• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja retro filmu Nosferatu symfonia grozy z 1922 r. (Halloween Edition)

Porwała mnie noc, on nadchodzi. Mrok, czy tam inny cień, a nie chwila, już wiem to Nosferatu. Czyli ten tego eine Vampiren!

Kolejną propozycją jaką wam przygotowałem jest jeden z bardziej znanych filmów, o krwiopijcach. W sumie już wiecie jaki, bo napisałem już wyżej Nosferatu symfonia grozy. Jeśli jesteście zainteresowani obejrzeniem tego klasyka to odsyłam was na YouTube, gdzie jest dostępny za darmo. Zważając, że to produkcja z 1922 r. znajduje się już w publicznej domenie.


Będę z wami szczery. Film ten nie jest straszny, chyba, że strasznie nudny. Wszystko zależy jak się go odbierze. Jeśli spróbujecie go obejrzeć z przysłowiowego przy skoku to możecie się szczerze zawieść spodziewając się dzieła ponadczasowego.

Żeby cieszyć się nim trzeba nijako się przygotować. Podobnie jak do gier retro, które pod każdym względem się różnią i rządzą innymi prawami. Tutaj jeszcze dochodzi zasadnicza różnica mentalności i stylu życia.

Skoro już co nieco sobie wyjaśniliśmy przejdę do omawiania filmu. Mamy tu do czynienia z obrazem niemym w którym nikt, ale to nikt nic nie mówi. Wszelkie dialogi wyświetlają się w postaci slajdów z tekstem. Dalej jest jeszcze ciekawiej!



Poczynając statycznych ująć, tak dobrze kombinujecie. Kamera nie będzie szaleć tu z prędkością światła, a najwyżej sporadycznie drgnie parę razy wciągu całego seansu. Aby lepiej to zobrazować przypomnijcie sobie pierwsze growe horrory Alone in the Dark lub Resident Evil. Ostatnią już, lecz najważniejszą różnicą jest gra aktorska.

Wiem, że to co napiszę może być traktowane jako świętokradztwo, lecz zachowanie aktorów, ich styl odgrywania jest niemalże memiczny. Rozumiem, że z faktu takiego, a nie innego sposobu tworzenia kinematografii musiano więcej ukazywać twarzą jak i całym sobą. Jednak niekiedy te miny są takie, że człowiek zaczyna samoczynnie dopowiadać co tam powiedzieli. No i wychodzą z tego niezłe kwiatki, że się tak wyrażę. Dorzucę tu nie jeden własnego autorstwa.


Nie mogę jednak odmówić kunsztu aktorskiego Max Schrecka, który wcielił się w Nosferatu. Mimo, że za dużo nie miał co tam robić jako wielki wampiorz to jednak w swojej oryginalnej charakteryzacji robił największe wrażenie. Zwłaszcza jak zapierdzielał z buta z trumną pod pachą (śmiech). Co autor miał na myśli to nie wiem, za to pochwalę tą produkcję za wszelkie ciekawostki dotyczące antagonisty.

Wbrew pozorom wspomniane pudło nie służyło jedynie jako łóżko do spania. Wampir czerpał siłę z przeklętej ziemi w której go pochowano. Krążę i krążę, zamiast przejść do samej fabuły. Nie jest ona jakoś szczególnie ambitna. Główny bohater Hutter dostaje zlecenie sprzedania domu mieszczącym się naprzeciw jego. W tym celu udaje się do zamku hrabiego.

Po drodze nawet pojawia się wątek wilkołaka, o którym dowiaduje się w gospodzie. Czy był to wilk. No cóż, trudno powiedzieć, bo jak dla mnie bardziej wyglądał jak hiena. Dalej jednak podniesiono poziom efektów, które zapewne sto lat temu robiły o wiele większe wrażenie.


Karoca, która przyjechała po naszego Hutterra nie pokazała się od tak, czy też podjechała. Wykorzystano tryb poklatkowy, czyli fotografowany obiekt przeskakiwał na nieduże odległości dając złudzenie ruchu. W późniejszym czasie wykorzystano nie raz, nie dwa ten trik.

Część filmu, która odbywała się w zamku wybitnie pokazuje, że ta nasza biedaczyna nie grzeszy rozumem. Dość szybko zorientował się w sytuacji mimo faktu, że nie za bardzo grzeszył intelektem. Mało tego z bliżej nie określonych powodów zamiast od razu wiać został. Na dokładkę postanowił uciec oknem, a co tam, że pan zamku wyjechał i jest sam. Zrobił linę i spadł. Niestety bez odpowiedniego skutku.

W dalszych aktach przybliżono ponownie najważniejsze informacje o wampirach, a także pokazano możliwości Nosferatu. Powiem wam, że robią wrażenie i to spore. Jeśli chcieć co niektóre przełożyć na dzisiejsze filmowe warunki to spokojne można stwierdzić, że jest przekokszony.


Oczywiście musiano to tak, a nie inaczej zrobić, bo inaczej kolejne wydarzenia niemiałyby sensu. Druga połowa filmu bardzo się rozbiła na różne wątki i tym samym rozwadniając tę historie. Z kolei zakończenie było dość pyrusowe, niestety. Światło życia zatriumfowało za dość wysoką cenę.

Podsumowujmy, Nosferatu symfonia grozy to rzeczywiście film dla koneserów. Ująłbym to nieco inaczej. Ta produkcja jest na tryle inna pod każdym względem, że trzeba naprawdę się do niej przygotować, aby ją docenić. W innym wypadku dostanie się niemy film, o łamadze, który jest głupi jak but u lewej nogi.
Share:

Recenzja Yofukashi no Uta to anime (Halloween Edition)

Yofukashi no Uta to anime, które z jednej strony wciąga w pierwszym podejściu, a potem daje kosza jak laska po nie udanym podrywie.

Początkowo chciałem ogłosić tę produkcję moim anime roku. Zachwyciło mnie formą jak i treścią. Po ponownym obejrzeniu zacząłem się zastanawiać, co było takiego niezwykłego w tym tytule.


Przede wszystkim jest to czas w jakim się rozgrywa, czyli prawie cały czas noc. Z jakiegoś powodu zawsze to bardziej mnie przyciągało i traktuje na plus. Kolejną sporawą jest bogata paleta kolorów. Zazwyczaj są łagodne tutaj wszystko jest bardzo, ale naprawdę, bardzo wyraziste.

Nie gorzej sytuacja ma się z animacjami, które przez większość czasu ładnie wpasowują się z przedstawianymi wydarzeniami serialu. Jednak dopiero w określonych momentach pokazano co potrafią rysownicy wyczarować. Nie wykorzystują tego za często, a przez co są to chwilę przyciągające bardziej uwagę. Zwłaszcza, że akcji jako takiej, czyli walki, pościgów itp. jest jak na lekarstwo.

Całość fabuły się opiera na rozmowach między Kou, a Nazuna – chan. W trakcie kolejnych epizodów pojawiają się kolejne persony jak choćby Akira (cycata) przyjaciółka z dzieciństwa, czy Mahiru. Po pojawieniu się kumpelki w Kou rozbudziło nadzieje na trójkącik miłosny. Skończyło się tym, że ich relacje były jak terapeuty i pacjenta, czyli neutralne.


Generalnie szanowny duet był, czy też jest, bo się spodziewam drugiego sezonu tłem dla protagonisty. Możliwe, że oprócz tego nakreślają wątpliwości jakie szargają Kou. Lecz teraz są jedynie miłym dodatkiem do całości. Podobnie ma się sytuacja z wampirzycami. Choć w sumie nie wszystkimi. Mimo, że pokazano je krótko doskonale zarysowali ich sposób bycia i działania. 

Seri wypada na ich tle najciekawiej, bo i dali jej więcej czasu antenowego. Początkowo nie brałem za ważne wszelkie akcje z jej udziałem ani reszty spółki. Dopiero pokazanie ostatniej bohaterki zmieniło wszystko. Równolegle z jej wejściem na scenę wszyściusieńko się zmieniło i to na gwałt, że się tak wyrażę.

Wracając do Seri podobnie jak Nazuna pokazuje szereg uczuć i emocji. Nadaje jej to wiele oblicz przez co nie można jej traktować jako potwora. Zresztą co tu dużo mówić wszystkie wampirzyce są na swój sposób w porządku. Zapyta ktoś, ale o co chodzi?


W najbardziej przełomowym momencie można już mieć wyrobione zdanie z kim ma się do czynienia. Łatwiej jest dzięki temu osądzić kto jest tak naprawdę tym dobrym, a raczej udaje go, a kto stawia jasno sprawę uzasadniając to logicznie. Bo jak to w życiu bywa wszystko ma dwie strony medalu. Bycie wampirem to nie tylko sielanka, co to, to nie. Nie będę jednak psuć zabawy pisząc o co dokładnie chodzi.

Podsumowujmy to co mamy do tej pory. Jest Kou nastolatek, który cierpi na problemy z snem i ma trudności  kontaktami między ludzkimi. Wpada na wampirzyce, która przez przypadek zdradza kim jest. Wszelkie wydarzenia jakie mają miejsce w tej serii to luźna komedia, która trzyma widza przed wyświetlaczem. Ich miłosna umowa powoli się wypełnia. Bez pośpiechu jak to w takich produkcjach bywa.

Nie zabraknie momentów, czy też kamieni milowych, które podkreślą, że coś się zmieniło. Nazuna z jednej strony uwielbia niestosowne dowcipy, aby zaraz później palić buraka jak się mówi o miłości. Nie raz, nie dwa twórcy wstawiają jakieś dwuznaczne sceny, ale tak naprawdę są zbyteczne, zwłaszcza jak nie ma na co popatrzeć.

Czy warto obejrzeć Yofukashi no Uta? Mimo swojego dość wolnego tempa z małymi przerwami na coś bardziej żywego uważam, że należy poświęcić czas i prześledzić losy gołąbeczków.
Share:

Recenzja filmu Resident Evil: Witajcie w Raccoon City (Halloween Edition)

Horror, czyli dreszczowiec który ma za zadanie przestraszyć. Gatunek ten przeraża w książkach, grach i filmach. Ma za zadanie zmrozić krew w żyłach. Może być on powolny i budować pełne napięcie lub szaleć z makabrycznymi scenami nie dając nawet chwili wytchnienia. Wydaje się to całkiem logiczne, prawda?

Jak widać tak nie jest i ktoś naprawdę poszalał tworząc ten gniot, o którym można co nieco napisać. Uprzedzam tych z was co nie oglądali, że całość tekstu poświęcona temu filmowi będzie wielkim spoilerem. Nie będę za bardzo odnosił się do materiału źródłowego, bo nie grałem w same gry. Uniwersum znam dość ogólnie, ale i to starczyło, aby wyłapać nieścisłości. Ocena będzie dotyczyła wyłącznie filmu jako randomowej produkcji o zombie apokalipsie.


Od czego tu zacząć? No tak, już wiem! Początek zaczyna się dobrze, powolne ruchy kamerą i te ujęcia coś cudownego. Sądziłem, że będzie to prawdziwy horror, który będzie straszył od samego początku. Jednak stało się całkiem coś innego.

Groza skończyła się błyskawicznie, a zamiast tego zaczęło się coś bliżej nieokreślonego. Akcja przesuwa się do teraźniejszości i jadącej tirem Claire. Gadka szmatka z kierowcą ten zaczyna się dobierać i w końcu pojawia się zombie. Do tego momentu jeszcze wszystko ma jakiś sens. Jednak potem zaczyna się walić ten domek z kart.

Pierwsza rzecz, jakim cudem on nie zauważył stojąc obrócony w jej kierunku, że wstaje i idzie sobie od tak? Na serio? Tak po prostu nie widział co się dzieje? Dalej niestety nie jest lepiej nasza dzielna (Rambolalala) zauważa coś w lesie. Wiecie co to było? Kamerzysta i tak się gapią nawzajem, aż do pojawienia się napisów. Nie zapomnę wspomnieć o piesku, przez cały czas pada mocny deszcz, a jak wiadomo tłumi on zapach. Lecz jakiś cudem kundel poczuł coś i zaczął to zlizywać z asfaltu, mniam. Nie trudno było się domyśleć jak się to skończyło.


Wbrew pozorom nie został na dzień dobry zagryziony, a szkoda, bo miało to więcej logiki niż wjazd na komendę policji, ale o tym później. Jak napisałem pewien użytkownik na filmweb żyjemy w dziwnych czasach.

Rozumiem, że narodowość, czy przynależność rasowa nie powinno decydować o czymkolwiek, ale. Magia tego słowa jest super. ALE szanujmy materiał źródłowy chociaż w szczątkowy sposób. Już pies trącał, że Jill nawet nie jest ubrana jak trzeba, a Leon to jakaś życiowa porażka, którą postrzeliła człowieka w tyłek. Scenarzysta, a może reżyser przynajmniej zdawali sobie z tego sprawę i tak poprowadzili dialogi w barze żeby każdy się „przedstawił”, inaczej trzeba byłoby się domyślać kto jest kim.

No mniejsza z tym. Sama atmosfera w knajpie bardzo odbiega od tego co do tej wypracowała ekipa. Luz blus i dobra zabawa, a może coś dalej się stanie ciekawego? No raczej nie, bo akcja przenosi się powrotem do Claire. Naprawdę tek trudno było się jej umówić z bratem, że wpadnie z wizytą? Zamiast tego dokonuje włamu jakby nigdy nic.


Jest to moment kiedy zaczyna się coś dziać, a raczej zmienia się cała koncepcja gatunkowa. Co prawda zarażeni w końcu się pokazują i zaczynają szaleć. Nasza Rambownica ucieka stamtąd motorem brata. Fajnie by było jakby to zrobiła, ale nie musiała jeszcze się zatrzymać. Odsłonić twarz i się bezmyślnie gapić, bo przecież po ataku na nią każdy by tak zrobił.

Następnie powrót na komendę i uchachane towarzystwo znowu robi swoje. Oszczędzę szczegółów i przejdę do meritum. Leon śpi sobie grzecznie w portierni reklamując słuchawki Sony. Nasz kierowca z początku filmu jedzie z „radosną miną” na komisariat zgłosić wypadek prawie nieumarły. Jadąca cysterna się wywraca przed otwartą na oścież komendą i wybucha. Jednak zapał dzielnego trakera nie wygasł i żarliwie wchodzi do środka. Dopiero strzał komendanta go budzi.

Jeśli nie jest to czarna komedia to ja już nie wiem co to jest. Jeśli komuś było mało dodano do tego jakąś randomową piosenkę pop. Jedyne czego w tym filmie szkoda to statystów grających zombie i ludzi zajmującymi się CGI, wystrojem planu filmowego, bo tam jest naprawdę dobrze wszystko zrobione. W samej rezydencji nie jest w ogóle lepiej.


Aktorzy dalej grają drewnianie, a do tego głupie pomysły dalej się ich trzymają, no cóż taki mamy klimat. Koniec końców dobrze, że tam poszli, bo zombie mogły wreszcie ubogacić ich kulturowo. Nie należy z tego powodu ich dyskryminować, że mają inną dietę, która bogata jest w mięso (śmiech). Jedyna dobrze nagraną sceną jaką tam odnotowałem było jak ta biedaczyna Chris rozwalał nieumarłych. Chodzi dokładnie o moment kiedy światło się zapala i gaśnie.

W Resident Evil: Witajcie w Raccoon City zabawne był sceny kiedy ktoś musiał przeżyć. Zaczynając od tego jak helikopter robi wjazd na chatę, a milusińskim nic się nie dzieje, a kończąc na komendancie. Który wydawał się, że ogarnia choć trochę sytuację, aby cudem przeżyć na parkingu. Bo jak wiadomo, jak się zobaczy psa zombie trzeba zajrzeć pod samochód zaraz po tym jak się go nie zabije. Finał jak to finał wielki jak brzoza głupi jak koza. Rezygnują w nim z jakiejkolwiek grozy, a raczej otoczki na rzecz bliżej nieokreślonej mutacji. Koniec i kropka kto nie wierzy ten trąba.

Podsumowując, Resident Evil: Witajcie w Raccoon City to porażka. Nie mówię, że jako grową adaptacja, bo nie grałem w żadna część, ale jako film. Ktoś napisał jakieś losowe sceny nagrano je i zmontowano. Powinni dostać złota malinę za tego maszkarona.
Share:

Recenzja Murdered Soul Suspect (PC) (Halloween Edition)

Morderca morduje, ludzie panikują, a raperzy rapują. Jednak co do tego mają ci ostatni? Tego i wielu innych rzeczy dowiemy się w tej recenzji.

Będę teraz poważny i od razu wyjaśnię, że nic, a nic. Murdered Soul Suspect to już dość starą grą, która najlepsze ma za sobą. Mimo to postanowiłem ponownie przejść to interaktywne śledztwo, które mimo wszystko potrafi wciągnąć.


Jedynym i w zasadzie najważniejszym powodem dla, którego warto sięgnąć po tą dość budżetową produkcję jest fabuła i niezwykła atmosfera miasta Salem. Początek daję spore nadzieje, bo jest szybkie i od razu wrzuca w wir zagadek.

Wykorzystanie historii miasta jako motyw przewodni jest naprawdę celny. Przychodzi mi ścigać tajemniczego seryjnego mordercę zwanego Dzwonkiem. Chłop jak dąb, a do tego siły co nie miara.

Kampania nie była jakoś szczególnie trudna ponieważ zajmuję zaledwie 6 godzin. W tym czasie poznałem młoda medium Joy. Wraz z jej pomocą musiałem przemieszczać się przez to jakże korytarzowe miasto. Szybko jednak okazuje się, że pewne dzielnice jak i określone miejsca są niedostępne. Co można jednoznacznie odebrać: gra będzie mocno liniowa.


Wraz z poszczególnymi aktami i toną back truckingu rozwiązywałem zagadki i problemy błąkających się dusz. Początkowo prezentowało się jako potencjalne wyzwanie, a skończyło na prostych łamigłówkach i wymuszaniu po przez opętanie sekretów poszczególnych mieszkańców.

Dodatkowo za każdym razem pojawia się kolekcja do zebrania. Nagrodą jaką dostawałem była historia za nią ukryta. O ile samo szukanie było niekiedy sprawdzianem spostrzegawczości, tak sztuczne blokowanie znajdziek już nie. Dopiero w późniejszej części łaskawie udostępnili opcję teleportacji. Tylko niech sobie przypomnę miejsca, gdzie nie dało się dostać?

Schemat powtarza się, aż do samego końca (Jeeej), czyli co z tego wynika. Trzeba traktować tą produkcję jako interaktywny film. Sam Roman (to ten którego zabito na początku) ma silne motywacje, a do tego liczne notki z jego życia rozsiane w najdziwniejszych miejscach uzupełniają back story.


Jednak, żeby nie było za łatwo dołożono demony, czyli duszę tych co nie potrafili uporać się z swoimi sprawami. Za każdym razem trzeba wykonać niewygodną losowa sekwencję klawiszową. W pierwszym takowym starciu zmuszony byłem do restartu gry, bo ten raczył się zawiesić. Jedynym urozmaiceniem w walce z nimi był kruk odwracający uwagę. Ewentualnie próba minięcia ich, co było marnym pomysłem.

Stan techniczny gry w porcie na PC z Win 10 nie zachwycał. Przez pierwszą godzinę może dwie męczyłem się z dźwiękiem, który znikał to pojawiał się od tak. Powracając do miejsc w których się już byłem zauważyłem błąd w postaci Npc, którym pomogłem i powinni zniknąć. Jednak „postanowili” pozostać.

Warto dodać licznych klonów, jakich spotkałem. Jasna sprawa, że na czymś się tnie koszty. Tylko trzeba robić to z głową bo inaczej usłyszmy od kolesie z policji, że przepracował tam pół życia, a wygląda jakby dopiero co akademie skończył.


Udało mi się trafić na ukrytą reklamę Tomb Rider, ale to w sumie mało istotne. Perełką jest komisariat i odpalony na większości komputerów menu z Deus ex Bunt ludzkości i plakaty Just Cause. Naprawdę zaszaleli na całego.

Podsumowując Murdered Soul Suspect początkowo prezentuje się jak biedniejszy brat Heavy Rain. Jednak nie posiada takiej samej głębi jak i konsekwencji. Wszelkie oceny są symboliczne, a przez to elementy rozgrywki w których trzeba ustalić kolejność wydarzeń są nieistotne. Ba wszystko co się tam robi służy jedynie za nakładkę. Czy warto zagrać? Jak najbardziej, zwłaszcza teraz jak już cena jest adekwatna to czemu nie spróbować tego mimo wszystko dobrego fabularnie kryminału.
Share:

Recenzja Sleeping Dogs, Nightmare in North Point (Halloween Edition)

Tak sobie myślałem, co tu wrzucić na początek miesiąca grozy? Coś z zombie? Może ZmobiU na WiiU, albo Rezydencje Diabła na Kostkę Grową (GameCube). Na początek jednak pójdzie coś innego.

Nightmare in North Point jest to dlc do Sleeping Dogs, które zostało stworzone specjalnie na Halloween. Nie jest ono jakoś szczególnie długie po ledwo zacząłem, a po godzinie zabawy wszystko się skończyło.


Podstawa rozgrywki generalnie się nie zmieniała. Dalej jeździło się po mieście i wymierzało się sprawiedliwość za pomocą pięści i kopniaków. W większości wypadków można przyjąć, że jest to całkowita kalka z podstawki.

Tak oczywiście… nie jest. Dodano tu drobne urozmaicania są one dość symboliczne, ale to zawsze coś. Wiąże się to z dwoma nowymi typami przeciwników. Przyszło mi się zmierzyć z chińskimi wampirami Jiāngshī i demonem Yaoguai.

Dobrze, że nikt nie postanowił dodać do tego kotła pospolitych nieumarłych, a wykazano się pewną inwencją twórczą. Wspomniane bestie bezpośrednio wywodzą się z chińskich wierzeń. Skoro tak jest to wszystko się trzyma kupy i tworzy spójną całość. 

Nowa reguła jaka zaczęła funkcjonować w grze polegała na obijaniu skaczących krwiopijców. Nie mogę  napisać, że byli jacyś wymagający. Robili za mięso armatnie i booster do walki z ich dowódcami. Chodzi o tych drugich.

Yaoguai zawsze atakowały pojedynczo, co nie znaczy, że było łatwo się ich pozbyć. Aby odesłać ich tam, gdzie ich miejsce należało mieć miecz z drzewa brzoskwiniowego, który randomowo się pokazywał na mapie. Drugą, a właściwie domyślną opcją było naładowanie mocy, jaką się dostaje po wypiciu magicznej herbaty (misja fabularna). Dołożono do tej kupki cukierków parę warunków. W niektórych misjach wystarczyło tylko obić na śmierć wrogów, a w innych wrzucić do specjalnego kręgu.

Jeśli kogoś to pocieszy jednymi aktywnościami było odbijanie porywanych cywili. Żeby im pomóc trzeba… Tak macie rację, obić mordy demonom. W tej jakże epickiej wyprawie spotka się paru starych znajomych. Głównym celem będzie ich odnaleźć i załatwić. Jeśli ktoś się łudzi, że walki z bossami będą się jakoś szczególnie różnić to porzućcie nadzieje. Nic takiego się nie dzieje.

Teraz trochę pogrzebmy w fabule. Historia z dodatku jest kontynuacja tego co wydarzyło się w Sleeping Dogs. Początkowo wydawało się nawet równie poważne dopóki nie doszło do spotkania z pierwszym z yokai. Przemawia on językiem godnym gangstera. Najwyraźniej w zaświatach jest tak samo jak i na ziemi.

Całość ma raczej wydźwięk horroru klasy B. Niby niczego, powiedzmy, że nie brakuje, ale jest jakoś łyso. Sama otoczka też została odpowiednio przyozdobiona. Zaczynając od świetlistych oczu, a kończąc na skąpanych we krwi ubraniach. Do tego klimatu grozy dochodzą jeszcze nieco podrasowane głosy ludzi. Wszystko to dodaje funu z rozgrywania tej przygody.

Podsumowując, jeśli macie edycję kompletną tego tytułu to śmiało zagrajcie. Będzie to całkiem miły powrót na stare śmieci. Trzeba jednak trochę wybaczyć grze. Podobnie jak w Undead Nightmare. Ocena końcowa…, a pies ją jeb..!

Share:

Recenzja filmu live action Ghost in the Shell

Skończyłem chyba oglądać wszystkie filmy ekranizujące Ghost in the Shell. Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą „perełkę”.

W 2017 r. wyszła aktorska wersja kultowego anime, o którym ciągle ostatnio piszę. Co chcieli osiągnąć twórcy tym obrazem? Zapewne sukces i kasę, ale coś nie wyszło.



Muszę przyznać, że ten międzynarodowy kołchoz z całego świata naprawdę, ale to naprawdę nie ma pojęcia o co w tym chodzi. Dla jeszcze większej beki zamiast trzymać się oryginalnego scenariusza lub dodania w nowych scen, paru smaczków zrobili nieudany kopiuj wklei.

Film w ich wykonaniu pozbawiony jest wszelkich scen, które mógłby przejść do historii. Jedyne co zrobili to wstawili przeróbki lub niemalże identyczne sceny, a jest tego od cholery. Zaczynając od słynnego skoku, który powtarza się dwukrotnie z czego ten ostatni jest tym właściwym, a kończy się pogonią za śmieciarką co było jakąś parodią.

Początkowo myślałem, że akcja filmu została przeniesiona do innego kraju., Chwila, moment, czekajcie przecież tam pokazuje się w oddali siedziba Sekcji 9. Czyli, gdzie oni w końcu są, bo Japończyków tyle co kod napłakał i raczej jest to jakieś USA. Chyba się pogubiłem.



Nie bójcie się, bo im dalej w las tym więcej drzew. Nie zabraknie też przekręcenia faktów, ba całego uniwersum. Zamiast dostać konflikt międzynarodowy z tajemniczym Władcą Marionetek pojawił się wątek uchodźców z Hideo (Kojima) w roili antagonistów.

No i nie zabrakło jeszcze złego szefa korpo, który tak naprawdę stara się zmienić ludzkość w marionetki. Genialne, a wspominałem, że wykastrowano cała produkcję z tego co najważniejsze? Wszelkie dyskusje, czym jest życie, jaki jest sens istnienia cokolwiek w tym stylu została zminimalizowane do zera.

Na serio takiego rzutu na kasę dawno nie wdziałem. Nie lepiej jest z bohaterami, Major jest o wiele bardziej narwana i agresywna. Widać to jak walczyła z śmieciarzem, który chyba miał kogoś ostrzec, ups. Bez urazy, ale w kreacji Scarlett Johansson nic nie zostało z oryginału. Jeśli miała być to jakaś drugoplanowa postać to spoko jest dobrze. Niestety jako Major nawaliła, jak cały ten film.


Pamiętacie może Batau? Wielki bojowy cyborg i dżentelmen w jednej osobie? No cóż, nie wyszło. Kochany olbrzym zawsze miał zwyczaj nakładać płaszcz, kurtkę, czy co miał pod ręką na ramiona Mokoto, aby nie zmarzła.

W scenie na łodzi po tym, jak protagonistka wchodzi na pokład zamiast okryć ją  to rzucą w nią jakąś szmatą, zasłoną znaczy się. Prawdziwy wzór do naśladowania. Na szczęście pamiętali o psie.

W tej parodii nie zabrakło też nawiązań do drugiej części, sex laki też się pokazują. Sama ich rola była całkiem jasna. Tylko, no właśnie, tylko po co dodali wołanie o pomoc? W części drugiej Niewinność z 2004 r. było to tworzenie sztucznych dusz za pomocą dzieci. Tutaj dodali to od tak z dupy, aby tylko odhaczyć z listy.


Generalnie znęcać się nad tym kiczem można jeszcze bardzo, ale bardzo długo punktując wszelkie niedociągnięcia. Szanowne korporacje wzięły sobie co chciały i zmieszały to z błotem. Równie dobrze mogło się to nawyzywać Władca Marionetek: Początek.

Ale co można na to poradzić, gdy smutni panowie w garniturach nie rozumiejących o co chodzi i odstawiają fuszerkę za grube miliony. Niech podsumowaniem będzie ten cytat:

Osioł może wyruszyć w daleką drogę, ale to nie zamieni go w konia. 
Share:

Recenzja filmu Max Payne

O tak ludziska wróciłem tym razem z filmem Max Payne z 2008 r. Mówią, że to gniot dla zatwardziałych fanów serii. Przyjmuje wyzwanie!

Cóż w takim razie przeładuje shotguna jak rasowy twardziel i lecę z tym koksem. Zacznijmy od tego co najważniejsze. Film rządzi się innymi prawami niż sama gra, której jest adaptacja. Mimo to warto zaznaczyć, że zachowało jakąś spójność z oryginałem. Inaczej wyszedłby z tego Wiedźmin z Netflixa.



Najważniejsze elementy się zgadzają. Mamy Maxa, który niczym Batman będzie spamował za każdym razem śmiercią swojej rodzinny. Natomiast sam wątek będzie krążył wokół tej tragedii i Walkirii. Zastanówmy się co jeszcze się pokrywa, a tak sporo scen nagranych w zaśnieżonym Nowym Yorku i parę scen z bullet time.

Natomiast cała reszta to wolna interpretacja reżysera Jphna Moora, który nie miał pojęcia, o co chodzi w noir (tł. franc. Czarny) W oryginale Max jest klasycznym mścicielem, który idzie przed siebie  szukając zemsty. W samej produkcji mamy człowieka, który pokazuje coś więcej niż kamienną twarz. Może dlatego, że nie miał płaskiej tekstury (śmiech).

Faktem jest, że film nie ma jakiś pamiętnych scen wartych zapamiętania ani monologów, które można było cytować. Mimo swojej płaskości jako kino akcji uważam, że warto go obejrzeć. Bo jak na to nie patrzeć spełnia się w postaci ekranizacji gry. Protagonista robi dokładnie to samo co w pierwowzorze. Nawet walki są od biedy znośne.



W tym momencie warto wspomnieć, o tym jak w jednym fragmencie filmu strzela na ślepo skacząc do tyłu. Oddał tam dwa trafienia z czego drugie było pozbawione efektu spowolnienia. Szczerze to miałem nadzieje, że będzie tego znacznie więcej. Zamiast tego postawiono na klasyczne starcia. Innym wartym uwagi momentem był wyskok Maxa na ochroniarzy i pociągnięciu serii.

Z jednej strony mamy tu wtf, co za durna sekwencja, gdzie załatwia wrogów hurtowo, ale... czy w grach też tak się nie zdarza, że Si jest na tyle głupie, że daje się tak załatwić? No właśnie mamy, a skoro tak to znaczy, że jest ok. Sam koniec filmu zawiera jedną sytuacje, którą pragnę "pochwalić". Gdy Max wychodzi z wody (lodowatej w końcu to zima) powinien dostać hipotermii i umrzeć. W klasycznym wydaniu starych filmów z ubiegłego stulecie po prostu wstał i poszedł.

Natomiast on zażył narkotyki i stał się koksem na sterydach. W tym momencie przyznaje, że ludzi od CGI poniosło. Może sami coś popali na boku? Tego nie wiem, lecz towar musiał być mocny. Natomiast same haluny już były kiczowate, a przynajmniej ten w którym protagonista jest w samym centrum kadru i udaje Simbe, czy innego Króla lwa.



Finał sam sobie nie powala, a wątki które domknięto i te, które olano nikogo nie obchodzą. Max Payne zasługuje na coś lepszego, a tak dostał lekko dobrą ekranizacje na 6.5/10. Słowem podsumowania, jeśli produkcja miała być stricte kinem akcji to przeciętne. Jednakże jest to ekranizacja gry o tym samym tytule i tu się nawet spisała.

Proszę nie ukrzyżujcie mnie w komentarzach xD

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie