• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Sleeping Dogs, Nightmare in North Point (Halloween Edition)

Tak sobie myślałem, co tu wrzucić na początek miesiąca grozy? Coś z zombie? Może ZmobiU na WiiU, albo Rezydencje Diabła na Kostkę Grową (GameCube). Na początek jednak pójdzie coś innego.

Nightmare in North Point jest to dlc do Sleeping Dogs, które zostało stworzone specjalnie na Halloween. Nie jest ono jakoś szczególnie długie po ledwo zacząłem, a po godzinie zabawy wszystko się skończyło.


Podstawa rozgrywki generalnie się nie zmieniała. Dalej jeździło się po mieście i wymierzało się sprawiedliwość za pomocą pięści i kopniaków. W większości wypadków można przyjąć, że jest to całkowita kalka z podstawki.

Tak oczywiście… nie jest. Dodano tu drobne urozmaicania są one dość symboliczne, ale to zawsze coś. Wiąże się to z dwoma nowymi typami przeciwników. Przyszło mi się zmierzyć z chińskimi wampirami Jiāngshī i demonem Yaoguai.

Dobrze, że nikt nie postanowił dodać do tego kotła pospolitych nieumarłych, a wykazano się pewną inwencją twórczą. Wspomniane bestie bezpośrednio wywodzą się z chińskich wierzeń. Skoro tak jest to wszystko się trzyma kupy i tworzy spójną całość. 

Nowa reguła jaka zaczęła funkcjonować w grze polegała na obijaniu skaczących krwiopijców. Nie mogę  napisać, że byli jacyś wymagający. Robili za mięso armatnie i booster do walki z ich dowódcami. Chodzi o tych drugich.

Yaoguai zawsze atakowały pojedynczo, co nie znaczy, że było łatwo się ich pozbyć. Aby odesłać ich tam, gdzie ich miejsce należało mieć miecz z drzewa brzoskwiniowego, który randomowo się pokazywał na mapie. Drugą, a właściwie domyślną opcją było naładowanie mocy, jaką się dostaje po wypiciu magicznej herbaty (misja fabularna). Dołożono do tej kupki cukierków parę warunków. W niektórych misjach wystarczyło tylko obić na śmierć wrogów, a w innych wrzucić do specjalnego kręgu.

Jeśli kogoś to pocieszy jednymi aktywnościami było odbijanie porywanych cywili. Żeby im pomóc trzeba… Tak macie rację, obić mordy demonom. W tej jakże epickiej wyprawie spotka się paru starych znajomych. Głównym celem będzie ich odnaleźć i załatwić. Jeśli ktoś się łudzi, że walki z bossami będą się jakoś szczególnie różnić to porzućcie nadzieje. Nic takiego się nie dzieje.

Teraz trochę pogrzebmy w fabule. Historia z dodatku jest kontynuacja tego co wydarzyło się w Sleeping Dogs. Początkowo wydawało się nawet równie poważne dopóki nie doszło do spotkania z pierwszym z yokai. Przemawia on językiem godnym gangstera. Najwyraźniej w zaświatach jest tak samo jak i na ziemi.

Całość ma raczej wydźwięk horroru klasy B. Niby niczego, powiedzmy, że nie brakuje, ale jest jakoś łyso. Sama otoczka też została odpowiednio przyozdobiona. Zaczynając od świetlistych oczu, a kończąc na skąpanych we krwi ubraniach. Do tego klimatu grozy dochodzą jeszcze nieco podrasowane głosy ludzi. Wszystko to dodaje funu z rozgrywania tej przygody.

Podsumowując, jeśli macie edycję kompletną tego tytułu to śmiało zagrajcie. Będzie to całkiem miły powrót na stare śmieci. Trzeba jednak trochę wybaczyć grze. Podobnie jak w Undead Nightmare. Ocena końcowa…, a pies ją jeb..!

Share:

Recenzja filmu live action Ghost in the Shell

Skończyłem chyba oglądać wszystkie filmy ekranizujące Ghost in the Shell. Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą „perełkę”.

W 2017 r. wyszła aktorska wersja kultowego anime, o którym ciągle ostatnio piszę. Co chcieli osiągnąć twórcy tym obrazem? Zapewne sukces i kasę, ale coś nie wyszło.



Muszę przyznać, że ten międzynarodowy kołchoz z całego świata naprawdę, ale to naprawdę nie ma pojęcia o co w tym chodzi. Dla jeszcze większej beki zamiast trzymać się oryginalnego scenariusza lub dodania w nowych scen, paru smaczków zrobili nieudany kopiuj wklei.

Film w ich wykonaniu pozbawiony jest wszelkich scen, które mógłby przejść do historii. Jedyne co zrobili to wstawili przeróbki lub niemalże identyczne sceny, a jest tego od cholery. Zaczynając od słynnego skoku, który powtarza się dwukrotnie z czego ten ostatni jest tym właściwym, a kończy się pogonią za śmieciarką co było jakąś parodią.

Początkowo myślałem, że akcja filmu została przeniesiona do innego kraju., Chwila, moment, czekajcie przecież tam pokazuje się w oddali siedziba Sekcji 9. Czyli, gdzie oni w końcu są, bo Japończyków tyle co kod napłakał i raczej jest to jakieś USA. Chyba się pogubiłem.



Nie bójcie się, bo im dalej w las tym więcej drzew. Nie zabraknie też przekręcenia faktów, ba całego uniwersum. Zamiast dostać konflikt międzynarodowy z tajemniczym Władcą Marionetek pojawił się wątek uchodźców z Hideo (Kojima) w roili antagonistów.

No i nie zabrakło jeszcze złego szefa korpo, który tak naprawdę stara się zmienić ludzkość w marionetki. Genialne, a wspominałem, że wykastrowano cała produkcję z tego co najważniejsze? Wszelkie dyskusje, czym jest życie, jaki jest sens istnienia cokolwiek w tym stylu została zminimalizowane do zera.

Na serio takiego rzutu na kasę dawno nie wdziałem. Nie lepiej jest z bohaterami, Major jest o wiele bardziej narwana i agresywna. Widać to jak walczyła z śmieciarzem, który chyba miał kogoś ostrzec, ups. Bez urazy, ale w kreacji Scarlett Johansson nic nie zostało z oryginału. Jeśli miała być to jakaś drugoplanowa postać to spoko jest dobrze. Niestety jako Major nawaliła, jak cały ten film.


Pamiętacie może Batau? Wielki bojowy cyborg i dżentelmen w jednej osobie? No cóż, nie wyszło. Kochany olbrzym zawsze miał zwyczaj nakładać płaszcz, kurtkę, czy co miał pod ręką na ramiona Mokoto, aby nie zmarzła.

W scenie na łodzi po tym, jak protagonistka wchodzi na pokład zamiast okryć ją  to rzucą w nią jakąś szmatą, zasłoną znaczy się. Prawdziwy wzór do naśladowania. Na szczęście pamiętali o psie.

W tej parodii nie zabrakło też nawiązań do drugiej części, sex laki też się pokazują. Sama ich rola była całkiem jasna. Tylko, no właśnie, tylko po co dodali wołanie o pomoc? W części drugiej Niewinność z 2004 r. było to tworzenie sztucznych dusz za pomocą dzieci. Tutaj dodali to od tak z dupy, aby tylko odhaczyć z listy.


Generalnie znęcać się nad tym kiczem można jeszcze bardzo, ale bardzo długo punktując wszelkie niedociągnięcia. Szanowne korporacje wzięły sobie co chciały i zmieszały to z błotem. Równie dobrze mogło się to nawyzywać Władca Marionetek: Początek.

Ale co można na to poradzić, gdy smutni panowie w garniturach nie rozumiejących o co chodzi i odstawiają fuszerkę za grube miliony. Niech podsumowaniem będzie ten cytat:

Osioł może wyruszyć w daleką drogę, ale to nie zamieni go w konia. 
Share:

Recenzja filmu Max Payne

O tak ludziska wróciłem tym razem z filmem Max Payne z 2008 r. Mówią, że to gniot dla zatwardziałych fanów serii. Przyjmuje wyzwanie!

Cóż w takim razie przeładuje shotguna jak rasowy twardziel i lecę z tym koksem. Zacznijmy od tego co najważniejsze. Film rządzi się innymi prawami niż sama gra, której jest adaptacja. Mimo to warto zaznaczyć, że zachowało jakąś spójność z oryginałem. Inaczej wyszedłby z tego Wiedźmin z Netflixa.



Najważniejsze elementy się zgadzają. Mamy Maxa, który niczym Batman będzie spamował za każdym razem śmiercią swojej rodzinny. Natomiast sam wątek będzie krążył wokół tej tragedii i Walkirii. Zastanówmy się co jeszcze się pokrywa, a tak sporo scen nagranych w zaśnieżonym Nowym Yorku i parę scen z bullet time.

Natomiast cała reszta to wolna interpretacja reżysera Jphna Moora, który nie miał pojęcia, o co chodzi w noir (tł. franc. Czarny) W oryginale Max jest klasycznym mścicielem, który idzie przed siebie  szukając zemsty. W samej produkcji mamy człowieka, który pokazuje coś więcej niż kamienną twarz. Może dlatego, że nie miał płaskiej tekstury (śmiech).

Faktem jest, że film nie ma jakiś pamiętnych scen wartych zapamiętania ani monologów, które można było cytować. Mimo swojej płaskości jako kino akcji uważam, że warto go obejrzeć. Bo jak na to nie patrzeć spełnia się w postaci ekranizacji gry. Protagonista robi dokładnie to samo co w pierwowzorze. Nawet walki są od biedy znośne.



W tym momencie warto wspomnieć, o tym jak w jednym fragmencie filmu strzela na ślepo skacząc do tyłu. Oddał tam dwa trafienia z czego drugie było pozbawione efektu spowolnienia. Szczerze to miałem nadzieje, że będzie tego znacznie więcej. Zamiast tego postawiono na klasyczne starcia. Innym wartym uwagi momentem był wyskok Maxa na ochroniarzy i pociągnięciu serii.

Z jednej strony mamy tu wtf, co za durna sekwencja, gdzie załatwia wrogów hurtowo, ale... czy w grach też tak się nie zdarza, że Si jest na tyle głupie, że daje się tak załatwić? No właśnie mamy, a skoro tak to znaczy, że jest ok. Sam koniec filmu zawiera jedną sytuacje, którą pragnę "pochwalić". Gdy Max wychodzi z wody (lodowatej w końcu to zima) powinien dostać hipotermii i umrzeć. W klasycznym wydaniu starych filmów z ubiegłego stulecie po prostu wstał i poszedł.

Natomiast on zażył narkotyki i stał się koksem na sterydach. W tym momencie przyznaje, że ludzi od CGI poniosło. Może sami coś popali na boku? Tego nie wiem, lecz towar musiał być mocny. Natomiast same haluny już były kiczowate, a przynajmniej ten w którym protagonista jest w samym centrum kadru i udaje Simbe, czy innego Króla lwa.



Finał sam sobie nie powala, a wątki które domknięto i te, które olano nikogo nie obchodzą. Max Payne zasługuje na coś lepszego, a tak dostał lekko dobrą ekranizacje na 6.5/10. Słowem podsumowania, jeśli produkcja miała być stricte kinem akcji to przeciętne. Jednakże jest to ekranizacja gry o tym samym tytule i tu się nawet spisała.

Proszę nie ukrzyżujcie mnie w komentarzach xD

Share:

Recenzja Mario Kart 64 (Nintendo 64)

Mario Kart 64 produkcja którą do dziś nie została dościgniona, a przynajmniej wielu graczy tak twierdzi. Zobaczmy jednak co druga odsłona wydana 1996 r. na Nintendo 64 zaprezentuje.

Jak dobrze wiadomo gry i konsole nie były czymś szeroko dostępnym w Polsce, a przynajmniej te z ówczesnej generacji. Szczęśliwie powoli się to zmieniało i wraz z ustawionymi zmianami stołków, echem. Chciałem powiedzieć zwycięstwie Solidarności wszystko, co było do tej pory zakazane w końcu trafiło pod strzechy.



Na rynku królował kolon Famicona zwany Pegazusem, a gdzieś równolegle krążyło pierwsze PlayStation. Nintendo mimo, że nieoficjalnie zawitało (patrz linijka wyżej) było w szerszej świadomości społecznej nieznane. Gigant z Japonii też „odwzajemniał” to „uczucie”.

Możliwe, że między innymi z tego powodu pierwszy raz zetknąłem się z N64 na jednym z konwentów w jakim uczestniczyłem, a mowa tu o Jagaconie, który organizowany był w Suchedniowie w 2014 r.

Tam bez reszty zatraciłem się w niezwykłej i ponadczasowej rozgrywce Mario Kart 64. Natomiast parę lat później w końcu zaopatrzyłem się w końcu w swój własny egzemplarz tego przecudnego sprzętu jak i samej gry. Na tle pozostałych części, które ograłem i zrecenzowałem na blogu wypada ze swoimi trybami i liczbą turniejów nieco skromniej.


Nie zmienia to jednak faktu, że fundament gry jest bardzo solidny z czego w kolejny odsłonach twórcy czerpią z wielką chęcią. Skoro już przebrnąłem przez ten wstęp przyjrzę się co można, a czego jeszcze nie dodano.

Tym razem mamy tylko cztery turnieje do których ma się dostęp od samego początku. MK64 w stosunku do pierwszej części zyskał jeszcze jeden poziom trudności 150cc. Gra dzieli się na tryb dla jednego gracza i lokalne multi. Warto zauważyć, że jeśli chce się mieć dostęp do areny zaproszenie kogoś do zabawy będzie niezbędne.

Z kolei gracz, który będzie bawił się solo to oprócz Gp będzie mógł starać się wykręcać najlepsze czasy na dowolnym wybranym przez siebie torze, a także ścigać się ze swoim duchem.


Przed samym wyścigiem do wyboru będzie się miało ośmiu zawodników, a każdy z nich będzie miał swoje statystyki. Informacje takie pozyskałem z serwisów dla fanów Nintendo, a w samej grze nie ma ani słowo o tym. Przechodząc poszczególne wyścigi zmieniałem zawodników co turniej i nie było w sumie żadnej różnicy kim się grało. Wybór Wario, czy Mario nie wpływał na wyścig.

Nie macie też co spodziewać się wyboru samochodu, każdy zawodnik ma jeden domyślnie do siebie przepisany. Od zawsze panowała opinia, że MK jest frustrujące, o ile jeszcze część pierwsza taka potrafi być, tak tutaj jest całkiem inaczej. Jedynie niektóre trasy mogą być denerwujące. Nie chodzi tu o jedna, czy dwa wyścigi.

Rajdy można podzielić na te, które się rozgrywają na dużych i wąskich torach. Szersze drogi co tu dożo mówić sprzyjają dryftom i tym samym zapewniają lepszą zabawę, a fakt, że na hardzie zawsze ktoś jest za plecami podnosi adrenalinę.



Sam zestaw power ups jest dobrze znany każdemu fanowi serii i opisywałem je wielokrotnie dlatego ci z was co nie są zorientowani zachęcam do przeczytania pozostałych tekstów w których omawiam Mario Kart.

Skoro jestem przy turniejach… Każdy z nich jest zasadniczo inny od pozostałych, co niekiedy zmusza do przyjęcia nieco innej taktyki. Od takiego Stadionu Wario, gdzie ostre wejście w zakręt to rzecz obowiązkowa, aż po Yoshi Valley, gdzie wypadanie w przepaść jest normą. Dodam małą ciekawostkę dotyczącą tego wyścigu. Od samego początku, aż do zakończenia nie wiadomo, które zajmuje się miejsce. W pozostałych turniejach już takiej kinder niespodzianki się nie zobaczy.

Podobnie jak Mario Tenis 64 najwięcej zabawy będzie jeśli pogra się ze znajomymi. Pospinana się stare czasy, a jeśli włączy się MK64 na starym telewizorze z „dupciom” to nostalgia gwarantowana.

Na koniec jeszcze parę słów o oprawie audiowizualnej. Awatary to dalej sprity, co bardzo kontrastuje do trójwymiarowego otoczenia. Mimo upływu lat MK64 dobrze się zestarzał i można się cieszyć ładnymi widokami. Sama muzyka też jest niczego sobie i właśnie leci sobie w tle jak to piszę. Ocena końcowa 8.5/10
Share:

Recenzja filmu Ghost in the Shell 2 (2004 r.)

Nie trzeba być Cezarem, aby zrozumieć Cezara – Szekspir

Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę. Tak należy zacząć recenzję kontynuacji Ghost in the Shell miejącą premierę w 2004 r. Ponownie będzie to swojego rodzaju porównanie jak zapamiętałem ten obraz.

Drugą część podobnie jak pierwsza obejrzałem na tym samym konwencie. Pierwsza odsłona oszałamiała jakością, a druga miażdżyła bezlitośnie, aż „kości pękały”. Zważając, że wtedy anime było czymś prawie obcym inaczej odbierałem dzieła z Japonii.


Teraz z kolei jak już mam parę lat regularnego oglądania zapatruję się na to z całkiem innej perspektywy. Spodziewałem się, że po ponownym wgłębieniu się w to niezwykłe uniwersum poczuję to samo. Niestety stało się inaczej.

Film rozwarstwił się wyraźnie na dwie części. Formę, czyli: miasto, animacje walki, destrukcję która błyszczała ponownie silnym światłem. Natomiast fabuła zeszła na drugi plan. Co nie oznacza, że była kiepska. Jestem otwarty na wszelkie twory artystyczne, które próbują się pokazać jakie są ambitne.

Szukając, a może mając przesyt dotychczasowymi seriami instynktownie sięgnąłem, po coś z skrajnie drugiej strony i się nie zawiodłem. Podobnie jak w pierwszej rozdziale główne skrzypce odgrywały dialogi. Lecz nie dajcie się zmylić, bo między tymi wierszami jest coś jeszcze.


Nie chodzi nawet o dalszy rozwój pierwszej myśli: Spójrz wokół, czy to, co wygląda jak żywe, faktycznie żyje? Z drugiej strony, pojawia się wątpliwość, czy to co martwe na pewno nie żyje?

Tym razem warto dać się porwać nurtowi jakim jest ten obraz. Oprócz samego miasta będą też inne miejsca do zobaczenia, a ogarnięcie ich rozumem będzie stało na równi z połączeniem elementów łamigłówki jaką zafundowali twórcy.

Równolegle wprowadzono dość sporą ilość CGI, które o dziwo lepiej wpasowuje się całość niż to z wersji reżyserskiej GitS 2.0. Nie jest to komplet, bo tam wypadło to tragicznie. Warto dodać, że efekty komputerowe przeciwieństwie do animacji rysowanej zestarzały się paskudnie.


Dodanie ich było niepotrzebnym wybiegiem. Podejrzewam, że był to trend jaki wtedy panował. Szczęśliwie cała reszta to w ciągle to samo. Przyjrzyjmy się teraz samej fabule. Dochodzi do licznych zabójstw, które miały wykonać seks laki. O ile nazwa niefortunna to tajemnica za nimi się kryjąca jest równie zagmatwana co cytaty, którymi strzelają jak z karabinu.

Osobiście byłem usatysfakcjonowany rozwojem wydarzeń jak i zaskakującymi zwrotami akcji. Warto dodać, że swoje pięć minut miał Anioł Muzyki, tfu stróż. Krok, po kroku w tym jakże zakręconym świecie, gdzie normalna rozmowa trwała mniej niż chwilę. OK., można przejść do jakiegoś podsumowania.

O pierwszej części mogłem się rozpisywać, tak tutaj lepiej ją po prostu zobaczyć. Zanim jednak postanowi ktoś z was sięgnąć po tę jakże dobrą pozycje warto zrobić powtórkę ze słynnych dzieł literackich i filozoficznych. Może przez to wszystko będzie lepiej zrozumiałe.

Co do samego zakończenia… to na dobrą sprawę można dalej kontynuować, bo nie jest jakoś jednoznacznie zamknięte. Ocenę zostawiam wam….
Share:

Mini recenzja Deus Ex Desperackie Środki (PC)

Remont, remont i po remoncie mieszkania, albo przynajmniej po pierwszej połowie. W zależności kiedy do opublikuje będzie w takcie lub już po.

Nie wiem, czy będzie to pierwszy tekst jaki wrzucę na bloga, ale po wielu tygodniach olewania gier w końcu sięgnąłem po jakąś produkcja. Na ruszt wrzuciłem mini dlc Desperackie Środki. No cóż jest to jedynie, krótka misja, która w sumie niewiele wnosi do całości.

Nie dostałem tutaj nowej przygody, a jedynie pewne uzupełnienie do wątku głównego z podstawki. Hurrra, a nie w sumie to ani ziębi ani nie grzeje. Square-Enix / Eidos wycieli kawałek z kodu i szumnie dali za darmo.



Dobrze, że choć tym razem dali coś zjadliwego. W dodatku do Buntu ludzkości co prawda też krążyło się na jednej lokacji, ale poziom bezmyślnego koszenia przeciwników był wkurzający, a tu już nie. Jest to jedyny plus jaki się doszukałem.

Na szczęcie, jak pisałem wcześniej nic się nie traci jak się w to nie zagra. Ba, jeśli ktoś preferuje skradanie przejdzie to tak szybko, że nawet nie zdąży powiedzieć Quidditch. Podobnie jak wcześniej można zrobić wszystko z przytupem lub po cichu. Niestety nie ma możliwości wykorzystania postaci, którą już się posiada, ale nie ma to większego wpływu na rozgrywkę, bo jest za łatwo na normalu.

Hmm, co tu więcej napisać… Jeśli kolejny dodatek będzie „równie” rozbudowany to zobaczycie tu jego recke, a jeśli nie, to nie. Masło maślane :D

Share:

Recenzja Deus ex Rozłam ludzkości (PC)

Ostatnio wzięło mnie na ogrywanie tytułów w odwrotnej kolejności. Szczęśliwie nie ma to większego znaczenia dla odbioru fabuły.

Żeby nie było, pierwszą część rebootu Deus ex podobnie jak reszta ograłem niedługo po premierze. Jednak przerwa między początkiem trylogii, a drugą częścią jest dość spora i dlatego dodano filmik streszczający wydarzenia.


O dziwo dużo lepiej robią to bohaterowie zarówno ci nowi jak znani weteranom serii. Wyjaśniają najważniejsze przyczyny, które spowodowały, że ulepszeni są traktowani jako obywatele drugiej kategorii. No i co najważniejsze skąd wziął się nasz protagonista.  

Ilość razy kiedy jest to wałkowane sprawia, że i bez grania wie się wszystko, czy komuś się to podoba, czy nie. Natomiast sama fabuła w głównej mierze rozgrywa się w Pradze. Miasto jest jakie jest, czyli małe i tylko z jednego mieszkania można zauważyć coś charakterystycznego dla stolicy Czech.

Resztę budynków uznałbym co najwyżej za umowne. Piaskownica, a raczej mrowisko posiada liczne korytarzyki. Jest ich na tyle dużo, aby odkrywać to ciągle nowe lokacje. Nie zabraknie jeszcze innych miejscówek do odwiedzenia, ale będą one tylko małą odskocznią od centrum miasta.


Wrócę teraz do kampanii. Nie jest ona, aż tak dobra jak jej poprzedniczka. Nie chodzi tu nawet o syndrom trylogii, gdzie czuć, że to co najlepsze dopiero zacznie się w kolejnej części. Odniosłem wrażanie, że za mało jest elementów nadających niepowtarzalności temu uniwersum.

Co prawda jest odseparowane getto dla ulepszonych, ale jakoś czułem niedosyt w tej całości. Sztandarowa lokacja mająca pokazać całe zło tego świata, było jak wydmuszka, czy inną makieta. Co jakiś czas zauważałem, jak to policja kogoś bije lub się kłóci, ale wszystko to było, jak przejście się po domu strachów w wesołym miasteczku.

Tutaj hukło tam błysnęło tak, aby zrobić odpowiednie wrażenie w wskazanym momencie. Brakowało w tym życia, a raczej iluzji, która miała takie wrażenie sprawić. Zamiast tego dostałem manekiny, które coś próbują zrobić.


Najbardziej rzucało mi się w oczy, jak kończył się skrypt odpowiadający za panikę. Najpierw kulą się chowają, czy drżą, by po chwili przestać jak za sprawą magicznego guzika przełączyć ich w standardowy tryb animacji.

Dobrze, że choć bohaterowie główni i drugoplanowi radzili sobie w miarę dobrze. Fabuła jest  sensownie napisana. Sam główny wątek starcza na zaledwie kilka godzin, ale robiąc misje poboczne, które też są niczego sobie. Dzięki temu zabawy trochę przybywa. Skoro już przy tym jestem.

Normalnie misję można wykonać w całości od razu. Tutaj zrobiono to inaczej, podzielono je na części. Jednym z ciekawszych przykładów jest powiązany z rozbudową Adama o nowe wszczepy.


Devowie dali do wyboru dodanie kalibratora i hulaj duszo piekła nie ma lub wyłączanie poszczególnych ulepszeń, aby uniknąć trwałego uszkodzenia. Po kiego grzyba taki wybór? Sama bateria zasilająca ciało Jensena jest sporym ogranicznikiem. Więc nie ma co się obawiać, aby nagle gracz stał się bogiem. Jak się zdobędzie nowy sprzęt nie można od tak go wstawić. Sam mechanik musi zaprosić na kolejną wizytę.

W tym kontekście umieszczanie komunikatu: wszelkie niedokończone aktywności poboczne, przepadną jest bez sensu. Jak ma się to stać skoro i tak nie da się ich zrobić od ręki? Nie zabraknie też podkategorii ciekawe miejsca w których są side quest’y. Jedynie strzelnica jest tym, czym miała być.

Sytuacja ma się nieco inaczej w kwestii misji fabularnych te idą swoim torem i nie ma się jak do nich doczepić, bo cały czas odsłaniają jeden rąbek tajemnicy, a jednocześnie chowają coś przed graczem. Najbardziej zaskoczył mnie sam finał. Za pierwszym razem męczyłem się z bossem dość długo. Okazuje się, że jest jednak prostszy sposób.


Na piętrze w którym rozmawia się z Mielerem jest wyłącznik Marczenki. Jednak, aby go znaleźć trzeba o nim po prostu wiedzieć, bo jest tak ukryty, że mało prawdopodobne, aby się go zauważyło.

W trakcie całej kampanii najwięcej czasu zeszło na dyskusjach i skradaniu. O ile to pierwsze jest łatwe, bo dzięki wczepom można przejść je ciemno to samo przemykanie się wymaga już jakiegoś skilla. Początkowo sądziłem, że będzie jak zawsze, czyli poleci się na rambo i po problemie.

Szybko odniosłem wrażenie, że to nie jest to i trzeba jakoś to urozmaicić, a tak szczerze? Skradanie jest o niebo łatwiejsze. Sama sztuczna inteligencja jest tak głupia, że może wpaść na niewidzialnego Jensena i nic nie zrobić. Natomiast jak zacznie strzelać to rozwala całe otoczenie. Dobrze to widać w banku. Wystarczy, że zrobiłem raban na trzecim piętrze i schowałem w wentylacji, aby npc poniszczyły wszystko co się da na…. parterze. W sumie wszędzie tam, gdzie było to możliwe.


Natomiast jak już wzięła chęć na pobawienie się w Stalone'a to nie było źle. Wrogowie reagowali nawet sensownie, ale łatwo podstawiali się pod strzał w głowę. Choć gra wyraźnie promuje ciche przejście, bez zabijania.

Najlepsze jednak zostawiłem na koniec. Błędy, o prócz tych błahych jak przenikanie obiektów trafiłem na tworzenie się „tuneli” składających się z rozciągniętych tekstur. Mało tego dwa razy ukazał się nowy ekran śmierci (bluescreen). Takich cudów wcześniej nie miałem.

Podsumowując Deus ex Rozłam Ludzkości to średniak, który zapewni dobrą zabawę, ale nie powala na ziemię. Próbuje natomiast złapać parę srok za ogon i udawać, że jest o wiele ambitniejszy niż w rzeczywistości. Szkoda tylko, że zastosowano to wiele uproszczeń, których nie powinno być widać. Ocena końcowo 7/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie