• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Judgment (Xbox Series X)

Co zrobić jeśli nie można pojechać do Japonii, ale jednak bardzo się chcę zobaczyć chociaż jakąś jej namiastkę? Oczywiście się sięga po Yakuze!

Dokładnie rzecz biorąc zgarnąłem z półki spin off Judgment. Jest to całkowicie osobna historia, która pozwoli wejść w tą kultową serie. Miałem dość spore oczekiwania, co do tej produkcji. Z jednej strony zostały one spełnione, a gdzie nigdzie trochę się zawiodłem.


Wielokrotnie powtarza się fraza, że ta marka stoi fabułą. Zaglądając w swoje notatki odhaczyłem następujące rzeczy. Fabułą jest jak w budżetowym serialu z pomysłem na siebie, ale bez szału. Porządnie i aż porządnie, co dziś nie jest standardem. Na szczęście wraz z rozwojem wydarzeń gra pokazuje pazura. Główne misje z kampanii potrafią zachęcić do podążania za tajemniczym zabójcą, który będzie kreowany na pro zawodowca. A co, jeśli jednak, będzie chciało się zrobić przerwę?

Powiem tak, przepadnie się w otchłani side questów. Wszystkie morza pochwał na temat tego co można robić poza wątkiem głównym są w sporej mierze prawdą. W przypadku Judgment trzeba przebić przez sam początek, aby się do nich dostać, ale naprawdę warto, bo im dalej w las tym więcej drzew.

Chodząc, bo dość klaustrofobicznej Kamurocho spotykałem potencjalnych przyjaciół i sojuszników. Praktycznie czekali wszędzie w sklepach, restauracjach, a nawet zwisali ze ścian. Tak było nie zmyślam, ale nie był to jakiś upiór, czy inne cholerstwo. Dość często i gęsto się do nich wracało siłą rzeczy. Sprytnie powiązano ich z systemem regeneracji HP. W konbini (odpowiednik Żabki) mogłem się zaopatrzyć w jedzenie, które służyło do regeneracji podczas walki. Bary spełniają z grubsza tom samą rolę z tą różnicą, że zamówione danie nie da się zabrać ze sobą.


Wraz z kolejnymi potrawami, które się będzie wybierało włączą się nowe opcje dialogowe. Nie zabraknie też ludzi, których pozna się przypadkiem na ulicy. Praktycznie nie da się ich pominąć, bo gra za każdym razem o tym przypomni skutecznie. Są mniej lub bardziej ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Lecz za każdym razem jak się do któregoś wraca ma się wrażenie, że rozmawia się z starym przyjacielem.

Nie zabraknie też takich, co wyskoczą jak Filip z konopi. Ci z kolei będą tworzyć fundament wszelakich dziwnych japońszczyzn, które mogą odstraszyć ludzi nie będących otwartych na tamtejszą kulturę masową. W samych misjach fabularnych też nie zabraknie przepełnionych satyrą momentów dla tego naprawdę warto na nie czekać. Równolegle muszę wrzucić mały kamyczek. O ile przechodząc kampanie wszystkie dialogi są dubbingowane tak już reszta nie. Wiąże się to z czytaniem, bardzo dużo czytania.

Jako, że Yagumi jest detektywem, będzie wykonywał różne zlecenia. Z jednym z bardziej powtarzalnych było śledzenie podejrzanych. Początkowo jest to nawet interesujące. Chodzi się za Npc i kryje w wskazanych miejscach lub za jakimś rogiem. Żeby na końcu strzelić odpowiednią fotkę. Wstępnie jest to na plus. Lecz powtarzając ten schemat po raz setny można mieć go dość. Pal licho, jakby tylko w pobocznych to by się znajdowało, ale i w tych z kampanii też nie zabraknie. Podobnie jest z wyszukiwaniem określonych osób lub celów z listy do odhaczania. Kamera zmienia się wtedy na FPP.


Jest to tylko drobna niedogodność, którą spokojnie zepchnąłem na bok. Pozostałe detektywistyczne prace to już całkiem inna liga. Polecam gorąco, warto je wykonywać, aby zobaczyć coś co może naprawdę zaskoczyć. Więc pamiętajcie o tym i wyrabiajcie sobie opinie w mieście, co będzie jednym z czynników decydującym o dostępie do tych q.

Wspomnę jeszcze, że można pobawić się w romansowanie. Tutaj jest trochę dziwnie, bo kandydatki nie pokazują się wszystkie jednocześnie. Oficjalnie można się domyśleć które to będą. Początkowo jest to jedna dziewczyna i dopiero długo nic i aktywują się pozostałe. Ta poboczna linia fabularna jest nawet całkiem spora więc straciłem parę wieczorów na robieniem jej szturmem. Nie żałuje, bo wszelkie atrakcje dodatkowe były przednie.

Nie zabrakło też mini gier, czyli salonów z automatami, rzutek, kasyno, a nawet wyścig dronów itp. Liczyłem, że tutaj będzie coś więcej, a tak było dość blado. Hazard to nie moja bajka, a więc na dzień dobry papatki. Dalej rzutki, co tu dużo pisać żuty do tarczy nie są jakoś ekscytujące. Sytuacja się zmienia jak się lubi retro gry od Segi to można trochę czasu spędzić w salonach. Teoretycznie wyścigi dronów powinny być czarnym koniem w tym wyścigu. Odbiłem się od tego na dzień dobry.


Kampania jest natomiast prawie lustrzanym odbiciem tego, o czym pisałem powyżej. Tutaj fabuła jest o wiele sztywniejsza i bardziej poważna. Nie powiem, że wszędzie, bo niekiedy pomysły devów zwalają z krzesła swoją oryginalnością. Trochę posłodziłem to teraz też i coś gorzkiego dodam. Spory nacisk położona na zapamiętywanie wielu faktów. Ważne jest, aby je znać na pamięć, bo inaczej posypie się sprawa w sądzie lub innym ważnym momencie, co może namieszać. „Bonusem” jest jeszcze utrata punktów Sp, a po naszemu Pd. Są i takie sytuacje kiedy można to olać temat zdobywania punktów doświadczeń.

Napisze o tym tylko tak w ramach ciekawostki. Parę q praktycznie nie było widocznych na mapie i jedynie z zgromadzonych informacji trzeba było ustalić dokąd się wybrać. Trochę denerwujące, bo w 90% wszystko jest oznaczone na mini mapie.

Niezaprzeczalnie rozpisanie odpowiednio wszystkich postaci będzie kluczowe, aby nadać pewnej wiarygodności danemu światu. Nie powiem, to jest najmocniejsza część Judgment. Zawsze z wielką chęcią wracało się z do biura Genda – sensei. Sporo istotnych momentów właśnie tam miało miejsce. Pogaduszki jakie się zresztą tam odbywały będę zawsze ciepło wspominał. Praca na ulicy jednak nie była zbyt rozsądna bez asystenta. Taką rolę spełniał właśnie Masaharu Kaito. Jego praktycznie nie da się nie polubić. Zwłaszcza jak wpadnie z hukiem w grupę yakuzy.


Natomiast wątek główny jaki taki jest naprawdę bardzo dobrze przemyślny, a twisty fabularne stają się tu czymś będącym na porządku dziennym i to dosłownie. Cała intryga ma tyle warstw, że dopiero po przejściu całej gry zrozumiałem, jak to się łączyło ze sobą. Prawdziwy majstersztyk. Mimo, że gra spokojnie zabierze lekką ręką ponad 50 godzin to nie ma się ani chwili poczucia rzucenia tego wszystkiego w kąt. Wszystkie te zagadki są niczym lokomotywa napędowa, która ciągnie wszystko na przód.

Dobrze teraz pora na walkę, rozwój i wszelkie wyjaśnienia jakie dostaje gracz. Zanim zacznie się cokolwiek robić będzie trzeba przebrnąć przez ściany tekstów. Nawet w tak oczywistych aktywności jak skradanie się będzie co poczytać. Na dłuższą metę to dość męczy, zawsze można je zamknąć. Pozytywną stroną jest fakt, że dzięki temu nie strzeli się gafy na randce i kupi się coś głupiego lub nie wykorzystać bonusów w postaci odnawiającej życie muzyce w agencji detektywistycznej itp.

Dalej mam rozwój bohatera. Podzielono to na kilka drzewek talentów, które z kolei potrzebują specjalnych książek, aby dostać dostęp do aktywnych umiejętności. Podobnie jak same skille wymagają one Sp. Poszczególne kocie ruchy można pogrupować na te, które przydadzą się do walki indywidualnej i grupowej. Warto walczyć przy miejscach, gdzie stoją towarzysze, bo odblokowują się specjalne wykończenia, które są kolejnym plusem.


Biegając po mieście wielokrotnie włączą się randomowe walki. Jeśli się nie wyrobiłem to przybiegała policja. Natomiast jak poszło zgodnie z planem to leciało doświadczenie na konto i kasa. Była też opcja ucieczki tyle, że nie zawsze się dało. Wraz rozwojem fabularnym pokazywali się mini bossowie wraz z przydupasami. Gra informowała o specjalnej potce dającej bonus w walce, co jest tylko opcjonalne. Większym utrapieniem były momenty kiedy pojawiał się wrogi klan. Należało poczekać, aż licznik zejdzie do zera ewentualnie pokonać kilku bossów.

Sama walka to swego rodzaju balet. Rzucać można niemal wszystko wszystkich, co się podwinie pod ręką. Zaryzykować można i stwierdzić, że jedynie wyobraźnia ogranicza jak zakończyć sprawę. W ramach urozmaicenia dostaje się sporo przedmiotów dających super moce. Żeby nie przedobrzyć dodano ograniczniki czasowe, a na jednej przedmiot zmniejszyli silę rażenia jeśli wykorzysta się przeciw bossowi.

Skoro przy nich jestem to są naprawdę fantastyczni. Najpierw zaczyna się bardziej sparnkgiem jednym i tym samym, aż trzy razy. Potem pokazują się coraz to bardziej wymyślni, co tylko urozmaica rozgrywkę. Dzięki żelaznym zapasom jedzenia żaden nie jest jakimś większym wyzwaniem.


Nie oznacza to jednak, że nie ma konsekwencji. Poza zwykłymi obrażeniami, które się normalnie regeneruje jedzeniem są jeszcze poziom wyżej rany. Wymagają one apteczki lub leczenia, a to słono kosztuje.

Zarówno przy boss fight i pościgach położono niemały nacisk na qte. Wrzucałbym to zdanie akapit wyżej. Lecz uznałem, ze poświecę temu osobny fragment. Ogrywając Judgment na Xbox Series X zauważyłem w pierwszych godzinach, że ruchy drążkiem, czy grzybkiem były opóźnione. Był to jednym problem techniczny o jakim mogę wspomnieć.

Ostatnią sekcję zostawię oprawie graficznej. Od samego początku do końca w tej kwestii nie zmieniałem zdania. Tytuł ten prezentuje się jak podrasowana na modach produkcja z Ps3. Z czego główni bohaterowie dopóki się nie odezwą po prostu błyszczą. W momencie jak zaczynają się animacje to cały urok pryska.

Podsumowując czy warto zagrać w Judgment? Po tak długim wywodzie jest to raczej jednoznaczne. Mocna produkcja na moją grę roku 2023 r. Ma co prawda swoje dolegliwości, lecz są one na tyle małe, że w sumie nie istotne. Najbardziej mnie zastanawia jak devowie wpadki na pomysł z szukaniem kotów w poszczególnych śledztwach. Kiedy były za czymś ukryte to wszystko ok. Ale małe coś widoczne z któregoś z rzędu piętra na drugiej stronie ulicy to już przesada.






Share:

Recenzja serialu Wednesday

Zazwyczaj jak ludzie piszą, że dana rzecz jest dobra, a nawet świetna podchodzę z pewną dozą niedowierzania. Co jednak się stanie jak dołoży się do tego Netflix?

Odpalam serial Wednesday i sobie myślę niech się dzieje wola nieba z nią zawsze zgadzać się trzeba! Z marką Rodzinny Adamsów byłem bardzo dobrze zapoznany, bo jak każdy milenialsów wychowałem się na wszelakich adaptacjach tej serii.


Kreacja głównej bohaterki w wykonaniu Jenna Ortegi zachwycało. Od razu wiedziałem, że dobrali odpowiednią osobę do tej roli. Aktorka gra całą sobą i mimo że protagonistka miała jeden wyraz twarzy non stop, nie zmienia faktu, o jej wyjątkowości. Żeby nikt mi nie zarzucił to co napisałem wcześniej było jedynie skrótem myślowym.

Wednesday pokazała też inne emocje, które w odpowiednich momentach stanowiły odpowiedni kontrast dla poszczególnych wydarzeń. Jednak to co było najbardziej ujmujące w całym serialu to szybkość jakie poszczególne wydarzenia miały miejsce i podział na poszczególne wątki. Nikt nie starał się na siłę przedłużać momenty z bezmyślnym pitoleniem o niczym.


Mimo swojej odcinkowej formy zdecydowano się na filmową treść. Innymi słowy bardzo intensywnie tak, aby widz nawet na chwile nie mógł zacząć się zastanawiać, a co tam będzie na kolacje. No dobrze, ja tu pitu pitu, a co jest daniem głównym ? W akademii Nevermore , co można przetłumaczyć nigdy więcej zaczynają się tajemnicze morderstwa.

W pierwszym momencie jak usłyszałem, że winne miało być zwierzę to przypomniał mi się Zmierzch. Szczęśliwie, żaden Edek się nie pokazał. Choć samego wątku romantycznego nie zabrakło i to z samymi chłopakami (homofoby! xD) Przecież to dyskryminacja! Żarty na bok. Mimo faktu, że wszystko się toczyło wokół wspomnianych morderstw i podbojów miłosnych Wednesday to nie zabrakło czasu na relacje matki - córki. Trudno nie zauważyć, że mamusie wypadły stosunkowo kiepsko.


Nie mogę napisać, że je jakkolwiek rozumiem, czy nawet zgadzam z ich zachowaniem. One są i na tym ma się wszystko skończyć. Jednak jak już tak pisze, to warto wypomnieć o tym, że jeden z bohaterów drugoplanowych miał dwie matki. Jak widać, ludzie z
Netlixa nie byliby sobą jakby nie wsadzili trochę dziegciu do tej beczki miodu.

Nie zabraknie też czarnego charakteru, em znaczy się antagonistki. Joy Sunday wcielająca się w Bianca Barclay pokazała, że coś potrafi i nie wrzucona ją tylko dla tego, że taka panuje moda. Chwila, a może ona tez jest syrenką z Odry jak Ariel? Jej rola była jak najbardziej poprawna. Czuć było jej zołzowatość na każdym kroku. Dobrze, że dodali do tego jakieś drugie dno i nagły zwrot wydarzeń. W ten sposób trochę wybieli ją (śmiech). A na poważnie pozwoli lepiej zrozumieć jej zachowanie.


Nie mogę w całości pominąć najistotniejszej osoby Enid Sinclair. Współlokatorka protagonistki, która jest swojego rodzaju jej przeciwieństwem. Wielokrotnie będzie to powtarzane, poprzez bardzo charakterystyczne ujęcia mające pokazać dwa osobne bieguny. Za pierwszym razem robi to wrażenia. Lecz po wykorzystaniu tego po raz kolejny staje się już nużące.

Cała ta historia jest ubrana w radosny przerysowany do granic możliwości mrok. O ile wizualnie przedstawia się to jako nieco horrorowy twór tak naprawdę jest całkiem uroczy. Generalnie rzecz biorąc wszystko to ma za zadanie urozmaicić dobrze znane motywy jakie się zna z innych dzieł o młodzieży z szkół średnich.


Jedynie wszelkie wstawki adamsowe mają nadać taką, a nie inną formę. Nie zabraknie też innych ważnych postaci znanych z tego uniwersum. Lecz zostanie to już wam do odkrycia i oceny. Sam finał to prawdziwy miks nawiązań. Na ile świadomych trudno powiedzieć. Ale pozwalają na liczne żarty w momentach kiedy się robi poważnie.

Sam serial wiele razy nawiązuje do filmów o małym czarodzieju. Wiec będzie to dodatkowa gratka dla tych, co będą oglądać ten serial. Nim podsumowuje tekst, wspomnę, o kontrowersji jaką wywołał. Otóż obsadzenie przeciwniczki Wednesday Afroamerykanką było oczernianiem jej. No, bo jak wiadomo oni mogą grać tylko szlachetne i dobre postacie, a tak jest passe.

Podsumowujmy, czy warto obejrzeć serial Wednesday? Uważam, że jak na dzisiejsze standardy jest to dzieło na tyle wybitne, że nawet się powinno. Zwarta akcja, a nie jakieś gadanie po próżni, a do tego ciekawie napisani bohaterowie, którzy mają coś do zaoferowania. Czego chcieć więcej? Może lepszego CGJ, a tak daję.... 9/10.
Share:

Recenzja anime Itai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu Sezon 2

Ledwo jeden sezon opisałem, a tu hyc i mamy kolejny! Tak to się kończy jak się nie do końca poprawnie nazwie plik tekstowy.

Niedawno pisałem o tym, jak przeciętne jest anime Nie drocz się ze mną Nagatoro! Teraz dla odmiany przyszła pora na kolejny sezon Itai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu 2. Coś łączy te produkcje i jednocześnie dzieli.

Początkowo zastanawiałem się co napisać. Zaglądając do notatek przeczytałem, że jest to dokładna kopia poprzedniej serii. Dostałem w sumie więcej tego samego, co z jednej strony jest dobre, a z drugiej... W tym miejscu piszę się źle.

Wszystko jednak jest zależne od tego jaka jest zawartość. Jestem przez to rozdarty, bo z perspektywy gracza oglądającego tą parodię bawiłem się przednio. Z drugiej stronie nie mogę za bardzo pochwalić tego tytułu, bo jest zwyczajnie nieco nudniejszy. Humor jest mocno powtarzalny, a wiele rzeczy to niekończąca się historia, a raczej zdarta płyta.

Nie mniej wszelkie mocne strony zostały zachowane. Zaczynając na nieodpartym uroku osobistym Maple, a kończąc na wyjątkowo zdrowych relacjach społecznych. Wracając jednak do sedna.

Mimo wspomnianej powtarzalności formuła ta się nie nudzi w odbiorze. Docenia się za to jak wykorzystuje się istniejące mechaniki, aby pokazać mocne, ale i słabe strony protagonistki. Położono większy nacisk na relacje tytanki wytrzymałości z członkami innych gildii.

Najbardziej zaskarbiła moją uwagę Mii z Cesarstwa Płomieni. Odsłoniła ponownie swoje urocze oblicze. Można powiedzieć tak, że poznało się ją nieco lepiej od jej prywatnej strony. Kontrast jaki się w tym momencie pokazuje naprawdę potrafi zaskoczyć.

Warto też wspomnieć, że nieporadni devowie pięknie komentowali wszelkie nowe zmiany jakie zachodziły na nowych mapach. Dzięki „małym błędom” losy głównej bohaterki bardzo się posunęły do przodu. Powszechną wiedzą jest fakt, że MMORPG to wielki beta test. Nie inaczej jest i w tym przypadku.

Nie mniej ni więcej rzuca się w oczy istotna sprawa. Nie mają żadnych testerów, którzy by sprawdzali stan rzeczywisty. Decyzja, aby była to komedia w pełni usprawiedliwia tego typu niedociągnięcia. W innym wypadku należało napiętnować to, bo kreują swoje dzieło na realistyczną produkcje.

Przez sporą część czasu rozgrywały się walki na większych lub mniejszych lokacjach. Nowe ewenty / turnieje trochę były mniej ekscytujące. Już nie rozstrzygały o wyższości jednych od drugich, jedynie na podstawie walk GvG, a bardziej na PvE. Nie zabrakło pojedynczych pojedynków graczy, ale to było jedynie formalności.

Mimo, że brzmi to na stękanie i marudzenie równolegle pragnę pochwalić za wprowadzenie trybu tower dyfanse. Takie odwrócenie ról dało nieco animuszu w wszelkich bitwach jakie się odbyły.

Na sam koniec nadmienię, że ewolucja Maple to istna ułańska fantazja twórców. Przesadzona bogata w formę i radośnie niszcząca wszelkie zasady panującego świata. W tym momencie napiszę Lubię to! Idealnie wpasowuje się w tego typu serie, gdzie op bohater jest naprawdę zdrowo przesadzony, a to jest najważniejsze.

Podsumowując, czy warto obejrzeć tai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu. 2? Nie można odmówić swojego rodzaju uroku osobistego jaki jest wciąż silny. Jeśli komuś było mało przy pierwszych dwunastu odcinkach to tutaj dostanie jeszcze więcej. Co prawda będą, gdzie nigdzie pewne zmiany, lecz nie będzie zawiedziony. Ocena końcowa 7.5/10.


Share:

Recenzja anime Itai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu Sezon 1

Z głębin otchłani wyciągnąłem recenzje, która napisałem w zeszłym roku, ale jakoś o niej zapieniałem. Prezentuje wam jedno z lepszych anime jakie oglądałem w 2022 r.   

Po obejrzeniu pierwszych trzech odcinków mogę napisać, że jest to ciekawy projekt, który stara się pogodzić anime z grami i zasadami jakie w nich panują. Czy się to udało? Powiedzmy sobie szczerze sporo tego co tam pokazano jest wielkim kompromisem.


Jeśli doszukiwać się jakiś zgodności pod kątem tego, że jest to VrMMORPG, gdzie oprócz samego Vr dodano niezwykle zaawansowaną technologię, która pozwala oszukać zmysły i nie tylko wzroku, ale i smaku.

Dodatkowo wszelkie ruchy, interakcję, które powiedzmy szczerze z dzisiejszym rozwojem sprzętu byłby niemożliwy do zrealizowania. Zabawne są też początkowe rozwiązania rozwijania awatara. O ile pójście na mobki jest jak najbardziej prawidłowe, tak już z nabieraniem odporności bym się kłócił, a solowanie bossa w lochu było totalnym przegięciem.

Natomiast dalej to już zupełnie odleciano w kosmos. Budowa builda i skille to jakaś pomyłka, która całkowicie psułaby PvE. Jasne jest, że chcieli stworzyć OP bohaterkę i tego dokonali. Ktoś jednak stwierdził, że będzie się to kłóciło z dalszym rozwojem wydarzeń i znerfili jej Op sprzęt. Jest to dobry ruch. Potencjalnie da to możliwość uzasadnienia dalszego rozwoju Kaede – chan.


Można dodać do tego pojawienie się Sally, przyjaciółki ze klasy, która będzie ją uzupełniać umiejętnościami. Przez takie zagrania dalsze przeginanie pały goryczy będzie bardziej akceptowalne. Jestem ciekaw jak pójdzie im w drugim evencie battle royale

Kolejne trzy odcinki można podzielić na eksplorowanie i wykonywanie normalnej aktywności. Następnie zaczęto moim zdaniem nabijać się z graczy. Jak inaczej wyjaśnić rzekome przyzwyczajenia z gry, które zaczęła wykonywać odruchowo Kaede w realu?  Jest to w moim odczuciu jakimś absurdem. Mały spoiler, naszej kochanej moe zaciera się odróżnianie rzeczywistości od fikcji. Na sam koniec tworzenie gildii.

Z wyżej wymienionych rzeczy jedynie zakup budynku gildyjnego miał jakieś rzeczywiste pokrycie z realiami MMO. Natomiast pozostałe rzeczy zaczynając od PvP to istny farmazon. Po obejrzeniu połowy sezonu trzeba jakoś do tego przywyknąć. Mogę dodać pewien plus do tych pokręconych mechanik. Niekiedy są one bardzo logiczne, ale szybkość z jaka się używa uniemożliwia z korzystania z nich. Trzeba przyjąć, że to jakaś alfa lub wczesna beta i stąd wychodzą takie absurdalne efekty.


Ostatnie kilka odcinków to kolejne zawody przypominające te z gier moba. Można to tak dość wielkim skrócie nazwać. Jednak już akcja jaka się tam rozgrywała to typowe anime i o dziwo bardzo dobre. Chyba mam swojego faworyta na 2022 r.

Co jeszcze można napisać? Fabuła była dość prosta, bo co można szczególnego pokazać? Skupiono się całkowicie na przebiegu pvp. Te ważniejsze gildie pokazały swój indywidualny styl walki. Jednak mogliby urozmaicić wygląd poszczególnych członków legionów. Rozumiem, że chcą wyróżnić tych ważnych, ale armia klonów to taka jazda po bandzie.


Następną istotną sprawą, jest zachowanie graczy. Ci co byli szeregowymi anonimami niczym się nie różnili od kolesi z pierwszego lepszego isekai, a powinni pokazać się że są zwykłymi graczami. Pod tym kątem Cesarzowa Ognia kradła każdą scenę kiedy przestawała udawać samice alfa.

Sam finał był przekokszony i to mi się podoba. W całym worku smakołyków zastanawia mnie wątek devów, których przedstawiają jak jakieś ufoludki.

„Przełomowym” odcinkiem był nr 10, gdzie Payne pokazał w końcu swoją mordę. Po co robili z tego jakąś tajemnice? Cholera wie. Ale co tu dużo mówić super było to anime. Podsumowanie nieco inne niż zawsze, ale pisane na spontanie, jak cały ten tekst. Ocena końcowa 8.6/10
Share:

Recenzja anime Kyokou Suiri Sezon 2

Pewne historie nie są zawsze takie jakie mogły się wydawać na pierwszy rzut oka. Czasami stoją za nimi rzeczy, o których istnienie nawet nie będzie się podejrzewać.

Drugim anime, o jakim będę pisał z zimowego sezonu jest Kyokou Suiri Sezon 2. Jak pamiętacie pierwszą serie, o której pisałem tutaj to wiecie czego można się spodziewać. Początkowo też tak sadziłem, ale szybko się przekonałem, że będzie całkiem inaczej.


Fabułę potraktowano dość luźno i nie ma jakiegoś większego znaczenia całościowego. Wspólnym mianownikiem trzymającym wszyto w garści jest wątek kuzynki Rikka. Pojawia się ona niczym widmo, tylko po to, aby wszystko jakoś się zespoliło.

Cały serial został podzielony na szereg kawałków niczym węgorza. Tak, aby lepiej rozkoszować się poszczególnymi opowieściami, które mają dość krwawy wydźwięk. Nie należy się spodziewać jakiejś akcji w postaci długich scen walki, a jedynie licznych monologów. Część widzów odbierze to jako przegadane sceny, które mało co oferują. Dlatego warto wziąć to pod uwagę, aby się nie rozczarować zmianą konwencji.

Każdy z aktów Kyokou Suiri Season 2 jest naprawdę ciekawie rozpisany. Nie powtórzono się ani razu z żadnym patentem, czy inna sztuczką mającą utrzymać uwagę. Główne skrzypce odgrywała Kotoko, która była, no cóż dość zakręcona. Wysłuchując jej wszelkich wywodów w poszczególnych podrozdziałach można się zgodzić z kuzynką, że jest ona dość niebezpieczna.


Kłamie jak z nut i jednocześnie wszystko tak dobrze uzasadnia, że trudno się zorientować. Z drugiej strony kreuje się jako bardzo typową waifu, która się klei do swojego chłoptasia. Niby powinien to być swojego rodzaju balans pozwalający w harmonii wszystko utrzymać, lecz jakoś trudno do tego podchodzić na poważnie.

Trudno dalej będzie pisać bez spilerów z tego też powodu postaram się jakoś zarysować poszczególne wydarzenia, bez wchodzenia w szczegóły. Pierwsza opowieść dotyczyła zakazanej miłości. Zabrzmiało dość clickbait'owo. Będąc bardziej precyzyjnym. Chodziło, o człowieka, który został tyle razy zdradzony, że wycofał się z życia społecznego i był swojego rodzaju hikikomori. 

Nie zabrakło też szczęśliwego zbiegu okoliczności i trafił na kobietę śniegu (yokai). Relacje Muroi Masayuki z nią bardzo mi przypadł do gustu. Szkoda tylko, że koleś jest taki cnotliwy. Nie ładnie odmawiać, gdy kobieta zaprasza.


Kolejne odcinki są powiązane z kuzynką senpai'a. Tym razem tematem przewodnim są samobójstwa i wpływ ludzi na innych. Spodziewałem się, że pokażą się już jakieś sceny walki. Jednakowoż od tych odcinków właśnie zaczyna się robić naprawdę ciekawie, bo im dalej las tym więcej drzew.

Dla pewnej odskoczni przeniesiono ten morderczy maraton, na nieco inny tor. Przywołano Pinokia do tablicy i zmieszano z voodo. Tylko tutaj szarpnięto nieco budżet i poszaleli z jakimiś szybszymi scenami. Nie jest to jednak szczyt tego, co Kyokou Suiri Sezon 2 ma do zaoferowania. Główne danie to ostania historia mająca sporo do zaoferowania.

Można się pokusić i obstawiać zakończanie. Nie ma jednak to większego sensu, bo tak zaplątano to, że nie ma możliwości, aby wpaść na prawidłowe rozwiązanie. O ile przy pierwszym przypadku nasunęli jasną podpowiedź tak tu gmatwali ile tylko się dało. Jednocześnie nie było to jakoś męczące. Słucha się z zaciekawieniem starając się wyłapać drugie dno. Sama intryga jednak jest na tyle głęboka, że wszystko spełźnie na niczym.


Nie zabraknie też deseru. Ostatni odcinek podobnie jak pierwszy stanowi zamknięta całość. Temat się nie zmienił i wieńczy całkiem zgrabnie całość.

Podsumowując, czy warto obejrzeć Kyokou Suiri Sezon 2? Można to praktycznie odpuścić, bo nie wnosi nic do głównego wątku, który został potraktowany po macoszemu. Z drugiej strony to wciąż dobre anime, które zapewni dobrą rozrywkę tym, co preferuję wciągające dyskusje i wymiany zdań, a niż wymiany ciosów i praniu się po mordzie. Ocena końcowa 8/10.
Share:

Recenzja anime Ijiranaide, Nagatoro-san 2nd Attack

Ktoś kiedyś powiedział mądrze, żeby docenić lepsze dzieła należy też obcować z przeciętnymi. Słowa to mądre i naprawdę warte przemyślenia. 

Dzisiejsze produkcje przyzwyczaiły odbiorcę do tego, że jest skazany na odgrzewane kotlety lub masową produkcje. Wielkie korporacje idą na łatwy zysk z czym się nie kryją. Robią remastery filmów, gier co mają dopiero kilka lat. Ewentualnie kopiują dobrze znany schemat i jedynie co korygują jest zmiana miejsca i imion bohaterów itp.  


Ijiranaide, Nagatoro-san 2nd Attack jest to anime, które spełnia wymienione wyżej kryteria. Można wprost nazwać je podręcznikowym przykładem. Nie ma co ukrywać, że odtwórczość to rzecz powszechna, ale zawsze można dodać coś swojego do tej formuły. Stało się jednak inaczej i wysmażono zbiór scen z mocno przewidywalną fabułą.   

Przygody Nagatoro i jej senpai'ja były dobre na jeden sezon. W pierwszej części (tu macie link) można było obserwować jako od wprost znęcającej się łobuziary zmienia się w przyjaciółkę, a nawet kogoś więcej.


Pod tym względem jest nawet względnie ok, bo zaczyna być poważnie. Jednakowoż, żeby nie było za poważnie wszelkie dowcipy opierają się na braku pewności siebie Naoto. Oprócz tego dorzuci się momenty kiedy dochodzi do słynnego „aaa” (patrz karmienie przez dziewczynę) i ktoś to przerywa, aż do nauki jakieś rzeczy z koniecznym przytulaskiem. Długo wymieniać, bo jest to klasyczna lista przebojów.

W trakcie sezonu pojawiają się nowe postacie. Niektóre coś dołożą od siebie jak onee – san Nagatoro, czy taka Hana Sunomiya będąca klonem przewodniczącej (swoją droga to rodzina). Nie będą miały jakiegoś większego znaczenia i na nic w sumie nie wpłyną. Jedyne co, to jakakolwiek aktywność, która da się odhaczyć w czasie seansu.


Jeśli jednak będzie się doszukiwać jakiś odstępstw to już od biedy można zaliczyć wyjazd w góry. Bardziej spostrzegawczy zauważą, że jest to zamiennik wypadu nad morze. Po tej nieprzechylnej liście warto coś pozytywnego napisać.

Udało mi się obejrzeć całą serie, koniec męki. Będąc jednak poważny to wszelkie fragmenty, które rozgrywały się w pokojach głównych bohaterów były pocieszne. Nagatoro staje się bardziej poważna i pokazuje, że nie jest bezmyślnym żywiołem. Wszelkie skoki, zawahania, czy inne aktywności podkreślające jej metaforę i są do tego przyjemne w odbiorze.

Jako całość Ijiranaide, Nagatoro-san 2nd Attack to mocny przeciętniak. Nie da się tego polecić z czystym sumieniem. Równolegle warto zafundować sobie czasem taki nudny spacer, aby móc zauważyć walory tytułów, gdzie włożono więcej serca. Ocena końcowa 6.5/10.
Share:

Recenzja filmu Upiorna Panna Młoda

Niby jest piątek, piątunio, ale jakoś nie mogę się skupić na jednym. Mówię sobie obejrzę jeden film i koniec, a skończyło się na jak w takich sytuacjach bywa na kilku produkcjach.

Przez chwilę zastanawiałem się od którego zacząć, tytułu? Po jakże długiej potyczce umysłowej, czyli żadnej doszedłem do wniosku, że napiszę, o Upiornej Pannie Młodej. Film jest integralną częścią serialu, a sama akcja rozgrywa się tuż po tym jak Holmes ma wylecieć na wygnanie.


Natomiast faktyczna akcja rozgrywa się pod koniec dziewiętnastego wieku. Prawdziwy miszmasz czasoprzestrzenny. Jednak w tym szaleństwie jest metoda, jak widać.

Cała fabuła rozgrywa się wokół licznych morderstw, a Fe! Nie będę ukrywał, że przez serial Luther temat ten stał się odpychający i banalny. Lecz o dziwo podeszli do niego z nieco innej strony. Praktycznie posłużył jedynie za pretekst do opowiedzianej historii, która nie jedno ma imię.

Na swój sposób przypomniała mi to książkę Pies Baskrewildów, ale z pewnymi zmianami, oczywiście kosmetycznymi. W przeciwieństwie do serialu tutaj już bardziej, ale nie całkowicie przypomniało mi to materiał źródłowy. Benedict Cumberbatch wcielający się w słynnego detektywa dalej przejawia te same maniery.


Trochę jednak go zmieniono na rzecz XIX w. realiów. Nie ma się co obawiać jakiś radykalnych zmian. Podobnie jest z Martinem Freemanem, który po raz kolejny wciela się w swoją jedną kreację i jedyne co zmienia to kostium wraz z imieniem.

Powinienem napisać, że intro do filmu jak i spora część miejsc w których nagrywano to ledwa przeróbka i pójście po naszej linii oporu, ale tak nie zrobię w pewnym sensie. Z dość błahego powodu. Wszystko co pokazano, a o czym wspomniałem jest mrugnięciem do starych fanów.

Podobnie jest z obsadą, co w sumie jest naturalną koleją rzeczy. W ich przypadku najlepiej paradoksalnie wypadł brat Holmesa. Z jednej strony stan jego jest nie do pozazdroszczenia, ale pokrywa się z oryginałem, a przynajmniej tak go zapamiętałem z książek.


W Upiornej Pannie Młodej będzie sporo odniesień do serialu dlatego polecam w pierwszej kolejności obejrzeć wszystkie sezony, a następnie sięgnąć po film. W innym wypadku straci się spory kawałek aluzji i znaczeń będących dość jednoznacznych dla ludzi znających materiał źródłowy.

Wszelkie atrakcję jakie dodano w programie są powtórką z rozrywki. W ramach bonusu były punktowane zachowania Sherlocka. Pokuszono się na danie więcej czasu postaciom drugoplanowym. Niech mnie kulę biją, ale ich docinki były naprawdę celne. Nawet ich o to nie podejrzewałem.

Wszystko ładnie i pięknie tylko, gdzie jakiś szczególny wyróżnik w tym seansie? Jeśli jakiś dodano i miał bym go wskazać to musiał być powrót Profesora. Będzie to przewrotne co powiem. Zrzucenie go z wodospadu było wielce satysfakcjonujące.


No i wszelkie upiorne wstawki też błyszczały. Może nie czuć tego w tekście, lecz naprawdę dobrze się bawiłem oglądając Upiorną Pannę Młodą. Jedynie miałem obawy, czy wszystko będzie miało logiczne wyjaśnienie. Spoiler alert, pełna perfekcja. Aby dodać trochę smaku dowiedziałem się o wielce intrygujących sztuczkach, które można wykorzystać w rzeczywistości.

Pod płaszczykiem, o którym wspominałem kryją się zmiany społeczne jakimi były walki o prawa kobiet, jak i nierównym traktowaniu.

Podsumowując Upiorna Panna Młoda, to jest ukłon w stronę widzów znających pierwowzór. Wraca cała obsada i jest multum nawiązań, co dodaje swojego rodzaju uroku. Wszelkie zagadki są wciąż rozwiązywane w tym samym błyskotliwym stylu. Można uznać to za gwarant jakości. Natomiast wszelkie wstawki komediowe w wykonaniu pań dodają lekkiej atmosfery. Ocena końcowa 7/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie