem innej perspektywy. Spodziewałem się, że po ponownym wgłębieniu się w to niezwykłe uniwersum poczuję to samo. Niestety stało się inaczej.

Film rozwarstwił się wyraźnie na dwie części. Formę, czyli: miasto, animacje walki, destrukcję która błyszczała ponownie silnym światłem. Natomiast fabuła zeszła na drugi plan. Co nie oznacza, że była kiepska. Jestem otwarty na wszelkie twory artystyczne, które próbują się pokazać jakie są ambitne.

Szukając, a może mając przesyt dotychczasowymi seriami instynktownie sięgnąłem, po coś z skrajnie drugiej strony i się nie zawiodłem. Podobnie jak w pierwszej rozdziale główne skrzypce odgrywały dialogi. Lecz nie dajcie się zmylić, bo między tymi wierszami jest coś jeszcze.


Nie chodzi nawet o dalszy rozwój pierwszej myśli: Spójrz wokół, czy to, co wygląda jak żywe, faktycznie żyje? Z drugiej strony, pojawia się wątpliwość, czy to co martwe na pewno nie żyje?

Tym razem warto dać się porwać nurtowi jakim jest ten obraz. Oprócz samego miasta będą też inne miejsca do zobaczenia, a ogarnięcie ich rozumem będzie stało na równi z połączeniem elementów łamigłówki jaką zafundowali twórcy.

Równolegle wprowadzono dość sporą ilość CGI, które o dziwo lepiej wpasowuje się całość niż to z wersji reżyserskiej GitS 2.0. Nie jest to komplet, bo tam wypadło to tragicznie. Warto dodać, że efekty komputerowe przeciwieństwie do animacji rysowanej zestarzały się paskudnie.


Dodanie ich było niepotrzebnym wybiegiem. Podejrzewam, że był to trend jaki wtedy panował. Szczęśliwie cała reszta to w ciągle to samo. Przyjrzyjmy się teraz samej fabule. Dochodzi do licznych zabójstw, które miały wykonać seks laki. O ile nazwa niefortunna to tajemnica za nimi się kryjąca jest równie zagmatwana co cytaty, którymi strzelają jak z karabinu.

Osobiście byłem usatysfakcjonowany rozwojem wydarzeń jak i zaskakującymi zwrotami akcji. Warto dodać, że swoje pięć minut miał Anioł Muzyki, tfu stróż. Krok, po kroku w tym jakże zakręconym świecie, gdzie normalna rozmowa trwała mniej niż chwilę. OK., można przejść do jakiegoś podsumowania.

O pierwszej części mogłem się rozpisywać, tak tutaj lepiej ją po prostu zobaczyć. Zanim jednak postanowi ktoś z was sięgnąć po tę jakże dobrą pozycje warto zrobić powtórkę ze słynnych dzieł literackich i filozoficznych. Może przez to wszystko będzie lepiej zrozumiałe.

Co do samego zakończenia… to na dobrą sprawę można dalej kontynuować, bo nie jest jakoś jednoznacznie zamknięte. Ocenę zostawiam wam….
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie