• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja filmu Paprika

Papryka to takie warzywo. Ostre lub łagodne zależnie od gatunku. Szczerze, to wolę pikantne odmiany. Zastawiasz się co czytasz? Bardzo dobrze, a wiesz, że właśnie śnisz?

Sen, świat fantazji, który jest dostępny tylko dla nas. Jest to sanktuarium niedostępne dla nikogo zewnątrz. Co byś jednak zrobił jakbym powiedział, że istnieje urządzenie DC Mini, które umożliwia wejście do tej „krainy”?

Z tą Papryką wyszło dziwnie. Lecz jest to nic w porównaniu z tym co zobaczyłem w filmie o tym właśnie tytule. Zapraszam was do niezwykłego świata, gdzie dzięki niezwykłej technologii fantazje i rzeczywistość stają się jednością.

Film Paprika z 2006 r. w reżyserii Satoshi Kon to naprawdę wybitne dzieło. Mógłbym stwierdzić, że od czasu obejrzenia Ghost in The Shell czekałem właśnie na tą produkcję.

Nie jest to komedia, czy okruchy życia, co to, to nie. Mamy tu thriller z elementami Sci-Fi. Wszystko jednak zostało okraszone psychodelkiką. Taką łagodną, co prawda, ale jakże przyjemną w odbiorze.  

Początkowo sądziłem, że motyw parady jest jedynie początkiem do czegoś znacznie większego. W sumie było, ale w tym znaczeniu jakim myślicie. Nie byłem szokowany jakimiś brutalnymi obrazami.

Wszystko zostało odpowiednio zbalansowane tak, aby miło spędzić czas. Nie jest też produkcja dla kogoś kto szuka łatwej w odbiorze treści. Przewijają się tutaj najróżniejsze wątki.

Zaczynając od tych najbardziej klasycznych jak mylenie pożądania z miłością, czy już coś bardziej wyrafinowanego jak załamanie psychiczne nie wywołane wydarzeniami z bieżących wydarzeń, a czającymi się gdzieś w przeszłości.

Ba, nie zabrakło też kompleksu boga. Pełen zestaw, a poruszałem zaledwie cześć tego co oferuję Paprika. Sama fabuła rozgrywa się częściowo w rzeczywistym świecie, a częściowo w ludzkich umysłach.

Przejścia między tymi wymiarami są tak płynne, że aby je zauważyć twórcy umieszczają naglą scenę akcji, żeby to wyraźnie zasygnalizować.

Pisałem wcześniej, że mamy do czynienia z kinem sensacyjnym. Przemoc pokazuje się tu, a nawet nagość. Tyle, że krew się za bardzo nie leje. Brakuje tu wiarygodności, w postaci ofiar szaleńców, którzy tu występują. Mały spoiler, wszystkie postronne postacie mimo ataków wychodzą cało.

Z jednej strony to dobrze. Ale to tak jakby oblać kogoś wodą w lany poniedziałek, a ta osobo i tak jest sucha. Mimo bycia polaną kranówką. Przejdę teraz do postaci. Mamy tu małe grono bohaterów pierwszo i drugo planowych.

Każdy z nich było naprawdę dobrze rozpisany. Tak, wiem banalny slogan. Kiedy ich obserwowałem, oglądałem czułem, że mają coś do przekazania. Policjant z wyrzutami sumienia. Paprika, która była jak radosna studentka z pierwszego roku, a także duży i nieodpowiedzialny geniusz.

Pani doktor Chiba Atsuko jedyna postać do której trzeba się przekonać. Gdy śledziłem jej poczynania miałem nieodparte wrażenie obcowania z stereotypową nauczycielką. Wiecie taką co ma „kołek w dupie”.

O dziwo jeden z antagonistów dość szybko się zdradza. Wystarczy jedynie obserwować reakcje, a zauważycie go szybko. Natomiast następnych już nie. Warto jeszcze odnieść się do części technicznej.

Modele postaci jaki cała oprawa jest odczuwalnie starsza niż to do czego przyzwyczaiły mnie współczesne anime. Był to skok do przeszłości. Bardzo, ale to bardzo przyjemny. Dostałem wszystko co najlepsze, ale co się dziwić jak stali za tym ludzie z Madhouse.

Podsumowując ten jakże płomienny tekst. Kino najwyżej klasy i zarazem ostatni film, który został stworzony przez Satoshi Kon. Na koniec mała ciekawostka. Paprika jest ekranizacją książki o tym samym tytule z 1993 r.


Share:

Recenzja Assassin's Creed 3 (PC)

Niedziela wieczór piszę na świeżo kolejny tekst. Tym razem będzie to dla odmiany produkcja historyczna w czasie rewolucji w koloniach brytyjskich. Nie przedłużając dłużej zobaczymy jak poszło Ubi tym razem.

Przechodzę po raz drugi Assassin's Creed 3 wrażenia są co prawda nieco inne, ale to co najważniejsze dalej jest takie samo. Wciąż spostrzegam tą odsłonę jak coś pomiędzy AC2, a DLC Bractwo.

Zaznaczę, że nie jest to, aż tak dobre fabularnie jak pierwsza przygoda Ezio, a rozgrywka nie dorównuję tej z Ac Brotherhood. Zacznę od dość istotnego faktu, że gra nie zestarzała się dobrze.

Widać było, że już te 7 lat minęło i przydałoby się coś poprawić. Ogrywana przeze mnie wersja to ta oryginalna, a nie remaster. Do modeli postaci mogłem się szybko przyzwyczaić, a wygląd budynków nawet mogę pochwalić za jakość. Niestety przyrodę już nie, a zwłaszcza z lotu ptaka powodowała „krwawienie oczu”.

Tytuły co mają te 15 lat lub więcej niekiedy wyróżniają się swojego rodzaju stylem, który dodaje im uroku. Assassin's Creed 3 stawia na realistkę. Powiem więcej na fotorealizm, ale to już może lekka przesada.

Tak, czy inaczej mamy tu styl, która bardzo szybko staję się szpetny. Dodam, że to nie jedyne bolączki tej odsłony. Zawsze stawiałem Bethesda za „wzór” w dziedzinie błędów wszelakich w grach wideo.

Tym razem Ubisoft rzuciło rękawicę i pokazało na co ich stać. Zważając, że mówię tu o kilkuletniej produkcji single player razi to o wiele bardziej niż w takim F76. Ragnole były na porządku dziennym. Warto wspomnieć jeszcze o jednym ciekawym  przypadku.

Desmont drugi z grywalnych protagonistów nauczył się ciekawego „teleportu”. Skurczenie się, a następnie przybranie formy podobnej do ośmiornicy. Choć grywam dużo w najrówniejsze tytuły od różnych studiów to czegoś tak dziwnego nie widziałem wcześniej.

Nie zabrakło też lewitujących przedmiotów lub krzaków, a także wybitych przypadkowo przedmiotów. Największą bolączką tej odsłony, a może i serii do czasu wyjścia Origins jest automatyczny system poruszania się. Nie ma co ukrywać, że jak się szaleje po dachach to trzyma się określone przyciski, a Assassin sam biegnie skacze i chwyta co trzeba bez udziału gracza. Innymi słowy automat.


W tej części jest tego więcej o wiele więcej. Kiedyś tego nie odczuwałem jako ograniczenie. Teraz miałem wrażenie jakbym miał skrępowane ręce i nogi. Dyskomfort ten był dla mnie bardzo dotkliwy.

W późniejszym czasie już się z tym „ułatwieniem” oswoiłem. Lecz na samym końcu w finalnej misji kampanii zobaczyłem wszelkie mankamenty poruszania się. Jak zauważyliście zależnie od tego po czym się poruszał dzielny pół Indianin/ Brytyjczyk taką miał animację. 

Dobrze, a teraz wyobraźcie sobie, że obok siebie ustawiacie bardzo ciasno wszelkie możliwe przeszkody, które same z siebie mieszają poszczególnych skryptach odpowiadające za ruch.

Wyjdzie z tego najbardziej toporna misja jaką mogli zafundować twórcy. Jeśli powtórzy się ją kilka razy to wszystko zacznie być widoczne jak na dłoni.


Podobnie sytuacja ma się z walką. O ile szybkie potyczki opierające się o bloki i ataki nie rażą jak trwają te klika sekund, tak walka z bossem te parę minut znowu wyciąga wszystko na wierzch.

Porównać to można najlepiej z ścigałkami. Gdy się pędzi w takim WRC z pełną mocą silnika nie zauważy się, że elementy otoczenia przypominają sowim wyglądem to co mieliśmy na początku 7 generacji.

Tutaj natomiast zafundowano co prawda raz, ale jednak walkę z templariuszem na tej jakże topornej mechanice.


Przejdę teraz do fabuły, o dziwo nie jest zła. Poruszane w niej tematy o zgrozo są aktualne. I nie chodzi o traktowanie mniejszości #LGBT itp. Mamy tu coś zgoła innego. Nachodźcy / kolonizatorzy po przez swoje „ubogacanie kulturowe” odebrali i usunęli rdzennych mieszkańców z ich ziem.

Brzmi znajomo? No dobra, nie będę tu wchodził w politykę itp. Protagonistą historii właściwej jest Indianin Connor, a właściwie Ratonhnhaké:ton, bo to jest jego prawdziwe imię. Odebrałem go jako człowieka idealistę, który żyje marzeniami i wykazuję pewną pogardę wszystkim wokół, no z wyjątkiem swojego mentora.

Jego podejście nie było wbrew pozorom naiwne, a powiedzmy chaotyczne wynikające z wielu rzeczy. Po pierwsze wychowywał się w innej kulturze. Kolejną sprawą brak dogłębnej znajomości odwiecznego konfliktu między zwalczającymi się frakcjami. Wszystko to mocno się na nim odbiło.


Jeśli komuś było mało to rewolucja w jakiej walczył swoje też zrobiła. Wiele osób porównuje go z Ezio. Uznałbym to za błąd. Trzeba wziąć wspomniane różnice, o których pisałem wyżej. Samo to wymusza stworzenie całkiem innego bohatera.

Co do samej kampanii. Fabuła wciąż jest wciągająca i zachęca do poznawania jej. Nie zabraknie rekonstrukcji prawdziwych wydarzeń historycznych. Dzięki temu dla każdego coś dobrego.

Warto zaznaczyć, że nie ograniczono się do komunikatów tekstowych o mijającym czasie. Connor doczekał się kilku modeli. Dziecko, młodzieniec, aż w końcu dorosły napakowany Pudzian. Niestety nie wszyscy dostali, aż 3 wersje „siebie”. Mimo wszystko takie smaczki należy docenić.


W czasie przechodzenia gry, dane mi było spróbować sił w aktywnościach pobocznych. Mogłem rekrutować nowych członków bractwa. Zastanawia mnie dobór pierwszego członka, który był Francuzem. Przypadek? Nie sądzę! Musicie wiedzieć, że przydupasem antagonisty był Brytyjczyk. No, a jak wiadomo ludzie z krajów, z których oni pochodzą to za bardzo się nie lubią.

Kolejną atrakcją trochę główną, a trochę opcjonalną były bitwy morskie. Więcej o nich napisałem w tej recenzji. Dla uzupełnia dodam, że jako aktywność dodatkowa była ok., nie przeszkadzała, a nawet bawiła.

Co do elementów wartych wspomnienia. W tej części Assassin's Creed poświęcono więcej czasu antenowego Templariuszą. Poglądy ich są równie ciekawe co Sithów i tak samo jak z nimi mógłbym się zgodzić to już z metodami działania polegającymi na groźbach i terrorze już nie.  


Podsumowując ten długi niczym obietnice wyborcze tekst. Zagranie w AC3 wbrew pozorom ma sens. Większość mankamentów nie zauważycie, bo są to tylko krótkie „błyski” jak w wyścigach. Jedynie poruszanie może, choć nie musi irytować.   

A tak i jeszcze dla tych co lubią maksować dany tytuł będą uwierać cele opcjonalne, które naprawdę potrafią narzucić strategię przechodzenia poszczególnych zadań.

Napiszcie w komentarzach jakie waszym zdaniem mechaniki ograniczają was w grach z serii Assassin's Creed.


Share:

Recenzja Koe no Katachi

Głos jest niezwykle ważnym narzędziem i elementem naszego życia. Co byście zrobili jakbyście nie mogli go usłyszeć?

Na to i wiele jeszcze innych pytań próbowano odpowiedzieć w Koe no Katachi. Od razu uprzedzam, że trzeba się wgryźć w ten film, aby się do niego przekonać. Nie jest to produkcja dla każdego. Z jednej strony mamy tu okruchy życia, a z drugiej „Trudne sprawy”.

Ciut przesadziłem z tym porównaniem. Lecz można tak to odebrać jeśli obejrzy się pobieżnie bez poświęcenia uwagi. Ci z was co zaczną analizować wszystko co oglądają doszukają się tu dramatu z głębią.

Na samym początku w pierwszych minutach zobaczyliśmy teraźniejszość, aby chwilę później wrócić do przeszłości.


To co zobaczyłem zwaliło mnie z nóg. Bezmyślny system i nauczyciele, którzy byli skończonymi kretynami. Do szkoły zostaje przyjęta nowa uczennica, która nie słyszały. Czy dostosowano jakoś warunki do jej potrzeb? A może zwolniono z zajęć w których nie jest wstanie brać udziału?

Chciałbym napisać, tak zrobili to! Pobożne życzenia…, a żeby było „śmieszniej” przez kolejne kilka miesięcy była ofiarą kolegów i koleżanek z klasy.

Dalej nie będę już tak nakreślał tego co się wydarzyło, ale zaznaczę tylko, że akcja reszty filmu wiąże się z odkupieniem. Pokuta byłaby trafniejszym słowem.


Metamorfoza poszczególnych bohaterów wywołała u mnie szczere zaskoczenie. Mógłbym to porównać do przeskoku z szarości lub czerni i bieli do koloru. Ten kontrast przykuł moją uwagę.

Wszystko zostało wyjaśnione, czemu tak, a nie inaczej się stało. Tylko, gdzie nigdzie dostrzegłem sceny, które się nie kleiły ze sobą najlepiej. Szczęśliwie stało się w sumie to na samym początku i więcej nie zaobserwowałem czegoś podobnego.

Próby jakie podejmował Shōya Ishida (protagonista) były z jednej strony pocieszne, a z drugiej szczere. Wplątywanie w treść wątku zauroczenia i próby zdobycia serca ukochanej były jak wspomniałem zabawne.


Odrywały one od tematu właściwego, pokuty jaką odbywał od wielu lat główny boaheter. Cel jaki sobie postawił był jasny. Jednak, gdzieś z tyłu głowy coś mi mówiło, że jest w tym wszystkim drugie dno.

Wszystkie te zawiłe sporawy zostały moim zadaniem za bardzo rozwleczone. Dwie godziny to zdecydowanie za długi czas. Skrócenie tego czasu zapewniłoby lepsze tempo i sam odbiór.

W  Koe no Katachi bohaterowie dość często używają języka migowego. Oczywiście przewidziano taką oczywistość jak brak znajomości języka tego przez widzów. Nie zabrakło też scen, która wymagała znajomości języka japońskiego, aby wiedzieć co Shouko Nishimiya pragnęła przekazać.


Skoro już o niej wspominam to przyznam, że jest niezwykła. Uprzedzając pytanie, tak jest idealną kandydatką na waifu. Wyjątkowo ciepła i cierpliwa dziewczyna. Wygląda i dość często pokazuje swoje delikatne oblicze, ale…

Tak, ale musi być silną osobą, aby tyle wytrzymać. Żeby lepiej ją poznać, warto bardziej zwracać uwagę na mowę ciała. Szkoda tylko, że tylko gdzie nigdzie komunikaty jakie przekazywała były zrozumiałe. Co prawda powie co nieco, ale widać, że sprawia jej to kłopot.

Podejrzewam, że chciano trochę zaoszczędzić na dodatkowych animacjach i postawili na standardowe oszczędne, że się tak wyrażę.


W tym dramacie nie zabraknie postaci drugo planowych. Uczniowie, którzy pokazują się, gdzieś z boku i z ni nutki ni pietruszki wpadają z hukiem na scenę. Rozumiem, że chciano przez to dodać animuszu i dodatkowego tła, które podkreśli i urozmaici fabułę.

Zamiast tego odebrałem ich jedynie jako zapchaj dziurę. Stali się spoiwem dość rozrzedzonym i nie najlepiej przez to klejącym w spójną całość.

Kwintesencją tego była jedna postać epizodyczna, która pokazywała się tylko po to, aby pokazać to ja ta zła! Idę skrzywdzić znowu Shouko.


Przejdę teraz do części „technicznej’. Kreska była naprawdę wyrazista jak większość współczesnych produkcji. Całe otoczenie bogate w detale, a ludzie stanowiący przysłowiową kropkę nad „i” mieli wyrazistość, która dodawała realizmowi tego świata.

Podsumowując. Mam pewny problem z tą produkcją. Z jednej strony mamy dobrze wykonany dramat. Natomiast z drugiej brak wyrównanego tempa i na siłę wrzuceni bohaterowie drugo planowi budzą niesmak.

Sądzę jednak, że plusów jest jednak więcej, wbrew pozorom. Dajcie szansę Koe no Katachi możliwe, że wam przypadnie do gustu?

Napiszcie w komentarzach jakie znacie filmy z nieco zmarnowanym potencjałem.  


Share:

Recenzja GTA V (PC)

Wiecie co mnie najbardziej wkurza? Złośliwość rzeczy martwych! Człowiek trudzi się i pracuję, aby wykonać plan, a tu wredny PC usuwa mu jego dzieło.

Nie zostało mi nic innego jak napisać ponownie recenzję GTA V wydanej na 7, 8 i zapowiedzianej na 9 generację. Tekst który czytacie opiera się na porcie PC. Legendarna seria, gdzie celebryci, aktorki i pieroński adwokat wieszali psy.

Dobrze by było, aby się na tym ograniczyli, bo afer było całkiem sporo. Przejdźmy jednak do rzeczy. Wielka Kradzież Aut, bo tak można przetłumaczyć tytuł gry to cudeńko. Pełnoprawny tytuł, który można kupić na własność i ogrywać bez potrzeby bycia online. 
 

Za samo to mógłbym ich ozłocić, ale jeśli komuś mało to tryb fabularny, bo tak zwie się kampania nie posiada pierońskich DLC. Jak dla mnie miodzio. W dobie okradania ludzi z kasy w postaci podwójnego płacenia za to samo mogę śmiało podciągnąć to pod fenomen. 

Skupię teraz na samej historii jaka została przedstawiona w piątej części. Jest nie równa i cześć z niej przypomina produkcję z "Trudnych spraw". Z czego to wynika? Już śpieszę z odpowiedzią. Mamy pierwszy raz w tej serii trzech grywalnych bohaterów: Michael De Santa, Franklin Clinton i Trevor Philips. 

Każdy z nich ma swoją oddzielną linie fabularną jak i część wspólną. O ile jestem wstanie przymknąć oko na Trevora i FC to rodzina Michaela jest żywcem wzięta z pato programów. Prawdziwy rak na który nie mogłem patrzeć. 


Za pierwszym razem jak grałem parę lat temu jakoś tego tak nie odczuwałem. Miałem wtedy wrażenie, że jest to tania sztampa. Teraz widzę, że to coś co powinno zostać wycięte. Czemu poświęcam temu tak dużo miejsca? Bo przerywniki pokazujące fabułę są dość częste i bardzo wpływają na odbiór gry. 

No dobrze, przejdźmy dalej. Szczęśliwie oprócz takich wewnętrznych rodzinnych wątków, które występują u każdego z protagonistów mamy ich misję bojowe, że tak się wyrażę. Chodzi o questy, gdzie dominuje broń palna i szybkie bryki.

W tym przypadku Michael dominuje. To właśnie jego filmowe perypetię najbardziej się wyróżniały błyskotliwymi zwrotami akcji. Ba, będzie tam nawet jedna pamiętna scena, którą do dziś pamiętam. Nie będę pisał wam jaka, aby nie psuć wam zabawy. 


Trevor z kolei wypada blado. Nie ma co się tym przejmować, bo nadrabia to sowim temperamentem. Jeśli można tak to nazwać. Jest bardzo dziki i nieokiełznany. Można śmiało go zaliczyć do jednoosobowych armii. 

Nie będzie to spoilerem jak napiszę, że jednym z misji będzie torturowanie "świadka", a katem będzie on. Wiąże się  z tym ciekawa sprawa. Gdy w 2005 r. pewien modder wyciągnął z kodu źródłowego mini porno gierkę wszystkie święto jebne media chciały się zapluć żółcią.

Teraz nic, spokój, no prawie zamieszanie też to wywołało jak i scena z dupczeniem, którą reporter z tabloidów fotografuje wspólnie z FC. Sporo się widać zmieniło i w końcu ludzie zauważyli, że gra dla dorosłych. Nie dla dzieci może zwierać takie, a nie inne treści. 


Wspólna cześć kampanii jest moim zdaniem najbardziej spójna i tworzy zgrabną całość. Nie raz Gta V pokazuje, że jest świadome, czym jest i nie traktuje się z śmiertelną powagą. Co stanowi całkowite przeciwieństwo poprzedniej odsłony.   

Niezwykły humor w postaci zbzikowanych "obrońców USA", czy ludzi, którzy strzelają do anten sąsiadów stoi na porządku dziennym. Na mapie rozsiane są znaki zapytanie pod którymi kryją się niezwykli epizodyczni bohaterowie. 

Nie zabraknie też gości z innych światów, co już stanowi crème de la crème. Pora wspomnieć co nieco o świecie i tego co tam czeka na nas. Wspomniałem już o znakach zapytania. Warto jeszcze dodać miejsca które można kupić. Kina, garaże, a nawet lotniska! 


Z poszczególnymi tymi miejscówkami wiążą się zdania poboczne, które są całkowicie opcjonalne. Stanowią jednocześnie jedną z nielicznych form zarobków. Jak już o tym piszę. Pora na jeden z absurdów, który wrył mi się w pamięć. 

Do jednego z większych skoków, o których napiszę później potrzebny był podrasowany samochód i kostiumy itp. O ile większość rzeczy można zdobyć siłą. TO musicie wiedzieć, że nie FBI, czy szalony milioner jest największym bossem w mieście. 

Są to sklepikarze! Nie ważne, czy się pali, czy nie i jakie macie broń przy sobie. Im i tylko im nie zdołacie zwinąć towaru. Kolejnym już nieco mniejszym absurdzikiem są samochody. Da się zrobić wgniecenia, czy nawet oderwać to i owo. Lecz niech pierwszy żuci kamieniem ten komu się udało wysadzić prowadzone cztery kółka. 


Auta są naprawdę mocne, a system prowadzenia całkiem przystępny. Jadąc grzecznie ma się wrażenia odprężenia. Natomiast jak już dociśnie się spust pada nie ma już zmiłuj. Jazda bez trzymanki w 100% zręcznościowym stylu. 

Skoro już jestem przy tym FC jak i reszta mają specjalne moce. Nasz gnagus umie spowalniać czas prowadząc auto, co pozwala na brawurowe akcję w czasie pościgów lub ucieczek. Wszystko byłby naprawdę super, jakby tylko dopuszczano go częściej za kółko. 

Michael jest w tym trio odpowiednikiem Maxa Paina. Natomiast Trevor wpada w szał i zyskuję tymczasową nieśmiertelność. Tylko w przypadku pierwszego z naszych milusińskich nie ma odczuwalnych ograniczeń z korzystania z umiejętności specjalnej.


Regeneracja u pozostałych towarzyszy broni wymaga czasu. Dla tego używa się tego jedynie w trudniejszych etapach kampanii GTA V. Przejdźmy teraz do napadów. Są spektakularne i widowiskowe.

Jednocześnie powtarzalne w swoim schemacie. Pewne etapy jak planowanie i wykonywanie przygotowań mogą drażnić. Jeśli jednak się przez to przebije mamy sporo dobrej, ba bardzo dobrej zabawy. W czasie takich akcji przełączamy między grywalnymi postaciami co dodaje jeszcze większej ekscytacji. 

Podsumowując. Atrakcji i możliwości eksploracji świata jest znacznie więcej. Gta V na sporo możliwości, ale nie jest wstanie zrobić więcej niż jednego dobrego wrażenia. Za pierwszym razem byłem pod wielkim wrażeniem jak i rozmachem, czy jakością graficzną. Natomiast teraz jak mam  już drugie podejście za sobą dostrzegam sporo rzeczy, które warto zmienić. Ocena końcowa 7.5/10.   


  
Share:

Recenzja MARVEL'S SPIDER-MAN

Wakacje tego mi trzeba było. Koniec z pisaniem na określone terminy! Pora podejść do tego na luzie. Zacznę więc swoją gamingową podróż w 80 dni dookoła świata.

Plan jaki przyjąłem jest dość prosty. Zamierzam zrecenzować produkcje osadzone w istniejących miastach. Epoka nie będzie miała znaczenia i dzięki temu lista może być dość obszerna.  

Zastanawiałem się, gdzie najpierw się wybrać? Jaki kraj i czas będzie najlepszy, aby rozbujać ten urlop. Zawsze chciałem odwiedzić dwa kraje USA i Japonię. Stany jak zwykle wzięły górę. Teraz tylko dobór miasta. San Francisko, a może Los Angales? Chicago lub taki Boston brzmią lepiej! Puściłem piosenkę Sinatry i wiedziałem już, gdzie się skierować. Do Wielkiego Jabłka, nie inaczej New York.  


Przejdźmy do rzeczy. Każdy z was dobrze zna Spider-man’a. W 2018 r. wydana została ostatnia cześć jego wirtualnych przygód. Recenzje zebrała dobre. Nie ma co się dziwić, bo jest to naprawdę doskonały kawałek kodu.

Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest przedział czasowy w której rozgrywa się akcja. Peter nie jest już amatorem. Dostałem do dyspozycji prawdziwego zawodowca. Nawet jego dowcip się wyostrzył.

Kolejnym istotnym wątkiem jaki warto poruszyć jest fakt, że nie jest to ekranizacja filmu lub komiksu. Insomniac Games  dostało dzięki temu wolną rękę do działania. Jeśli oglądaliście serial kreskówkowy lub jakąkolwiek ekranizację to będziecie doskonale się orientować kto jest kim.


W sumie to potwierdza moje odczucie, że Spaider-man jest kierowany do fanów pajęczaka. Skoro tak jest to powinno być sporo znanych postaci. Nie chcę zdradzać kogo dokładnie poza tymi oczywistymi jak ciotka May, czy MJ.

Miałem szczere nadzieję, że będę miał okazję zmierzyć z całą plejadą antagonistów. Częściowo się to spełniło. Niestety większość z nich dostała bardzo krótki czas antenowy. Przez większość cześć wiedziałem, że istnieją, ale nie miałem okazji ich zobaczyć.

Warto robić zadania poboczne, żeby nie minąć opcjonalnej walki z jednym z nich. Devowie skupiają się początkowo tylko na jednym przeciwniku, aby pod sam koniec na hura wrzucić kogo się da. Czy to dobrze? Trochę średnio, bo mimo, że wprowadzili urozmaicenie i ciekawe misje to nie mogłem odpuścić sobie wrażenie, że to wciąż tylko atrakcja dodatkowe.


Ujmując rzecz jaśniej Premium zapchaj dziura. Jeśli jednak przejrzy się temu całościowo to składa się zgrabną kompozycje.

No, a jak wypada sam główny wątek? Cudowanie! Wreszcie się wciągnąłem i miałem ochotę na więcej. Sony zainwestowało w polską wersję językową. Okropną, kreskówkową, czyli najlepszą dla tych co się wychowali na kreskówkach z Pajączkiem. W innej produkcji potraktowałbym to jako sporą wadę.

Historia nie jest jednoznaczna, choć tak się może początkowo wydawać. Pewne wydarzenia mają drugie dno. Po napisach będziecie mieli dwie sceny. Warto je zobaczyć, ale i bez tego można się domyślić, że planowana jest kontynuacja.


Grając czułem się jakbym oglądał film z Tobey Maguire w roli głównej z 2002 r. klasyka i obowiązkowa pozycja dla fanów Spaider-mana. Fabuła zachowywała dobre tempo, a aktywności poboczne z pewnym bonusikiem, o czym napiszę za chwilę dawały niepowtarzalne doświadczenie.

Tym głośnym dodatkiem był nikt inny jak J. Jonah Jameson, który prowadził audycję radiową w której jechał po Peter jak po łysej kobyle. Wbrew pozorom dobrze się słuchało tych krótkich wypowiedzi.

Przejdę teraz do podziału kampanii na zadania i to zarówno główne i poboczne. Wielokrotnie w trakcie wykonywania wątku głównego zostawałem wytrącany q, które były cholernie krótkie.


Mimo, że nie wiązało się to z jakimś traceniem czasu na oglądanie ekranu wczytywania, to czułem wytrącenie z imersji, a szkoda. Jak już zacząłem się czepiać misji to podobnie jak w Wieśku musiałem rozegrać poziomy z MJ i nie tylko. Wszystkie zrobiono na jedno kopyto. Skradanki pod kątem mechanik różniły się jedynie akcesoriami i sposobem odwracaniem uwagi wrogów.

O dziwo nawet pod koniec nie znudziłem się tym, co to, to nie. Bardziej już  były uciążliwe zadania logiczne. Nie były one szczególnie wymagające, ale szczęśliwie można je pominąć. Normalnie teraz zaczął omawiać system walki lub rozwoju, ale wpierw zacznę od poruszania się.

Insomniac nie stworzyli koła od nowa, a jedynie ulepszyli to co można było zobaczyć w The Amazing Spaiderman. Wszelakie ruchy zachowano w sposób taki, że nie można było zarzucić łamania zasad fizyki. Animacje były bardzo wierne tym z filmom.


Tak bardzo mi to przypasowało, że nawet po skończeniu kampanii dalej wykonuję aktywności poboczne i z wielką chęcią się bujam na pajęczynach.

Teraz słów kilka o typowych atrakcjach rodem z sandboksów. Zbierałem plecaki, robiłem fotki kultowych miejsc itp. Nie były one dostępne wszystkie naraz. Blokowało to możliwość tworzenia nowych kostiumów, które posiadały specjalne moce.

Rozumiem, że powinno się dawkować doświadczenie, ale skoro już widać interesujący skin, który chciałoby się zdobyć to taka przeszkoda jest po prostu upierdliwa. No, ale pal pięć. Dziwniejszą sprawą są drzewka talentów.


Sądzicie, że jak tylko wbijecie poziom to przełoży się to na nowe umiejętności? Nic bardziej mylnego. Na to też będzie trzeba poczekać. Nazwałbym to prowadzenie za rękę 2.0 Niby swoboda jest, ale została sztucznie ograniczona.

Jednak jak tylko się to przeskoczy dostanie się system walki jak z Batmana. W moim odczuciu był bardziej rozbudowany. Natomiast sam pajączek jest bardziej brutalny niż jego kolega po fachu z Gotham.

Walka nie jest pozbawiona wad, po sporo ciosów ustawionych jest pod jednym przyciskiem co wywołuje różne efekty. Sami wrogowie też się bardzo powtarzają i różnią się tylko przydziałem do określonej frakcji.


Dobrze, że poszczególne ugrupowania mają też niepowtarzalne jednostki ze własnymi umiejętnościami. Peter może też tworzyć akcesoria, które bardzo wspomagają jego pracę jako pełnoetatowego super bohatera.

Używanie ich wiąże się z grindowaniem potrzebnych punktów. Warto w szczególności zainteresować się wyzwaniami. Nie zdradzę wam dlaczego sami zobaczycie.

Podsumowując dostałem bardzo dobrą grę, która została staranie wykonana. Mimo, że po chodnikach chodziłem rzadko to i te partie Nowego Yorku zostały zrobione szczegółowo. Sama muzyka w czasie lotu dodaje skrzydeł, szkoda, że wciąż mamy gwałtowne przejścia, gdy się nagle zatrzymam.

Nie przedłużając, jeśli masz PS4 to koniecznie zagraj, naprawdę warto.  

 


Share:

Odwieczna wojna konsol, kto wygra?

Sony i MS piszę skrótem, bo nie chcę mi się całej nazwy notować. Wiem, szczery ze mnie leń. Odwieczna wojna marketingowa między tymi firmami nie przestanie mnie zadziwiać.

W tym roku zabrakło targów E3, co jest wielką stratą. Natura jednak nie lubi próżni i szybko zapełniła tą lukę. W sumie Niebiescy i tak już dawno się z tego wycofali i poszli na swoje. Wracając jednak do rzeczy.

Stoimy u progu nowej generacji konsol. Prawdopodobnie ostatniej. Zapyta ktoś, czemu tak sądzisz? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja cepa. Zanika powoli dystrybucja płyt na te platformy. Pierwszym sygnałem jaki dostaliśmy były nowe usługi abonamentowe na Xbox One.


Następnie co jest o wiele ważniejsze MS wrzuca na rynek sprzęt pozbawiony napędu. Na ostatniej konferencji  Sony zobaczyliśmy nowy Ps5 w dwóch wydaniach. Jedno klasyczne, a drugie „okrojone”. Japończycy badają grunt jak widać.

Jeśli ludzie zagłosują za „dekoderami” to prawdopodobnie zarząd firmy wycofa z rynku wersję fizyczne gier. No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Skoro nie ma potrzeby posiadania płyty to po co i sama konsola?

Fani Zielonych mogą grać we wszystkie produkcje w ramach abonamentu, który łączy się z systemem win10.  Czy to nie logiczne? Skoro mamy takiego Netflixa, który umożliwia nam oglądanie filmów i seriali na dowolnym urządzeniu z połączeniem do neto to czemu nie zrobić tak z grami.


Żeby daleko nie szukać. Google Stadia już pokazało, że jest to możliwe. Ciekaw jestem, czy ci smutni panowie w garniturach są tego świadomi.

Przejdźmy do pierwszego tematu, który wiąże się ściśle z powyższym. Sony, od nich zacznę (pierwsi  w moim serduszku) zorganizowali w tym roku dwa istotne imprezy. Pierwsza była klapą wizerunkową.

Jeśli nie pamiętacie był to panel omawiający część techniczną Ps5. Dla pasjonatów mogło być to wartościowe wystąpienie, ale w przypadku masowego odbiorcy już nie. Trochę dziwny ruch. Najwyraźniej ktoś na górze nie chciał zmarnować przygotowanego materiału. Błąd i strzał kolano, bo kogo obchodzi długa analiza sprzętu?


Klienta będą interesowały gry! Następnie co bardziej nerdziałych możliwości konserwacji sprzętu i temperatury itp. No i na samym końcu trafią się ci co chętnie wysłuchają tego co mają do powiedzenia o najmniejszych detalach.

Runda druga  

Jeszcze to samo półrocze. Akcja na ringu się rozgrzewa MS zaczyna zdradzać co nieco o swojej konsoli. Pierwszą istotną jak dla mnie informacją były teraflopy. Dało to ogólny obraz tego jaką siłą obliczeniową będzie mógł się pochwalić nowy Xbox.

Szybko się stało jasne, że poszczególne betony zaczęły w ramach wojenki teraFapować. Umówmy się, Nintendo ma najsłabszą pod tym względem platformę, a i tak pokonał w tej generacji Zielonych.

Jednoznacznie pokazuje to, że nie samymi teraflopami konsola żyje. No dobrze, ale co pokazali w takim razie na swojej prezentacji? Wstępnie miały to być gameplay z gier itp. W pewnym sensie tak było.


Niestety były to jedynie skąpe fragmenty i ewentualne pokazy Ray Tracingu na Minecrafcie. Żeby było śmieszniej małą czcionką dopisane było: tak będę, ale nie muszą wyglądać gry po wydaniu. Wielka szkoda, ale nie przejmowałbym się takimi rzeczami.  

Istotniejszą sprawą było dalsze wsparcie bieżącej konsoli #cebula, a tak na poważnie. wsteczna kompatybilność. Tutaj należy pochwalić MS za przeniesienie w 100% swojej biblioteki na kolejną generację. Sytuacja wygląda już nieco inaczej w przypadku 7 i 6 generacji.

To co jednak mnie najbardziej zaskoczyło to możliwość dokładania dodatkowych kart pamięci. Wygląda to jak krok wstecz. Ciekawa, czy ceny będę wysokie, ewentualnie umożliwią montaż jakiś zmieników.

Runda 3

Po pierwszej wpadce Sony się w końcu odkuło. Do pewnego stopnia, rzecz jasna. Niestety na ostatniej konferencji nie zabrakło paru błędów. Ach, ten Sony coś zawsze musi pójść nie tak. O Spider Man: Miles Morales  było naprawdę głośno.

Sam miałem okazję już ograć podstawkę, a tu zapowiadają kolejną cześć. No to mamy tytuł, który na premierę sprzeda sporo konsol. Wiadro zimnej wody zostało wylane na następny dzień. Teraz powinienem dodać, że ochłodziło ekscytacje itp. ale nie, bo zamiast tego powstał chaos informacyjny.

W dużym skrócie będzie to samodzielne DLC, a nie jak początkowo się zanosiło remaster z dodatkowymi misjami. Kamień z serca, ale to nie koniec „niespodzianek”. Zapowiedziano GTA! Tak, ale nie VI, tylko V. Niby spoko, niedawno skończyłem grać po raz drugi. Jednak nie tędy droga.


Dalsza część imprezy wypadła znacznie lepiej, bo zapowiedziana Ratcheta i Clanka. Tam wreszcie można było zobaczyć możliwości nowego dysku ssd. Przyznaję, że ciekawie się to zapowiada. Podobnie jak przełączanie między grami na nowym Xbox.

To co jednak znacznie lepiej poszło na prezentacji to skupienie się na konkretach i jakości materiału. Mało gadania po próżni, a jak już ktoś coś wtrącili to dało się na to patrzeć.

Wiem robię z igły widły, ale jako to możliwe, że dużej firmy nie stać na porządne kamerki internetowe? Japończycy pod tym względem znacznie lepiej sobie poradzili.

Zbaczam powoli z tematu. Ps5 podobnie jak konkurencja ma obsługiwać gry z bieżącej generacji. Na początek dostaniemy Top 100 najlepszych gier. Jak to będzie wyglądało dalej to się okaże.

Lament szybko się rozniósł w Internecie, efektem tego było oświadczenie, że reszta gier też będzie dostępna, ale wymaga przetestowania. Jak dla mnie nie ma pospiechu. Ważne, aby dobrze to zrobili.


Ostatnim wątkiem łączącym obie firmy jest cena. Nasze media przewidują 2000 + zł. Ale z różnych przecieków cena waha się od 3 tyś do nawet 4 tyś zł. Według zapowiedzi Xbox ma być 100$ tańszy, czyli o ok. 400 zł

Póki co nie wiadomo ile co będzie kosztować. Jedni patrzą na drugich i starają się utrzymać pokerową twarz. Tak właśnie wygląda obecna sytuacja. Warto wspomnieć o ciekawej ofercie na Xbox. Gry które pokażą się na X One będą dodawane za darmo na następną generację.

Nie chodzi tu tylko o sam odczyt, a coś w rodzaju remastera. Bardzo ciekawa opcja. Na sam koniec dodam, że zaopatrzyłem się w Xklocka One S z napędem. Uznałem, że jeszcze się opłaca, bo nim next gemy zostaną porządnie przetestowane to dobry rok lub dwa miną. Wersję fat będą stare, ale slim co się pewnie pokażą będą miały za sobą choroby dziecięce.


Share:

Wróciłem :D

Wpis co prawda już się pokazał na FB, ale wiem, że nie wszyscy tam zaglądają. Wiec wrzucę i tu. Dawno już nie pisałem, a wiec na początek mała rozgrzewka przed czymś większym. W sobotę wrzucę już obszerny tekst na temat tego co sądzę o bieżącej sytuacji i co przewiduję, że może się stać. Dodam jeszcze wątek o Egs i Steam, bo co tam się dzieje to w pale się nie mieści. :D


Ostatnio naprawdę się dzieje. Marketingowcy rozpoczęli już na poważnie wojnę na next geny. Betony zaczęły skakać sobie do gardeł. (Czyli to co zawsze) Jeśli oglądaliście konferencje obu stron to wiecie co i jak.


Warto w sumie też na bieżąco czytać wiadomości. Chaos, bo to co się dzieje to właśnie to. Brak określonych planów na przyszłość i wzajemne podkopywanie się skrzyżowane z brakiem zdecydowanego działania.



MS chwali się swoim abonamentem, a Sony grami na wyłączność. Ci ostatni zadali wprawny cios pokazując co będzie można zagrać na PS 5. Niestety nie zabrakło problemów komunikacyjnych w postaci dodatku do Spiderman.


Z kolei Xbox fapie swoimi flopsami, które ładnie brzmią, ale najbardziej się liczy łatwość tworzenia gier na konsole. Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak fanboy niebieskich, ale nie ma co ukrywać, że zieloni pokpili sytuację w mieniającej generacji.



Mam nadzieję, że teraz jak wykupili nowe studia w końcu coś się zmieni i zaczną produkować coś porządnego z bogatą singlową kompanią, a nie jedynie dodatki multi.


Tak zakończę mój pierwszy wpis po tak długiej przerwie.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie