• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

O PSP i Crash of the Titans słów kilka


Oto pierwsza recenzja gry z PSP na blogu. Spokojna głowa w kolejnych miesiącach będą się pokazywać kolejne tytułu, ale nie będę się tu rozpisał po próżni. Sami zobaczycie. 

W czwartek pisałem już na Fb o wstępnych wrażeniach z gry Crash of the Titans. Powiem wam szczerze nie mogłem się nadziwić jaka moc znajduję się w tym niepozornym sprzęcie CotT jest niezwykle grywalny, a do tego wygląda obłędnie. 

Postaram się jak to ja omówić zarówno Crash of the Titans i moje wrażenia z użytkowania PSP. Zacznę od handhelda. Jest boski mimo swoich lat. Zanim się w niego zapatrzyłem czytałem różne artykuły i oglądałem materiały wideo na jego temat. Dowiedziałem się dość sporo zarówno o PlayStation Portable i kolejnej generacji PS Vicie. Jasne było, że brak gier zniszczył młodszą siostrę, a stało się tak między innymi przez zaniedbania Sony.

Ok, przyjąłem to do wiadomości, ale tak naprawdę doszło to do mnie, jak zacząłem grać w Crasha. Japończycy mieli „bombę atomową” (taki sucharek), a zamiast zmiażdżyć konkurencję to zawalili na całej linii. Wielka szkoda, no trudno. Przejdę do tematu, mam nadzieje (śmiech).

Konsola jest wyjątkowo poręczna. Nie jest ciężka, bardzo cicha mimo, że ma napęd na płyty umd. Zaopatrzyłem się w egzemplarz z ostatniej serii wartej zakupu, a chodzi tu o 3004. Wyświetlacz jest bardzo dobrej jakości. Dźwięk czysty i bateria trzyma 4 godziny ciągłej gry. Więc nie mogę narzekać. Nie będę się rozwodził o stanie tego egzemplarza, bo to sprawa drugorzędna, a do tego kwestia jak używał jej poprzedni właściciel. Menu jest takie samo jak w PS3, bo z PSP je powielono. Płynność przechodzenia między poszczególnymi zakładkami była jak najbardziej w porządku. 

Ale was zapewne interesuję jak się na tym grało zalety i wady, o ile takie były. Początkowo nie mogłem się przyzwyczaić to suwaka, gałki spełniającej funkcje grzybka w padzie. Odczuwałem jego toporność do której musiałem się przyzwyczaić. Na szczęście wystarczyło trochę poużywać i zaczął działać z odczuwalnie lepszą jakością.

Kolejną istotną sprawą było sposób trzymania konsoli. Suwaczek włączający PSP jak i przycisk wyłączający grę jest bardzo, ale to bardzo blisko dłoni i przez to bezwiednie je użyłem, skutkowało to problemami natury technicznej, a mianowicie wyłączała się. Responsywność krzyżaka i pozostałych przycisków odpowiadających za sterowanie działały bez zarzutu przez co mogłem w pełni czerpać radość z grania.  

Wyświetlacz LCD jaki jest zamontowany w PlayStation Portable 3004 nie cierpi na martwe piksele tak jako miało to miejsce w wersji fat. Obraz naprawdę jest czysty i daje to co najlepsze, a przypominam, że piszę tu o używce. To co mnie najbardziej zaskoczyło była grafika. Nie mogłem początkowo się nadziwić jaka jest piękna. Pierwsza myśl była taka, że mam PS3 w wersji mobilnej. Po doświadczeniu takim wiedziałem już czemu sprzedało się ponad osiemdziesiąt milionów egzemplarzy. 

Zaraz powie ktoś, hola, co ty gadasz jedna gra już takie twierdzenia? No niejedna potestowałem też możliwości tej konsolki w innych tytułach, chociażby w Dante Inferno, czy God of War.
Póki co jestem naprawdę zadowolony. Jeśli będę miał coś jeszcze do dodania to napisze w kolejnych tekstach.

A dziś zagram w
Teraz przyszła pora na omówienia Crash of the Titans. Solidna platformówka połączona z beat em up.  Z jednej strony odgrzewany kotlet 3D, a z drugiej coś nowego smakowitego. Produkcja daje to coś co zachęca do dalszej gry. Przez większość kampanii czułem syndrom jeszcze jednej tury. Ze swego rodzaju ciekawością oczekiwałem kolejnych niespodzianek. Miałem też swoje oczekiwania w końcu protagonista był Crash Bandicoot. Nie zawiodłem się dostałem naprawdę solidną produkcję.

Fizyka działa tak jak powinna. Crash nie jest ani ciężki ani lekki. Uważam, że jest sam raz, dzięki temu łatwo wyłapać rytm poruszania się. Reakcje są naprawdę płynne, a przez to tempo rozgrywki nigdy nie spada.


To co wyróżnia tę grę są „tytani”, czy też mutanci stworzeni przez doktora Cortexa. Gdy tylko wbije się odpowiednią liczbę gwiazdek, mogłem przejąć nad nimi kontrolę. Każda z bestii miała swoją specjalną umiejętność. Przyznaje całkiem interesujące. Niestety walka z nimi na dłuższą metę była powtarzalna. Si najczęściej ustawiało się w tryb całkowitego blokowania zadawanych obrażeń. Istniał tylko jeden sposób, aby przełamać obronę. (Sami musicie wpaść jak ;p). 

Poszczególne poziomy miał swój indywidualny charakter, jedynie gdzie nigdzie powtarzały się etapy z jazdą na „desce”.

Fabuła rodem z Hiszpanii
Nim podsumuje ten hybrydowy tekst parę uwag dotyczących fabuły, a w szczególności przerywników. Dawno je miałem do czynienia z tak świadomą produkcją. Cutscenes trwały zaledwie ok. 18 minut, ale znalazły się tam perełki w których czwarta ściana została przełamana. A jeśli komuś było mało twórcy podśmiewają się z różnych sztuczek filmowych jak np. zrobienie dużego zbliżenia na twarz antagonisty w celu wywołania niepokoju u widzów.


Ciemna strona mocy
A teraz przyszła, a dobra wiecie na co. Błędy ech, jako takich nie było w pewnym senisie. Mam dwa zarzuty. Numero uno ocena gdzie się znajduję awatar, a ujmując rzecz ściślej, czy wyląduje się tam gdzie się chce. No nie zawsze się da, wielokrotnie poddawałem się złudzeniu i lądowałem parę metrów dalej lub bliżej. Skutki były rozmaite nie da się ukryć. Kolejną bolączką jaką odczułem to regeneracja co silniejszych przeciwników. Aby pokonać wroga należało go na tyle stłuc, aby wbić wszystkie gwiazdki jakie się nad nim pokazały, jeśli się nie udało licznik się zerował. 

Oznaczało to wtedy, że cały proces należy powtórzyć i tak, aż do pożądanego skutku. Naprawdę idiotyzm. Teraz wiem jak mogliby się czuć Npc w grach, którzy starają się wykończyć gracza, a ten się chowa i regeneruje. Pół biedy jak się tylko trzeba uczyć ruchów bossa, gorzej jak trzeba walczyć z głupią mechaniką w grze.     

Kończę ten recko recenzencki tekst lol. Zakup się powiódł i możecie mi wierzyć, że psp ma dużo więcej zalet, ale pozwolę wam samemu je odkryć. Kupcie sobie konsolkę i jakąś fajną grę, której nie mogliście do tej pory zobaczyć na pewno nie pożałujecie. 

A wy gracie na PSP, a może daliście szanse PS Vita? Napiszcie w komentarzach, o waszych ulubionych konsolach kieszonkowych i grach. Może i ja w nie pogram?

Share:

Recenzja Beztroski Kemping tom 3


Przyszła pora na 3 tom Beztroskiego Kampingu. Tym razem było ciut spokojniej, a może tak jak zwykle? Trudno powiedzieć. Sami zobaczcie co tam się działo.

Schemat bieżącej części nie różni się zbytnio od poprzednich. Podział wciąż jest taki sam. Rin chan dalej hula sama, choć nie do końca. Mało brakowało, aby Nadeshiko chan by wybrała się razem z nią na biwak, ale niestety się rozchorowała.

Streszczę się tym razem z oceną tego tomiku, bo co tu pisać wciąż mamy to samo. Nie zrozumiecie mnie źle manga trzyma wciąż ten sam wysoki poziom. W pewnych kwestiach jest nawet lepiej. W mangach jak i anime stosuje się coś w rodzaju satyrycznych modeli postaci, które mają podkreślić, aż do przesady jakąś sytuacje. W tej mandze Afro dał tego znacznie więcej za co należy go pochwalić.


Należ też zwrócić uwagę, że „poradnik” ten postawił jeszcze mocniej na wskazówki dotyczące tego, co należy brać ze sobą na wyjazd pod namiot. Dziewczyny z klubu wybrały się między innymi do sklepu w celu zaopatrzenia się w nowy sprzęt. Ich zachwyt tym co można tam dostać był uroczy, a trzeźwe podejście do cen i tego ile czasu będą musiały odkładać pieniądze rozsądne. W tej odsłonie Rin zeszła nieco na drugi plan, czytając można mieć wrażenie, że poświęcono jej tyle samo czasu, ale czułem, że to właśnie Nadeshiko chan, która się nieco rozchorowała wiodła prym leżąc w swoim łóżku. 

Jej niewyczerpana energia z tomu na tom robi coraz większe wrażenie. Można to nawet zauważyć w pisanych sms w których dokłada emotikony, całkiem pomysłowe. Przerysowany sceny typu rozmowa przez telefon w której przekazuje, że nie będzie wstanie jechać to kwintesencja jej osobowości. W kolejnych rozdziałach pokazuje jeszcze większe zasoby jakie w sobie posiada. 


W pewnym momencie wpada na pomysł, aby spełniać role nawigatora. Naprawdę widać ile w niej zaangażowania, który ujmuje. Autor w celu dodania pewnego zamieszenia wprowadza na scenę Ogaki. Wyśmienity posunięcie, że się tak wyrażę. Taki miks energetyczny dał niezwykłego kopa kolejnym wydarzeniom.

Ci co czytali będą się zastanawiać jaki, no wiecie przecież pozytywny ma się rozumieć ( /\w/\). Kolejnym bardzo miłym akcentem jest podkreślenie zamiłowania Japończyków do potraw regionalnych. Ogaki chcąc wspomóc Nadeshiko chan przygotowała Hoto. Sam przepis na tę zupę możecie przeczytać w mandze.

No dobrze, a jak sama Rin chan radziła sobie w t.3? Jej preferencje do samotności powoli się zmieniają, jeśli chcielibyście to wiedzieć. Afro dalej podkreśla jej zamiłowanie do gotowania na świeżym powietrzu jaki i do dań mięsnych, co całkowicie popieram. ( ; ] ) Mam cały czas mieszane uczucia co do koncepcji tej postaci. Z jednej strony dobroduszna, a raz na jakiś czas wyskakuje ze swoim podejściem, że woli jednak olać wszystkich. Na szczęście dominuje w niej ta lepsza strona.

I tak przestawia się część trzecia Beztroskiego Kempingu. Mam nadzieje, że wraz z kolejnymi odsłonami będę „bombardowany” coraz większą dawką dobrego humoru, a porady będą coraz bardziej pomocne. Gorąco polecam, przeczytajcie tą mangę.

Dni są coraz krótsze i chłodniejsze. Macie na to jakąś dobrą radę? Może dobry komiks lub light novelke? Piszcie i komentujecie w końcu muszę się czymś rozgrzać!
        

Share:

Recenzja Beztroski Kemping tom 2


Witam wszystkich, w ten jakże piękny dzień. Mamy poniedziałek 14.10 na dworze świeci cudnie słoneczko to może się należy wybrać na kemping, a może choć ognisko?

Przyszła pora na tom 2 serii Yuru Camp, gdzie kawaii bohaterki starają się rozwijać swój klub kempingowy. Rin będzie dalej się trzymać z daleka, a Kagamihara będzie starała się do niej zbliżyć. Nie w takim sensie, baka! (バカ). Przygody jakie odbyły się w tym tomie kręcą się dalej wokół góry Fudżi, co w sumie jest normą. Równie dobrze można było dać  tej mandze tytuł Beztroski Kemping pod górą Fudżi.


Tom 2 daje jeszcze więcej tego co ma najlepsze, przesympatycznych humorystycznych bohaterów. Skłonny jestem napisać, że jeszcze bardziej się zżyłem z dzielnymi dziewczynami, które nie są typowymi przedstawicielkami gatunku, gdzie tylko mówią, co by zrobiły. Po przygodach z pierwszej części biorą się ambitnie do kompletowania sprzętu i potrzebnych akcesoriów. Naprawdę pocieszne. Czytając to człowiek się czuję jak rodzic patrzący jak ich pociechy rosną. (Chyba robię się stary xD)

W drugiej odsłonie autor zdradza nam skąd u Rin taka pasja do podróżowania. Nie ma sensu tego  ukrywać, bo łatwo się domyśleć, że to rodzinna skłonność. W końcu jakby mogło być inaczej u licealistki, która jest na utrzymaniu rodziców.


W poprzednim tekście (klik) wspominałem o tym, że w mandze zamieszczone są wskazówki dotyczące kempingu. Tutaj też tego nie zabrakło. Jestem naprawdę zaskoczony w jak doskonały sposób połączono przyjemne z pożytecznym i bardzo klarownie omówiono sposób wykorzystania białego węgla, czy „drewnianej świecy”. Nie mogło zabraknąć też przepisów kulinarnych itp.

Przyszłą pora na przestawienie kolejnych bohaterek. Inuyama Aoi pracowita i życzliwa osoba z wyraźnym poczuciem humoru. Sprawia wrażenie kogoś, kto woli wysłuchać drugiej strony i wspierać ją niż wysuwać się przed szereg. Przez to jest niejako tłem dla bardziej zbzikowanej na tle kempingu koleżanek.

Chiaki Ogaki  drobna z budowy ciała, nosząca duże okularu dziewczyna, która stara się jak może stworzyć zaplecze dla klubu. Skupiając się na zmniejszeniu kosztów pomija inne istotne elementy np. drewniana miska, która została polakierowana nie nadaje się do ciepłych dań. Można ją nazwać moe mini.

Kolejną bohaterką, bo chłopów tam prawie, że niema jest Saitou Ena z anime można się dowiedzieć, że jest bliską przyjaciółką Rin, ale pojawia się jedynie sporadycznie jako postać drugo planowa. Jej głównym zadaniem, że się tak wyrażę jest podkreślanie osobowości wspomnianej przed chwilą protagonistki. W tomie 2 odegrała stosunkowo małą role, a więc nie mam za bardzo o czym pisać.


Głównym wątkiem tego tomu moim zadaniem był wspólny wyjazd Nadeshiko i Rin. Dzięki naszej różowej panience, biedna Rin chan w końcu zaczęła się otwierać na innych. Same relacje między nimi się też pogłębiły. Małymi kroczkami i do przodu. Praktycznie nie mam się do czego doczepić. Fabuła dalej jest naprawdę ciekawa, a kreska jaką użyto wyrazista. Łapałem się na tym jak kontemplowałem piękne widoki, które zostały narysowane w sposób mistrzowski. Pora roku właściwa na wybrania na kemping, nie uważacie tak?

Czy warto przeczytać Beztroski Kemping tom 2? Jasne, że tak. Bierzcie śmiało naprawdę warto.

I tak kończę tym pozytywnym akcentem tę recenzje. Podzielcie się jakie są wasze mangi, które was do czegoś zmotywowały.

Share:

Recenzja anime Durarara!!


W ostatnich tygodniach zacząłem pisać recenzje mang to czemu nie spróbować i anime? Na pierwszy ogień pójdzie nieszablonowa seria prawdziwy miks fabularny.

Seria Durarara!! jest naprawdę nowatorską produkcją. Wykorzystuje oryginalny sposób przedstawiania wydarzeń. W książkach Martina z cyklu Gry o Tron mogliście też to zaobserwować. Na szczęście Ryōgo Narita, który jest autorem książek na podstawie których stworzono tą ekranizacje robi to o wiele lepiej.


Dość nietypowym rozwiązaniem jest brak głównego bohatera. Tak jak pisałem wyżej, anime to jest jak chaos tylko uporządkowany. Studio tworzące tę ponad przeciętną produkcje wykazało się niezwykłymi umiejętnościami. Brain's Base dzieliło wszystko w taki sposób, aby każdy dostał swoje „pięć minut”.     

Od samego początku robi wrażenie to jak dane wydarzenia zostały ze sobą połączone. Nic nie zostaje bez wyjaśnienia. Wszystko co zobaczycie zazębia się ze sobą. Mnogość wątków może, ale nie musi sprawić kłopotu w śledzeniu tego co się dzieje w danym momencie. Będziecie się dobrze bawić przy tych „puzzlach”, które nam wszystko pokażą. No, może poza jednym wątkiem, ale nie będę wam psuł zabawy. Zapewne sami się szybko domyślicie, o którą linie fabularną chodzi.


Po obejrzeniu wszystkich odcinków zastanawiałem się do kogo kierowana jest ta produkcja. Mamy tu komedie, okruchy życia, czy romans. Same postacie są na tyle wyraziste, że trudno o nich zapomnieć. Mamy grupkę nastolatków, którzy utknęli w trójkącie miłosnym. Informatora, który zachowuje się niczym złośliwy chochlik z baśni, a także dullahana. Plejada jest naprawdę szeroka i do tego nie szablonowa.

Sama historia rozpoczyna się od przyjazdu do Tokio Mikado Ryuugamine, który będzie uczęszczał do liceum w dzielnicy Ikebukuro. Spotka tam Kida Masaomi dawnego przyjaciela dzieciństwa. Kido jako już doświadczony mieszkaniec dużego miasta, wprowadzi go realia życia metropolii. Dołącza do nich w dość krótkim czasie Sonohara Anri. W pierwszej połowie ma się wrażenie, że mamy bardzo dobrze znany wzór znany z innych anime, ale nie dajcie się zmylić. Nic nie jest takie jakby mogło się wydawać na początku. 


Kolejną paczką przyjaciół trzymających się razem jest grupa otaku. Mamy tam poważnego Kyohei Kadota przypomina on starszego brata, który zawsze ma na względzie dobro młodszego rodzeństwa. Towarzyszy mu wesoła gromadka przyjaciół, którzy dodają elementu komediowego temu, co się akurat dzieje w dawnej scenie.

Warto wspomnieć jeszcze o Celty Sturluson, jej rola była najbardziej interesująca. Jest bezgłowym jeźdźcem, który trafił do Japonii, bo jakby inaczej w końcu to „centrum” świata. Komunikuje się ze wszystkimi za pomocą tekstu, który wpisuje w notatnik na telefonie. Nikt nie ma z tym, żadnego problemu. Nawet nie pada pytanie, czemu się nie odezwie. Wiem teraz się trochę czepiam, ale nie mogłem się nie oprzeć.

Na koniec, co nieco o części wizualnej. Animacje są super płynne, choć, postacie są ciut krzywe w czasie walk. Osobiście nie uważam to za jakąś wadę, bo i tak nie rzuca się to specjalnie w oczy. Ciekawostką jest to, że wszystko, co widzimy to wiernie odwzorowane miejsca w mieście.


Czy warto obejrzeć Durarara? Tak, bo jest to naprawdę nieszablonowe anime (no prawie). Narysowane piękną kreskę i co najważniejsze wciągającą fabułą, która się nie nudzi pomimo tego, że pierwszy sezon ma ponad dwadzieścia odcinków!

Dziękuję tym co dotarli, aż tutaj. Mam nadzieję, że przypadła wam do gustu moja recenzja anime. Będę wdzięczny za wszelkie sugestie dotyczące tego, co mógłbym dodać, aby czytało się jeszcze przyjemniej.

Share:

Recenzja Heavy Rain

Temat tej recki zbiegł się z idealnie z porą roku. Przygotujcie się na jeden z lepszych interaktywnych filmów. Pora na Heavy Rain

Nie raz miałem okazję zagrać w gry szumnie zwane klasykami. Nie raz na fali hype moje oczekiwania nie zostały spełnione. Tym razem sytuacja była inna. Ciężki deszcz daje popalić i to bardzo. Mocna opowieść dająca do myślenia. Znowu wywołam temat tego, czy gry to sztuka. Wiem, że jest to wejście na pole minowe, ale podejmę ponownie to wyzwanie. Zapraszam na spacer i nie zapomnijcie przesunąć analoga, aby zamknąć drzwi.


Pamiętacie słynną frazę, John to ci zapamięta (imię przypadkowe). Nie raz, nie dwa można było to przeczytać w dowolnej produkcji od Telltale Games. Tutaj nikt nie mówi nam, co kto komu wypomni w przyszłości. Ba, nie będziemy nawet wiedzieli jaki jest limit czasowy na podjęcie decyzji. Po pierwszym przejściu będziecie się zastanawiać, czy dało się inaczej to zrobić. Zaczniecie od analizy, a skończy się na ponownym uruchomieniu kampanii.

Umyj ręce
Heavy Rain wydany został pierwotnie na PS3, a potem przeportowano na PS4 i PC. Niniejsza recenzja będzie oparta na porcie do bieżących konsol. Postaram się nie ujawnić za dużo faktów. Ci z was, co nie grali niech skończą czytać lub przejdą niżej do akapitu zatytułowanego Jedno wielkie qte. Po pierwszym podejściu wiedziałem, że mam coś wielkiego, wprost powiem spektakularnego. Zacznie jednak od początku.

HR nie ma jednego protagonisty ani też antagonisty. Rola gracza została zmieniona i to zasadniczo. Działamy jak dyrygent, który kieruje orkiestrą, a konsekwencję tego, co zdecydujemy pokażą się za jakiś czas. Celem głównym jest odnalezienie porwanego Shona przez seryjnego zabójcę. Nie jest to tajemnicą, że nie tylko ojciec chłopca próbuje to zrobić.


Zależnie od tego kto dożyje do samego końca, to takie zobaczymy zakończenie. Nie będę czarował, że morderca za każdym razem skończy tak samo, no prawie. Liczba finałów jest całkiem spora po, aż siedemnaście wariantów. Niektóre się powtarzają lub nieco modyfikują, ale i tak widać ile czasu i pracy wnieśli w to ludzie z Quantic Dream.

Heavy Rain zachęcił mnie do ponownego przejścia w celu zobaczenia, co się stanie, jeśli zrobię coś innego niż w pierwszym podejściu. No i klops, bo zaczęło się wszystko sypać. Istotne decyzje tak naprawdę pokazują się w drugiej połowie HR. Nie będę mówił w której misji, ale na pewno część osób wie.

Proszę o uwagę przechodzimy do teraz do zadań, jakie będziemy wykonywać. Mamy pięć wyzwań. Wszystkie miały motyw przewodni z rodem z Piły, gdzie pewien jegomość będzie chciał z nami zagrać w grę. W tej kwestii pokazali co to znaczy kreatywność. Odcięcie sobie palca, czy zabicie kogoś, a w ostatnim q samego siebie, prawdziwy majstersztyk. Zależnie od tego co zdecydowaliśmy mogliśmy dostać rozwiązanie zagadki, czyli gdzie morderca trzyma syna Ethana. Ewentualnie mieć nadzieje, że ktoś nam w tym pomoże. He, He lub po prostu sami to zgadniemy. Mieliśmy też misje w pewnym sensie poboczne, które rzucały inne światło na wątek główny.


Jednym z lepszych „side q” była wizyta u doktora śmierci. Gwarantuje wam jazda bez trzymanki. Tam będziecie mieć scenę rodem ze wspomnianego przeze mnie filmu. Ostatnią rzeczą, o której jeszcze wspomnę nim przejdę dalej są tak zwane „podpowiedzi”. Warto raz na jakiś czas kliknąć na L2, aby usłyszeć myśli bohaterów. Mówią „nam” co możemy zrobić lub zwrócą naszą uwagę na pewne fakty. O i tu dam kolejny plusik. Gdy gramy Normanem i analizujemy miejsce zbrodni kolejność naszych czynności wpłynie na to co powie do siebie. Smaczków tego typu jest więcej, bo diabeł tkwi w szczegółach, a ich jest naprawdę wiele.

Jedno wielkie qte
Skupmy się teraz na systemie poruszania się, animacji itp. Całą grę odebrałem właśnie jak quick time event. Od samego początku uczymy się jak poruszać i wchodzić w interakcje z otoczeniem. Przyznacie, że jeszcze z tak dziwnym sterowaniem się nie spotkaliście. Wymaga ono od gracza zaawansowanej znajomości klawiszologi pada. Czy to dobrze? Mam co do tego mieszane uczucia. Inną sprawą jest fakt, że czasami DualShock źle odczytywał nasze ruchy. Z grubsza wszystko działa w sposób zadowalający. Kiedy jednak dochodzi do walki, czy pościgu można się naprawdę zaangażować.


W Heavy Rain niektóre potknięcia są nam wybaczane, ale na szczęście nie wszystkie. Początkowo sądziłem, że najmniejszy błąd może drastycznie wpłynąć na linie fabularne. Niestety tylko w określonych misjach nasze umiejętności obsługi kontrolera mogą wpłynąć na to co się dzieje. Podobnie sytuacja ma się w dialogach. Teoretycznie mamy klika opcji do wyboru, ale nasz rozmówca powie to samo za każdym razem. Mógłbym jeszcze dodać parę uwag, jakie zauważyłem, ale nie chcę, aby tekst ten zmienił się w krytykę tej jakże świetnej gry.

Plusy, skupmy się na nich teraz. Animacje twarzy są naprawdę dokładne. Wszelakie grymasy uśmieszki, czy inne emocje są na nich idealnie pokazane. Mimo upływu lat trzymają wysoki poziom i wciąż dają radę. A teraz ciekawostka, chyba, w HR jest opcja zdejmowania ubrań, co prawda tylko w określonych scenach, ale jest. Ciekawostką jest, że widzimy całe animacje, a nie ujrzymy takich rzeczy w pierwszym lepszym tytule. Jedyna produkcja, która zrobiła to lepiej jest Uncharted 4: Kres Złodzieja. Następnym mikro zachwytem była w pełni manualne czynności, czyli nic się nie działa automatycznie. Najmniejsza gest wymagał naszej ingerencji. Przez taki zabieg musieliśmy bardziej się zaangażować w to co się dzieje na ekranie (PS4 mam podpięte do monitora).
 

No przecież widać, prawda?
Na koniec słów kilka o grafice, muzyce i błędach technicznych. Przez to, że graliśmy na konsolach bieżącej generacji mogliśmy się cieszyć lepszą szatą wizualną. Gdzie nigdzie trąci tak zwaną myszką. Ruchy Npc mogły być bardziej naturalne. Lecz mimo wszystko niema sensu się tego czepiać, bo dziś można spotkać gorsze produkcje z segmentu 3a. Dzięki filmowej pracy kamery, przerywniki filmowe miał większą siłę przekazu, a także tuszowały pewne niedociągnięcia. No, powinien nazwać to ograniczeniami, jakie tworzyły ówczesne PS3. Każda scena okraszona była muzyką, która dodawała jej głębi.

Czy warto zagrać w Heavy Rain? Pewnie, że tak dzięki niesamowitemu systemowi sterowania i walki doznacie czegoś zupełnie nowego. Niema co się zrażać niedociągnięciami o jakich pisałem wyżej. Za pierwszym razem na pewnie nie będą się rzucać w oczy, aż tak mocno. Moja ocena 9/10.

Pierwszy tak wysoki wynik w tym roku! Kto dostanie więcej? Czy będziemy mieli dyszkę? Tego i więcej dowiecie w następnym odcinku Mody na reckę xD

Podzielcie się waszymi wrażeniami i tym kto dożył końca tego kryminału, chętnie się dowiem jak wam poszło. 

Share:

Recenzja Beztroski Kemping


Rozpoczęła się jesień. Drzewa zmienią paletę kolorów, a może tak się wybrać na kemping?

Witam serdecznie wszystkich tych co to czytają ten blog w październikowy wieczór. Chwilowo zawieszam serie Wotakoi Miłość jest Trudna dla Otaku. Powód dla którego to robię jest dość prozaiczny. Kolejne tomy nie zostały jeszcze wydane w naszym kraju kwitnącej cebuli. Jeśli nie czytałeś / czytałaś zapraszam do recenzji tomu 1, a tu do tomu 2 mangi.

Ilu z was myślało, aby wybrać się na kemping? Zapewne wielu! Tylko jak się do tego zabrać? Jakie rzeczy należy spakować i co najważniejsze. Czy po sezonie warto jeszcze wziąć dupę w troki i pojechać za miasto? Na tę i inne pytania odpowie nam manga, o jakże relaksacyjnym tytule Beztroski Kemping.


Muszę chyba uznać to za swojego rodzaju nawyk, że wpierw oglądam anime, a potem czytam mangę na podstawie, której stworzono ekranizację. A jak już o „chińskich bajkach” mowa. Seria ta jak i jej podobne DumbbellNan Kilo Moteru? i Yama no Susume mają za zdanie wyciągnąć ludzi za biurka, czy też z kanapy i zachęcić do aktywności fizycznej. No może nie przesadzajmy (śmiech), ale idea samo w sobie jest jak najbardziej słuszna.

Zacznę od tego co mnie najbardziej ujęło w mandze. Klimat i spokój, który wprowadziła. Od czasu obejrzenia Flying Witch szukałem czegoś podobnego i w końcu znalazłem. Mogę wam zagwarantować, że z świecą szukać podobnego tytułu. Ok, przejdę do setna sprawy.

Tym razem bohaterowie, pardon bohaterki Beztroskiego Kempingu to tradycyjnie nastolatki. Więc pod tym względem nie odchodzimy od przyjętego kanonu. Przedstawmy teraz najważniejsze damy, które występują w tej serii. Nadeshiko Kagamihara energetyczna dziewczyna idealna kandydatka na waifu. Ciepła, cierpliwa i przepełniona entuzjazmem. Nie można, nie uwielbiać kogoś takiego. Ma sobie coś z dziecka, otwartość i zaufanie bezwarunkowe. Ech idealna… Echem, dobra zamarzyłem się.


Rin Shima introwertyczka, samotniczka generalnie turystyczny otoku, o ile taki typ istnieje. Preferuje jedynie swoje towarzystwo. Można powiedzieć, że jest kuudere. Trochę wygodna, bo jak to powiedziała siedząc na zimnym polu kempingowym rozpalanie ogniska jest upierdliwe lepiej użyć ogrzewaczy. Wbrew pozorom jest bardzo sympatyczna, choć zamknięta w sobie.

Kontrast między Rin i Kagamihara jest, że się tak wyrażę tradycyjny. Przedstawione zderzenie tak skrajnych charakterów to chleb powszedni. Co na swój sposób się uzupełnia, dodaje to smaczku do fabuły. Jeśli chcieć napisać krótko o tej mandze to można to skrócić do kilku zdań. Relaksacyjna historia o grupie przyjaciółek, których pasją jest wyjazd pod namiot.

Ale to byłoby dość krzywdzące i pobieżne. Lekkie i komediowe motywy kryją w sobie coś więcej. Pokazuje też styl życia i co równie ważne… Umiejętność cieszenie się tym co mamy, piękną pogodą, błękitnym niebem i cudną przyrodą i sobą nawzajem.

Manga ta nie jest poradnikiem jako takim, ale skupia się na poradach co należy zabierać ze sobą na wyprawę. Wskazówki zawarte w tym tomie i zapewne w następnym mogą pomóc w przygotowaniu się do naszego wyjazdu pod chmurkę. Tylko, gdzie ja znajdę górę podobną do Fudżi?
Czy warto przeczytać Beztroski Kemping? W sumie już napisałem, ale powtórzę raz jeszcze. Bierzcie, bo dobra relaksacyjna lektura jest zalecana, zwłaszcza jesienią.

Wybrać się teraz na kemping, czy nie? Jak wy się na to zapatrujecie? Napiszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat.

Udało się napisałem (JEEJ) Papatki ;P

Share:

Recenzja Red Dead Redemption: Undead Nightmare.


Survival horror miła odmiana od klasyki, gdzie latamy z latarką i chowamy się pod łóżkami lub w szafkach. Pora na coś nieco pośredniego. Pora na Red Dead Redemption: Undead Nightmare.

Zacznę od pewnej anegdoty. Zanim zacząłem grać podstawkę włączyłem DLC. Nie wiedziałem jak rzucać lassem (śmiech) i zacząłem się ganiać z rządną mordu rodzinną protagonisty. Jeszcze nigdy się tak nie uśmiałem.

Ukryty skarb w Mexico
Nieumarły koszmar stoi klimatem. Tak jest, tego nie brakuje, ale przez to, że jest skrzyżowaniem horroru z Westernem dostajemy super mix. Sam początek jest najprawdziwszym odwołaniem do klasyki gatunku w której to narrator opowiada o bieżących wydarzeniach.


Natomiast na samym końcu prologu można niemal usłyszeć Vincenta Price, który deklamuje fragment głośnego przeboju Michaela Jacksona Thriller. No i ten śmiech, boski. Rozwój kampanii jest naprawdę dobry momenty kiedy zwalnia są dość krótkie. Napiszę o tym później, bo najpierw będę chwalił.

UN jest naprawdę nieszablonowym dziełem. Mamy tu totalną mieszankę wybuchową. Krew leje się strumieniami. No, chyba nie spodziewaliście się czegoś innego w czasie apokalipsy zombie? W trakcie kampanii spotkamy znajome twarze z Red Dead Redemption. Niektórzy z dawnych ziomków będą mieli dla nas krótkie misje np. „przyprowadzić” aktora na plan filmowy. Spotkamy też znajomego wędrownego oszusta, który ma leki na wszystko. Nie zabraknie też Setha, który nie pozwoli się nam nudzić.

Kamień, papier, pochodnia…
Celem głównym jest nic innego jak znaleźć lek lub inne rozwiązanie, które zakończy tę klątwę. Rockstar musiał wziąć sobie do serca uwagi fanów dotyczący pustego świata, bo teraz jest wypełniony. Co prawda nie po brzegi, lecz już więcej żywych jak nieumarłych. Główną atrakcją w czasie przemieszczania się po mapie są ocaleni, którzy zapewniają nam dodatkową poboczną aktywność. Nie ukrywam, że na krótszą metę jest to naprawdę zabawne, ale na dłuższą już niekoniecznie.


No, ale skoro jestem przy tych co przetrwali warto dodać o jednej z ważniejszych zajęć jakie będziemy obowiązkowo robić. A mianowicie wyzwalać miasta. Zależnie od tego jak się na to spojrzy mamy niezłą bijatykę lub pług. Niezależnie, którą opcję zakreśliliście wiąże się z tym pewien obowiązek. Rockstar zmusza nas do robienia tego za każdym razem, aby mieć dostęp do zadań pobocznych. Questy te mogą naprawdę zaskoczyć pod względem treści. Jeśli się zbliżycie zbytnio do miejsca ich rozpoczęcia to możecie się uratować przed zgonem.

Niekiedy wychodzą z tego śmieszne sytuacje, gdzie w jednym momencie prowadzicie walkę na śmierć i życie, a potem jakby nigdy nic włącza się przerywnik i mamy spokojną gadkę szmatkę. Innym ciekawym rozwiązaniem side q jest zginąć i wrócić do najbliższego miasta. Przez takie niedopatrzenie w mechanikach gry będziecie mieć wszystkie potrzebne rzeczy do skończenia misji. Dzięki temu oszczędzicie sobie czasu jaki trzeba było poświęcić na grind.


 Dodatkową atrakcją jest atak „hordy” na wyzwolone miasteczka. Na papierze brzmi to interesująco, ale  wy rzeczywistości jest nico inaczej, bo mamy tam parę zombie na krzyż. Jeśli wydaje się wam to znajome to się nie mylicie, bo mogliśmy to robić w Gta SA tyle, że tam atakowały gangi nasze dzielnice. Oczyszczanie jest to opłacalne, bo tylko wtedy można korzystać ze szybkiej podróży.

Walką z nieumarłymi nie jest za bardzo różnorodna mimo tego, że występuje kilka rodzajów zgniłków. Odnajdziemy tu tanka, który będzie szarżował, plujka atakującego kwasem i pospolitego zombie. Główną bronią szybko staje się pochodnia, ale jak tylko wpada broń palna mogąca strzelać „wszystkim” to zmienicie się na nią bez wahania. Główną strategią jaką możemy przyjąć w walce z nimi jest ganianie się w koło cmentarza lub wyciągania co szybszych osobników.


P.S Ale na zamku to zje*ałeś
A teraz pora na to co nie wyszło. Losowość pokazywania się ocalałych i upierdliwa powtarzalność. O ile spotkanie pewnego „małżeństwa” w którym żona zombie jest przywiązana na łańcuchu raz robi „wrażenie” o tyle trafianie na nich co jakiś czas, raz w Meksyku innym w górach zaczyna denerwować. Kolejnym przykładem absurdu tej randomowości są pojawiający się Npc w miejscach tymczasowo niedostępnych jak np. druga strona mostu. Co tam, że trafimy do tej lokacji za parę godzin, ale tak na wszelki wypadek umieszczamy tam bohatera niezależnego.

Największą wadą gry są zadania, w których jesteśmy zmuszeni oczyścić cmentarze. Polega to na spaleniu trumien, a następnie pokonanie grupy nieumarłych i bossa. Szefowie niestety nie mają specjalnych mocy, a jedynie indywidualny wygląd. Zawiodłem się na tym srogo.


A teraz przyszła pora na wszystko co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Największy WTF?! wywołał u mnie „kocioł” rodem z anime. Z jednej strony mamy jakąś klątwę powiązaną z ludami prekolumbijskimi, a z drugiej mogliśmy dosiąść konie jeźdźców apokalipsy. Dla tych co nie robi to wrażenia mam jeszcze jednorożca, który „sra” tęczą i motylkami, a na dokładkę maciei yeti. Przyznacie, że jak przywalić to z grubej rury, prawda?

Na sam koniec mała ciekawostka językowa w jednym z zadań trzeba przyprowadzić nowo zmienionego w zombie. A co autorzy mieli na myśli? Nie, wbrew pozorom nie trzeba szukać kogoś kto zmieni się na naszych oczach w umarlaka, choć ta opcja jest jak najbardziej do wykonania, ale o przyprowadzenie zwykłego truposza (facepalm). Innym mankamentem jest zachowanie bohaterów. Gdy ci mają za towarzystwo grupy zielonych to ich ignorują zamiast walczyć, czy nie wiem co, ale coś konkretnego to tylko paplają. Koszulkę lidera w zawodach na narcyza roku dostaje London.

Czy warto kupić Red Dead Redemption: Undead Nightmare? Balansując plusy, jak i minusy to stanowczo przeważy to pierwsze. Tytuł ten nie jest idealny, ale wart jest poświęcenia tych 10 godzin. Ocena może być tylko jedna 7.5/10.

Dzięki wszystkim za ostatnie komentarze. Postaram się włożyć jeszcze więcej sił, aby dobrze wam się czytało moje recenzję.

A wy jesteście za klasycznym podejściem, czy bardziej survivalem w horrorach? Podzielcie się swoimi ulubionymi produkcjami w komentarzach.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie