• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Mario Power Tennis na GameCube

Dawniej było lepiej – jak powiedział nie jeden nerd po trzydziestce. Normalnie kłóciłbym się z tym, ale dziś się wyjątkowo zgodzę.

Kolejny weekend i nowym tekst na waszym ulubionym blogu. Uznam to milczenie za zgodę… Mario Power Tennis na GameCube to jedna z lepszych gier z tej serii jakie miałem okazję zagrać.


Nie będę też wstanie docenić jej piękna grając solo. Powodem tego nie jest głupota botów. Mimo rozbudowanych trybów i mini gier brak osoby towarzyszącej robi swoje.

No dobrze, koniec tych trudnych spraw pora rozłożyć tą produkcję na części pierwsze. Zacznę od dania głównego. Mamy tu turnieje singlowe i deblowe. Każdy z turniejów ma swoje warianty.

Można zgrać typową zręcznościową wersję z uderzeniami specjalnymi lub przejść na bardziej zakręcone korty inspirowanymi innymi markami Nintendo np. Donkey Kong, czy Luigi's Mansion.


Klasyczne wersje są takie same jak w późniejszych odsłonach, a wiec zapraszam do innych tekstów, które to omawiają. Sytuacja jest znacznie ciekawsza jeśli sięgniemy po te zmienione. Główne założenia gry się tam nie zmieniają, ale za to dodatki już tak.

Dobrym przykładem może być kort, który ma trzy pola specjalne. Raz na jakiś czas opluwane są błotno podobna mazią, która spowalnia ruchy zawodnika. Jedyną opcja zaradzenia temu jest oczyszczenie po przez wejście na węże z wodą.

Takich atrakcji jest znacznie więcej, żeby nie psuć wam zabawy wspomnę o tej, która jest i tak oczywista. W przypadku rozgrywania meczu na korcie z Luigi's Mansion mamy duchy, które utrudniają stwierdzenie, gdzie ostatecznie poleci piłka.


Wraz z przejściem poszczególnych turniejów odblokują się dodatkowe warianty gry jak tenisowy Mario Kart. Podobnie jak w pierwowzorze możemy zdobywać wspomagacze / przeszkadzacze, które jeżdżą sobie po siatce.

Oczywiście oprócz tego są różnego rodzaju mini gry jak walki z bossami. Dla tych z was co preferują bardziej tradycyjną formę polecam walkę z Bauzerem, a raczej robo podobnym czymś. Nie bez powodu powiedziałem, że jest to klasyczna walka, bo i tak się prezentuje. Z tylko tą różnicą, że trzeba wykorzystywać do tego rakietę tenisową i piłkę.

Natomiast tym z was co jednak chcieliby więcej sportu zalecam wyzwanie ośmiornicy, a może kałamarnicy w sumie na jedno wyjdzie, no prawie. W tym przypadku trzeba tam odbijać piłkę, aby nie trafić w to samo pole dwa razy z rzędu.


Raz trafiony obszar nie może być ponownie użyty. Wraz z kolejnymi uderzeniami szybkość się zwiesza i trzeba się bardziej postarać.

Niestety nie wszystko co błyszczy to złoto, tak i tu niektóra atrakcję są mimo szczerych chęci kiepskie. Na pierwszym miejscu konkurencja w której trzeba prowadzić aligatorki poprzez ustawienia im trasy za pomocą odbijanej piłki. Pad nie jest zbyt dokładny, a przez co trafianie w określone pole to bardziej kwestia przypadku niż umiejętności.

Podobnie ma się sytuacja z kolorowaniem obrazu, choć tam już jest to lepiej zrealizowane. Warto jeszcze poruszyć temat zawodników jakimi można grać. Oczywiście nie zabraknie nam całej plejady dobrze znanej ze starszych produkcji od Wielkiego N.


Podzielono ich jak zwykle na typy: siła, szybkość itp. Różnice były naprawdę odczuwalne, co dawała więcej radochy jak nagle któryś z przeciwników zaskoczył mnie jakimś ruchem charakterystycznym dla siebie.

Jeśli chcecie wytestować każdego z osobna radzę zrobić to na pojedynczych meczach, bo nie ma takiej możliwości na turniejach, które zostały zaliczone. Ujmując rzecz jaśniej każdy zawodnik wymaga przejścia wszystkich zawodów od nowa.

Jest to dość upierdliwe, ale tak ustawiono. Na szczęście nie jest to dość duży problem w stosunku do tego co można robić w licznych aktywnościach, które tutaj ledwo opisałem.


Teraz jak już wiecie z czym się to je, łatwiej będzie podjąć decyzję, czy zainwestować te 100+ zł na używkę. Na sam koniec ciekawostka dotycząca Si. Skrypty nie przewidują na poziomie normalnym możliwości odbicia piłki dwukrotnie w tą samą stronę.

Jest to dobry sposób, aby wygrać mecz. Natomiast jeśli będzie machać na prawa i lewo to Al będzie dość często odbijać piłkę za pomocą „ataków specjalnych”. Jeden, aby ściąć piłkę, a drugi służy do oszukiwania. Dzięki niemu można odbić z drugiego końca kortu.

Niektórzy posiadają nawet umiejętności, które mogą zmylić co do poleżenia celu, ale to już trzeba samemu zobaczyć.

Podsumowując. Mario Power Tennis jest jedną z bardziej doszlifowanych odsłon jakie miałem okazję ogrywać. Błędów tutaj praktycznie nie ma, a płynność i mnogość aktywności zabierze wam wiele godzin z życia. Idealna gra na małą imprezę na 4 osoby. Ocena końcową zostawiam wam.
Share:

Recenzja anime Yuru Camp sezon 2

Pisałem o tym wielokrotnie. Lecz nie mogę nic poradzić i napiszę to jeszcze raz: Yuru Camp jest klasą samą w sobie.

Sezon zimowy mamy dawno za sobą (deja vu?, czy tylko mi się zdaje). Zabrałem się po ponad tygodnie, a może i dalej od zakończenia drugiej serii Beztroskiego Kampingu. Co tu mówić jest dobrze, powiem więcej jest bardzo dobrze. Zarówno manga jak i anime idą cały czas do przodu, choć synchronizacja leży.


Ci z was co czytali komiks wiedzą, że ekranizacja poszła swoją drogą, a materiał źródłowy jeszcze inną. Na szczęście nie psuje to w żadnym wypadku odbioru, a jedynie mile zaskakuje tym co się wydarzy.

Drugi sezon pokazuje początki Rin – chan, która pierwszą wyprawę odbyła już w gimnazjum. Sporo się od tego czasu zmieniło, co nie powinno dziwić, bo to rodzinna tradycja, że się tak wyrażę.

Oglądając ten beztroską produkcję odniosłem wrażenie oglądania utopii. Niby nie ma tam niczego, co nie mogło być nierealne, ale to wzajemne zrozumienie i empatia odrealnia wszystko. Ok., koniec tych osobistych przemyśleń.


Warto znać poprzednie perypetie Rin i Nadeshiko – chan, aby zauważyć symboliczne elementy. Nie wspominając o lokowaniu ponownie tego samego produktu… No mniejsza, nie będę taki pedantyczny.

Yuru Camp ponownie zachęca do aktywnego trybu życia mimo panujących warunków epidemiologicznych. Warto zaznaczyć, że prawo panujące w Japonii stoi na innym końcu niż nasze, a do tego przestrzegają konstytucje. Dlatego można nawet teraz swobodnie podróżować po kraju.

Głównym wątkiem była wycieczka do Izu i zwiedzanie lokalnych atrakcji i olsenów (łaźni). Nie będę streszczał co się działo w poszczególnych miejscówkach, bo i po co psuć sobie zabawę?


Generalnie oglądając ten pół na pół program rozrywkowo – edukacyjnych można dowiedzieć się sporo o prefekturze Shizuoka. Jak to podsumowały dziewczyny zobaczyły one jedynie ułamek tego co ma do zaoferowania ten region

Nie zabrakło też porad kulinarno – podróżniczych. Jak się zastanowić wydają się banalne, ale warto mieć je na uwadze jak się wybiera pod namiot np. wysokość terenu nad powierzchnią morza i panującą tam temperaturę.

Beztroski Kamping zawiera również wszelakie kawaii momenty, które są naprawdę przesłodzone. Osobiście uważam, że samotny wyjazd pod namiot Nadeshiko jest tego wzorcowym przykładem.


A teraz co nieco o wizualnej części. Twórcy podrasowali i to odczuwalnie całe otoczenie. Kreska naprawdę przyjemna dla oka, ale kontrastuje to z modelami postaci, które nie zmieniły ani o jotę.

Początkowo ten kontrast był nieco uciążliwy jednak szybko się przyczaiłem i przestałem zwracać na niego uwagę. Koniec końców w niczym nie przeszkadzał i warto docenić, że próby polepszenia jakości.

Podsumowując Yuru Camp to więcej tego samego. Opiekunka klubu to dalej moczy morda, ale stara się nad tym jakoś panować. Dziewczęta dalej starają się być uroczę, a cała otoczka i klimat sprawiają, że można się wyciszyć oglądając to anime. Jeśli miałbym doszukać się wad to tylko widzę jedną. Seria jest za krótka.
Share:

Recenzja Story of Seasons: Trio of Towns na New 2 Ds XL

Ciąg dalszy, dziennika młodego rolnika… farmera znaczy się. Codziennie dużo pracy i robienia ciągle tej samej roboty. Czego chcieć więcej?

Story of Seasons: Trio of Towns och, jak się cieszyłem, że w to zagram! W końcu za grę odpowiada Yasuhiro Wada. Tak dla uzupełnienia to on stworzył Harvest Mon i omawianą grę.


Niestety zamiast kolejnej sielankowej produkcji jak w przypadku Stardew Valley, którą robił Eric Barone sam jeden przez bite pięć lat. Dostałem coś zgoła innego. Przeciętną produkcję, w której nie opłaca się zarabiać. Powiedzenie, że pieniądz leżą na ziemi jeszcze nigdy nie było tak prawdziwe.

Zacznijmy jednak od początku i zobaczmy co dokładnie ma do zaoferowania Story of Seasons: Trio of Towns. Historia się zaczyna od dorastającego młodzieńca, któremu marzy się być farmerem.

Po drobnej dyskusji w domu, akcja przesuwa się na gospodarstwo wuja Franka. Tam się dowiadujemy od podstawach tego fachu i stopniowo zaczyna się wspinaczka, czy raczej praca na ugorze.


Nie będę komentował dalszej fabuły, bo mimo, że istnieje, o ile można tak powiedzieć nie odgrywa, żadnej roli. Nie nazwałbym jej nawet tłem, bo byłaby to gruba przesada. Podobnie jest z relacjami z mieszkańcami poszczególnych miast.

Jedyne momenty warte czytania to te w których coś tłumaczą w innych przypadkach szkoda fatygi. Początkowo protagonista to nikt inny jak chłopiec na posyłki. O dziwo wymyślono tylko kilka zadań dziennych, które będzie się powtarzać codziennie, aż do obrzydzenia.

Początkowo ma to nawet sens, bo dzięki temu zdobywa się środki na życie i odblokowuje dostęp do pozostałych miasteczek. Poszczególne misje trzeba wykonać w ciągu doby inaczej przepadną. Jeśli jednak się nie powiedzie nie ma żadnych konsekwencji.


Limit akcji jakie można wykonać ograniczają serduszka (stamina). Jeśli chce się pracować do późnych godzin trzeba się pożywić w gospodzie. Dzięki temu oprócz potrzebnej energii pozyskuje się bonusy np. siłę.

Jeśli jednak kogoś nie stać to może też skorzystać z tego co znajdzie w poszczególnych lokacjach lub wyhoduje. Jest możliwe, aby samemu gotować. Wraz z postępami w końcu dostaje się dostęp do pozostałych miast.

Pierwsze z nich Westown jest bazą startową. Stylizowane ono jest na taki powiedzmy Dziki zachód z przymrużeniem oka. Kolejne jest Lulukoko trapiki pełną parą i ze wszystkim co może się kojarzyć szaremu zjadaczowi chleba. Ostatnia lokacja to Tsuyukusa. Jakby to ująć? Azja pełną gębę. Rolnicze miasto w Chinach lub innej Korei.


To co je charakteryzuje oprócz rzeczy wymienionych powyżej to czas pracy poszczególnych sklepów i ich asortymentem. Początkowo mogłoby się wydawać, że to ciekawie rozbudowana gra.

Niestety nie opłaca się w niej bawić w rolnika, a warto być górnikiem. Naprawdę nikt nie zauważył jak wartość minerałów niszczy ekonomie gry? W momencie, gdy dostałem młot do ręki wszystko się rypnęło. Wartość diamentów czy innych szmaragdów jest wprost absurdalna.

Jeśli wszystko dałoby się kupić, na szczęcie nie da się to wymaksowanie gospodarstwa byłoby bardzo szybkie. Jednakowoż jest pod tym kątem inaczej. Aby odblokować dostęp do wszystkich terenów trzeba wykonać misję od ojca (farming tips). Zwykle chodzi o wyhodowaniu bądź wytworzeniu czegoś na z posiadanych zasobów.


Jest tylko jeden szkopuł, a mianowicie tempo rozwoju akcji. Powiedzieć, że jest wolno to jak nic nie powiedzieć. Trzeba uzbroić się cierpliwość, bo trzydzieści godzin to tylko połowa tego co możecie zrobić, a może i mniej.

Jeśli kogoś coś takiego nie zniechęca to ok., przejedzmy dalej. Sądziłem, że nie ma tu czegoś takiego jak konsekwencje i można na wszystkim położyć lachę. Okazuje się, że zaniedbane zwierzaki mogą zdechnąć. O nie! Jakie to straszne, a nie czekaj, luknę do portfela.

A nie sorry kasy mam tyle, że mogę kupić wszystko, a więc jednak to tylko symboliczna strata. Jeśli jednak komuś zależy na łaciatej to może o nią zadbać czyszcząc, dając przysmak lub lepszą paszę.


Ba, krowa czy inny koń może mieć doła lub focha. Wszystko to można sprawdzić w księdze znajdującej się w tym samym budynku. Podobnie ma się hodowla roślin. Jeśli pada deszcz nie trzeba podlewać, a wraz z mieniającą się porą roku sadzi się inne warzywa. Jeśli jednak się zapomni podlać to cóż wszystko uschnie i tyle. No i tu wreszcie pojawią się odczuwalne nie pożądane rzeczy.

Niektóre uprawy wymagają dużo, ale to dużo czasu. Jeśli więc zaniedba się ich rozwój trzeba będzie poczekać no nowe plony.

Jednak jak wiadomo nie tylko pracą człowiek żyje i co jakiś czas odbywa się festiwal. Jest to nic innego jak małe wydarzenie, które ma urozmaicić zabawę. Nie ma coś się spodziewać czegoś wielkiego. To co mnie zaskoczyło jak łatwo się wyrywa. Można rzec, że robi się to z wybiegu.


Na sam koniec zostawiłem mieszkańców. Są to marionetki, które chodzą sobie bez celu po mieście robiąc za dekoracje. Gdyby kampania była krótsza to ich występy odbywające się od czasu do czasu byłby bardziej interesujące, a tak mamy takie absurdy jak niedziałająca pocztę z której nie można wysłać wiadomości do domu mimo, że proszono o to.

Zamiast zrobić to jak tylko się przyjdzie do miasta trwa to około miesiąca czasu. Inne śmiechu warte momenty to jak trzeba podjąć decyzje, czy się do czegoś wtrącić. Tylko po co, skoro nie ma to żadnej ciągłości. Jedynie szkoda mi opiekuńczych duchów. Widać było w nich jakiś potencjał, który zupełnie nie wykorzystano, a szkoda.

Podsumowując Story of Seasons: Trio of Towns to pomyłka. Mimo, że ma tylko cztery lata za sobą to wygląda jak giereczka na Fb, czy inne Google play. Początkowo wydawało się, że zachowano wszystkie niezbędne mechaniki itp., aby chcieć grać. Stało się inaczej. W rozgrywce sam gracz nie stawia sobie celów do zrealizowania, a zamiast tego jest prowadzony za rączkę w zabawie dla przedszkolaka. Ocena 5/10.
Share:

Recenzja Urasekai Picnic

Zimowy sezon się skończył, a wiosenny już trwa w najlepsze. Wraz z tą zmianą kilka serii, które oglądałem dobiegły końca (wreszcie). Nie przedłużając zacznijmy od numer pierwszego. Kolejność jest zupełnie przypadkowa jakby ktoś pytał.

Urasekai Picnic od tej serii zacznę omawiać oglądane przez ostatnie tygodnie anime. Pierwszy odcinek robi spore nadzieje. Główne bohaterki poznajemy w innym świecie zwanym przez nie Drugą Stroną.


Stylistyka robi naprawdę wrażenie. Postapokaliptyczny świat, ale nie taki jak w uniwersum Metro Exodus, co to, to nie. Powiedziałbym, że bardziej chaotyczny i jasno dający do zrozumienia, że ludzie go nie stworzyli mimo licznych podobieństw do świata rzeczywistego.

Szybko można się przekonać, że mimo ciekawego motywu przewodniego będzie to tak naprawdę klasyczna przygoda z drobnym romansem i plażą w tle. O ile sam wypad nad morze dobitnie pokazuje z czym mamy do czynienia. Tak nie wprost powiedziana lesbiosa dodaje tu pewnego uroku.

Fabuła wyraźnie jest robiona trochę na odczepnego. Łączy luźno różne wątki, które nie tworzą jakiejś wspólnej całości. Od tak trafiają do jakiejś wioski lub na gościa, który długo nie pociągnie, ale będzie ostrzegał przez „niczym”. No ok., coś tam niby się prześlizgnęło, aby w ostateczności nic nie zrobić.


Cel i motywacje dziewcząt są dość jasne, ale nic w sumie z tego nie wynika, bo jak wspominałem nic nie pcha tej historii w właściwym kierunku. Najbardziej dobitnie to widać na ostatnich odcinakach, gdzie spotykają żołnierzy amerykańskich. Zostawiają ich i olewają, aby się ocknąć, a następnie stwierdzić, że jednak wyruszą na ratunek. Brawo wy!

Jedyne co ratuje cały ten show są relacje między Toriko i Sorao. Mimo, że nie jest to ecchi to musieli zrobić z nich duet cycata i deska. Japończycy, chyba naprawdę mają z tym problem. No mniejsza z tym… Sorao od której zaczynają się pierwsze sceny to zamknięta w sobie dziewoja.

Natomiast Toriko oprócz lepszych kształtów to wyluzowana babeczka, która ukrywa swoje wewnętrzne smutki. W bardziej klasycznym zestawieniu odgrywałaby kolesia, który na mór marmur musiała rozkochać w sobie którąś z bohaterek. Co w sumie i tak robi…


Każda z nich ma swoje powody do działania dlaczego przechodzą na Drugą Stronę. Lecz to nie wszystko! Mają też inny sposób funkcjonowania, co w sumie się dobrze komponuje analityczna i do bólu ostrożna Sorao i narwana Toriko.

Paradoksalnie to co zespoliło na początku ten duet jest kasa, a raczej blondi pracodawczyni, chodzi o małą Kozakure. W czasie oglądania całego sezonu zastanawiałem się czy, zaliczyć ją jako małą myszkę agresorke, czy zwyczajnie jako dupka.

Ostatecznie przychyliłbym się do chama, który cały czas się gardłuje o wszystko i podkreśla, że to mój dom. Natomiast wszystko co złe to wasza wina. Szczerze to wolałbym, że okazała się tsundere, bo jakoś lepiej to przyjąć i zaakceptować.


Jeśli chcieć się doszukać jeszcze innych widocznych plusów to powiedziałbym, że kreska jest dość przyjemna. Ba, jest na tyle dobrze, że się wciągnąłem i obejrzałem wszystkie odcinki. Wszelkie sceny walki, ucieczki itp. były bardzo dobrze animowane, dzięki czemu nie miało się ochoty przełączać, czy przewijać odcinaka do przodu.

Podsumowując Ura Sekai Picnic to naprawdę fajne anime, które miało ambicje na coś więcej, ale ostatecznie stało się luźnym tłem dla wielu historii, które zaplątują się między sobą bez większego ładu i składu. Samo zakończenie jest dość otwarte i może łaskawie się ockną i powiedzą co się stało z głównym wątkiem tej historii. Ocena końcowa 6.5/10
Share:

Recenzja Red Dead Redemption 2 na Xbox One S

Zanim zacząłem grać w Mafie 2 nasłuchałem się jak to długo się tam jeździ. Miałem tą informację zawsze gdzieś z tyłu głowy. Nie sądziłem jednak, że Red Dead Redemption 2 będzie wstanie ich przebić.

Będąc małym chłopcem bawiłem w dziku zachód udając Indiana, cowboy, czy innych bandytów. RDR2 daję możliwość wejścia w to na całego. Ludzie z Rockstar’a wyraźnie nałożyli na to nacisk. Stworzyli rozbudowany główny wątek, który pozwala wejść w ten świat całym sobą.


Sporo mówiono po premierze o tym, że ta produkcja nie jest dla każdego. Szczerze trudno mi się z tym zgodzić. Fakt, kampania jest dość długa, ale na pewno niewolna. Akcja rozwija się całkiem stabilnie i to równo tempo powoduje, że za każdym razem miałem ochotę na ciąg dalszy.

Syndrom jeszcze jednej tury był bardzo odczuwalny. Wracając jeszcze do specyfiki tempa w fabule. Uważam, że wspomniane na samym początku przemieszczanie się jest przyczyną ludzkich narzekań.

W późniejszych rozdziałach dostałem możliwość podróży pociągiem, czy innym dyliżansem itp., ale skorzystałem z tego raz bądź dwa z ciekawości. Jak się człowiek przyzwyczai do przemieszczania na wierzchowcu to praktycznie nie będzie korzystał z szybkiej podróży.


Warto zwrócić uwagę na żyjący świat. Wszystkie wydarzenia poboczne są ściśle powiązane z tradycyjnym podróżowaniem. Aktywują się one jedynie, gdy Artur jedzie drogą przez takie rozwiązanie jazda na przełaj niema sensu. Szkoda byłoby omijać i rezygnować z tych atrakcji.

Wrócę jednak do tego co najważniejsze, czyli fabuły. Perypetie jakie tu oglądałem dzieją się jeszcze przed tym jak John pozbywa się starych towarzyszy. Ba, nie jest on nawet protagonistą. No ok., wraca na to stanowisko w epilogu, ale to hen daleko po zakończeniu tej przygody.

Pierwsze skrzypce będzie grał Artur Morgan. Człowiek ten jest jak Nico z Gta 4. Trudno nie robić porównania do tej części serii, bo jest równie poważna i tylko gdzie nigdzie można doszukać się humoru typowego dla Rockstar. Satyra w grze chowa się on misjach pobocznych i teatrach / kinach. Jeśli zrobicie sobie przerwę od głównych zadań warto tam zajrzeć.


Występy na żywo to małe perełki ukryte przed graczem, który gania się od jednego punktu do drugiego. Show jakie jest tam robione to nie jakieś byle co robione na kolanie. Zapamiętam już na zawsze występ iluzjonisty, który twierdził, że złapie zębami pocisk. Chybiłem, lecz nie zabiłem. Może bym zapomniał o tym gdyby nie słowa, które powiedział. Nie mam zębów na klatce piersiowej. (śmiech)

Wracając jednak do głównego tematu. Historia upadku gangu, zasad i ideałów. Nie ma co ukrywać, że Red Dead Redemption 2 to dramat w sumie tak jak część pierwsza. Jest jednak pewna różnica względem RDR. Towarzysze niedoli nie są jakimiś płytkimi bohaterami.

Kiedy z nimi rozmawiałem, wypełniałem misje i świętowałem mogłem zobaczyć jakie są to niesamowici ludzie. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo w kontynuacji kreowali są jako cele do odstrzelenia i nic poza tym.


Przed premierą jak i tuż po niej chwalono się licznymi mechanikami rodem z survivali. Mięso będzie gnić jak się długo będzie trzymać, czy takimi mechanikami jak potrzebą snu lub jedzenia. Jeśli ktoś lubi się w to bawić to jasne można. Tylko jest to jedynie szuka dla sztuki.

Wszelkie nowości wyglądają tylko na papierze dobrze, a tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na rozgrywkę. Jedynie co się będzie dziać to non stop wyskakujące komunikaty typu twoja broń jest w złym stanie.

Na szczęście wciąż tak samo dobrze strzela. Wszystko byłoby było lepsze jakby de facto zmuszało gracza do uczenia się tych zasad i ich przestrzegania. Bez tego miałem jedynie zwykłą strzelankę.


Nie raz bym zapomniał o tych mechanikach, gdyby nie to, że usłyszałem, że mam za cienkie ubranie. Uwagi o braku grubej odzieży mogłem usłyszeć niezależnie od regionu w którym aktualnie przebywałem.

Mogę za to potwierdzić, że kasy jest za dużo. Zdobycie środków na rozwój bazy nie jest trudne i w końcu nie będzie co zrobić z oszczędnościami. Nawet kary po śmierci w postaci potrącanej mamony nijak nie wpływają na to. Przez tak niefortunny zabieg słuchanie jak to brakuję środków finansowych i trzeba dokonać ostatniego skoku robi się dość śmieszne.

Kolejną sprawą były rozmiary obozów w których nie dało się biegać, a jedynie truchtać. Początkowo też miałem takie wrażenie, że są jakieś nieczytelne, ale jak to zwykle bywa wystarczy się tylko do tego przyzwyczaić.


Chodząc tak można usłyszeć niejedna rozmowę i zorientować się z tym co się aktualnie dzieje. Obserwacje tego jakże żywego społeczeństwa daje sporo satysfakcji. Warto poświęcić temu swój czas, a na pewno sporo się zyska.

No dobrze, wyjdę teraz za ten obóz i przyjrzyjmy się otwartemu światu. Wspominałem o tym, że wszystko toczy się przy drogach. Jest to sprytne zastępstwo klasycznych znaczników, które można zobaczyć w typowych piaskownicach. Z jednej strony można pochwalić, za ich brak na mapie, a tak naprawdę one są tam tylko czekają na aktywację jak się znajdzie protagonista w ich pobliżu, aby broń boże ich nie pominąć.

Więc jest to bardziej zagranie pod publikę niż jakieś nowatorskie rozwiązanie (psss w Wiedźminie 3, też tak było. Tylko ciut lepiej wykonanie). Jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę. Podobnie jak w Red Dead Redemption misje od nieznajomych można skończyć innym bohaterem i znowu oni niewiedzą nagłej zmiany Artura w Johana i faktu, że minęło parę lat, a oni tam wciąż czekają.


Niektóre aktywności potrafią się powtórzyć, ale jest tego tak mało, że można przymknąć na to oko. Inną sprawą jest, że przez te mini eventy nabija się punkty honoru. Wydawało się, że może jakoś wpływają na rozwój wydarzeń itp. Niestety jest inaczej. Jeśli okaże się ktoś z was zbyt morderczy to pewne ubrania itp. nie będą dostępne.

Zadania główne są natomiast dość rozbudowane i mają sporo do zaoferowania. Choć sama końcówka była do bólu do przewidzenia to szczęśliwie w poprzedzających rozdziałach jest naprawdę dobrze. Jedyne co przy nich kulało to szybkość pojawia się policji. Jestem gotów zrozumieć pojawienie się świadka, którego trzeba uciszyć lub zagrozić, ale szeryfowie pojawiali się równie szybko, co policja w Cyberpunk 2077.


Skoro tak mierzyli w realizm to po kiego grzyba tak zepsuli ten efekt? Domyślam się, że chodziło, o dodatkowe itemy jakie można byłoby zdobyć, a tak po ucieczce traci się do nich dostęp. Co zabawniejsze nie z powodu tego, że znikają, a dlatego, że ich zabierają grabarze. Jeśli kogoś interesuje system walki to nic się tu nie zmieniło względem poprzedniej części mamy tu ciągle to samo.

Red Dead Redemption 2 ograłem na Xbox One S i nie mogę narzekać na optymalizacje, czy liczbę klatek, co prawda gdzie nigdzie mogłem zauważyć jak miasto w oddali doczytuje się na moich oczach, ale trzeba tego się doszukiwać. Jeśli miałbym zwrócić uwagę na jakiś problem to wykonywania niektórych komend. Dość często można było przepadkiem kogoś zaatakować zamiast sprzedać jakiś posiadany przedmiot lub zaserwować koniu uderzenia pięścią co źle kończyło dla Artura.

Podsumowując RDR2 jest warte uwagi, ale po raz kolejny nie dostałem tego co obiecano. W recenzjach rozpływano się jakie to wybitne dzieło, które jest solidne kandydatem na grę roku, ale tak naprawdę daleko do tego. Co nie zmienia faktu, że solidne 8/10 się należy.
Share:

Recenzja Kyokou Suiri

Ostatnio zaczynam pisać teksty od tego, że dawno nie pisałem, a może jest inaczej? Trudno powiedzieć, póki co piszę sobie tak do szuflady. Może kiedyś opublikuję.

Ostatnio włączyłem sobie randomowo jakieś anime, bo oglądanie przez kilka miesięcy jednego sezonu, a następnie pisanie o nim jest jakoś męczące. No dobrze, jak już tak sobie pomalałem na ten i ów temat przejdę do części właściwej.


Kyokou Suiri to anime z gatunku, tajemnica i nadprzyrodzone. Natomiast po ludzku można nazwać to kino akcji z elementami grozy i gore. Tego ostatniego jest gdzie nigdzie i przypominało to trochę sceny z Kiseijuu: Sei no Kakuritsu.

Na szczęście poziom brutalności jest na niższym poziomie i dodano sporo satyry, a więc u większości osób powinno się spodobać. Trzeba tylko pamiętać, że gdzie nigdzie może być żygogenie.

Kontynuując to co mnie skłoniło do obejrzenia tego anime jest model postaci Yumihara Saki. Pierwszy raz miałem wrażenie, że jeśli padłaby kwestia nie jesteś Japonką to rzeczywiście mógłbym uznać, że tak jest. W sumie podobnie jest z większością bohaterów. Jedynym wyjątkiem byłaby Kotoko Iwanaga.


Skoro wspomniałem o paniach to jest jeszcze i jedna chłopina, bo do trójkąta miłosnego trzeba trojga. Wszelkie komediowe epizody opierają się na kłótni szanownych dam i scen zazdrości Iwanaga – chan, która mimo swojej inteligencji kompletnie nie radzi sobie z podrywem Kurou Sakuragawy.

Swoją drogą nawet tego nie ukrywa, co jest nawet zabawne zwłaszcza w sytuacjach jak nasza loli widzi to całkiem inaczej (ach ta młodość). W następnym kroku warto się przyjrzeć, o co chodzi w samej fabule. Pierwszy skojarzenie to pogromcy duchów w bardziej brutalnej oprawie.

Jest to dość luźne porównanie, ale dość celne. Początek Kiseijuu: Sei no Kakuritsu zaczyna się jak każdy inny tytuł, który oglądaliście. Dopiero w drugim odcinku zaczyna się forma jak w filmie. Każda następna część to zaczyna się dokładnie od momentu w którym skończyła się akcja w poprzedniej części.


Nie jest to jedyny tak nietypowy zabieg. Sam finał to jedna wielka scena, która rozgrywa się przez parę odcinków. Głównym wątkiem będzie tajemnicza Żelaznej Damy i kryjąca się za nią tajemnica. Z powodu wspomnianej wyżej formy narracji niektórzy mogą odbić się od tej serii.

Kiseijuu: Sei no Kakuritsu można podzielić na odcinek organizacyjny, ogólne rozwinięcie mające zaprezentować postacie i nakreślić sytuacje jakie miały miejsce, a następnie finał z przebitkami na walkę i zakończenie. Mimo takie podziału wątki kryminalno - paranormalne zostały wdzięcznie pokazane.

Poszczególne zagadki zostały dokładnie omówione i przeanalizowane. Dzięki temu nie będziecie się czuć, że zrobiono na doczepkę. Jak już o tym mowa, twórcy wykorzystują to, aby jeszcze bardziej podkreślić komiczne elementy i gdzie nigdzie dokładają sceny, które nie mają sensu jak przerwanie walki na pogawędkę itp.


Mimo, że to anime nie jest ecchi można zauważyć potężne „argumenty” opowiadające się za tym, że próbowano coś tam przemycić. Jeśli jednak liczycie na fan serwis to się zawiedziecie, bo tego tam w sumie nie ma.

Podsumowując Kiseijuu: Sei no Kakuritsu to tytuł z którym miło spędzicie popołudnie. Praktycznie wszystkie odcinki obejrzałem pod rząd i ani razu nie miałem ochoty przełączyć na coś innego. Poszczególne sekcje akcji i komedii, a także łącznie faktów jak w Drrrr robi to spore wrażenie. Mam nadzieje, że zachęciłem was do obejrzenia tego anime.
Share:

Recenzja Catherine Full Body

Oj tak, ludziska Switch wraca do łask i zaczynam nową przygodę. Nie będzie to nic banalnego wprost przeciwnie prawdziwa przygoda z innego świata.

Catherine Full Body wydana w 2020 r. na najnowszą konsolą od Big N, a rok wcześniej na Ps4 i Ps Vite. Oczywiście premiera klasycznej odsłony ukazała się jeszcze na 7 generacji. Wydawałoby się, że lepiej ogrywać taki tytuł na bardziej stacjonarnym sprzęcie. Lecz o dziwo hybrydowa zabawka dała radę!


Nie będę jednak uprzedzał faktów i jak zwykle przelecę po kolei jak wypadała ogrywana przeze mnie produkcja. Zacznę od wstępu czyli skąd się wziął pomysł na sięgnięcie po coś tak niszowego.

Mimo, że Catherine to czysta japońszczyzna to nie należy się tym przejmować. Pod dalekowschodnią oprawą mamy niezwykły scenariusz, który przyciągnął moją uwagę. Wielokrotnie trafiałem na wzmianki o tym tytule i w końcu się skusiłem i nie zawiodłem jak z Personą 5.

Nie ma co ukrywać, że szybko przychodzi skojarzenie z w/w grą. Co prawda nie trzeba kraść serc, czy walczyć w turach, ale styl graficzny i podział świata na rzeczywisty i z koszmaru robi swoje. (W końcu mamy tego samego producenta.)


Żeby docenić fabułę trzeba już być nieco starszym, ale nie od razu seniorem lub coś w tym stylu. Powiem tak, trzydzieści plus zupełności wystarczy do tego. Cała gra to nic innego jak test psychologiczny, który poprowadzi do jednego z dwunastu zakończeń.

Skoro już jestem przy warstwie fabularnej to mogę stwierdzić, że ludzie odpowiadający za scenariusz odrobili prace domową, co do tego nie mam wątpliwości. Poszczególne wydarzenia przechodzą płynie między sobą.

Niestety są pewne wyjątki. Niektóre wątki się urywają bez wyjaśnienia przez co nie dowiedziałem się wszystkiego, a szkoda. Przygotowując się do tego artykułu obejrzałem wszystkie ending'i i tam uzupełniłem brakujące dane.


Powiem wprost, że bezpośredniego wpływu na to co się ma stać gracz nie posiada, no prawie. Jeśli chce się dojść do skrajnie dobrego zakończenia to wystarczy odpowiadać tak, żeby odpowiedzi nie miały negatywnego wybrzmienia np. Czy małżeństwo to koniec, czy początek życia? Wiadomo, że opcja początek jest tą jedyną właściwą odpowiedzią.

No i adekwatnie jest do złego końca, ale czy aby na pewno? No nie do końca tak jest. Niektóre elementy się powtarzają, a inne ulegają modyfikacji. Więc bywa z tym różnie, ci z was co chcą się w to pobawić mogą wybrać opcją tylko fabuła i skipować łamigłówkową część kampanii.

A teraz słów kilka o fabule, protagonista to 32 – letni Vincent, który nagle poznaje, aż trzy tytułowe Catherine z czego z jedną zna od czasu szkoły. Początkowo sądziłem, że to jedna i ta samo osoba tylko w różnych wersjach, które miały symbolizować: dojrzałość, namiętność i niewinność.


Pomarzyć można, ale jednak było inaczej. W pewnym momencie nawet zostałem zaskoczony przez małą Rin i to solidnie. Początkowo dowiedziałem się, że Vincent trafiał do miejsca dla zdradzających swoje lepsze połówki.

Najgorsze w tym, że nie była tam babeczek to jest dyskryminacja w końcu to one dorabiają chłopom rogi. Jak widać nie wszyscy są tacy poprawni politycznie. W kolejnych godzinach dowiedziałem się o różnych problemach poszczególnych rogaczy.

Sam półfinał to też niezła jazda, bo kiedy prawda wychodzi na jaw mam wrażenie, że ktoś zaczerpnął inspirację z opłaty zwanej „bykowe”. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy nie sprawdzajcie o co w tym chodziło.


Teraz przejdę do samej rozgrywki. Dzieli się ona na dzień, gdzie spędzałem czas głównie w barze lub mieszkaniu głównego bohatera. Druga połowa to świat koszmaru. Najlepiej wyobraźcie sobie wieże z klocków. Zrobione? Ok.! Teraz waszym celem będzie się dostać na szczyt.

Tak można z grubsza to ująć. Po przebyciu poziomu przewidziano strefę odpoczynku, gdzie się zapisuje stan gry. Nie należy jednak lekceważyć tej części kampanii. Warto rozmawiać z towarzyszami niedoli. Co prawda ma to minimalny wpływ, ale jednak ma znaczenie na to co zobaczy się na końcu. Dodam jeszcze, że uczą oni nowych technik wchodzenia na szczyt. 

Nie wiem tylko, czemu niemalże wszystkie na raz?! Zapamiętać praktycznie nie sposób, a zważając na wyśrubowany poziom to odczuwa się wyraźnie. Niesprawiedliwością byłoby wrzucać wszystko do jednego worka.


Każdej nocy trzeba przejść przez jedno piętro i zmierzyć się z bossem. Jedyne co dobrego mogę o nich powiedzieć to fakt, że mieli niepowtarzalny wygląd, bo reszta to jedno i to samo. Prawie wszystkie wieże trzeba przejść w określonym czasie. Jeśli się nie spełniło tego warunku to spadało się w przepaść wraz z podłożem. Boss nie zmieniał nic w tym temacie.

Natomiast klocki już tak, wpływały one zasadniczo. Nie raz potrafiły odwrócić sytuacje i technikę jaką trzeba lub też można wykorzystać na danym poziomie. Sposobów na to jest naprawdę wiele. Sam finał był stosunkowo prosty. Lecz między pierwszym, a dziewiątym piętrem będzie wiele wyzwań zmuszających do kombinowania.

Nie zabraknie też pewnych itemów pomocniczych, która osłodzą tą ścieżkę zdrowia. Liczba jest ich ograniczona i można używać tylko jednego na raz. Składowanie ich na później też nie wchodzi w grę.


Nie będę pisał o błędach, bo ich praktycznie nie było wszystko chodziło jak trzeba i praktycznie nie ma do czego doczepić. Przejdę więc do podsumowania.

Catherine Full Body wprowadza też dodatkowe przeszkadzajki, coś miłego dla tych co już grali. Rozbudowano też pozostałe tryby. Dzięki temu już nie tylko można wbijać lepsze wyniki, czy grać lokalnie, ale i grać przez neta. Szczerze, nie sprawdzałem tego, bo jakoś mnie to szczególnie nie zainteresowało. Jednak po skończeniu głównego wątku włączcie sobie tryb Babel intro. Wyjaśnia parę rzeczy, które pokazały się w fabule.

Mimo wszystkich przeszkód naprawdę mogę podpisać się pod stwierdzeniem, że pokonanie ich daję satysfakcję. Czuję, że wreszcie przeszedłem porządną produkcję, którą mogę polecić.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie