• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Life is Strange: Before the Storm (PC)

Życie mamy tylko jedno, a pewne rzeczy możemy zrobić wyłącznie raz. Zacznijmy więc tę opowieść przed burzą, która dopiero nadejdzie...

Przed Wami druga część jednej z najlepszych gier, jakie miałem okazję zagrać – Life is Strange. Ale uwaga – to nie sequel, lecz prequel serii. Moi drodzy, oto Life is Strange: Before the Storm, wydane w 2017 roku przez Square-Enix i stworzone przez Deck Nine.

Kiedy słońce zastąpi deszcz

Do tej produkcji podchodziłem z dużą rezerwą. Wahałem się, czy w ogóle warto zagrać. Brzmi to pewnie dziwnie, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają moją recenzję pierwszej części. Tamta odsłona Life is Strange po prostu miażdżyła swoją wielkością!

Jednak kiedy dowiedziałem się, że za prequel nie odpowiada DONTNOD, tylko studio Deck Nine, pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem poczekać na wydanie całego sezonu. Ostatecznie zaopatrzyłem się w edycję deluxe, która zawierała bonusowy epizod „Żegnaj”. A teraz zobaczmy, czy rzeczywiście było coś przed tą burzą…

Zagrajmy w grę... 

Akcja gry odbywa się w tym samym mieście co pierwsza część, czyli w Arcadia Bay. Kto by mógł się spodziewać, że powrót na stare śmieci, będzie tak fajny. Mamy tu w sumie ponowne wykorzystanie tych samych miejsc, ba mało tego, nawet ujęć, które będą mrugnięciem do fanów tej serii. Nie martwcie się, cała kampania nie będzie wielkim backtracking'iem. Będą to jak wspomniałem wyżej znane miejscówki, ale ukazane z innej perspektywy. Ujrzymy parę nowych lokacji w mieście, jaki i w domu Chloe, która jest główną bohaterką. No, skoro wspomniałem już o niej, to też została "odświeżona". Ci z was, którzy polubili ją za pozytywnie zakręcony charakter i skłonność do ryzyka będą mieli okazję zobaczyć jej inne oblicze. Chloe jest bardziej nieśmiała i mniej skłonna do grania pierwszych skrzypiec. Nie będzie to spoilerem kiedy wspomnę, że jej ojciec nie żyje. Jest to dość istotny fakt, bo na tym etapie protagonistka bardziej odczuwa stratę bliskiej dla niej osoby. Autorzy starali się to podkreślić poprzez nawiedzające ją sny i tu pokazali klasę. Temu elementowi LiS mógłbym dać z czystym sumieniem maksymalną ocenę.

Tu byłem, lecz odszedłem    

Jakby fabuła Life is Strange: Before the Storm poszła tą samą drogą co jej poprzedniczka. A miałbym ocenić tę grę w kilku słowach to powiedziałbym, że jest to niemalże idealna "imitacja" pierwowzoru zawierająca wszystko to, za co pokochałem oryginał. Niestety jest inaczej, co prawda nie zawiodłem się, ale "opadu szczęki do Chin" nie było. Czułem się tak, jakbym grał w tę produkcję po raz drugi lub trzeci, a największe emocje miał dawno za sobą. Po przejściu pierwszego epizodu zastanawiałem się, czy podjąłem może jakąś decyzję, której konsekwencje objawią się w przyszłości. Na szczęście na końcu jest lista naszych wyborów i wtedy dowiedziałem, które wydarzenia były ważne z punktu widzenia twórców. Żeby nie było tu pewnych niejasności, gra sygnalizowała te momenty odpowiednim filtrem i efektem dźwiękowym. Jednak brakowało mi sytuacji, na pozór nieważnych, lecz brzemiennych w skutkach. Zaraz ktoś mi wytknie, że misja z odzyskaniem pieniędzy dla Franka była przepełniona takimi zdarzeniami i w całej produkcji znalazłoby się ich więcej. Tylko jakoś nie mogę sobie ich przypomnieć. Prócz kilku głównych, tych mało istotnych.

Szach mat!    

Nie winię za to Deck Nine, bo mieli oni związane ręce. Dużo wydarzeń nie mogło się potoczyć inaczej z tego powodu, że DOTNOT już ustaliło ich zakończenie, przez co Chloe musiała wylecieć ze szkoły itp. Twórcy mieli małe pole do popisu, co nie zmienia faktu, że przydałoby się więcej wyborów, które mogłyby mieć w tej historii większe znaczenie. To co zrobili bardzo dobrze, to odtworzenie stylu twórców oryginału. Bohaterowie są wyraziści, przez co łatwo się z nimi utożsamiać. Czarne charaktery też są wiarygodne i takie prawdziwe. Dzięki temu oglądamy ten "interaktywny film" z zainteresowaniem. Warto się odnieść do przedstawionych tu relacji między poszczególnymi postaciami. Nie są one proste w swej budowie, wprost przeciwnie, mamy tu do czynienia ze sporą złożonością, ale dzięki różnorodności w dialogach, które możemy wybierać, mamy możliwość przeprowadzenia ciekawych rozmów.

Ale, o co chodzi?

Artykuł ten przybrał dość "dziwną" formę, bo odszedłem całkiem od schematu w jakim dotychczas pisałem i nawet nie wspomniałem o czym jest gra. Fabuła opowiada o przyjaźni Chloe i Rachel Amber. Wspólnie z "zaginioną" z pierwszego LiS odkrywamy sekret jej rodzinny i kłamstw jej ojca. Nie zabraknie też trudnych tematów, jak nowy partner rodzica, który zajmuje miejsce poprzedniego. No i co się z tym wiąże, buntu dziecka wobec tego typu zdarzeń. Tematyka narkotyków też została poruszona, ba nawet z nią wiąże się samo zakończenie gry. Niestety, moim zdaniem potraktowano ten wątek jedynie jako tło dla akcji. Generalnie starano się wypełnić ten tytuł trudnymi problemami i pokazać je w rzetelny sposób, lecz czułem niedosyt i brak ostatecznych szlifów. Co do mechaniki gry, jedyną nowością jest tu walka na riposty, które zastąpiły cofanie czasu. "Potyczki" polegały na odpowiednim słuchaniu przeciwnika i właściwym dobraniu odpowiedzi. Do grafiki i podkładu dźwiękowego nie będę się odnosił, bo mamy tu to samo, co w poprzedniej części. Jeśli więc wam się tamta oprawa audiowizualna podobała, to ta też przypadnie do gustu. 

Czy warto kupić Life is Strange: Before the Storm? Tak, mimo małej liczby wyborów w grze, to wciąż dobra odsłona tej serii. Nie czułem się zawiedziony i nie żałuję zakupu. Dużym plusem są rozwinięcia pewnych wątków, które już dobrze znamy, np. czemu Chloe ma niebieskie włosy. Nie zabrakło też genialnych kadrów rzucających się w oczy tym, co grali w powszednią część. Zapewne zauważyliście, że czasami dodaję ocenę liczbową, a robię to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź na zadane powyżej pytanie. Moja ocena za całą produkcję to 8/10.

A was LiS:BtS przekonał do siebie i wywołał szybsze bicie serca? Napiszcie, jak odbieracie tego typu produkcje, które nie unikają poważnych tematów.

No i na koniec ogłoszenie parafialne. Komentujecie i klikajcie na tę niebieską łapkę w górę :D

Share:

Recenzja Assassin's Creed Chronicles: China (PC)


W ostatnim czasie przebyłem wiele wysp łapiąc kieszonkowe stworki. Sądziłem, że to już koniec polowania. Myliłem się, to była rozgrzewka przed czymś znacznie większym! Posłuchajcie...

Seria Assassin's Creed towarzyszy nam od lat, jednym się podoba, a innym nie. W ostatnim czasie wyszła dość odświeżona wersja przedstawiająca początek Bractwa Skrytobójców. Jednak to nie AC Origin będzie tematem tego tekstu, a spin-off serii. Pozwólcie, że zaprezentuję wam Assassin's Creed Chronicles: China, pierwszą część trylogii. Normalnie dokończyłbym, że odpowiadał za nią Ubisoft, lecz tym razem jest to ktoś inny. Twórcami tej odsłony jest Climax Studios. A teraz sprawdźmy, czy udało im się zrobić coś interesującego.

Pokaż kotku co masz w środku!

Jak nakazuje stara chińska tradycja recenzję zaczyna się od fabuły. Historia rozgrywa się w państwie środka. Wcielamy się w assassinke Shao Jun, drugą skrytobójczynię, która wystąpiła w serii AC. Tytuł pierwszej damy w całym bractwie przypada oczywiście Aveline de Gandpré. Przejdźmy jednak do meritum, historia przedstawiona w AC China nie powala. Dość często jak już o tym pisałem na blogu, mamy tu do czynienia z tłem, jakąś formą motywacji pchającą nas do przodu (jak w Mario). Budżet tego tytułu był wyraźnie mniejszy, co paradoksalnie wyszło na plus. Przerywniki to szereg pięknych obrazów przedstawiających  nam sytuacje, które rozgrywają się przed naszymi oczami. Warto wspomnieć, że bohaterowie są wyraziści i zdecydowanie dążą do swoich celów. Dzięki temu łatwo zrozumieć, np. poczynania głównej bohaterki, pałającej zemstą do Zakonu Templariuszy. W ciągu całej kampanii nie ma za dużo zwrotów akcji, więc na tym zakończę omawianie tego tematu.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=297425
Małymi kroczkami do celu    

Przyjrzyjmy się teraz rozgrywce. Byłem nią naprawdę zaskoczony i to pozytywnie! Wreszcie miałem okazję zagrać w skradankę, a nie parodię Prince of Persia. A jak o księciu mowa, to kamera wróciła na swoje miejsce i obserwujemy wszystko z boku, tak jak w PoP'a, w pierwszych odsłonach wydanych w latach 80 i 90-tych. Odczułem miłą odmianę i chęć kombinowania w przechodzeniu poszczególnych poziomów. Twórcy dali też coś na zachętę, nasze poczynania są oceniane i możemy ukończyć lv jako: cień, assassin lub zabijaka. W pierwszym przypadku chodziło o bycie nie wykrytym przez nikogo. Druga opcja wymagała także braku wszczęcia alarmu, ale dopuszczała już skrytobójstwa, trzecia to klasyczne "huzia na Józia". W trakcie kampanii napotykamy najróżniejszych przeciwników, od zwykłych żołnierzy, kuszników, do ciężko opancerzonych wojów. Walka z nimi nie jest prosta, bo obrona protagonistki jest kiepska, a do tego mamy bardzo mało życia. Na szczęście wraz z upływem czasu dostajemy nowe triki, które umożliwiają rozprawienie się z wrogami w dość szybki sposób. Przeciwnicy są z jednej strony tępi, bo nie zauważą nas jak kucamy pod ścianą, a z drugiej potrafią wypatrzeć nas w kryjówkach, gdzie staramy się ukryć. Od pierwszego zarzutu można ich łatwo uwolnić z tego też powodu, że autorzy nie przewidzieli takiego zachowania graczy. Położyli natomiast większy nacisk na wszelakie miejsca, w których możemy się skryć. Dodatkową, ciekawą opcją jaką dodano jest pole widzenia Npc. Nie chodzi mi nawet o widoczne stożki symbolizujące ich zasięg wzroku, a o to, że mogą spojrzeć w dół pod kątem 90 stopni. Napsuło to krwi i to niemało, i jednocześnie cieszyło, że ktoś się postarał dodać coś nowego.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=289299
Starego psa nie nauczy się nowych sztuczek   

Co do reszty spraw dotyczących mechanik tego spin-offa, to mamy tu wszystko to samo co w dużych odsłonach. Przejdźmy teraz do grafiki i podkładu dźwiękowego. Cała gra wygląda jakby została namalowana przez zdolnego malarza. Nie dość, że to miła odskocznia, to jeszcze cieszy oczy. Poprzez tę zmianę klimat gry nabrał rumieńców, a podkład muzyczny pieścił uszy, nie próbując wyjść na pierwszy plan. Pochwalę też efekty dźwiękowe, kroków, skrzypiącej podłogi lub broni. Wszystkie te elementy pięknie się komponują i dają spójną całość.    

Czy warto kupić Assassin's Creed Chronicles: China? Jasne, że tak, to dobra produkcja, która zdaje sobie sprawę czym jest. Czas jaki nam zabierze to zaledwie 6 godzin, przez to nie zdąży się znudzić. Ubi powinno się od nich tego uczyć. Lepsza dobra i krótka gra niż rozciągnięta do granic możliwości. Jeśli znajdziecie AC China w dobrej cenie, zakupcie bez obaw.

A wam seria się przejadła, a może czekacie na kolejną odsłonę?

Lajkujcie i komentujcie, wasze wsparcie jest dla mnie bardzo ważne :D
Share:

Recenzja Pokemon Moon

Każdy z nas lubi wracać do czasów, gdy wszytko było miłe, fajne i przyjemne, (czyli do okresu tak dawnego, że zdążyło się już zapomnieć o gorszych momentach). Pamiętam, tak jakby to było wczoraj, Pokemony były hitem, numerem jeden na rynku! No i każdy dzieciak chciał je mieć. I właśnie z tego sentymentu sięgnąłem po najnowszą odsłonę tej starej serii wydaną na konsole z rodziny 3 Ds.

Pewnie się zastanawialiście, czy Mario będzie jedyną grą od dużego N na tym blogu, otóż nie! Ja dopiero się rozkręcam moi mili. Nostalgia wzięła nade mną górę i postanowiłem zrecenzować Pokemon Moon wydane w 2016 r. Podszedłem do tego tytułu bez oczekiwań. Stara zasada mówi: ten kto da się ponieść hype train'owi ten srogo się zawiedzie. A teraz przejedzmy do oceny tej produkcji.

Tropiki to takie małe miki
Akcja dzieje się na wyspach Alola, które są wzorowane na Hawajach. Początek gry, jak i cała historia nie porywa, ale na szczęście jest na tyle dobra, że nie nudzi. Główny cel kampanii dzieli się na dwa istotne wątki. Pierwszy stary jak świat, staramy sie być najlepszym trenerem pokemon na świecie, a drugi to ultra bestie i organizacja, która chce przejąć nad nimi kontrolę. Skupmy się wpierw na tym pierwszym, na byciu czempionem. Mimo swojego neutralnego podejścia, gdzieś w głębi duszy liczyłem na zdobywanie odznak od lokalnych liderów. Kto pamięta pierwszą serię anime o kieszonkowych potworkach, ten zrozumie.

Game Freak podeszło do sprawy nieco inaczej, lecz zacznijmy od początku. Na starcie wybieramy jednego z trzech pokemonów. Szkoda, że nie było tam Pikachu. W ciągu całej gry będziemy przemierzać wyspy, na których lokalny lider (kahuna) sprawuje kontrolę, ale żeby nie było zbyt prosto, trzeba pokonać kapitanów i ich totemowe pokemony. Każdy z tych etapów nazwany jest trialem, czyli wyzwaniem. Będę szczery i subiektywny, wszystkie one były z grubsza takie same. Na szczęście nie brakło wyjątku, ale nie będę wam psuł zabawy i sami je ocenicie. Na samym końcu, o zgrozo, mamy recykling tego, co już znamy, czyli znowu walczymy z tymi samymi przeciwnikami, a jak dodać do tego mechaniki walki to wyjdzie nam pokemonowa wersja Dark Souls z tą różnicą, że w DS liczy się skill, a tu szczęście i statystyki.

https://www.gry-online.pl/S055.asp?ID=334532
Zespół R znowu błysnął!!!
Pragnąłbym poświęcić osobny wątek pewnej małej, acz istotnej sprawie. Wśród antagonistów trafimy na gang zwany Drużyną Czaszki (Team Skull) do bólu przypominający mi zespół R, który z uporem maniaka starał się porwać Pikachu. Początkowo spotykamy tylko dwóch członków tej grupy (stąd to skojarzenie). Jednak wraz z rozwojem sytuacji okazuje się, że jest ich więcej i nawet mają w miarę ciekawą reprezentację, nie wliczając w to grono ich szefa, bo to był zbyt przerysowany bohater, nie wykazujący żadnych refleksji po przegranych pojedynkach. Chodzi mi oto, że nieważne ile razy z nami przegrał, to i tak zachowywał się jakby było na odwrót. A teraz przejdę do sedna tematu, czyli do mechaniki gry, bo tu jest o czym pisać.


Jedna tura dla mnie, pięć dla Ciebie, LOL  
Ech, jak na razie przedstawiam Pokemon Moon w szarych barwach. No ok, powiedzmy, że jest to solidny średniak, a teraz przejdźmy do systemu walki. Pojedynki są tu turowe, co daje nadzieję na interesującą i uczciwa rozgrywkę. Niestety losowość, która została zaimplementowana, potrafi napsuć krwi. Początkowo nawet nie zwraca się na nią uwagi, bo pojedynki są proste i szybkie. Po pewnym czasie nabiera się przekonania, że wszystko sprowadza się do zwykłego przeklikania tych "potyczek". W drugiej połowie gry przekonałem się, że jest inaczej. 

Oczywiście dotyczy się to tylko określonych pojedynków z bossami. Postaram się wam przedstawić sprawę jaśniej. System w Poksach zalicza atak i jego skutki w sposób losowy, tak jak przy rzucie kostką. Jednak powiedzenie kostka to za mało, bo ma się wrażenie, że użyto wielu kości. Zależnie od tego co się wylosuje, istnieje możliwość zaatakowania więcej niż raz z rzędu. Dopóki walki przechodziło się z palcem w miejscu gdzie plecy tracą szlachetność, nie zwracało się uwagi na to, że przeciwnik miał po dwie czy trzy akcje, jedna za drugą, bo i tak szybko padał.


W samo południe
Sytuacja zmieniła się po wprowadzeniu walk dwóch na jednego. Z jednej strony potyczki zrobiły się ciekawsze, ale od razu w oczy zaczął się rzucać fakt, że gra oszukuje. Normą było, że wróg miał dwa, a nawet cztery ruchy z rzędu, a nam dano maksymalnie dwa i to tylko czasami. W sumie zaczęło przypominać mi to grę Civ na najwyższym poziomie trudności, gdzie tylko w określonych warunkach dało sie wygrać, bo przeciwnik kantował na wszystkim jak leci. A teraz wróćmy do Pokemonów. Wspomniałem o dodatkowych efektach, a mowa tu o paraliżu, dezorientacji, truciźnie, uśpieniu itp. 

Zależnie od widzimisię systemu, dany efekt będzie działał lub nie. Jeśli się nie uda, to zobaczymy prawie to samo z tą różnicą, że oprócz widocznego komunikatu na pasku życia, dostaniemy dodatkową widomość, a potem możemy spokojnie wykonać ruch. Randomowość walki jest o tyle irytująca, że wroga nie można pokonać nie dla tego, że jest lepszy, a przez to, że miał więcej szczęścia. Jeśli się uprzemy, to w końcu się to uda. "Karta" będzie nam szła i wygramy, a potem udamy się do PokeCentrum i wyleczymy naszą drużynę. Na samym końcu kampanii czeka nas "maraton uśmiechu" i dużo grindu.


Muk, eee beee, nie to, nie to
A teraz skomentuję nieco mniej ważne elementy gry, czyli oprawę audiowizualną. Potworki doczekały się odświeżenia względem swoich pierwowzorów, co niektórym wyszło na dobre np. Marowak, a innym nie (tak myślę o Mr. Mime). Grafika jest ładna i dobrze oddaje anime. Muzyka jaka towarzyszy nam przez całą produkcję jest znośna, ale nie zapada w pamięć. Zabrakło mi jednak jednej rzeczy, czyli oryginalnych głosów Pokemonów. Zamiast tego mieliśmy jakieś bida elektro podobne odgłosy. Jedynie Pikachu ma swój głos i grimer, tylko coś mu się pomyliło i mówił muk (nie miałem okazji sprawdzić wszystkich pokemonów).

Czy warto kupić Pokemon Moon? I tak i nie. Z jednej strony przez większość gry mamy to o czym marzyło się jako dziecko, a z drugiej bardzo chaotyczny system turowy. Jeśli przeliczacie wydane pieniądze na godziny, to dostaniecie co najmniej 30 godzin gry nie licząc czasu, który można poświęcić na poszukiwanie kieszonkowych potworków, których nie posiadacie. Inna sprawą jest to, że ceny gier od Nintendo nie spadają, więc możecie darować sobie czekanie. Z braku możliwości odniesienia się do poprzednich odsłon tej serii, daję 7/10.

A wy upolowaliście Abre, a może Huntera? Podoba się wam ten tytuł, a może pogrywacie w nowszą wersje Yo-Kai Watch?

Wiem, że się powtarzam, ale przypominam o łapkach w górę i komentarzach.
Share:

MMORPG vs Solo zabawa - czy można tak grać?



Dawno już nie pisałem, a dziś postanowiłem coś skrobnąć. Czasu mam co prawda mało, ale gdzieś z tyłu głowy krystalizował mi się temat. Otworzyłem szafkę z grami i mnie oświeciło...

CZY W GRY MMORPG DA SIĘ GRAĆ SAMEMU!?

Czym są te gry, to zapewne wie każdy. Ale tak na wszelki wypadek podam krótką definicję dla tych, którzy mogli jeszcze nie słyszeć o tym gatunku, (o ile jest to możliwe). Rozwinięcie tego skrótu wygląda tak: Massively Multiplayer Online Role Playing Game. Wyobraźcie sobie, że gracie w jakieś rpg np. Skryim lub inną Personę. Jednak zamiast być samemu,  to widzimy wokół siebie  setki, jeśli nie tysiące "żywych" bohaterów kierowanych przez ludzi. Każdy biegnie w swoją stronę lub stoi przy stacjach craftingowych, ewentualnie przy domu aukcyjnym. Wszystko co się dzieje zależy od nich, od graczy, a ty nerdzie miły nie jesteś już pępkiem świata, a jedynie trybikiem. Pardon, jesteś wolnym duchem, który może iść tam, gdzie go nogi poniosą. Przeżywamy przygody, które wymagają współtowarzyszy, bo w końcu jest to multiplayer. Wszelkie mechaniki w klasycznej (patrz World of Warcraft) wersji MMORPG tak są zrobione.  


No dobra, przejdźmy do samego tematu. Tak jak pisałem powyżej, produkcje z tego gatunku były kiedyś bardzo nastawione  na posiadanie zgranej paczki, bo bez tego ani rusz. Wiem co mówię, bo gram w nie od 2009 r. Teraz to się zmieniło i społeczność obrała nieco dziwną drogę. Zaraz wyjaśnię, co mam na myśli. Przede wszystkim gra nadal opiera się na pracy zespołowej, więc wydawało się, że całość powinna działać po staremu. Otóż nie! Ludzie mają coraz mniej czasu i nie tylko tego im brak... Czuję, że zaczynam odbiegać od głównego wątku, a raczej, że kołuję gdzieś wokół niego. Tematem tego tekstu jest, czy można grać w MMORPG samotnie. Z własnego doświadczenia powiem, że tak, można. Zapewne na takie twierdzenie, ktoś odpowie, że od tego są gry single player. W sumie można się z tym zgodzić, ale postaram się przedstawić swój punk widzenia. Wbrew wszelkim pozorom w MMORPG coraz częściej mamy do czynienia z czymś, co nazywam graniem obok siebie. Chodzi o to, że gracze nie mają specjalnej chęci łączenia się w gildie, klany, legiony itp. Tak wiem, że to tak zwana gadka ogólna, ale pragnę zauważyć, że ludzie z kraju kwitnącej cebuli mają ciekawą skłonność do szybkiego dzielenia się na podgrupy, działające osobno w ramach jednej drużyny. 

Kolejnym elementem jest komunikacja. Kiedyś wystarczył chat, pisało się między sobą i to wystarczyło. Na szczęście weszły komunikatory internetowe, np. Teamspeak. Wiecie, co mnie wtedy najbardziej zdziwiło? Cisza. Nikt tam się nie zalogował... Tak, może zaglądałem tam w niewłaściwym czasie, lecz nie w tym leżał problem. Gdy teraz przelewam swe myśli do tego artykułu, to się dziwię, że nie rzuciłem wtedy tego wszystkiego w cholerę. Wpływ ludzi mocno wpływa na samotne wilki. Innym ciekawym zachowaniem była tak zwana "dobra atmosfera i pomoc nowym". Proszę o chwilę przerwy, bo muszę się przestać śmiać. Jeśli graliście w Gw2, czy inne MMO, to często mogliście czytać ogłoszenia: Gildia XYZ rekrutuje aktywnych graczy. Jesteśmy gildią pvx, zapewniamy pomoc przy instancjach i fractalach, po więcej info piszcie na priv. Oficerowie, którzy się tym zajmowali oczywiście szybko odpisywali, ba, od razu wysyłali zaproszenia. 

A potem, a potem... NIC! Można było dostać nawet coś innego, ochrzan, czemu dołączasz bez wiedzy potrzebnej do grania. A strategi i taktyki można się nauczyć z yt lub od wujka Google. Aż skrzydła rosną od takiej "zabawy". No widzę, że niedługo zmienię tytuł tego tekstu na: ciemna strona polskich graczy sieciowych. Jednak samozaparcie pozwoliło iść dalej. Stopniowo uczyłem się mechanik, aż w końcu potrzeba grania ze stałą grupą okazała się zbędna. Znajomość taktyk była wystarczająca, aby grać z randomami (czyli przypadkowymi graczami). Tylko, czy taka nauka na własnych błędach ma sens? O tak, bo wtedy się rozwijamy i odczuwamy satysfakcję z tego co osiągnęliśmy. 

Powiem więcej, granie solo ma zasadnicze zalety. Nie ma się poczucia tego, że musisz się zalogować, bo inaczej cię wyrzucą, bądź stracisz coś, chociażby okazję wypadu na rajd. Cały czas wszystko jest pod kontrolą, można robić to, co uzna się za stosowne. Nikt nie narzuca nam swojego zdania. Z jednej strony pełna swoboda i brak woli większości, a z drugiej pustka. Ale czy wybierając taki, a nie inny styl spodziewaliśmy się czegoś innego? Mamy tu wolną rękę, a jak się trafi na fajnych ludzi (a o to trudno), to ma się rewelacyjne towarzystwo, które da porządnego kopa pozytywnej energii. Odnoszę wrażenie, że nie da się tego omówić na zasadzie paru prostych zdań, bo temat jest szerszy i nie wystarczy krótko odpowiedzieć, na tak lub nie. MMORPG posiada za dużą liczbę elementów, których nie da się ominąć, gdy staramy się odpowiedzieć na to pytanie.


Kolejną kwestią jest content tworzony przez studio, które prowadzi daną grę. Ta część dotyczy już wszystkich zainteresowanych. Tutaj sytuacja jest jeszcze bardziej złożona, bo od tego zależy liczba grających. Tytuły dla jednego gracza kończą się zwykle, gdy produkt zostanie wydany i może jedynie wymagać aktualizacji błędów w nim zawartych. W przypadku produkcji sieciowych, praca zaczyna się dopiero od premiery. Zależnie od tego jak często i jakie dodawane będą nowe aktualizacje, zainteresowanie grą na rynku wzrośnie bądź zmaleje. W tym wypadku "poziom trudności" promowania produkcji znacząco rośnie, bo ile razy można robić to samo? Pozostaje jeszcze maksowanie wszystkiego co się da, a wtedy bycie samemu daje o sobie znać i to bardzo odczuwalnie. Jeśli jednak nowe pathe pokazują się w miarę regularnie i dozuje się odpowiednio sesje, to da się radę grać solo.

Podsumowując ten zawiły wywód, współczesne MMORPG coraz bardziej przypominają gry single player, gdzie stawia się na kampanie, a także na te elementy rozgrywki, które nie będą wymagać ścisłej współpracy między graczami. Tym z was, którzy grają od czasu do czasu będzie to pasowało, bo dzięki temu zyskają odskocznię od innych gier, gdzie są zawsze w centrum wydarzeń. Jednak ci co chcą osiągnąć dużo, odbiją się od tytułów z tego gatunku i wrócą na stare śmieci, aby znowu ponarzekać na tępe boty i miałką historię.

A jakie wy macie przemyślenia na ten temat? Solo czy grupa? Dział z komentarzami należy do was. 

Share:

Recenzja Mario 3D Land


Czas płynie niczym rzeka i nigdy nie wiemy co się stanie. Mogą to być najróżniejsze wydarzenia! Pora na otwarcie nowego rozdziału na tym blogu.

Tekst, który przeczytacie będzie zarówno recenzją Mario 3D Land jak i moimi wstępnymi wrażeniami z grania na New 2Ds XL od Wielkiego N. Jeśli odbierzecie ten artykuł jako felieton to się nie pogniewam, bo może przybrać taką formę. Ruszmy więc z tym tematem i zobaczmy, czy Mario wydany na konsolę z rodziny 3Ds zrobi pozytywne wrażenie na zatwardziałym PC graczu.

It’s-a Me, Mario!

Zaczęło się od, no właśnie, od tego, że po wielu latach grania na komputerze osobistym zapragnąłem czegoś nowego. Poczułem potrzebę odnalezienia innego wymiaru gamingu. Innego spojrzenie na gry wideo. Nie obce mi były produkcje, takie jak nasz Wiesiek czy Bezimienny, czy inne Gears of War. Niestety, mechaniki zastosowane tam są nam wszystkim dobrze znane z wielu produkcji, które je zapożyczyły. W końcu mnie olśniło! 

Nadszedł czas, aby sięgnąć po najdziwniejszy, jedyny w swoim rodzaju rynek naszej branży, czyli gry z kraju kwitnącej wiśni. Osobiście uważam Japonię za kolebkę tej branży. Zaopatrzyłem się więc po raz drugi w sprzęt od Nintendo, lecz tym razem świadom tego co kupuję, bo kto z was nie wspomina ciepło starego Pegazusa, który był klonem Famicoma. Od tygodnia jestem posiadaczem oryginalnej konsoli Wielkiego N i póki co jestem zaskoczony ich pomysłowością.
 

Let it go

 
Zacznę od sterowania, bo to pierwsza i w sumie najbardziej odczuwalna rzecz, gdy przestawiamy się z komputerowych kontrolerów. Sama konsola jest naprawdę poręczna, a wmontowane klawisze i grzybkopodobne elementy świetnie sprawują się w poruszaniu głównym bohaterem gry. Klawiszologia jest dość zbliżona do tej jaką mamy na padach do Xboxa. Dodam, że są też pewne różnice. Bumpery odgrywają tu większą rolę, a przynajmniej w Mario 3D Land, umożliwiając dokonywanie określonych aktywności, np. skok i uderzenie na obiekt pod nami.


YAHOO

A teraz czas omówić kampanię polegającą zapewne na tym co zawsze, czyli uratowaniu księżniczki Peach z łap złego Króla Bowser Koopa. Nie będę się tu roztrząsał nad fabułą, bo jest ogólnie zarysowana. Innymi słowy tytuł ten rozgrywką stoi. Przyznam się, że sięgnąłem po tę produkcję nie tylko z powodu wąsatego hydraulika, będącego jednym z bardziej rozpoznawanych postaci z gier, ale też przez częste wysokie miejsca jakie Mario 3D Land zajmuje u recenzentów, których sobie cenię.

 W czasie kampanii odwiedziłem liczne światy np. nawiedzone domostwa czy tereny górskie, czy inne podziemia. No i co tu powiedzieć, Nintendo zaczęło "podstępnie" atakując nostalgią. Motywy muzyczne rozpozna każdy, kto miał wspomnianego przeze mnie Pegazusa. Od tego poczułem się  sporo młodszy. Kolejny sierpowy został wyprowadzony jeszcze szybciej, gdy zobaczyłem Marianna jakiego znałem na drugim (dotykowym) ekranie konsoli. Tutaj kolejna nowość, której nie zobaczymy na komputerach. Panel pokazuje nam listę map i lokacji do których trafimy.


It's party time    

Poziomy są ciekawie zaprojektowane. Widać, że projektant pragnął jak najlepiej wykorzystać świat 3D. Co prawda w posiadanej przeze mnie konsoli efektu trójwymiaru nie ma, to i tak dostrzec można było, co autor miał na myśli. Jedyne ograniczenia jakie się znalazły w tym tytule, to możliwości samej konsoli, w końcu mamy do czynienia z handheldem. Jednak martwić się nie musicie, bo poziom trudności jest tu świetnie zbalansowany.

 A jeśli nawet trafi się trudniejszy etap, to twórcy wyciągają pomocną dłoń. I tu trafiłem na pozytywny wyjątek, od tego do czego przyzwyczaili mnie i pewnie wielu z was nasi i zachodni Devowie. Pomoc ta jest opcjonalna. Nie jesteśmy zmuszani do korzystania z niej. Nie będziemy uszczęśliwiani na siłę. Naprawdę niezwykłe jest to, że takie rzeczy potrafią cieszyć. Ok, ale na czym polega ta nieobowiązkowa pomoc? Możemy dostać strój Tanooki w wersji premium,  dzięki czemu będziemy nieśmiertelni, no prawie. Jeśli spadniemy lub dotkniemy np. lawy stracimy życie.
 

Oh noo...

Mario ma wiele zalet, lecz i wady swoje ma. No cóż, nie ma ideałów. Łyżką dziegciu jest przymusowe zdobywanie punktów (w postaci gwiazdek) do odblokowywania niektórych map. Mowa tu o opcjonalnych lv, jak i tych wieńczących dany "świat". Wielka szkoda, że takie coś wstawiono w tym tytule. Wypadałoby, aby maxowanie gry  było dobrowolne, a ujmując sprawę jaśniej, end-game powinien nam przedłużyć rozgrywkę o parę godzin. Następną wadą jest mała liczba ścieżek dźwiękowych. O, ile na początku to cud malina, to później katują nas jednym i tym samym, co niestety psuje efekt.

Czy warto kupić Mario 3D Land? O tak, warto sięgnąć po tę produkcję nie tylko dlatego, że jest to innego kalibru platformówka z własnymi pomysłami. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale opłaca się dla ślicznej grafiki, która lśni mimo tego słabego pod względem technicznym sprzętu. Póki co, poczułem lekką bryzę nieznanego mi gamngu, ale już teraz widzę, że czekają na mnie nowe doświadczenia. Ahoj, przygodo!

A jak z wami? Skusiliście się na gry od Wielkiego N, które są wciąż towarem, a nie "usługą"?

Lajki są oczywiście mile widziane ;D Napiszcie o swoich doświadczeniach z grami lub samym sprzęcie od Nintendo.

Ciekawi mnie, jak wspominacie zderzenie z ich grami?


Share:

Recenzja Crysis 3 (PC)

Pewny rzeczy się nie zmieniają. Co roku dostajemy "nowego" CoD czy innego FarCry'a. Jedni powiedzą, że to źle, a inni, że dobrze. A jeśli ktoś zapyta mnie o zdanie, to odpowiem zależnie od gry.

Nie wiem czemu sięgnąłem akurat po ten tytuł, tak wyszło. Zakończmy serię Crysis i zobaczmy ostatnią trzecią odsłonę tej trylogii. C3 zostało wydane przez Electronic Arts w 2013 r.  

Dzień Psychola, świra, znaczy się

Rozpocznijmy od historii, która mnie zaciekawiła. Oczywiście nie w tym sensie, że z wypiekami na twarzy wypatrywałem zakończenia. Wiedziałem, że dojdzie do walki z wielkim bossem lub czymś podobnym. W końcu to tylko FPS (co prawda są strzelanki z głębszą historią, ale takich jest mało), więc poszli sztampowo. No prawie, jedna rzecz była inna, nowa i oryginalna. W poprzedniej osłonie graliśmy marinsem, pseudonim Alcatraz, w Crysis 3 wcielamy się w Proroka, który powrócił do życia. Ksywa w końcu zobowiązuje. Przez całą grę miałem nadzieję, że wyjaśni się o co w tej zamianie chodzi. Początkowo sądziłem, że protagonista przyjął nowy pseudonim, bo chciał kontynuować dzieło swojego poprzednika, a okazało się całkiem coś innego. Wytłumaczyć to można dość pokrętnie.  Nonakombinezon skopiował osobowość Proroka i "wyczyścił dysk twardy" ostatniego właściciela ciała.

Jak terminatora głos  

Co do fabuły, to trzyma ona poziom. Wraca stary przyjaciel Psychol, który nic się nie zmienił od pierwszej odsłony. Przez całą grę zdążyłem go polubić. Nasz druh  jest czymś więcej niż tępym botem, który nam towarzyszy, choć zapomnę o nim, gdy tylko skończę pisać ten tekst. Nie zabrakło też wątku miłosnego, między pewną damą i zainteresowanym nią łysolem. Przejdźmy do kolejnego istotnego elementu gry, czyli dubbingu. Wypadł on znacznie lepiej niż w C2. Dobrze się słuchało głównych bohaterów. Co prawda znalazło się parę momentów, w których reżyser nie zadbał o wyjaśnienie w jakim kontekście pada dana kwestia, ale pomimo to naprawdę zrobiono dobrą robotę.


Widok, którego nie zapomnę

A teraz o grafice gry słów kilka. Na tym polu nie zawiodłem się nawet przez chwilę. Crisis 3 wygląda obłędnie. Spokojnie może konkurować z nowymi produkcjami, mimo że minęło już pięć lat od premiery. Tekstury są ostre niczym brzytwa. Żałuje, że nie grałem w C3 wcześniej, bo inaczej odebrałbym "rewelacyjne" animacje twarzy Npc w Wieśku lub Uncharted , które nie wydają się już dziś tak wspaniałe. No ok, zaczynam odchodzić od tematu. Produkcja ta niestety nie wyleczyła się ze swojej dziwnej fizyki. Zarówno w C2 i C3 ustrzeleni wrogowie zachowują się dziwnie, może to taki urok tego silnika. Co do innych wad, to okropna jest optymalizacja na maksymalnych ustawieniach. Spadek klatek jest widoczny, aż oczy bolą. Zmuszony byłem do zmiany detali na wysokie, aby mieć płynną rozgrywkę.


Pewne rzeczy się nie zmieniają  

Przyszła pora na ocenę rozgrywki. Od ukazania się poprzedniej części minęły zaledwie dwa lata. Czy coś się przez ten okres zmieniło? Powiem, że nie bardzo, może z pewnymi kosmetycznymi wyjątkami. To co najważniejsze zostało dalej takie samo. Boty to wciąż mięso armatnie, które lubi się samo wykończać i rzuca sobie granaty pod nogi. Zmniejszyła się liczba zadawanych przez nich punktów obrażeń. Druga strona tego wiecznie "podgrzewanego" konfliktu wypadła równie blado. Dodam, że w Crysis 3 możemy używać ich broni cepidów, która jest tylko ciekawostką i niczym innym. Jedynym urozmaiceniem są bossowie, ale jest ich mało, co możne być różnie odebrane. Osobiście nie przeszkadza mi to. Istotną zmianą jest też sposób zdobywania punktów doświadczenia. Już nie trzeba uganiać się za kosmitami, wystarczy wyszukiwać maski, które dają nam Pd i co równie ważne nie trzeba posiadać ich dużo. Naprawdę ucieszyło mnie to, bo farmienie ich było niekiedy męczące. Teraz bez problemu odblokujemy wszystkie interesujące nas umiejętności.

Czy warto kupić Crisis 3? Klimat w tej grze jest dobry, a walki choć nie wymagają taktycznych umiejętności dają radę. Samą kampanię można przejść w ok. 10 godzin i ani razu się nie nudzić. To jednak zadałem sobie pytanie, czy to jest rzeczywiście zabawa?
A wam się podobało się C3, czy może odłożyliście tę produkcję?

Przypominam o napisaniu czegoś :D w komentarzach. Liczę na ciekawą dyskusję i wasze spostrzeżenia. Lajki też są mile widziane!

Share:

Recenzja Crysis 2 (PC)


Co możemy powiedzieć o grze Crysis 2? Jest to interesująca produkcja, która próbowała wprowadzić na rynek coś nowego, ale  nie wyszło. Ciekawe czemu?

O serii Crysis można napisać sporo, lecz jeśli zapyta się dowolnego gracza co z niej pamięta, to pewnie odpowie, że grafikę wyprzedzającą o kilka lat konkurencję. Inni napomkną, że poczekają na mocniejsze bebechy do blaszaków, żeby w to zagrać. A czym naprawdę jest ten tytuł? Przyjrzyjmy się wydanej w 2011 r. przez Electronic Arts, Crysis 2.

Maksymalna fabuła...

Fabuła w drugiej części  nie jest za bardzo zawiła. Powiem szczerze, że jest prostolinijna i do tego bardzo klasyczna, czyli musimy uratować świat przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. W tej odsłonie podobnie jak w poprzedniej przyjdzie się nam zmierzyć z cepidami. Natomiast główny bohater o wymownym pseudonimie Alcatraz, to jednoosobowa armia. Zdaję sobie sprawę, że to dość ogólne streszczenie historii, ale nie ma specjalnie o czym pisać. Gdyby połączyć wszystkie etapy w linii prostej, nic nie stracilibyśmy pod kątem fabuły. Zanim przejdę do kolejnej części czyli rozgrywki, warto wspomnieć o zakończeniu i dubbingu. Powiem coś subiektywnego (choć każda recenzja taka jest), finał jest nieco rozciągnięty, czyli przymusowo trzeba zaliczać punkty oddalone od siebie. Po co takie rzeczy wstawiać? Naprawdę nie wiem. Nic nie wnoszą, a jedynie psują zabawę. W Crysis 2 usłyszmy w dubbingu naszych rodzimych aktorów, lecz mimo, że wystąpiły tam takie sławy jak: Dariusz Odija czy Jacek Rozenk, to naprawdę czułem, że obcuję z czymś kiepskim.  Może kiedyś nasi zrozumieją, że mają grać tych bohaterów w sposób naturalny, a nie teatralno sztucznie.


Maksymalna rozwałka

A teraz czas na smaczne kąski, czyli na czyszczenie ulic z przeciwników. Kampanie możemy podzielić na połowy, pierwsza to ta gdzie walczymy z obcymi, a druga z ludźmi. Pod tym kątem nic się nie zmieniło względem pierwszej odsłony.  Na szczęście twórcy poszli po rozum do głowy i przekształcili cepidy w bardziej rozwiniętych wrogów. Przez ten zabieg misje z nimi były bardziej urozmaicone. W ciągu całej kampanii trafimy na kilka rodzajów oponentów, od zwykłych żołnierzy, aż po ciężko uzbrojone "czołgi". Powiem więcej, przyjdzie się nam zmierzyć ze sporymi bossami, którzy chłonną ołów jak gąbka wodę. Choć grałem na maksymalnym poziomie trudności to nie odczuwałem, aby wrogowie byli jacyś szczególnie wymagający. Co prawda zdarzały się momenty, kiedy musiałem parę razy powtórzyć dany etap gry. Policzyłbym jednak te sytuacje na palcach jednej dłoni. A co z ludzkimi oponentami? Tutaj możemy zobaczyć wszystkie wady sztucznej inteligencji. Może nie tyle SI, a tego, że gra nie jest ani 100% FPS  ani skradanką. Jeśli decydujemy się załatwiać przeciwników cichaczem, to ci nieboracy głupieją do reszty. Co prawda na początku wykazywali się sokolim wzrokiem, lecz później utracili ten zmysł.


Maksymalnie, maksymalny odgrzewany kotlet

Kolejną rzeczą, którą pamięta każdy grający w pierwszą część, jest głos nanoskafandra mówiącego: "maksymalny pancerz", itp. W tej odsłonie możemy włączyć większą obronę i kamuflaż. Gdy tylko stajemy się niewidzialni możemy uniknąć każdego. Daje to nam dużą przewagę. Mnie to nie przeszkadzało, ale uważam, że podchodziło to trochę pod oszukiwanie. W pewnych misjach bez maskowania nie dałoby się przejść niektórych przeszkód. Sam tryb szybkości i wysokich skoków jest przypisany do spacji i lewego Shiftu.


Maksymalna grafika  

A teraz przejdę do części audiowizualnej i technicznej. Grafika stoi na wysokim poziomie. Miasto robi spore wrażenie. Efekty specjalne są naprawdę fantastyczne, a otoczenie względem sytuacji potrafi zmienić się o 180 stopni. Niestety sporo z tych rzeczy to nic innego jak tylko filtry lub sztuczki speców od grafiki. Sama gra naprawdę bardzo dobrze się zestarzała i jedynie Npc trącą przestarzałym wyglądem. Crysis 2 nowe nie jest, a w grze nie brakuje błędów,  np. chodzenie w miejscu, nie zwracanie uwagi, że główny bohater stoi przed wrogiem. Na szczęście nie dzieje to tak często. Sama optymalizacja jest dobrze wykonana i  nie zauważyłem, aby C2 gdzieś się cięła  nawet wtedy, kiedy dużo się działo na ekranie.

Czy warto kupić Crysis 2? Oczywiście że tak, mimo swoich rozwiązań gra daje radę, a jeśli lubicie skradanki to poczujecie się tu jak ryba wodzie. Dodam, że tylko niektóre sytuacje są oskryptowane. W większości przypadków Npc będzie starać się dostosować do naszych zachować, co chwali się twórcom.   

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie