• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja filmu Slender Man

Noc mija, a strachy i inne licha idą spać. Koniec grozy nastał czas i przestańcie się bać. Znacie Slendera? Każdy go zna on zawsze fajne karteczki ma!

Halloween się skończyło to fakt, ale kto zabroni dalej się nam bać. Postanowiłem zaserwować wam kino grozy, a że blog jest grach to i ta produkcja będzie do tego nawiązywać. Slender Man, miejska legenda o tajemniczym wysokim jak brzoza ubranym w garnitur człowieku.


Co najważniejsze nie ma on twarzy, jedynie gładka wprost blada jak ściana w kiblu facjate. Początkowo funkcjonował jako miejska legenda, aby potem przeniknąć do popkultury. Największą sławą cieszył się po powstaniu indyka Slender: The Nine Pages.

W późniejszym czasie powstały inne tytuły z Slendim w roli głównej np. Slender: The Arrival. Późno, bo późno premierę miała ekranizacja gry, a był to 2018 r. Czyli już ładnych parę lat po fali hajpu na tą postać i to co się z nią wiązało.

Przejdźmy do samego filmu. Nie jest on w ogóle przerażający, straszniejszy już był Zmierzch, gdyby miałby taki być. Twórcy postanowili zrobić produkcje z bohaterami, którzy na dzień dobry mówią do nas: Zabijcie nas.

Serio, widzieliście kiedyś tak źle napisane postacie, że po pierwszych paru minutach macie ich dość? Wystarczyło posłuchać co mają do powiedzenia, aby już chciało się wyłączyć i sprawdzić, czy wrzucono nowy odcinek ulubionego anime.

No dobrze, nikt nie każe ich lubić. Mamy się bać i się bałem, że nie przestaną ciągle kadrować poszczególnych bohaterek. Tak to tego typu horror, gdzie głupie jak but od lewej nogi gówniary robią coś niedorzecznego. No i w sumie już wiecie jak się to skończy.

To co mnie najbardziej zaskoczyło był fakt, że nie musiały one odprawiać żadnego rytuału, czy czegoś w tym stylu. Obejrzały tylko film i parę formalności i koniec. To się nazywa iść z duchem czasu.


Jeśli graliście w Slendera to wiecie, że nie atakuję, a powoli się zbliża dając subtelnie znać, że mamy zdrowo przekichane. Co ciekawe w pierwszych wersjach nie miał on macek. Dodali mu je dopiero hen później.

Tutaj pan blady pokazuje się częściej i nie ukrywa swojej osoby w cieniu. Wprost przeciwnie dość często daje osobie znać. Potrafi też korzystać z telefonu, cwana bestia. Jedynie finał, który jest tak oczywisty jak konstrukcja cepa potrafi się czymś wyróżnić.

Wracając do naszych „dzielnych” przyjaciółek. Chloe wraz z towarzyszkami niedoli odprawiają rytuał, (a to coś nowe) aby przekupić Slender Mana. Jednym z warunków jest nie patrzenie w oczy. W takich momentach mogło się stać tylko jedno...


Musiała, po prostu musiała to zrobić i zerknąć. Brawo, niech ktoś da jej nagrodę Darwina za to. W całym filmie prawie nic się takiego nie dzieje, co można uznać za warte uwagi. Mamy tu takie klisze jak: nagłe wydłużanie obrazu, wszyscy od tak na baczność gapią się na jedną z postaci, bo czemu nie. A i te cudowne zbliżenia, po których na pewno, ale na pewno nie stanie się nic "straszonego". Nie będę dużej się pastwił nad filmem. Nie jest on warty waszej uwagi ani czasu jaki trzeba mu poświęcić.

Jedynym wyjątkiem chęć zapoznania się z kinem grozy bez większego wstrząsu. W każdym innym wypadku jest to strata czasu. Warto dodać jakieś podsumowanie. Sony nie rozumiało na czym polegała groza tej miejskiej legendy. Próbowano wcisnąć tam wszystko co się da licząc, że jakoś to będzie. Niestety wyszło, co wyszło i nic więcej nie mam do dodania.
Share:

Recenzja Assassin's Creed Origins

 Po stacji Moskwa, którą odwiedziłem w Metro Exodus przyszła pora na basem śródziemnomorski. Lecimy do starożytnego Egiptu.

Drodzy studenci tematem dzisiejszym będzie Assassin's Creed Origins Zapowiedziana przez francuskiego wydawcę Ubisoft, jako tytuł przełomowy na tle serii. Śmiem zauważyć, że tak jest, bo…. Jedyne co ma wspólnego z poprzednikami to nazwę i parę mechanik na krzyż.


No, proszę się nie śmiać tam z tyłu. Nie ma się czego wstydzić, że rozgrywka przyjęła formę action rpg. Mimo, że jest tylko czymś w rodzaju quasi role play to zachowuje wszelkie zasady jakie tam obowiązują.

Naczelnym z nich jest rozwój postaci poprzez wykonywanie zdań za które zdobywamy punkty doświadczenia, potocznie zwanych expem. Ac Origins oferuję szereg fedexsów, ale czasem zdarzy się zdanie wartę uwagi jak choćby rozpieszczona winorośl, której protagonista robi za ochroniarza.

Zwrócić należy uwagę na fakt, że ekwipunek jaki będziecie zdobywać posiada swoje statystyki i wymaga określonego poziomu. O ile kiedyś można przyjąć to za normę tak dziś jest to śmieszne.

Kłóci się to z narracją reżysera gry, który przedstawia bohatera jako doświadczonego wojownika będącego medżajem. Czy nie wydaje wam się dziwne, że taka elita w egipskiej armii nie jest wstanie użyć łuku, bądź miecza tylko dlatego, że lv się nie zgadza?

Sztuczne spowolnienie jedynie psuje realia jakie twórcy nakreślili. Niestety Ubi poszło o krok dalej. O ile w trylogii Ezio zmiana wyposażenia wpływała na wygląd naszego bohatera tak tu nic się nie dzieje. 

Mamy możliwość zdobycia skina lub kupić go za realne pieniądze w sklepie, ale o tym później. Nie zabrakło również drzewka talentów, które może z nas zrobić myśliwego, wojownika lub wróża.

Jeśli będziecie się rzucać na wszelkie aktywności to zapewniam, że w pierwszym podejściu wszystko odblokowujecie. Ci z was co grali Far Cry 3 zapewne pamiętają system craftingu, który opierał się na polowaniu na zwierzęta w celu pozyskaniu skór.

O ile było to uzasadnione, ale to miało się wrażenie, że zaimplementowano na siłę, tak tu jest to pożądane i na szczęście opcjonalne. W czasie przechodzenia kampanii loot będzie się sypał niemalże tak jak w Diablo.  

Żeby nie było za łatwo jest jeszcze potrzebny minerał jak miedź, stal itp., aby słynne ukryte ostrze mogło zadziałać tak jak powinno. W innym wypadku skrytobójstwa będą, mało skryte i boleśnie się o tym przekonacie.

Mamy tu też pewne nawiązanie do Cienia Mordoru. Jeśli jakiemuś graczowi się nie powiedzie to dostaniemy możliwość pomszczenia go. Ot taka ciekawostka. Przejdźmy teraz do sytemu walki.

O ile inspiracja i powtórzenie na podobnym lub lepszym poziomie czegoś z innej produkcji to pochlebstwo, tak spartaczenie tego jest obrazą.

Gry od From Software każdy zna i nie raz od bossa lanie dostał. Można się kłócić co do  siły jaką posiadają tam wrogowie, tak hitbox’y są na tyle dobrze ustawione, że broń musi dotknąć ciała, aby zaliczyć cios.

Tutaj tego nie doświadczycie, o co to nie! Wzajemnie przenikające animacje będą waszym chlebem powszednim, a walką będzie niczym jedzenie tabliczki mlecznej na której ktoś napisał prawie jak czekolada.

Same potyczki wypadają w ogólnych założeniach średnio. Jednak broń jaką będzie można się posługiwać rzeczywiście się różni. Nie będzie się to kończyło na samym wyglądzie, rzecz jasna.

W trakcie przemierzania Egiptu będziemy spotykać nie raz, nie dwa forty rzymian lub bandytów. Posiadają one różne poziomy trudności i tym samym inne „atrakcje”. Warto zwracać uwagę na stopień wyzwania, bo już dwa, trzy lv powyżej naszego są wymagające.

Do żołnierzy z oznaczeniami „trupich czaszek” nad głową nie zbliżajcie się, bo zabiją od razu, próżne będą  wasze trudy. Mając tą wiedzę rozumiecie, że jeśli celem waszej wizyty nie jest zrobienie krwawej jatki to unikacie tego jak greckiego ognia.

Po odblokowaniu na drzewku talentów medytacji, będzie wstanie zakraść się nocą i zobaczycie, że część ludzi śpi, a inni zmienili swoje ścieżki. Zupełnie jak w serii Gothic. Oprócz broni białej mamy też pociski usypiające, a nawet możemy zatruwać trupy.

Aby swoimi „pierdami”, że się tak wrażę zagazują wrogów. Jeśli jednak chcecie załatwić sprawę po staremu, czy też po nowemu to dalej można zeskoczyć z wysokości, czy wciągnięcie w „siano” będzie działać.

Świat Assassin's Creed Origins jest bardzo wrażliwy na ogień. Dlatego wszelkie oblane oliwą lub drewniane przedmioty zapalą się natychmiast, co warto wykorzystać na naszą korzyść. Jeśli cel stoi za ogniskiem, a strzała przeleci przez płomień to zada mu dodatkowe obrażenia od podpalenia.   

Skoro najważniejsze rzeczy są wiadome, pora przejść do fabuły. Osobiście uważam, że jest to najmocniejsza strona tej produkcji, główne założenia się nie zmieniły. Dalej mamy szereg celów do zlikwidowania.

Protagonistami są Bayek i Aya czas jaki im dano przypomina ten z Wiedźmina 3, gdzie Gerald odgrywał pierwsze skrzypce, a Ciri była jako dodatek. Tutaj mamy to samo. Motywem przewodnim jest zemsta za zamordowanego syna. Tak jak pisałem akapit wyżej trzeba dorwać templa… starożytnych jak się tu zwą.

Aby usunąć każdego z nich należy wykonać szereg zadań. Niektóre z nich są „łańcuchowe” wydawane u określonego Npc. Bossowie, o ile ci istnieją to niektórzy są nimi jedynie są nimi z nazwy. Raz będą walczyć i to w sposób ciekawy, a innym razem wystarczy kosa pod żebro.

Jedną rzeczą jaka ich łączy jest scena z zaświatów. Widzieliśmy to w poprzednich częściach, tutaj podniesiono to na inny poziom.

Wszystkie postacie można pochwalić za wyrazistość i nie będącymi pustymi wydmuszkami. Jedynie możecie zwrócić uwagę na oklepane archetypy lub schematy, ale to małe piwko. Główne misje są nawet do przyjęcia i chciałoby się powiedzieć, że poboczne są interesującym uzupełnieniem.

Niestety są przykrym przymusem, aby ruszyć fabułę do przodu. Niektóre misje poboczne to nic innego jak wiedźmińkie śledztwa, a inne to robienie za chłopca na posyłki. Raz to widać, aż oczy bolą innym razem ubiera się je w jakąś ambitniejszą opowieść.

Tutaj kończę część bez spoilerową, Ci co nie chcą wiedzieć co ważniejszych faktów proszeni są do przejścia na sam koniec.   

Gracie sobie Baytekiem rozwijacie go, a na sam koniec wciskają wam na siłę Aye (początkowo miało być jego „dupę”) i likwidujemy Cezara. Ludzie myślałem, że kurwicy dostanę. Nie mam nic to kobiet, ale już się zżyłem z medżajem, a oni na siłę mi wciskają ją.

W czasie zabójstwa w łaźni wyniku walki z członkiem zakonu tracimy palec od ukrytego ostrza. Choć jak wcześniej pokazano nie ma takiej potrzeby. Wiecie co wymyślono na końcu? Odcinanie, to w sumie oczywiste, bo Altair i spółka to robili zamiast unowocześnić mechanizm. Głupot i pewnych niezgodności jest znacznie więcej.

Po wielkim finale i wypowiedzeniu najsłynniejszego cytatu, które Ezio powtarza, mamy wczytywanie równie długie co scena endingu, a potem kolejny cinematik i jeszcze dusze ładowanie… Bez komentarza. 

Koniec przecieków.

Podsumowując. Assassin's Creed Origins ma potencjał, ale do eksploracji. Jednocześnie nie jest on na tyle dobry, żeby zaglądać pod każdy kamień, czy inną piramidę. Fakt miasta są piękne, ale to zawsze było, a więc nie ma co powtarzać oczywistości. Gra mnie rozczarowała, bo o ile przed uruchomieniem byłem nastawiony pozytywnie tak bardziej się cieszyłem, że skończyłem i nie będę musiał do tego wracać. Ocena końcowa 6/10.

Share:

Recenzja Left 4 Dead (PC)

Rok 2020, świat opanowuje apokalipsa zombie. Grupy protestujących nawołują do walki z dyskryminacją i akceptacji odmiennej „diety” zarażonych. Na transparentach widać napisy: TO TEŻ LUDZIE!

Dwa tygodnie później… Nikt już nie protestuję, większość  została "ubogacona kulinarnie", tylko nieliczni przetrwali. A to jest ich historia.

Pamiętam jakby to było wczoraj. Było nas czterech, stary wojskowy z zielonych beretów Bill. Mieliśmy też harlejowca Francisa. Najmłodsza z nas była studentka Zoe. A ja? Były analityk Luis. Byliśmy jednymi z ostatnich, którzy przeżyli.

Warunki były trudne każdy z nas miał do dyspozycji jedynie jedną broń długą jak uzi, czy shotgun no i glocka. Pamiętam jak dziś pierwszy dzień był najbardziej przerażający. Nieumarłych było od cholery, choć zazwyczaj stali pojedynczo. Jednak nie brakowało o wiele bardziej upierdliwych skurwysynów.

Płacz, ten płacz tego się nie zapomina. Było słychać na odległość. Poszedłem przodem i w ostatniej chwili kazali zgasić światło latarek. Musicie wiedzieć, że Wiedźma, bo tak się zwie, była wrażliwa na oświetlenie. Ba, na samą obecność zaczęła szarżę. Skubana atakowała zwykle tylko tego kto zagrował ją na siebie.

W momencie większego ostrzału wiała lub ginęła. Trzecia opcja też była, aż strach myśleć o tym. Jako jedna z nielicznych zarażonych widziała. Pozostałe, a przynajmniej te „zwykłe” kierowały się węchem i słucham.

Mimo, że były głupie nie należało ich lekceważyć, bo horda była nieobliczalna. Nawet w miejscach w których były zrobione fortyfikacje potrafiły znaleźć miejsce i zaatakować. Zachowanie całkowitej mobilności to była podstawa.

Nazwijcie to przeczuciem, a może jakiś szóstym zmysłem, ale niczym „melodie” słyszałem jak miał się pojawić, któryś z bossów. Najgroźniejszy z nich był Tank. Wielkie bydle jak nasz Pudzian. Znaczy się 10 razy taki, albo jeszcze większy.

Ciskał w nas kawałkami asfaltu jakby były to jakieś tekturowe pudła. Mutacja musiała zaburzyć koordynację ruchu, bo jak ktoś mu dowalił to ten biegł do niego tyłem. A jak pierdolnął to człowiek leciał kilka metrów w tył.

Mówiłem wam, że te specjalne wydawały charakterystyczne dla siebie odgłosy? Tak? A ok., no mniejsza. Bulgotanie lub coś podobnego, a następnie wielka purchawka, Boomer. Najlepiej było go zestrzelić z daleka. Ten kto dał się opluć ściągał na siebie hordę. Paskudna sprawa.

Zawsze sądziłem, że sebisky wraz z apokalipsą znikną i w pewnym sensie tak się stało. Tyle, że wrócili jaki Myśliwi (tł. ang. Hunter). Bardzo zwinny atakował zazwyczaj tych co się oddzielili. Skok z dużej odległości i atak. Przetrwałem tylko dlatego, że pozostali mi pomogli.

Ostatni Smoker, powiedzieć, że ciągnie się kogoś za język nabiera przy nim nowego znaczenia. Podobnie jak z powszednim atakował z ukrycia. Dusił tym swoim ozorem jak wąż.

Oprócz wspomnianej broni palnej mieliśmy do dyspozycji dwa podręczne asy. Koktajl mołotowa, który świetnie sprawował się na podstawowe jednostki. Trzeba było jednak uważać, aby samym się nie podpalić, a było o to łatwo.

Dużej skuteczniejszy był drugi granat, który przyciągał do siebie zgnilców. Wadą jego był fakt, że specjalni nie reagowali na to. Pytacie jakie przygody się przytrafiły się nam? Zaraz opowiem, a w szczególności o tym nieodpartym wrażeniu, że ktoś nimi kierował i dostosowywał do tego co robiliśmy.

Jak tylko współpracowaliśmy ze sobą to jakiś sposobem trafialiśmy na zasoby, które pomagały przetrwać. Sytuacja się zmieniała zaraz po tym jak ktoś zaczął szarżować, a tym samym narażał resztę na większe niebezpieczeństwo. Mówię wam wyglądało to tak jakby cały czas nas obserwowano. 

Tutaj zakończę tą pilotażową recenzję i resztę omówię normalnie. Inaczej już by się nie dało.

Oprócz kilku kampanii, mamy do dyspozycji przetrwanie, gdzie jak sama nazwa mówi trzeba wytrzymać jak najdłużej. Mimo swoich lat nie brakowało chętnych. Ujmując rzecz jaśniej pojedyncze osoby się zgłaszały.

Kontra której walczy się zarażonymi lub ocalałymi cieszyła się znacznie większą popularnością. Sam tryb jest naprawdę dobrze przemyślanym dodatkiem lub alternatywną formą przejścia gry. Po każdej wygranej lub przegranej drużyn zmieniają się rolami. Warto zaznaczyć, że można wcielić się silniejsze zombie, jedynymi wyjątkami jest witch i zwykłego nieumarłego.

Mimo upływu lat, L4D ma błędy, które nie zostały usunięte, jak np. przenikające się obiekty. Same serwery niekiedy mają problemy z wydajnością i może spowodować utrudnienia w graniu. Tyle co do wad, bo reszta sprawuje się bardzo dobrze.

Left 4 Dead miało premierę 2008 r. to już ponad 11 lat i wciąż świetnie się trzyma wizualnie. Co niektóre modele są kanciaste, ale kto by zwracał na to, aż taką uwagę, gdy się pędzi przed siebie.

Generalnie byłem zaskoczony faktem, że ludzie w to wciąż grają i bez problemu wszystko można ograć, może pewnymi drobnymi wyjątkami. Jeśli macie z kim zagrać to śmiało zorganizujcie sobie rajd po tej apokalipsie. Ocena końcowa 7.5/10

Share:

Recenzja Layers of Fear 2 (PC)

Horror jest to utwór, dzieło wypełnione treścią miejącą przerazić odbiorcę. Zależnie od formy mamy wersje książkową, czyli powieść, a także film i gry.

Odpowiedzmy sobie na pytanie w jaki sposób jesteśmy wytrącani ze strefy komfortu w interaktywnej rozgrywce? Twórcy tworzą wyjątkowo psychodeliczne otoczenie, które zmienia się zależnie od sytuacji. Okraszone jest to zazwyczaj odpowiednią muzyką i co ważniejsze efektami dźwiękowymi.

Istotna też jest budowa lokacji, która charakteryzuje się ciasnymi przestrzeniami i brakiem możliwości zobaczenia co jest za rogiem. Nie może zabraknąć klasycznych jumpscarów. Wszystko to co wymieniłem jest tylko czubkiem góry lodowej.

Ale, czy druga cześć Layers of Fear to posiada? Czy jak to zwykle bywa w kontynuacjach jest więcej i lepiej? Sprawdźmy to!

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Twierdzenie opieram nie na podstawie rozgrywki, a na tym jaką dany gracz posiada odporność na tego typu treści. Jestem przekonany, że ci z was co „zjedli zęby” na Obcy: Izolacja lub Dead Space będą tu ziewać.


LoF 2 nie jest grą przerażającą. Mimo, że w dotychczasowej krajerze gracza przeszedłem zaledwie kilka produkcji z tego gatunku to zacząłem się nudzić od drugiego aktu.

Zacznijmy jednak od samego początku. Przed rozpoczęciem kampanii miałem możliwość wybory trybu: oryginalny, gdzie pojawiają się potwory mogące mnie zabić lub bezpieczny.

Naturalnym wyborem było wybranie tego pierwszego, aby zobaczyć co Bloober Team przygotowało. Trzon, czy też kręgosłup gry jest ten sam co w pierwszej części. Przemierzałem korytarze, które zmieniały się w sposób zaskakujący, to dobre słowo.


Efektów specjalnych nie było tyle samo co w pierwszym Layers of Fear. Tym razem postawiono na skoncentrowanie grozy w określonych miejscach w stopniu bardziej intensywnym.

Nie zmienia to faktu, że zręcznie posługiwali się dźwiękiem i światłem tak, aby podsycać niepewność w obszarach przejściowych. Mogę pochwalić ich za to, że nie spamowano wyskakującymi strachami co pięć minut.

Gwoździem programu miały być potwory, czy też jeden ten sam. Od razu poczułem tu inspirację Amnezją ewentualnie Slander Man. Hmm, ten drugi nawet bardziej pasuje. Zgony nie są jakoś szczególnie bolesne.


Jedyne co groziło to powrót do ostatniego punktu kontrolnego, a tych nie brakowało. W tym momencie mógłbym skończyć, bo rozgrywka pod kątem nic więcej nie oferuję. Ale żeby nie było tak płytko rozszerzę to.

Wspomniany Cień, pojawia się w określonych momentach i można szybko zorientować kiedy to nastąpi. Wtedy zaczynają się „przerażające” pogonie. Naczelną zasadą jaką musiałem pamiętać jest zamykanie drzwi za sobą.

Szybko straciłem zainteresowanie tym i przeszedłem na tryb bezpieczny. Sposób otwierania i zamykania drzwi na czas był wyjątkowo męczący. Jedynie co u mnie wywoływał to frustrację stąd postanowiłem zmienić styl zabawy.


Aby pobudzić szare komórki devowie dołożyli zagadki środowiskowe. Nie są one szczególnie trudne, a niektóre nawet ciekawie skonstruowane. Połączenie to dało nawet dobry efekt i zachęcało do pójścia dalej.

Przejdę teraz do najważniejszej części do fabuły. Protagonistą jest tym razem aktor, który ma wykreować nową postać, czyli znowu coś na modłę obrazu z jedynki. Potem na scenę wchodzi rodzeństwo. No i tajemniczy reżyser. Swoją drogą dubbing pierwsze klasa.

Historia z początkowego chaosu powoli staje się spójną całością, aby potem znowu stać się na końcu zagmatwane. Generalnie akcja nie jest jakoś wciągająco i losy rodzeństwo były mi obojętne, od tak kolejny dramat.


Jednakowoż jedno z trzech zakończeń jest naprawdę mocne i można je nazwać złym. Co do dwóch pozostałych to mamy bardziej kosmetyczne różnice nie mówiące jak mamy to interpretować.

Najmocniejszą stroną Layers of Fear 2 jest grafika, statek był naprawdę bogaty w szczegółach. Wszystko było odpowiednio rozłożone co tworzyło odpowiedni nastrój. Świetne tworzyło to kontrasty między sterylnie czystymi pomieszczeniami, a tymi rzeczywistymi.

W ogrywanej przeze mnie wersji na PC nie zaobserwowałem, żadnych błędów co zapewniało pełną płynność rozgrywce.


Na sam koniec parę anegdot jakie się wydarzyły w trakcie przechodzenia LoF2. Po przykrych zgonach raczony jestem sentencjami. Typu: Gdzie jestem ja, tam nie ma śmierci. Gdzie jest śmierć, nie ma mnie. Wszystko ok. tylko zamiast śmierć, przeczytałem śmieć. Nigdy nie sądziłem, że przy horrorze tak się uśmieje.

Drugim przypadkiem było jak zapomniałem wyłączyć Yt i w trakcie przechodzenia aktu włączyło mi się "Weird Al" Yankovic - Living With A Hernia jest to przeróbka Living in America wykonanej przez James Brown. Nie wiem czemu, ale cały klimat od razu stał się bardzo wesoły (śmiech).

W samej grze jest dość hmm, oryginalny easter egg, a mianowicie obraz Saturna pożerającego własne dzieci. Nie będę wam zdradzał w którym zakończeniu jest.

Podsumowując. Layers of Fear 2 jako horror się nie sprawdza, praktycznie nie jest stanie przestraszyć nawet laika zabierającego się za dreszczowce. Natomiast ucieczki przed monstrum i etapy zręcznościowe, bo i takie się pokazują są jedynie irytujące. Natomiast jeśli szuka ktoś interaktywnej sztuki teatralnej to dobrze trafił. W tym przypadku mamy coś wartego uwagi i poświęcenia tych paru godzin. Ocena końcowa 6.5/10
Share:

Recenzja Kakushigoto

 Rodzice, rodzice są zawsze nieobecni w działach pop kultury japońskiej jaką jest anime. Ciekawe czemu tak bardzo ich nie lubią?

Tematem dzisiejszego spotkania będzie anime Kakushigoto. O ile nie brakuje serii występującymi starszymi członkami rodziny to są oni zwykle traktowani jak piąte koło u wozu.


Tym razem mamy coś zgoła innego. Samotny ojciec i kawaii córeczka. Czyli prawdziwy lep na samotne babeczki, które koniecznie chcą mieć rodzinę. (Co za brutalna szczerość)

Jak trafiłem na tą produkcję w tagach wpisano komedia, okruchy życia i dramat. Połączyć to wszystko nie jest w sumie  problemem. Zastanowiło mnie tylko jakie będzie drugie dno w historii.

Mamy tu podział na wydarzenia z przeszłości, które są trzonem tego tytułu i wydarzenia teraźniejsze, gdzie główna bohaterka Hime – chan jest już dorosłą panną.

Zacznę jednak od początku i tego kto jest kim. Tak jak już napisałem wyżej mamy Hime i jej tatę Gotou Kakushi. Wydarzenia w których jest on na pierwszym planie wiążą się ściśle z jego pracą jaką jest twórcą mang, a także faktu, że się tego wstydzi i stara ukryć przed własnym dzieckiem.

Natomiast Hime jest hmm, kimś w rodzaju postaci „wspierającej” (sapport). Albo lepiej, można powiedzieć, że dzięki niej mamy większość dowcipów sytuacyjnych jakie będzie dane wam zobaczyć w tym anime.

Sama groteska właśnie opiera się na tym, że bohaterowie źle interpretują wypowiedzi ludzi z którymi rozmawiają. Polecam szczerze przyjrzeć się relacją Gotou sensei i jego edytorowi Tomaruin Satsuki. Relacje między nimi są naprawdę „oryginalne”.

Wielokrotnie schemat ten się powtarza w różnych sytuacjach. Dlatego mamy tu symboliczny, ale jednak jest mini harem. Wychodząc naprzeciw waszym obawom uprzedzam, że jest to marginalny wątek w którym mamy różnego rodzaju perełki.

Zapyta się ktoś, czemu bycie mangabą jest czymś co należy ukrywać? Zawód jak każdy inny, istotniejszą sprawą jest to jaki gatunek się tworzy. Co prawda nie są to hentai'e, ale niewiele temu do tego brakuje, bo mowa tu o ecchi. Najprościej rzecz ujmując jest to ugrzeczniona wersja.

No dobrze, a czy oprócz tego coś jeszcze jest? Nawet sporo, kolejną porcję dobrej komedii zapewnia nam  relacje między dwójką protagonistów. Kochany tatuś, który jest nadopiekuńczy będzie za każdym razem stawał na głowie, aby spełnić potrzeby Hime – chan.

Nie muszę wspominać, że będzie błędnie odbierał komunikaty od niej? Będzie skutkowało różnymi ciekawymi sytuacjami. Ale jak  na to nie patrzeć cały czas kieruje się jej dobrem i wywróciłby cały świat do góry nogami, aby zapewnić jej byt i bezpieczeństwo.

Co do samej Himy – chan jest jak to tego typu postać wyidealizowana do granic możliwości. Prawdziwy chodzący ideał. Warto jeszcze poświęcić choć parę słów wesołej gromadce, która pojawia się we wszystkich dwunastu odcinkach.

O naczelnej gapie już pisałem, nie zabraknie jeszcze innych ciekawych osobowości jak: Sumita Rasuna, Ami Kakei drogie panie zawsze zapewniają ciekawy komentarz do tego co się dzieje w pracowni.

Co prawda są też i inni asystenci, ale ci w sumie są tu bardziej dla urozmaicenia i parytetów. Warto wspomnieć o postaciach, które są tylko epizodyczne. Modoludz, czyli nikt inny jak transseksualny sprzedawca sklepu z odzieżą Mario.

Trudno mi się odnieść, czy jest to stereotypowy sposób przestawienia ludzi z LGBT. Jedno jest pewne nie mamy tu do czynienia z „płapką”. Sam Mario jest całkiem sympatyczny i nie można mu nic zarzucić.

Przejdę teraz do drugiej części tej, którą można zaliczyć wyłącznie do dramatów. Byłem naprawdę zaintrygowany tym co tam pokazali. Solidny kontrast i całkiem inna narracja. Panna Hime w końcu poznaje sekrety rodzinne, które nie ograniczają się do bycia twórcą mangi.

Początkowo trochę się to dla mnie kłóciło. Nie pasowało do tej całej sielanki, którą byliśmy „karmieni”. Z odcinaka na odcinek apetyt rósł i pytanie, czy aby na pewno? Wydarzenia tam opisane, są jak najbardziej autentyczne, co dodało jeszcze większej wiarygodności.

Samo zakończenie mnie w pełni zadowoliło. Zamknięto wszystkie wątki tak, aby stworzyły spójną całość. Mogę z spokojnym sercem polecić wam  Kakushigoto.

Na sam koniec muszę koniecznie wspomnieć, o bardzo dobrym intrze i jeszcze lepszym jeśli nie jednym z najlepszych endingu jaki dany było mi zobaczyć w tym roku. Sama piosenka Kimi wa Tenneniro wykonana przez Eiichi Ootaki to klasa sama w sobie.

Ocena końcowa 8/10.

 

 

Share:

Recenzja Guitar Hero Live

Gry imprezowe to produkcje przeznaczone na prywatki, czy jak kto woli domówki. Może być to karaoke lub gra rytmiczna, ale co jeśli chcemy zagrać sami?

Na to pytanie próbowało odpowiedzieć Activision wydając ostatniego Guitar Hero Live, które jest reedycją z Ps3. Wersją o której będę tu pisał pochodzi z wersji na Ps4.

Powodem dla której sięgnąłem po ten tytuł jest tryb ćwiczeń rytmicznych w Ring Fit Adventure, ok. którym już pisałem jakiś czas temu.

Z pozoru wydaje się, że jedno nie ma nic wspólnego z drugim, a gra fitness bardziej przypomina tytuły z serii Just Dance. Jest jednak pewne podobieństwo w postaci „odtworzenia” odpowiednich symboli, które spadają w kierunku gracza.

Dość już tego wstępu przejdę do samej gry Guitar Hero Live W tej części devowie postawili na mocne zmieniony w gameplay'u. Zrezygnowano z koncertów wykonywanych przez Npc na rzecz filmów z "prawdziwych" występów.

Nie zapomnę jak rozpocząłem singlową kampanię. Na początek włączyłem te z UK. Akcja zaczyna się zawsze od kulis, aż potem wejście na estradę. Wszystkie ujęcia są filmowane z perspektywy gitarzysty w którego się wcielam. 

Pierwszy i pewnie jedyny raz poczułem autentyczną tremę stania przed ogromną publicznością. Następnie zaczyna się sam występ i już nieco bardziej „tradycyjna” rozgrywka. Tutaj też zaszyły sporoe zmiany.

Sam instrument już nie ma pięciu przycisków, a sześć. Zostały one ułożone w dwóch rzędach po trzy. Dało to w sumie wrażenie grania na prawdziwym instrumencie. Samych kombinacji też nie brakuje.

Zależnie od wybranego poziomu trudności miałem co innego. Sama gra posiada samouczek, który ma wprowadzić w arkany GHL, ale robi to dość miernie. Zacząłem wiem przerabiać to na tak zwany chłopski rozum.

O ile same oznaczenie szybko dało się ogarnąć to przyzwyczajenie się do samej rozgrywki już wymagało nabrania pewnej wprawy. Gdy szło mi dobrze włączał się wesoła wersja koncertu. Nie muszę mówić co się dzieje jak idzie inaczej.

Grając na poziomie niedzielnego gracza nie zwraca się na te zmiany uwagi, chodzi mi o sam efekt przejścia. Natomiast już na normalu potrafi się to zmieniać już dość szybko. Pomysł na taką formę „graficzną” jest jak najbardziej dobry.

Miałem okazję zagrać trochę w starsze odsłony, które dokupiłem niewiele później po tej części. Różnica jest bardzo odczuwalna, a zwłaszcza jak nie trzeba patrzeć na wokalistę, który śpiewa „wieloma głosami”.


Z drugiej stronny jeśli ktoś nie prezentuje wysokiego poziomu i musi przyłożyć większą uwagę na to co się dzieje na gryfie to nie zauważy tych wszystkich bajerów grania na koncercie.

Odnoszę wrażenie, że trochę poszła para w gwizdek, ale z tego co się dowiedziałem postawili wszystko na jedną kartę. Generalnie wszystkie te filmy są dość wyidealizowane, albo ugrzecznione.

Poziom jaki sami aktorzy też nie jest równy jednakowo. Niektórzy zachowują się tak jakby mieli jakąś głupawkę lub widzieli gitarzystę po raz pierwszy, choć są w jednym zespole. Są to oczywiście wyjątki, które rzucają się w oczy dopiero jak się maksuję grę.

Jeśli ktoś z was się zdecyduję na jednorazowe odbębnienie tego to nie zauważy takich bubli. Nic jednak nie przebije robiącej selfi fanki z wyłączonym telefonem.

Co do plusów takiej formy. Poszczególne występy różnią się i to mocno od siebie i gdzie nigdzie dzieje się coś ciekawego. Dzięki temu magia trwa przez te parę godzin. Po nabraniu skilla i podniesieniu poprzeczki, Guitar Hero Live zaczyna pokazywać pazura.

Zastrzegam, że są to wrażenie z pespektywy osoby, która pierwszy raz miała styczność z tego typu grami. No ok., jak już trochę się pogra można zobaczyć trochę dziwnych rozwiązań w rozkładzie nutek.


W czterdziestu pięciu piosenkach jakie ograłem mamy szybsze lub wolniejsze utwory, co jest naturalne. Problem pokazuje się jak przy stosunkowo spokojnym kawałku liczba dźwięków jest spora i szybka.

Trochę się to kłóci ze sobą i tworzy swojego rodzaju roztrojenie. Innym ciekawym czynnikiem zmiennym lub kłopotem natury technicznej jest odczyt wciskanych przycisków. W jednym utworze wymagany jest jedynie równoczesne przyciśniecie spustu i klawisza na gryfie, a innym razem dłuższe przytrzymanie.

Co ważniejsze nie mówię tu o solówkach, a pojedynczych akcentach. Ostatnią wadą o jakiej chciałbym tu napisać jest brak możliwości przewijania materiałów wideo. Jeśli zapragnie się maksować poszczególne piosenki to zalecam przejścia do „szybkiej gry”, gdzie będzie się dało ustawić własną play listę.

W GHL oprócz samej kampanii był też tryb Tv, gdzie leciały teledyski z piosenkami. Wydawca wyłączył to podajże w 2017 r. Z braku możliwości ogrania tego nie jestem wstanie nic napisać.

PodsumowującGuitar Hero Live to bardzo dobra produkcja przy pierwszy podejściu. Natomiast jak się zapragnie wycisnąć z niej wszystkie soki to zaczynają wychodzić pewne niedociągnięcia. Nie zmienia to faktu, że jestem teraz bardzo zainteresowany tą gałęzią gamingu. Ocenę wystawcie sami …

 

  

Share:

Recenzja Rocky Balboa

Panie i Panowie po mojej prawej mistrz wagi ciężkiej Rocky „Włoski Ogier” Balboa. Natomiast w lewym rogu ringu złamasy, którym spuści sowite lanie.

Sylwester Stalone legenda amerykańskiego kina. Kto nie zna tego aktora? Pewnie nikt, siłą rzeczy. Zasłynął z wielu ról jak Rambo, czy Frank Leone z filmu Osadzony.

Jednak najbardziej kojarzony jest z serii filmów Rocky w którym zadebiutował w 1976 r. Ciekawostką jest fakt, że pierwsza wytwórnia chciała odkupić prawa do scenariusza za ponad 100 tyś dolarów, a po postawieniu warunku zagrania głównej roli kwota to spadła do 35 tyś zielonych.

Dość o historii przejmy do recenzji. Wbrew pozorom nie będzie tu mowa o pierwszej części, a o szóstej miejącej premierę w 2006 r.

Nie będę ukrywał, że jestem fanem Stalona i miałem nie małe oczekiwania przed seansem. Między częścią piąta, a ostatnią w której Rocky staje na ringu minęło szesnaście lat. Odtwórca głównej roli był już wtedy po sześćdziesiątce.

Jak poradziła sobie z tym problem ekipa filmowa i sam zainteresowany? Co tu dużo mówić… Świetnie, genialnie wprost doskonale. W całej produkcji czuć wszystko co najlepsze, a dla samych fanów nie zabraknie kultowych momentów, które będą chwytać za serce.

W Rocky Balboa mamy wiele wątków, lecz te główne kręcą się wokół relacji między protagonistą, a jego synem. Natomiast drugi, a jakże dotyczy ostatniej walki jaką ma stoczyć z aktualnym mistrzem świata. W tą rolę wcielił się Mason "The Line" Dixon, który jest prawdziwym bokserem.

Zapytacie jakim cudem emerytowany mistrz wrócił na ring? No cóż, media lubią emocje, a jak lepiej podsycić je nie robiąc symulacji, kto wygra? Jak to powiedział prowadzący po wprowadzeniu do „super komputera” odpowiednich danych, zweryfikujmy to.

Przelała się pała goryczy, czara znaczy się i rozpoczęto przygotowania do rzeczywistego rozstrzygnięcia tego problemu. Nie będę już streszczał co i jak, bo może ktoś jeszcze nie oglądał i zepsułbym mu lub jej zabawę.

W Rocky Balboa nie uświadczymy scen rodem z Poza zasięgiem z rewelacyjnym Steven Seagalem co to nie. Mamy tu bardziej stateczne sceny narracyjne (cokolwiek to znaczy). Mówiąc językiem ludzkim spokojne ujęcia miejące przemówić do naszej psychiki, dać motywację do działania.

Rocky mógłby być trenerem motywacyjnym, bo raz ma żelazną wolę, a dwa co chwilę „wypluwa” z siebie jakieś mądrości z którymi nie da się nie zgodzić.

W ciągu seansu mamy też sporo wspominek, które z jednej strony pozwalają przypomnieć nam  ciekawe wydarzenia, a z drugiej strony widzimy jaki aktualnie jest główny bohater.

Co do wątku ojca z synem, tutaj jest ciut gorzej. Ukazane relacje są wrzucone tu trochę na siłę, aby dopiero na sam koniec zaczęły się rozkręcać. Problem między nimi jest dość klasyczny.

Rocky Jr. żyje w cieniu ojca i to mocno wpływa na to jak do siebie podchodzą. Trudno się na ten temat rozpisywać, bo mamy tylko drobne wstawki i nic poza tym. Mimo to jest to wątek, który w jakimś stopniu uzupełnia całość i dopełnia obraz Rock’iego.

Podsumowując. Jeśli jesteście fanami Włoskiego Ogiera to śmiało obejrzycie, bo nie jest to film niskich lotów, a dzieło sztuki przez wielkie S. Ocena końcowa może być tylko jedna 9/10. 

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie