• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Boso przez Azeroth, Odcinek 2: Quo Vadis

Kto by się spodziewał, oto mam przyjemność wrzucić ostatni tekst w tym roku. Jest to kolejny odcinek w którym streszczę moje przygody w War of Warcraft. Pochwale się jeszcze, że będzie to 70 artykuł i tym samym pobiłem swój rekord roczny!

Jak wygląda sytuacja? Jest nawet lepiej niż dobrze! Zaatakowałem solo Orgrimmar, dla nie grających wyjaśniam, że jest to stolica Hordy (tfu). Jak do tego doszło i czym się skończyło to już okaże się w dalszej części felietonu.


Zacznę od tematu numer jeden: po co dają boost do max poziomu? End game w dość sporej części opiera się na wykonywaniu misji. Jednak jeśli już wbije się ten 70 lv cała ta aktywność zaczyna tracić sens. Inaczej się ma sprawa jak się robi to w ramach rozwoju głównej postaci. Człowiek się uczy grać, co jest dość istotne, aby nie zostać wykopanym z pt.

Spędzając te parędziesiąt godzin grając hunterem postanowiłem stworzyć alta, a tak dla hecy. Zrobiłem monka dałem mu ten nieszczęsny boost i zacząłem grać. Szok i niedowierzanie jak się tym dobrze gra. Uprzedzając pytania ustawiłem go jako dps, bo jakoś nie widzę się w roli tanka, czy uzdrowiciela.

Blizz wyraźnie daje znać takiemu nowicjuszowi, że wita go z otwartymi rękami. Kasa, sprzęt, torby 30-to slotowe i wiele więcej na dzień dobry. Jak zagracie sami zobaczycie, o co w tym chodzi. Trzeba było czym prędzej ogarnąć co i jak, aby pójść na instancje. Zanim się obejrzałem trafiłem na heroic mode. Zdaje sobie sprawę, że nie są one dziś jakimś wyzwaniem, ale te 12 lat temu to już było coś.


Dla mnie to jednak taki symboliczny przeskok. Najzabawniejsze, że stało się to automatycznie. Na początku myślałem, że jestem na podstawowym lochu, a tu nagle klucz do skrzynki w banku. Nieźle się zdziwiłem (śmiech). Wgrałem też addon sprawdzający jaki wykręcam dps i na tym skończę ten wątek...

Po przerobieniu podstawowych tras okazało się, że jednak stare insty są tylko dla nowych, a szkoda. Wzięło więc mnie na zwiedzanie starych rajdów. Zacząłem od tych na Northrend. Nie będę ukrywał że zahaczyłem o twierdze Lich Kinga. Lecz nie o nim chciałem pisać. Lecz o innym dungeon, gdzie gnom wezwał lidera Płonącego Legionu. Nagle mnie olśniło, że jeszcze nie grałem ani chwili warlockiem. Tak oto powstał pomysł na alta, a zwie się Kurdupelus xD

Na początku smęciłem trochę o zadaniach. Mam tutaj mieszane uczucia, bo do 65 lv jest nijako. Misje fabularne są takie bez ładu i składu. Już takie zlecenia od centaurów pozwalały poczuć się jak łowca przygód. Dla sprawiedliwości dodam jeszcze, że trafiłem na parę ciekawych q. Jednym z nich było łapanie mobów na modłę Ghost Buster, a kolejnym wysłuchanie historii starego krasnoluda. Niekiedy najmniej pozorne czynności mogą być tym, które zaskoczą najbardziej.


Wszystko odwraca się o 180 stopni, jak dobije się 70 lv. Wydarzenia lecą już hurtem, a przyznać muszę jest tego całkiem sporo. Jedno z nich wyglądało niestety dość dziwnie, bo... a zresztą sami się dowiecie jak zagracie lub obejrzycie na yt. No mniejsza z tym, bo w ramach kampanii przyszło odwiedzić kilka kontynentów w tym Kalimdor.

Już dawno mnie kusiło, aby zajrzeć do Orgrimmaru. W końcu trwa rozejm to czemu nie wpaść z wizytą? W całej tej szarży chodziło, o to, aby zobaczyć co się stanie. Podobno kiedyś było normalne, że gracze atakowali główne miasta przeciwnej frakcji. 

Szału nie ma po prostu niektóre npc starają się zrobić miazgę z mojego krasnala i tyle. Konsekwencją tego, było wylądowanie do pierwszego miasta z Bitwy o Azaroth. Nie miałem jak naprawić sprzętu, a już pojawił się rycerzyk śmierci. Plusem tej wędrówki na okrągło był nowy wierzchowiec z zadania. Niby człowiek miał pecha, ale ostatecznie na dobre wyszło.


Wraz z robieniem misji frakcyjnych z bieżącego dodatku odkryłem pokemony. Ściślej rzecz biorąc stworki, które funkcjonują na tych samych zasadach. Sęk w tym, że nie miałem uprawnień. Szybko przypominał mi się trener, którego trafiłem koło Gold Shire.

Na koniec jeszcze mała, a jakże opłacalna rzecz mi się trafiła. Blizz przygotował światowe zadania. Myślę sobie, ok czemu nie spróbować w końcu mają z nich lecieć fajne itemy. Pancerza co prawda nie dostałem, ale w skrzyni było 800+ złota. I tym pozytywnym akcentem kończę ten tekst do następnego odcinka.
Share:

Days Gone, no nareszcie skończyłem! (Recenzja uzupełniająca) (PS4)

Obiecałem uzupełnić poprzedni tekst, jeśli będzie warto coś dodać. Owszem jest i tego się obawiałem najbardziej.

Na każde arcydzieło przepada marna kopia. Days Gone jest tego najlepszym przykładem. Z dobrego początku szybko gra się stoczyła. Pisałem o tym w poprzednim wpisie. Tutaj rozszerzyli jeszcze bardziej ten obłęd.


Zaczęli dodawać coraz to bardziej kuloodpornych przeciwników. Jednak absurd ten najbardziej pokazywał się jak dodano kolejne wrogie jednostki. Padają, następnie wstają i tak w kółko Macieju. Jeśli komuś było mało potrafili się teleportować za mur jeśli padli tuż obok.

Innym przykładem tych pomyłek to pojawienia się nowych mutantów (bossów). Łamacz i wiedźma nie okazali się jedynymi. Pojawia się jeszcze jeden, po jego zapowiedzi spodziewałem się czegoś naprawdę konkretnego. Okazała się całkiem inaczej. Jak szybko się pokazał tak szybko skończył. 


Wraz z tym wątkiem warto pochylić się nad hordą. Wielka, od 250 do ponad 300 świrusów. Prawdziwy żywioł, który zamiata wszystko. Groza i terror można było to tak opisać. Czy wysyp tych stad jest wskazany jak wcześniej robił jedynie za symbol?

W moim odczuciu lepiej by się stało jakby nic się nie zmieniło. Zawsze gdzieś w pobliżu i wiecznie niebezpieczna. Okazuje się, że jest całkiem odwrotnie. Główna atrakcja okazała się przereklamowana, a do tego, tak bardzo chciano ją upychać, gdzie popadnie, że nawet zaczęła spadać z nieba. Nie dosłownie rzecz jasna.


Nie zabrakło też pozytywnych aspektów. Fabularnie gra nabiera tempa i zamyka poszczególne wątki. Widać powiązania i ich konsekwencje. Żeby nie spoilerować powiem tak, każdy dostanie to na ca zasłużył. Bo ciut niejakiej kampanii przynajmniej na samym końcu coś zaprezentowano. Pułkownik i jego bojówkarze okazali się ciekawą grupą.

Muszę jednak wrzucić mały, taki tyci kamyczek do ich ogródka. Dokładnie chodzi, o ludzi odpowiadających za dubbing. Dajcie aktorom możliwość zobaczenia szerszego kontekstu wydarzenia. Inaczej będzie taki jegomość spokojnie mówić, a Npc szalał z zdenerwowania. Kompletnie to do siebie nie pasuje.


Chemia między bohaterami nabiera w końcu mocy. Sporo spraw wreszcie nabiera sensu, co pozwala lepiej zrozumieć jaki był tego początek. Nie brakło również humorystycznych momentów i nawiązań do dobrze znanych nam rzeczy.

Bardzo przypadło mi do gustu jak wiele było trudnych decyzji natury moralnej. Deek naprawdę nie miał lekko. No i znowu, czemu nie oddali tego wyboru graczom? Byłaby to naprawdę dobra podpora pod wyższą ocenę końcową.  


Przy samym finale dostałem miks wszystkiego. Zaczynając od błędów w puszczanych dialogach, aż po gąbkową zmorę, a kończąc na błędnych decyzjach w projekcie. Wielka, ach wielka szkoda, że jakiś debil w garniaku tak schrzanił naprawdę dobry scenariusz.

Usuwając wszelkich wypełniaczy pozwoliłoby fabule jeszcze bardziej błyszczeć. A tak, ma się jej dosyć. Odczuwałem to jeszcze bardziej jak nie mogłem pominąć opcjonalnych misji.


Z tymi q też trochę dziwnie było. Gniazda, czy obozy łupieżców rzeczywiście dało się robić kiedy miałem na to ochotę. Zanim przekroczyłem przełęcz podobnie sprawa miała się z misjami z obozów. Wtem cóż się zmieniło i gra przymusowo ganiała do wszystkich możliwych misji. Żeby było śmieszniej przy jednej takiej dostałem komunikat o niesprawnym motorze. Wczytywanie i wyłączanie nie pomagało. Odjechałem tym „niesprawnym” sprzętem. Porobiłem co się dało i wróciłem z powrotem. O dziwo nagle stał się wypełni działający.

Podsumowujmy Days Gone to gra, która miała wszelkie karty w ręce, aby narobić sporego zamieszania. Inspirowała do stania się The Last of Us, a jest, czym jest. Za duży nacisk nałożono tutaj na walkę i wojnę. Mimo, że przekaz jest widoczny to poprzez niepotrzebne „atrakcje” schodzi na drugi plan. Może to dobrze, że kolejna cześć nie powstania póki co. Za kilka lat zostaną te lepsze wspomnienia i wtedy zrobią reboot serii.  


Share:

Grinch: świąt nie będzie

Na czym polegają święta? O co tak naprawdę w nich chodzi? Tego nie wie nikt, a może jednak da się odpowiedzieć na to pytanie? Niech pewien włochacz się w tej sprawie wypowie.

Drugą propozycją jaką naszykowałem to Grinch: świąt nie będzie z 2000 r. Film ten jest pokazany jako baśń z morałem. Nie zabrakło nawet narratora opowiadającego tą historie. Od samego początku wszystko zostaje wyraźnie nakreślone i podzielone. Grinch to ten zły, który chce zepsuć mieszkańcom Ktosiowa Boże narodzenie.  


Wszystko się łączy i mamy pokazany ten jakże przesłodzony świat. Sformułowanie nie przypadkiem użyte, bo miasteczko jest już co tu ukrywać tandetne. Dekoracje jako jedyne nie przetrwały próby czasu.

Inaczej ma się sytuacja zresztą tej jakże długiej produkcji. Grinch: świąt nie będzie jest na tyle rozwlekły, aby móc pokazać wszystko, co chce. Nie sposób tego nie zauważyć. Jest to na swój sposób wielka zaleta. Motywacje każdej ze stron są zaprezentowane klarownie. Gdzie nigdzie nawet dało się doszukać krytykę nadmiernego konsumpcjonizmu. Lecz nie o to tu chodzi. Scena w której młode ktosie ostrzegają przed Grinchem przemyciła istotną wiadomość.

Nie wolno naruszać naszej utopii i zakłamania jakie tu panuje. Dość odważnie, ale sami twórcy w końcu wyciągają to jak ostatni prezent z worka Mikołaja. Lecz ja nie o tym, bo w tej całej układance chodzi, o zgoła inną rzecz.


Mowa tu o samotności, skupieniu się tak naprawdę na sobie, a jednocześnie udawaniu jak się troszczy o bliźnich. Antagonista jest takim sumieniem ktośów. Przedstawiono go jako rezultat ich działań tych złych jak i dobrych.

Można byłoby tak na to patrzeć, gdyby nie parę szczegółów, które naruszają to przesłanie. Zielony włochacz nie był święty i potrafił dać popalić. Ostatecznie dało się to przyjąć jako rodzaj buntu, czy raczej sprzeciwu.

W rolę główną wcielił się Jim Carrey. W sumie to dlatego sięgnąłem po ten tytuł. Powiem szczerze nie zawiodłem się. Choć spodziewałem się zobaczyć ponownie Maskę, czy Psiego detektywa w którego dość często się wcielał. Nie powiem, że były chwile, że miało się wrażenie oglądania powtórki z rozrywki.


W głównej mierze było tak za sprawa jego dość rozpoznawalnego głosu. Wszelkie podkreślenia poszczególnych wypowiedzi odgrywał wprost identycznie jak w innych produkcjach. Trafiła się nawet wypowiedź niemalże identyczna. Koniec, końców wyciągnął wszystko co najlepsze z tej roli.

Po przeciwnej stronie natomiast była mała Cindy Lou Who (Taylor Momsen). Była aniołem, czy też duszkiem świąt. Jej dociekliwość i wiara w ludzi sprawiła, że Grinch mógł stać się lepszy. Nie oszukujmy się w filmie familijnym może być tylko jedno zakończanie.

W jej przypadku nie można powiedzieć, że porwała publikę. Na samym początku rzuca się w oczy inna aparycja. O dziwo nie zaniedbano ten szczegół. Na końcu i to wyjaśniają. No mniejsza, wszelkie wydarzenia był bezpośrednio lub pośrednio z jej przyczyny. Każda liwina musi się od czegoś zacząć i tak tutaj jest.


Teraz co nieco o stanie technicznym filmu. Najwięcej co tu mówić napracował się kamerzysta. Na większości scen tyle się dzieje, że nie wiadomo na co patrzeć. Nie raz, nie dwa stosowane są zbliżenia, a nawet przebicie czwartej ściany. Przeciwieństwem tego są dekoracje. Miasto które jest dobrze naświetlone i całe pstrokate, aż kole w oczy. Żeby lepiej zobrazować to wyobrażacie sobie wystawę sklepowa ze sztucznymi słodyczami. Same imitacje trącą tanią chińszczyzną i już macie pogląd idealny.

Całość ratuje charakteryzacja aktorów. Tutaj jest o wiele lepiej. Jedynie fryzury są jakie są. Ocenę wam zostawiam. Przez te nierówności i ciut przydługi czas waham się, czy przyznać więcej punktów. Tak, czy siak powinna być to niezła propozycją na dziś, czy jutro. Napiszcie w komentarzach jakie są wasze ulubione propozycje filmów świątecznych.
Share:

Co by było jakby Samych swoich nagrywali w Stanach?

Jak się to u nas mawia: święta, święta i po świętach. Jednak do sylwestra jeszcze coś tam zostało. Może więc warto obejrzeć jakąś ciekawą komedię w starym stylu?

Kakao w ręku jest. Chwila, a gdzie pilot? No tak tutaj, no co? Już nie jestem, aż tak młody! Jak będziecie w moim wieku to sami zobaczycie. Skoro już wszystko gotowe to się rozsiądzie. Na pierwszy ogień pójdą Dwaj zgryźliwi tetrycy z 1993 r.


Nie jest to najmłodszy film, ale mimo swego wieku wciąż daje popalić. Historia jaką opowiada można śmiało nazwać amerykańską wersją Samych swoich. Co prawda nie ma tu Karguli i Pawlaków, lecz w czym to przeszkadza.

Od samego początku mamy tu wymianę "uprzejmości" między protagonistami tej produkcji. Jednak nie wszystko będzie się toczyło głównie wokół nich. Niekiedy kolejne pokolenie też będzie miało coś nieco do powiedzenia. Krążę i krążę, ale warto w końcu przejść do jakiegoś sedna.


Humor, jaki tu wstawili jest naprawdę wszelaki. Od tradycyjnego, jak to jeden drugiemu zapewnia jakąś niespodziankę. Aż do dwuznacznych wymyślnych aluzji, które łatwo załapać. Musiałem się upewnić, ale tak, 3 lata wcześniej wydano na swój sposób bardzo podobny film Kevin sam w domu. 

Jeśli się zastanawiacie w czym jest podobny to spieszę z odpowiedzią, że właśnie z wszelakimi kawałami jakie sobie wycinają przyjaciele / wrogowie. Najzabawniejsze, że oni sami bardziej udają przed sobą niż wszystkimi, że naprawdę dalej są przyjaciółmi. Nie widać tego wprost, co to, to nie. Jednak między wierszami da się to wyczytać. Nie znaczy, że w tym szorstkim męskim związku nie zabraknie zgryźliwości.


Do tego diamentowego duetu trzeba dorzucić bombę. Nie jest ona najmłodsza, ale przy nich każda się nada. Dopiero teraz wszystko nabiera rumieńców. Ariel Truax wpada jak wulkan entuzjazmu i robi swoje. Wszystko, co do tej pory panowie znali się zmieniło. Swoją drogą przypomina mi moją sąsiadkę. Zastawiam się jak mogli się nią zainteresować. Jak widać na każdego potwora znajdzie się amatora.

Wraz z jej wejściem oprócz ożywienia wszelakiego. Doszła, co tu ukrywać rywalizacja, a wraz z tym liczne nieporozumienia. Przez wszelkie sugestywne dwuznaczności i lataniu wokół jednego tematu może wyjść nie jedno. Dzieje się tak zwłaszcza za zamkniętymi drzwiami, gdzie łowi się ryby. Między tym co ludzie usłyszą, a rzeczywistością może naprawdę być spora różnica.


Warto dodać, że nie zabraknie bardziej poważnych wątków. Nie będą one przytłaczać, a jedynie wybrzmiewać. Warto ich posłuchać, bo jak życie daje to trzeba brać nie oglądając się na konsekwencje.

Idąc tak od skeczu do skeczu, aż trudno oderwać się od ekranu. Emocje jakie biją od wszystkich bohaterów, którzy zostali naprawdę dobrze napisani są warte każdej minuty. Zastanówcie się tak przez chwilę, czy ta chemia nie jest tym prawdziwym czynnikiem jaki napędza to wszystko?

Podsumowujmy, czy warto poświęcić wieczór na obejrzenie Dwóch zgryźliwych tetryków? Jest to dobry film z zaznaczeniem, że bardziej tak powiedzmy 12+ z powodu wielokrotnie wymienianego. Nic tam się nie dzieje, bo niby jak, a młodsi zapewne i tak nie zrozumieją aluzji, ale mogą zawsze zapytać. Tak czy inaczej jest to udany tytuł. Ma w sobie przesłanie ponadczasowe i warto się nad nim zastanowić, a przy okazji pośmiać z pomysłowości starszych panów.

Share:

Życzenia Świąteczne :)

Z okazji nadchodzących świąt pragnę złożyć wam życzenia:

Małą gwiazdkę przed świętami. Przyjmij proszę z życzeniami. 
Może spełni się marzenie Białe Boże Narodzenie
lub, gdy przyjdzie Ci ochota Niech to będzie gwiazdka złota
bo, gdy spada taka z nieba.
Wtedy zawsze marzyć trzeba
No, a jeśli tak się zdarzy,
że srebrzysta ci się marzy.
Możesz także taką zdobyć
i choinkę nią ozdobić.
Gwiazda, gwiazdce zamrugała
i choinka lśni już cała.
Naszych marzeń jest spełnieniem,
bo jest piękna jak marzenie.
A pomarzyć czasem trzeba.
Każdy pragnie gwiazdki z nieba.

Przy okazji małe ogłoszenie: 
Recki jakie miały się pokazać w ciągu tego weekendu opublikuje w następnym tygodniu. Nie wpłynie to na to co pokaże się w kolejny weekend. 



Share:

Wstanę wrażenia z mangi Potworna słodycz (od tomu 1 do 4)

Na każdego potwora znajdzie się amatora. Po przeczytaniu pierwszych tomów tej mangi słowa te nabrały nowego znaczenia.

Na dziś przygotowałem mangę, która zainteresowała mnie swoim tytułem. Potworna słodycz. Praktycznie nie widziałem czego się spodziewać, ale jakoś miałem przeczucie, że się nie zawiodę. Powiem, że wyszło całkiem znośnie. Rozsiądzie się wygodnie i posłuchajcie.


Nie jest to jakiś wybitny tytuł. Jednak recenzowane tu tomy od 1 do 4 zawierają całkiem sporo fabuły. Fakt, że wiele się dzieje pozwala miło spędzić czas z tym tytułem. Manga opowiada typową historie romansu szkolnego. Ona pełna kompleksów i nie lubiana ma się rozumieć. On numer jeden w szkole.

Po takim wstępie już wiadomo czego się spodziewać, bo w końcu temat nośny. Jednak pomysłowość japońska mnie nie zawiodła i do tej układanki dodano sporą niewiadomą. Otóż Kuroe, protagonistka ma pewne dolegliwości zdrowotne. Pod wpływem silnych uniesień zmienia się w Godzillę. Dobrze to brzmi, ale tak naprawdę wszelkie gwałtowne emocje powodują jej transformacje.


Początek jest dość klasyczny, jednak gwóźdź programu szybko się pokazuje. W sumie bez tego byłaby to dość bezpieczna seria. Pierwsze dwa tomy to nic innego jak dobrze znane obrazki, gdzie kochankowie muszą się lepiej poznać.

Szybko pokazują się kolejne postacie. Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie matki jako jednej z nich. Mimo, że komiks ten jest komedią to właśnie te bohaterki drugoplanowe były katalizatorem co zabawniejszych momentów.


Warto wspomnieć, o potwornej fance wielkiej jaszczury. Tutaj załącza się najbardziej żenujący humor. Nie powiem, że nie był też przyjemny, lecz oklepane skecze są jakie są. Po licznych ekscesach w lunaparku pokazali się kolejni milusińscy. Tym razem przełożono na nich główny nacisk.

Powinno się ich w takim wypadku nazwać supportowymi z tego też powodu, że pozwoliły Kuroe spojrzeć na swoje problemy z innej perspektywy. Bonusem jest też chwila przerwy dla czytelnika. Takie wytchnienie może dobrze zrobić jak już zaczęło się odczuwać przesyt.



Autor pociągnął ten temat i pokazał, a jakże plaże. Żeby nie musieć rysować dużej liczby plażowiczów ogłasza ustami jednej z bohaterek, że plaża została przez nią wynajęta. Tutaj pokazano pełny wachlarz atrakcji jakie tam występują.

Udało się jednak wyjść obronną ręką z tego banału. Poboczny wątek pochodzenia Kuroe wreszcie się ruszył. Nie był to wysyp informacji, ale powoli pewne fakty zaczęły się łączyć. Z rozdziału na rozdział właśnie ten temat coraz bardziej stawał się lokomotywą napędową. Samo shoujo romansik to ciut za mało.


Obiekt westchnień protagonistki jest za miły i nie ma jakiegoś pazura. Prezentuje się on niejako, a przez to szybko się o nim zapomina. Na koniec pragnę odnieść się jeszcze to części technicznej. Styl rysowania i podział scen można śmiało podzielić na kilka stylów. Od takiego co wyraźnie ma koncentrować na różnorakich zabawnych momentów, aż po stare dobre romanse jakie były przestawiane przed dwudziestu laty.

Podsumowujmy Potworna słodycz to manga, która póki co stara się promować wątkiem wielkiej bestii. Zawarto w niej wszystkie elementy będące trzonem tego typu serii. Zachowano dość zachowawczo, a szkoda, że nie zaszalano nieco bardziej. Jeśli szukacie czegoś niewymagającego to będzie to na ten moment odpowiednim wyborem.
Share:

Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute (Sezon 2)

Kiedy rano wstajesz zacznij od kawy. Bez tego nie jesteś sobą!

W drugim sezonie Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute właśnie to się stało. Wziął sobie proszę ja was taki scenarzysta kartkę papieru i zaczął spisywać swoje pomysły. Następnie przepisał do Worda i zapisał jako całość. Na jego obronę dodam, że pod koniec się opamiętał.


Teraz bardziej na poważnie. Nie wiem, co autor miał w głowie tworząc ten sezon, ale pewny jestem, że nie było tam jasnej i klarownej wizji. Zacznę omawiać, po kolei odcinki, a tym samym co nieco ujawnię. Zostaliście ostrzeżeni.

Pierwsze trzy epizody to taki wstęp. Tylko pytanie do czego, bo praktycznie nie łączy się z kolejnymi w żaden sposób. Jeśli jednak doszukiwać się czegoś na siłę to nowi bohaterowie co mieli w tym jedno ujęciowym ciągu. W pewnym sensie pokazują się jeszcze w tym sezonie. Wróć jednej bohaterce, o dziwo przedłużono kontrakt. Pozostali dostali minimalne wstawki.


Dopiero od czwartego epizodu fabuła wraca na stare tory. Tytułowa eminencja Shadow postanawia rozwalić cały rynek do góry nogami. Początkowo jeszcze sądziłem ok, teraz dopiero się zacznie. Jednak w jakimś swoim pokręconym myśleniu olał on swoje szwadrony haremowe. Zrobił z tego przypadkiem, o dziwo totalny dramat obyczajowy z Alfą w roli głównej.

Oglądając z pewną uwagą próbowałem się doszukać jakiegoś sensu. Praktycznie nie było takiej możliwości, aby się to powiodło. Jedyną konsekwentnością było to, że wszyscy pożywali coś co nazywam syndromem Ainza. Odwołuje się tutaj do protagonisty serii książek Overlord. Niezależnie co zrobi wspomniany jegomość i tak wyjaśnią sobie na jego korzyść. Wmawiając sobie, że jest co najmniej geniuszem. Nie może w tej układance zabraknąć faktu, że ma niesamowitego farta.


Shadow dokłada do tej formuły jeszcze jedną rzecz. Jest dupkiem pazernym na kasę. Tak pokazuje się przez większość czasu antenowego. Niekiedy próbują go wybielić. Trudno w tej komedii to przyjąć na poważne. No dobrze, a teraz jak afera bankowa została zakończona i... kto by się spodziewał... Kult dostał, po dupie zgodnie z planem mistrza.

Między tymi głównymi blokami przewieją też pomniejsze mniej lub bardziej zabawne historyjki. Praktycznie bez nich było dość szaro, a tak ratują sytuacje. Umożliwiły pociągnięcia całości do wątku, gdzie opamiętano się i nie wrzucano co popadnie do tego garnka.


Księżniczka Róża wyciągnęła to wszystko na prostą. Wydarzenia z poprzedniej serii połączyły się i coś w końcu pokazały. Ilość wydarzeń jakie miały tu miejsce poszedły lawinowo. Nie szczypano i nie cackano. Zresztą tak też było od samego początku. Kto miał skończyć to kończył. Wszystko okraszono pięknymi animacjami. Natomiast wydarzenia powoli się zamykały i zgrabnie otworzono nowe.

Podsumowując Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute to warta obejrzenia produkcja z dość mocnym skrzywieniem artystycznym. Inaczej tego gulaszu nazwać się nie da. Co się stanie dalej? Cholera wie?! Jedno jest jednak pewne, jak do akcji wejdzie Shadow to będą leciały wióry.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie