• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Wielki powrót, czy kiepski reboot Gothic?

Wielki hit, po prostu wiadomość roku Gothic wraca jako remake! W sumie to dobra wiadomość, bo będzie ładniejszy i mniej drewniany. Choć ta toporność miała swój urok.


Jeśli macie na swoim koncie steam jakąś część z tej serii lub Risena to dostaniecie dostęp do dema gry, a raczej jak określili twórcy prototypu. Celem tej akcji  jest zorientowanie się, co by chcieli gracze, a także tego czy podoba się im ta koncepcja. Teaser ma wystarczyć na ok. godzinne czasu. A wiecie, co?

Mnie starczył na dłużej!!!

Podzielę się z wami swoimi wstępnymi wrażeniami z tego co nam dali. Zostałem zaskoczony od samego początku. W sposób dwojaki z jednej strony główne cele i wydarzenia się zgadzają. Sytuacja zaczyna się zmieniać przy analizie szczegółów, a jest ich sporo.


Pierwsza zasadnicza zmiana. Kim do jasnej ciasnej jest ten kolo udający Bezia? Gada sporo, a jeśli było tego mało zachowuję się jak taki chojrak, który dochodzi do drużyny jako piąte koło u wozu. Ewentualnie traktować go można nieco łagodniej i uznać, że to taki amerykański stereotypowy protagonista, który próbuję być cool, lecz mu to nie wychodzi.   

Po pierwszej ważniejszej scenie trafiamy do opuszczonej twierdzy, a nie wróć to żadnej twierdzy do świątyni hmm, tylko skąd się tam wzięła? Przecież w oryginale tam jej nie było! No i te piękne drzewa i rzeka. Że co?! Kurde blaszka. Jak widać im dalej las i tak dalej. Nic się nie zgadza. Po pierwszym starciu trafiamy na Diega, który wreszcie robi to co trzeba, czyli omawia nam, gdzie jesteśmy itp. Później mam kilka zadań pobocznych w celu zdobycia broni. Tak jest, zamiast po prostu iść na przełęcz po kilof, to już na dzień dobry staję się chłopcem na posyłki. (Facepalm)


Pierwsze i jedyne miejsce, które rozpoznają starzy i nowi fani oryginału jest zejście do kolonii, gdzie widać Stary Obóz. Cała reszta terenu, który został udostępniony to wolna twórczość ludzi odpowiadających za remake. Istotną wiadomością jest fakt, że Piranha Bytes odgrywa jedynie rolę konsultanta.

A co zostawiono jeszcze z oryginału? Otwieranie skrzynek, a ujmując rzecz dokładnie podnoszenie pokrywy, bo mini gra z wytrychem została usunięta. Podejrzewam, że nie chcieli odstraszyć niedzielnych graczy. No mniejsza, wchodzenie na skały dalej jest takie samo i tyle w sumie tu Gothica w nowym Gothicu.


W samym prototypie dokonano tak radykalnych zmian, że reamkiem nie można tego nazwać. Powiedziałbym, że jest to taka Arcania tylko zrobiona lepiej. Czuć tu motywy i inspirację. W moim odczuciu jednak jest to reboot, a nie robiona gra od nowa tyle, że polepszająca starą formułę. Jestem jeszcze stanie zrozumieć system walki rodem z The Honor lub Kingdom Come Deliverance. 

Toporne niewygodne wymagające zmiany przyzwyczajeń to jest jak najbardziej na plus. Ale radykalne zmiany terenu i dodawanie nieistniejących w danym obszarze lokacji woła o pomstę do nieba. Inną dość nieciekawą zmianą jest brak możliwości wyciągnięcia potworów pojedynczo z stada. Jedna z lepszych jak dla mnie taktyk poszła się rąbać.

Sam silnik graficzny wypada zadowalająco, bo przypomina ten z Gothic 3, nie jest równie paskudny, ale podąża tą samą drogą. Modele Npc nie robią dobrego wrażenia, gdyby Diego się nie przedstawił to bym go w ogóle nie poznał. W sumie on też zmienił się nie do poznawania. Brakowało jego ciężkiego pancerza cienia, a zamiast tego nosił jakieś fatałaszki. Nadali mu też inną osobowość, co nie wróży dobrze na przyszłość.


Jedyne z nielicznych rzeczy, które zmieniły się na plus to możliwość wykonywania zadań na kilka sposobów, a do tego będą mieć one konsekwencje w przyszłości. Przynajmniej tak nam to przedstawiono. Jak będzie naprawdę to dopiero się dowiemy za dwa lata.

W moim odczuciu może być to dobry reboot serii, ale za to kiepski remake. Koncepcja nie idzie właściwą ścieżką. Widać, że krąży gdzieś tam przy tych najważniejszych wątkach bez których nie mogliby nazwać tej gry Gothic. Ci z was co się teraz zainteresowali tą produkcją polecam zagrać w oryginał. A tym co już  to zrobili czekać, aż po premierze pokażą się promocję na ten tytuł, bo u swych fundamentów to wciąż nasz drewniany Gothic. 


Share:

Recenzja Halo: Reach


Niedawno wróciła do mnie konsola Xbox 360 z serwisu Advance RS. Zapytacie, ale od kiedy ty masz xklocka, ono od jakiegoś czasu tylko jakoś czasu brakło na przetestowanie.

Zanim przejdę do samej recki, opowiem mała historyjkę. W roku bieżącym kupiłem sobie kolejny sprzęcik do kolekcji. Była to jedna z tych „oryginalnie brudnych”, co poprzedni właściciele nie czyścili od nowości. Dałem do „szorowania” do innego punktu nazwę przemilczę. Po jakimś czasie miesiąc podejrzę lub dwa zasiadam w końcu, aby ograć Halo: Reach.


Czekała mnie niespodzianka konsola, która działa przestała być w pełni sprawna. Oddałem więc do innego serwisu o którym wspominam na samej górze. Udało im się zreperować Xbox 360 czego dowodem ten oto tekst. Ostanie zdanie polecam serdecznie wszystkim  Advance RS dobra firma, ale nie śpieszą się tam. Hmm, zapewne z powodu dokładności i solidności.

Tematem recenzji będzie wspomniana w akapicie powyżej Halo: Reach. Moje pierwsze zderzenie z tą serią. Zdaję sobie sprawę, że jest to prequel wydany po ostatniej przygodzie Master Chiefa. W sumie dla mnie dobrze, bo będę miał nieco lepszy ogląd całościowy fabuły.


Akcja się zaczyna na planecie Reach atakowanej przez Przymierzę, które ubzdurało sobie, że należy wybić ludzkość co do nogi. Wcieliłem się w członka oddziałów specjalnych Spartan pseudonim Sześć. Pod kontem fabularny mamy uboższą wersję Mass Effecta. Jeśli komuś było tego mało zastosowano tu jeden z częściej wymienianych przez  zemnie patentów, co jakiś czas, a jakże, ginie jeden z towarzyszy. Nie muszę wspominać, że nie dali szansy związać się emocjonalnie z kimkolwiek?

No właśnie, a szkoda. Na szczęście w tym pełnym patosu tytule można odnaleźć coś ciekawego dla siebie i nawet zacząć delikatnie współczuć mieszkańcom planety. Mimo wyraźnego nacisku na dramat to się go nie odczuwa. Zwyczajnie czułem się jak przy każdym jednym FPS. Pancerze głównych bohaterów nie podnosiły tego wrażenia, no bo wiecie (te kolory).  

To co było wyraźnie lepsze to rozgrywka, która jak czytałem jest przekrojem The Best of Halo, czyli mogłem tu zobaczyć najważniejsze nowości jakie pojawiły się na „łamach” poprzednich części. Genialnymi ich nazwać nie mogę dla tego powiem krótko, solidne. Zapyta się ktoś, ale co tam było? Arenówki i to okraszone tym co najlepsze szybka akcja, dość dobre Si i wybór broni całkiem przyzwoity.


Skoro wspominam o sztucznej inteligencji to miała pewne babole. Jednym z ciekawszych niedociągnięć był skrypt odpowiadający za podążanie za protagonistą. Boty potrafiły się zatrzymywać na sporych odległościach i teleportować się jak tylko się odwróciłem. Na szczecie to były tylko drobne niedociągnięcia.  

Jeśli komuś było mało apteczek to rozlokowano co jakiś czas, aby dało się przywrócić stabilny stan naszego Spartanina. Sam pasek, a raczej paski życia dzieli się na dwa. Punkty Hp częściowo same się regenerują lecz reszta na szczęście nie. Co motywuję do opracowywania na bieżąco taktyki działania.
W całej grze najgorzej wypada model jazdy samochodami to jedno z gorszych doświadczeń jakie miałem w tym roku. W sumie można ten wątek skończyć uzasadniając brakiem lub niedbalstwem twórców. Niestety tak nie jest, bo inne pojazdy jak chociaż myśliwce kosmiczne  nie cierpiały ten problem może dlatego, że latały?


Najmocniejszą stroną Halo: Reach była ścieżka audio która zachwycała od samego początku do końca. Muzyka symfoniczna robiła swoje i to bardzo. Taki balans to rzadkość o czym zawsze warto wspominać. Jeśli było wam mało dźwięk przestrzenny sporo daje do klimatu. Dla tego radzę grać z słuchawkami.

HR zestarzało się naprawdę dobrze przez co nie kaleczyło oczu. Ragnole były „oryginalne” widać, że nikt ze znajomością bezwładności ludzkiego ciała pracował przy tym. W sumie nawet i lepiej, bo było się z czego pośmiać.

Na koniec ostatni zarzut przeciwko tej produkcji. Samo zakończenie jest naprawdę rozczarowujące. Zostać zmuszony do kolejnej obronny i walka z falami Przymierza było bardzo, ale to bardzo nużące. Gdy dodacie do tego ostatnią walkę za sterami działa przeciwlotniczego to ręce wam opadną. Ktoś ewidentnie nie miał pomysłu co zrobić na san koniec.


Czy warto zagrać w Halo: Reach? Spędziłem z tą produkcją parę naprawdę przyjemnych godzin. Gra pokazała, że ma czym się pochwalić, ale nie zachwycić swoją niepowtarzalnością. Obecnie możecie zagrać w HR na steam, ale jeśli masz okazję ograć na Xbox 360 to lepiej zainwestować w grę towar, a nie usługę. Ocena końcowa 7/10.

A wy od której części zaczęliście ogrywać serie Halo? Też od jakiegoś prequela, a może reedycji na PC?

Komentujcie, udostępniajcie itp. :P


  

Share:

Recenzja Pół Wieku Poezji Później

Hen dawno temu był sobie złoty smok. Zadebiutował sobie w jakże „udanym” serialu Wiedźmin w Telewizji Polskiej. Zapomnieć o nim bardzo byśmy chcieli, lecz warto wspomnieć o serialu, bo wreszcie w pod strzechy wpadła produkcja warta mojej i waszej uwagi.


Pół Wieku Poezji Później stworzony przez fanów dla fanów jak twierdzi reżyser Jakub Nurzyński, którzy odpowiada za tą produkcję. Powiem na dzień dobry, że mamy tu naprawdę dobry tytuł, który spokojnie może być puszczany w kinach.

Najpierw skupię się na plusach, a potem dodam jakie to niedociągnięcia zauważyłem. Jeśli okażą się, że są to zamierzone zabiegi to mnie poprawcie. Fabuła opowiada historie ostatniego wiedźmina Lamberta (Mariusz Drężek). Geralda tu nie zobaczycie, bo akcja odbywa się po wydarzeniach z Pani Jeziora. Seria gier wideo jakie wyszły od Red’ów nie jest brana pod uwagę, co nie oznacza, że niema nawiązań.

https://antyweb.pl/pol-wieku-poezji-pozniej-alzurs-legacy-premiera-dzisiaj-o-1830/
W całym filmie mamy dwa główne wątki. Wiedźmin będzie szukał zemsty, a Triss Merigold (Magdalena Różańska) będzie ścigać renegadkę  (Kamila Kamińska). Rozwój wydarzeń jest naprawdę równomierny, a że trochę posiedzicie przed monitorami to zapewniam was nudzić się nie będziecie. W czasie całej wędrówki naszych dzielnych bohaterów w tym syna Jaskra (Zbigniew Zamachowski) dzielny Julian (Marcin Bubółka).

Poszczególne miejscówki, lokacja jak kto woli są naprawdę bajeczne. Już sama Baszta Mórz robi wrażenie. Mnie jednak co innego rzuciło się w oczy, a była to tablica ogłoszeń kropka w kropkę taka sama jak w trzeciej części przygód Białego Wilka. Inne miejsca jak wioski, czy poszczególne chaty też są niczego sobie. Całość była okraszona niezwykłą muzyką nagraną przez Liz Katrin i Marcina Cyronka wzorowana była wyraźnie na tej co skomponował zespół Percival. Jak już się inspirować to od najlepszych i czuć, czy też słychać od samego początku, aż do końca.

https://www.facebook.com/witcherfanfilm/photos/a.1772710972739791/1772711212739767/?type=1&theater
Pół Wieku Poezji Później został stworzony za pieniądze jakie przekazali fani na serwisach crowdfundingowych. Warto pamiętać o tym i dla tego oceniam w inny sposób (łagodniejszy). No dobrze, jak poradzili sobie sami aktorzy? Jeśli chodzi o sceny rozmów, kłótni itp. to wszystko jest jak najbardziej w porządku. Słucha się tego dobrze i widać, że każdy wie co ma zrobić. Sytuacja zmienia się dopiero przy walkach tam już mamy inną opowieść.

Trudno mi wytypować najlepszego aktora, ale najgorszego już nie, łysy zabójca przemawiał jakby nigdy nie miał styczności z aktorstwem. Miny i pozy robił właściwe, ale jak się odezwał to, aż „uszy krwawiły”. Podejrzewam, że wzięto go w ramach zastępstwa. W sumie wszystko to i tak małe piwo, bo nie odgrywał ważnej funkcji w filmie, a jedynie od czasu do czasu się pokazywał i robił sieczkę, a wraz z nimi groźne spojrzenia.

https://www.antyradio.pl/Film/News/Pol-Wieku-Poezji-Pozniej-czyli-fanowski-Wiedzmin-z-pelnym-zwiastunem-i-ostateczna-data-premiery-33425
Wtrącenia zwane potocznie easter eggami też tu zawitały nie zabrakło słynnej fraszki, czy nawiązań do Władcy Pierścieni i samych gier o czym pisałem wyżej. Czy były one potrzebne? Tak średnio, miłe, acz niekonieczne wtrącenia które łechtały tych co kojarzą skąd one pochodzą. Ostatnimi plusami o których wspomnę są efekty specjalne, które jak muzyka ładnie uzupełniły co ważniejsze momenty. Chyle czoła przed osobą / osobami, którym chciało się tak męczyć przy ich wykonaniu. Jak widać chcieć to móc, prawda Telewizjo Polska?

Przejdę teraz do tych elementów, które leżą i kwiczą. Walka i logika, tego tu zabrakło. Wszystkie chorografię jakie zostały zaprojektowane wołały o pomstę do nieba. Pal sześć walkę najemników, ale wiedźmini ruszali się jakby im kto kołek w rzyć wsadził. Rozumiem, że jest to film non profit, ale jednak obraz ten kaleczył.

https://gwint24.pl/pol-wieku-poezji-pozniej-alzurs-legacy-nowy-trailer
Innych niedociągnięć jak na tej klasy filmu nie widziałem. Gorąco polecam obejrzenie każdemu miłośnikowi twórczości Sapkowskiego tę jakże cudowną produkcję.

Na koniec miało być dziś podsumowanie projektu Call of Duty, ale premiera mega fanowskiej produkcji była wczoraj i uznałem, że jest to ważniejsze.

Podzielcie się swoim wrażeniami w komentarzach może coś ciekawego się dowiem o Pół Wieku Poezji Później.  

Share:

Retro recenzja Wario Land: Super Mario Land 3


Retro gry stare brzydkie, ale z niepowtarzalnymi pomysłami i dla tego je kochamy. Ale, czy są pod względem gameplay, aż tak dobre? Może to tylko nostalgia? Pora na test i raz na zawsze rozwiążmy ten problem.

Moim królikiem doświadczalnym była jakże kultowa produkcja Wario Land wydana na GameBoy Classic w 1993 r. Dla lepszych doświadczeń z tym tytułem zaopatrzyłem się w GB Advance SP. Pierwsze wrażenia mogłem zaliczyć jak najbardziej na plus. Fizyka działa perfekcyjnie. Dzięki czemu wszelkie manewry dawały pewną satysfakcję w czasie ich wykonywania.


Jednak to zwróciło moją uwagę jest odwrócenie konwencji od klasycznej formy z Marianem w roli głównej. Tutaj niema strachliwego hydraulika, który musi naskakiwać, ale mamy tu wielkiego kloca, który bierze z bara każdego kto się napatoczy. Co mniej groźni przeciwnicy wprost odbijają się od jego brzucha.

No skoro wspominam o obijaniu przecinków, to może warto przejrzeć się kojonej sporej różnicy w podejściu do przemian jakie przechodzi Wario. Posiada on tylko dwie główne formy, a nie trzy. Nadrobiono to po przez różne nakrycia głowy, które dają mu nowe moce. Od odrzutowej czapki umożliwiające krótkie szybowanie do smoczo podobnego czegoś co daję miotacz ognia. 


Poziom trudności to największa wada Wario Land i to nie dlatego, że jest za trudna wprost przeciwnie! Jest łatwo i tylko z nieuwagi można, gdzieś na chwilę utknąć. Na szczęście punkty zapisu są co jakiś czas więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby z nich skorzystać. Na plus zaliczyć można projekty poszczególnych poziomów, która zawsze mają jakiś pomysł na siebie.

Nie mogę powiedzieć, że się nudziłem, bo odnajdywanie kluczy pozwalające się dostać do ukrytych miejsc dawało mi sporo radochy. Inną dość niespotykaną jak dla mnie rzeczą były przejścia wymagające wykorzystania monety. Nie uruchamiały się one samoczynnie, a wymagały od ode mnie odpowiedniej kombinacji klawiszy i krzyżaka. Za pierwszym razem sądziłem, że to jakiś błąd. W sumie nawet jest to zabawne z perspektywy czasu.


Warto również zebrać jak najwięcej kasy, bo dzięki temu można spełnić wielkie marzenie naszego Wariusia. Zależnie od tego ile wam się uda zebrać gotówki takie dostaniecie zakończenie. W sumie cała esencja WL 1 jest umieszczona w chciwości protagonisty, który myśli jedynie o sobie. Celem końcowym nie będzie, żadna księżniczka, a kasa i Wario się z tym nie ukrywa. On doskonale wie co chce i wie jak to dostać.

Grafika, na początku niepotrzebnie dodałem słowo brzydka. Zważając na jakie zostało zaprojektowane urządzenie jest naprawdę niczego sobie, a modele poszczególnych mobów można było wrzucić do nowych tytułów. Co do muzyki jakoś to brzmienie mnie nie ujęło i nie skłoniło do tego, aby słuchać dłużej niż jest to konieczne. Przyzwyczajenie się do pełnoprawnych podkładów muzycznych robi swoje jak widać, czy też słychać.


Czy warto sięgnąć po Mario / Wario Land? Sądzę, że niema żadnych przeciwwskazań. Próg wejścia jest stosunkowy niski więc się nie odbijecie od gry. Na początku zapytałem czy stare gry są ok. ze względu na rozgrywkę. Sądzę, że tak, bo to co zrobili twórcy jest ponad czasowe i jedynie wizualnie coś się zmieniło. 

Pozostawię grę bez jednej konkretnej oceny z tego też powodu, że jest to debiut retro kącika na blogu.

Chcielibyście więcej materiałów z dawanych dobrych czasów? Napiszcie jakie was zainteresowały tytuły. Chętnie się czegoś od was dowiem. ;D


Share:

Recenzja Hellsing Ultimate (+18)


Kolejny dzień kolejne anime do omówienia. Przyzwyczaiłem was do tego, że każda recenzowana produkcja to komedia. Postaram się to naprawić i tym razem przegiąć pałę w drugą stronę.

Jednym z częstszych motywów w uniwersach, gdzie ludzie są słabi jest to, że jakimś cudem jeden z ich wrogów przechodzi na ich stronę. No i co równie ważne nie może to być jakiś cienki bolek, którego da się rozłożyć na jedno uderzenie. Zawsze jest to ktoś kogo można zaliczyć do elity. Panie i panowie pora na Hellsing Ultimate.

Tego się nie spodziewaliście, prawda? Możecie się zastanawiać skąd taki przeskok gatunkowy. Pomyślałem sobie, a może coś gore, krwawego jak Berserk, ale nieco mniej krwistego. Konia z rzędem temu, kto zauważy różnicę między tymi produkcjami. Zapewne znajdzie się ktoś kto to zrobi zapraszam znawców krwawych łaźni do komentarzy.


Jeśli oglądaliście jakieś filmy z łowcą wampirów to już wiecie z czym się to je. Tutaj mamy coś innego, co prawda nie na samym początku, a w późniejszych częściach serii. Liczba odcinków jest klasyczna czyli dziesięć. Poszczególne epizody mają powyżej czterdziestu minut. Co daję łącznie dwa sezony licząc po dwadzieścia minut czasu antenowego. Ja tu się rozgaduję bla, bla, bla, a wy pewnie wolicie dowiedzieć się coś więcej o wampirku.

Dracula, czy jak go nazwana Alucard jest jednoosobową armią. W sumie tym razem należy potraktować to dosłownie. Jest bezwzględny, choć jak to sam ujął może pociągnąć za spust, ale to jego pani zabija, a mowa tu o Fairbrook Wingates Hellsing Integra (dłuższego nazwiska się nie dało?) Lodowa babeczka, a do tego „piękna” jak noc. Wracając do naszego przyjemniaczka ma on swojego rodzaju poczucie humoru. Aby je zrozumieć trzeba być równie porąbany co on.


W całej serii Hellsing Ultimate próbowałem dostrzec kogoś normalnego i nie mam na myśli, że jest człowiekiem. W kryterium była brana tylko psychika danej persony. W sumie w dość krótkim czasie wyłoniła się sympatyczna pełna walorów bohaterka Seras Victoria. Powiem w skrócie, szybko dostaje awans i zostaje wcielona do tajnej organizacji pogromców wampirów. Wprowadza ona do serii pewną wrażliwość i kontrast, czy to co się dzieje jest właściwe.

Najwięcej było rzecz jasna momentów komicznych z jej udziałem, a jak o tym mowa. Przez wszystkie odcinki ciągną się randomowe heheszkowe sceny. Zastanawiałem się czy to ma na celu rozładowania napięcia, czy odwrócenie choćby na chwile uwagi oglądającego od krwi, która lała się strumieniami. Powiedzenie lała się to jak nic nie powiedzieć, a działo się znacznie więcej. Podobny zabieg, a raczej kontrast mogliście zobaczyć w Tasogare Otome X Amnesia.


No dobra Ja tu znowu baju, baju, ale w końcu o co chodzi. Szalony major naziol pragnie zdobyć lub zniszczyć  świat za pomocą armii wampirów. Dawno już nie widziałem takiego wariata i wątpię, czy Trupia Czaszka by mu dorównał. Jeśli komuś było mało do tych krwawych igrzysk dołączają służby watykańskie, a tam jest jeszcze lepiej. Praktycznie samo wariatkowo. Jeśli kiedykolwiek chcielibyście zobaczyć fanatyzm w czystej postaci to koniecznie obejrzyjcie HU. Ryczący co pięć minut amen ojciec Andersen jest wprost kultowy jak i sam fakt, że księżulek nazwa się jak bajkopisarz.

Co do strony technicznej. Jest ok, nic niemożna zarzucić kreska jest konkretna, czyli oddaje bardzo dobrze modele bohaterów, które są bogato animowane. Wszelkie tła i senny walki zrobiono na bogato. Lecz będę się upierać, że w Berserku zrobiono to znacznie lepiej. Hmm, co tu dodać. To w sumie tyle moi mili. Ogólnie napisałem, wiem taka nowa forma lub tak jak zawsze ;p


Czy warto obejrzeć Hellsing Ultimate? Fabuła jest naprawdę mocna, a do tego okraszona pokręconym humorem. Miłośnicy gore z całą pewnością znajdą coś dla siebie, a do tego nie zabraknie przesadnego op protagonisty. Wszystko zostało naprawdę dopracowane łącznie z zakończeniem, które nie rozczarowuje. Solidne 8 się należy!

Piątek był sobota dobranoc, niedzielo witaj! Spodziewajcie się podsumowania pierwszego projektu w którym starałem się dowieść lub obalić mit, że im nowsze Call of Duty tym gorsze.

Komentujcie i lajkujecie. Podzielcie się swoją opinią na temat Op postaci itp. Może będzie z tego początek do kolejnego wpisu na bloga ;P    

Share:

Recenzja Witch Craft Work


Schematy, motywy i przyzwyczajenia. Co może łączyć to wszystko? Wbrew pozorom wiele! Mamy tu  określone elementy do których jesteśmy przyzwyczajeni. A co byście zrobili jakby to nieco zmienić?

Mam dla was pewną propozycje. Tylko proszę nie wyciągać z tego powodu wideł i pochodni z szafy. Spróbuje wam przybliżyć jakże osobliwe anime Witch Craft Work. Jeśli nie oglądaliście zwiastuna ani nie czytaliście to zapewne nic nie wiecie o tej jakże "kontrowersyjnej" produkcji.


Role między głównymi bohaterami się zmieniły i to o 100% dama w opałach stała się "rycerzem w lśniącej zbroi", a dzielny książę stał się "księżniczką". Czy to już samo w sobie nie jest zabawne? Uspokajam abyście się nie obawiali. Protagonista (Takamiya Honoka) nie jest zniewieściałym kretynem, a nawet jest ogarnięty. Choć bardziej by pasował do haremówki niż tutaj.

Sama fabuła nie jest oryginalna, bo mamy tu, a jakże walkę dobra (wiedźmy stworzenia) ze złem (czarownice wieży). Od samego początku oglądamy zbzikowaną komedię. Same pierwsze starcie jest  epickie, ale nie z powodu umiejętności bojowych bohaterek, a zgoła czegoś innego. Pisanie dokładnie czego już jest spoilerem. To co mnie najbardziej ujęło jest sposób w jaki Kagari Ayaka, (która wygląda jak jakiś kolo w damskich ciuszkach) traktuje Honoka. Pozwolę sobie podać jeden drobny przykład, kiedy to nasz kawaler w opałach doznaje lekkich obrażeń wielce surowa trenerka (tak samo o sobie mówi) przerywa, bo to jest zbyt niebezpieczne dla niego (facepalm). 


Normalnie padłem ze śmiechu jak tego typu sytuacje wkradają się na scenę. Nie brakuję jeszcze innych dziwactw. W sumie cała ta produkcja to jedna wielka parodia tego co można zobaczyć w innych tytułach. Poważne akcenty, które są do bólu szablonowe pojawiają się na samym końcu.

Generalnie od strony fabularnej jak i technicznej jest naprawdę dobrze, jedynie jak się zacznie wgłębiać w szczegóły można się zacząć czepiać pewnych niedociągnięć jak np. ukrywanie ważnych wątków dotyczących wpływu relacji między bohaterami na umiejętnościami bojowymi Ayaka san. W wielkim skrócie póki nasz kochaś uważa, że jego babochłopka jest niepokonana to tak będzie, a jak zwątpi to będzie nieco inaczej.


Ostatnim akcentem, który głośno wybrzmiewa przez wszystkie odcinki jest kompleks brata jaki posiada siostra Honoka, a mowa to o Takamiya Kasumi. Wątek ten jest na tyle duży, że powstał jeden epizod typu ova na ten właśnie temat. W nieco bardziej tradycyjnej formie byłoby to coś w rodzaju "wielbicielka drugoplanowa" próbująca coś wskórać, ale nic z tego nie wychodzi. No i co równie ważne nie jest wstanie tego zauważyć.

Generalnie można się dobrze przy tej serii bawić, bo mamy nie tylko mistrzów drugiego plany, a nawet trzeciego i czwartego (minionki). Jeśli szukacie czegoś innego z dużą dawka poczucia humoru to dobrze trafiliście. Na koniec dodam jeszcze, że wielokrotnie zostaniecie zaskoczeni.
Kończąc ten jakże długi wywód. Oglądajcie, bo to perełka wśród komedii o niesamowitej plejadzie bohaterów. 

Ocena może być tylko jedna 8.5/10.   

Share:

Recenzja Mario Sports Superstars


Pograłem sobie w Mario Sports Superstars. Trochę mi zeszło to fakt. Mieliśmy MarioTennis: Ultra Smash na Wii U to teraz będzie coś na New 2 Ds XL.

Wielkie N znowu wraca na bloga w sportowym stylu. Tym razem już nie będzie sam tenis. Poszczególne dyscypliny jakie ogrywałem są całkiem rozbudowane, co już na dzień dobry można zaliczyć na plus. Camelot Co., Ltd. ma na koncie wiele produkcji w tym stylu. Czuć to już od samego początku, bo gdy odpaliłem pierwszy turniej, oczywiście tenisowy od razu odczułem wyższy poziom trudności.

A jak już o tej dyscyplinie sportowej mowa. Mamy na początek do wyboru parę podopcji tryb dla jednego gracza, multi i samouczki. Podobnie ma się sprawa w przypadku pozostałych mini gier jakie ograłem. Mechaniki, które tutaj zostawali twórcy niczym się nie różnią od tych z Mario Tennis:Ultra Smash. Jednakowoż jest na dzień dobry jedna, ale zasadnicza różnica. Sztuczna inteligencja działa jak należy. Nareszcie można było kombinować i liczyć się z ciekawymi posunięciami Si.


Nie zabrakło też pod trybu, gdzie można samemu ustawić kort, czy liczbę rund. W sumie dla każdego coś się w tym znajdzie. Zanim omówię wyścigi konne wspomnę, że power up niema i zobaczycie gigantycznego Mario, czy Wario, ale wszelkie uderzenia specjalne ze skromniejszymi efektami wizualnymi już tak. 

Hej koniku!
Wyścigi konne jakie są każdy widzi. Ustawiamy się i jedziemy z tym koksem. Z grubsza mógłbym to tak ująć. No, ale tak nie jest. Devowie postarali się abyśmy mieli tutaj jak najwięcej do zrobienia. Jeśli ktoś chce się tylko ścigać to będzie to miał, ale jeśli będzie się miało chęć zajęcia swoim pupilem to też nic nie stoi na przeszkodzie.


Może kojarzycie tamagotchi? Jest to wirtualne zwierzątko w „jajeczku” którym możemy się opiekować. Tutaj mamy ten sam schemat z tą różnicą, że ma to przełożenie na statystyki naszego rumaka. Dołożono do tego jeszcze jeden bonus itemki do ozdabiania naszego wierzchowca. Może komuś coś takiego przypadnie do gustu, ale mnie wystarczyło jedno podejście, aby się od tego odbić.

O ile klasy, jakie były przypisywane poszczególnym grywalnym bohaterom nie miały realnego wpływu na rozgrywkę to już w przypadku koni tak. Wybierając szybkiego rumaka można na spokojnie prześcignąć resztę, ale za to gorzej było z wyrabianiem się na zakrętach. Z kolei jak się wybrało ciężkiego konia pociągowego to nie było problemu z „driftowaniem”.


Wszystko to pięknie wygląda niestety przez w turniejach „króluje” ciasnota. Prześcignąć kogokolwiek na dłużej niż jedną czy dwie sekundy się nie da. Jedynie dzięki Power up w postaci gwiazdek ładujących „dopalacze” mamy realne szanse na zwycięstwo. Do tego należy pamiętać, że trzeba zbierać marchewki, aby utrzymać prędkość. Dobrze, że choć trasy się od siebie różnią, inaczej ziałoby nudą i nerwicą.

Zagrajmy na Lewandowskiego! 
Najmniej rozbudowaną mini grą jest piłka nożna. Podobnie jak w poprzednich dyscyplinach sportowych mamy turnieje i różne stadiony, których nie będziecie stanie odróżnić od siebie. Nawet wtedy jak mecz odbywa się nocą, szkoda słów. Największą bolączką jest bramkarz przeciwnika, który ma niemal 100% skuteczność, a przy okazji przekonałem się o sporej liczbie animacji jakie może wykonać w czasie obronny.


Na poziomie trudnym strzelenie gola graniczy cudem, bo jakoś ani razu nie udało się tego wykonać mimo dużej liczby strzałów. W pojedynkach na poziomie średnim sytuacja już się zmienia. Sporo spędziłem na tej mini grze czasu i robi dobre wrażenie od strony mechaniki, bo zależnie, jaki wybierzemy skład i postacie z świata Mario tak mecz może być prostszy lub trudniejszy.

Ósmy dołek dla Tiger Woodsa
Golf w golfa nigdy nie grałem i jedyne co wiedziałem, że trzeba piłką trafić do dołka. No, a tu na dzień dobry dostaje się quasi symulator. Zwiększa to próg wejścia, ale spokojnie da się opanować. Przyznam, że lekcje, które udzielają w samouczku naprawdę się przydają. Same pola golfowe są urozmaicone i mają różne utrudnia w postaci piaszczystych wzgórz, czy drzew stojących na linii strzału, a o wzniesieniach nie wspomnę.


Jak na pierwsze zderzenie z tym sportem powiem, że nie poczułem się zachęcony do kontynuowania i zakupu pełnoprawnych wersji. Co nie znaczy, że nie spróbuję w przyszłości sił i jak będę miał więcej czasu na to.

Prawie jak Michael Jordan
Ostatnią grą będzie baseball. No dupy nie urywa, że się tak wyrażę. Ogólne zasady są takie jak wyżej, jeśli mówimy o turniejach itp. Sama gra jest ok. Jako rzucający ma się możliwość wyboru jak poleci piłka, podobnie jest przy odbiciu jako pałkarz. Nudziłem się jak mops i więcej nie mam nic do powiedzenia.


Ocena końcowa. Większość atrakcji jest naprawdę zadowalająca i w sumie można miło spędzić czas. Jednocześnie nie ma tu nic co mogło zatrzymać człowieka na dłużej, bo multi jest martwe. Chyba nawet nie musiałem tego pisać. Jeśli jednak uda wam się wyhaczyć Mario Sports Superstars poniżej 100 zł to możecie brać na spokojnie. Daje 7/10, głupotą byłoby podwyższać wynik.

A wy preferujecie bardziej realistyczne produkcje, czy zręcznościowe? Gracie Fife, a może Pro Evo? Napiszcie w komentarzach jakie są wasze ulubione sportowe serie!

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie