• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Życzenia świąteczne ; )

 Drodzy Czytelnicy,

W ten magiczny, świąteczny czas życzę Wam ciepła rodzinnego ogniska, niezliczonych chwil radości i spełnienia marzeń. Niech Wasze domy wypełni śmiech, a serca miłość i spokój.

Życzę Wam także, abyście zawsze znajdowali czas na swoje pasje, rozwijali zainteresowania i czerpali radość z każdej chwili. Wasze wsparcie daje mi siłę i inspirację – dziękuję,
że jesteście ze mną! 

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! Niech 2025 rok przyniesie Wam same sukcesy i niezapomniane wspomnienia!




Share:

Ogłoszenie parafialne

Dobry wieczór, a może dzień dobry – zależy, kiedy to czytacie. W ten weekend, a prawdopodobnie także w kolejne, nie będę publikował nowych wpisów. Wszystko, co miałem do opublikowania, zostało już zaprezentowane.

Obecnie gram w Lost Judgment na PS5, a w związku z tym będzie to temat główny mojej kolejnej recenzji.

W planach mam również obejrzenie kilku seriali, w stylu Herkulesa Poirota. Na razie nie będę precyzował, o jakie dokładnie tytuły chodzi, aby nie obiecywać zbyt wiele.

Jeśli macie jakieś pytania lub propozycje, piszcie na beziol223@gmail.com lub przez formularz kontaktowy na końcu strony. Oczywiście zapraszam też do dyskusji w komentarzach! :D

Na razie!





Share:

Recenzja LoveKami -Divinity Stage (Nintendo Switch)

Obietnic należy dotrzymywać, a przynajmniej tak się mówi. Tak czy inaczej, oto pierwsza część LoveKami Trilogy.

Krótka wiadomość do Was, panowie: szkoda pieniędzy na tę serię, niezależnie od platformy. Teraz warto wrzucić obiektywny bełkot uzasadniający tę subiektywną opinię. Od czego zacząć?

Najważniejszą rzeczą, która mnie negatywnie zaskoczyła, była liczba decyzji, które dano mi podjąć. Budowa kampanii można streścić w następujący sposób: wstęp, pojawienie się poszczególnych kami (bogiń), wybór swojej lubej. Następnie jeszcze jakaś dalsza gadka szmatka i koniec.

Oglądając dowolne anime z gatunku ecchi, widziało się całą wizualną zawartość tej „gry”. W poprzednim wpisie o Storm Lover Kai sądziłem, że jest ubogo pod kątem możliwości, ale tutaj posucha jest już całkowita.

Nie oznacza to jednak braku jakichkolwiek zalet. Fabuła tej produkcji wyraźnie nakreśliła cel, do którego się dąży. Nie ma powodu, aby się skarżyć na treść, bo całkiem zabawne były poszczególne bohaterki. Równolegle podrywały one tylko jedną metodą, którą dobrze zna każdy fan anime.


Mimo swojej oszczędności LoveKami - Divinity Stage osiągnęło ocenę 90% pozytywnych opinii na Steamie. Gracze podkreślają lekkość i przyjemną komedię romantyczną. Osobiście zgadzam się z tego typu stwierdzeniami. LoveKami - Divinity Stage zawiera wszystkie przyjemne elementy tego typu produkcji.

Istotne jest również to, że jest więcej grafik w stosunku do poprzedniej gry, którą omawiałem. Jeśli ktoś, jakimś cudem, chciałby się skusić na zapoznanie się z pierwszą częścią LoveKami Trilogy, niech poszuka kluczyka za jakąś niską cenę. Pisząc ten tekst, zajrzałem do sklepu Steam i da się wyrwać pierwszą odsłonę za niecałe 10 zł.

Dla sprawiedliwości i formalności muszę dodać, że są powody, aby przejść całą kampanię więcej niż raz. Oprócz oczywistego zobaczenia, jak potoczy się historia z innymi boginiami, do odblokowania są chociażby piosenki. W sumie to niewiele, ale wspomnieć musiałem.

Czy warto zagrać w LoveKami - Divinity Stage? Jeśli zapłaci się za to jakieś symboliczne grosze, to czemu nie? Natomiast w pełnej cenie to szkoda kasy i czasu na tak ubogi tytuł.


Share:

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła (Recenzja Storm Lover Kai!!, Psp)

Miłość ma nie jedno imię. Jak jednak pokazane jest to w grach? Jak wiadomo panie mają pierwszeństw, a więc zacznę od tytułu skierowanych do nich, a jutro coś dla nas chłopów.

O otome grach, czyli haremówki łamane na randki mówi się Storm Lover Kai!! takrzadko..., że aż wcale. Jasną sprawą jest, że podgatunek jakim jest visual novel raczej się nie sprzedaje dobrze.


Tylko czytanie i czytanie ewentualnie jakiś wybór i tyle. Dla hecy włączyłem Storm Lover Kai!! zdając sobie sprawę, że to skierowane wyłącznie do kobiet. Jak się uda to poszukam jakiejś wersji dla panów. Nie będzie to ero gra tylko coś bardziej normalnego.

SLK na dzień dobry pozwala w stopniu minimalnym dostosować bohaterkę. Jest to czysta kosmetyka, która nie będzie miała znaczenia. Jeśli oglądaliście klasyczne haremówki, gdzie protagonista jest otoczony przez swoje fanki to tutaj na start ma znaczenie więcej wielbicieli....

Skoro gra stoi wyłącznie fabułą to skupiono się zapewne na dość sporym wachlarzu niepowtarzalnych bohaterów. Od niegrzecznych nauczycieli przez burzliwego tsundere, a kończąc na męskim, mężczyźnie ratującym niewiastę z opresji.


Początkowo spotyka się ich w różnych lokalizacjach jako "niespodziankę". Potem już gra sygnalizuje to na mapie. Jest to hub, z którego się można wybrać miejsca do odwiedzenia. Wszyscy wielbiciele są dubbingowani. Warto zapamiętać ich głosy, może się to przydać. Animacje w głównej mierze odnoszą się do ruchu ust. Na pocieszenie dodali jakieś pozy i raz na jakiś czas zmieniają miny.

Nie brakuje też dodatkowych wizualnych efektów jak trzęsący się ekran. Ma to sygnalizować jakieś nagłe wydarzenie. W kolejnych sesjach jakie zaliczyłem zostały  wyjaśniane, co można robić. Podzielono aktywności na szkolne, prywatne i zawodowe. Wszystko zostało rozdzielone nie tylko na pory dnia, ale na dni wolne i robocze.

Najciekawszą mechaniką jest stamina, czy też liczba tur, które można wykonać. Malowanie lub takie uczenie ma swój pasek do wykonywania. Przez to gracz nie będzie w stanie zaniedbać coś kosztem innych obowiązków. Również interakcje z poszczególnymi bohaterami będą bardziej istotne. Trzeba będzie się zastanowić komu odpisać w pierwszej kolejności. Mimo odnawiania się owej "staminy" trzeba poczekać więcej niż dzień, aby w pełni zacząć działać. 


Istotne będzie zaglądanie do kalendarza, gdzie będą oznaczone wszystkie ważne wydarzenia. Nawet comiesięczny wybór drogi do szkoły będzie istotny. Tyle teorii, a w praktyce każdy dzień to raptem jedna rozmowa i sprawdzanie jak idzie romantyczny progres. Fabularnie nic szczególnego się nie dzieje. Jednak w rozmowach i na forum szkoły można uzupełnić wiadomości kto, jaki jest, a także jego pozycja społeczna itp. Daje to lepszy pogląd z kim się ma do czynienia.

Historia, im szła dalej, tym bardziej była nijaka. Poziom podrywu chłoptasiów był bliski zeru. Większość jakichkolwiek relacji opierał się na duperelelach typu odprowadź mnie do domu. Jak się nie wybierze lokacji, gdzie znajduje się któryś z kandydatów to adieu i koniec "zmiany". Trzeba wybrać tego jednego i wałkować punktu miłości, aby łaskawie coś się ruszyło.

W czasie gry podkreślono ważność eventów i do pewnego stopnia są istotne. Jednak taki festiwal sportu nic nie znaczy. Podobnie jest z egzaminami i lekcjami dodatkowymi. Nie daje to możliwości zbliżenia się do innego amanta. Po prostu: dalej, dalej i koniec. Jak się przyjrzeć paskom w statusie można zauważyć pewną granicę i potencjalny przełom. Okazało się jednak, że dzieje się to wcześniej. Jeej, może to się skończy w końcu.


Opcja z sms miało coś wnieść. Teoretycznie pomaga gromadzić info o bohaterach podobnie jest ze forum szkolnym. A tak naprawdę to można to olać. Kompletnie nie wiadomo dokąd ta gra zmierza. Początkowo wydawało się, że celem jest nabicie miłosnej reputacji. Po zrobieniu pewnych kamieni milowych zaczyna się coś zmieniać. Zaangażowania było znacznie więcej, nawet dodano cukierkowe momenty. Nie zmienia to faktu, że dałoby się zrobić lepiej.

W czasie pierwszych wakacji można zacząć pracę dorywczą. Tylko, po co? Nie ma opcji swobodnego dawania prezentów. Owszem raz było, ale startowa kasa pokryła zakup. Zabawne jest różnica stawek, jakie można dostać za dzień pracy. Na automatach jest 4.500 yenów, a kawiarnia 6.000 tyś yenów. Taka ciekawostka, po kiego grzyba tak to ustawili.

Początkowo pisałem, że poszczególni adoratorzy się od siebie różnią. Jednak ich występy były w późniejszym czasie zminimalizowane do minimum. Jak już się kogoś wybrało to tamci stali się jedynie nieistotnym elementem tła. Żeby zdobyć ujemne punkty naprawdę trzeba by się starać, bo gra tylko raz może dwa daje taką możliwość. Jak się nie wstrzeli we właściwą odpowiedź. Widać było plan na pewne skoki w bok. Tyle że ewentualna rywalka, która słynie z odbijanek nie raczyła nic zrobić. Wielka szkoda, bo mogło być naprawdę ciekawie.


Wreszcie skończyłem tego potworka. Gra strasznie zaniedbała aspekt fabularny. Praktycznie nic się tam nie dzieje. Ktoś może wyskoczyć z wątkiem plażowym, imprezami szkolnymi itp. Jednak są one rzadko, a do tego przez większość czasu przeklikuje się poszczególne dni. Gra zajęła mi ponad 10 godzin. Jakby skróciło się, chociaż do 5 to nic by się nie straciło. Natomiast sielankowe bezsensowne życie nie dobijało.

Gra w żaden sposób nie zachęca, aby spróbować z pozostałymi. Mierna to produkcja. Z dobrym początkiem na coś więcej, a potem nic. Teraz zabieram się za wersję dla chłopów, gdzie boginie będą zdobywać serce protagonisty (śmiech).
Share:

Stary człowiek, a może (Recenzja manhwe, Mamuśki)

Nastaje taki czas w życiu, że trzeba sięgnąć po utwór trudny i zmuszający do refleksji. Nie miałem innego wyboru jak zapoznać się ze manhwe autorstwa Ma Yeong-shin.

Nie wiedziałem czego się spodziewać. Jednak po przeczytaniu pierwszych rozdziałów ukazało się coś całkiem nowego. Komiks ten jest, póki co obyczajówka o bardzo pesymistycznym wydźwięku. Tytułowe mamuśki to kobiety w średnim wieku, które nie są w stanie ułożyć sobie życia.


Za jedną z bohaterek tej historii zdecydowała jej rodzicielka, z kim ma się chajtnąć. Pociągnęło to szereg przykrych konsekwencji. Wydarzenia, jakie się rozgrywają nie są jakieś szczególnie, powiedzmy koreańskie. Alkoholizm, bezrobocie i liczne romanse. Można to porównać do serialów typu M jak miłość, gdzie zawsze coś się musiało złego stać. Dość życiowo i bez udawania, że jest inaczej. 

Pod względem technicznym też postawiono na czerń i biel. Styl rysowania przypomniał mi rysunki do książek autorstwa Tove Jansson z serii „Muminki”. Dość prosta kreska niesiląca na jakąś większą szczegółowość. Kadry stateczne nie ma, co szukać tutaj dramatyzmu, układu postaci, czy czegokolwiek w tym stylu. Tak samo jak komiksy zachodnie czyta się z lewej do prawej, innymi słowy jak książkę.

Autor lubi też dodawać liczne opisy wydarzeń. Przedstawione są jako narracja protagonistki, od której się wszystko zaczęło. Większa część tego dramatu obyczajowego zaliczyłem, ba zmęczyłem całość. Dość ciężko się czyta ten tytuł. Przepełniony jest gorzkim rozczarowaniem.


Pokazuje ono społeczeństwo koreańskie w bardzo niekorzystnym świetle. Pazerność i zachłanność szybko wychodzą na pierwszy plan. Do tego roszczeniowość głównej bohaterki jest rozbrajający. W głównym wątku najwięcej skupiono się na toksycznej relacji protagonistki z jej „chłopakiem”. Typek też jest niezłym ziółkiem, który uważa się za króla życia.

Wyraźnie zarysowana jest w manhwie dominacja i hierarchia społeczna. Zarówno w strefie prywatnej jak i służbowej. Dość często powtarzającym się segmentem były wydarzenia z miejsca pracy szanownych mamusiek. Co się tam działo to w głowie się nie mieści.

Nawet jak dano jakieś 5 minut pozostałym bohaterkom drugoplanowym widać było, że jedno im w głowie. Oprócz oczywistych skojarzeń chodzi też o miłość. Jednak przechyliłbym się do tej pierwszej opcji. Zdradzanie partnera/erkę przychodzi im, aż za łatwo. Zacząłem się zastanawiać, czy robienie z tego czegoś więcej, a może ważniejszego wątku ma sens.

Wieczne podkreślenia: to koniec, idź w diabły itp. tracą na znaczeniu, po tylu symbolicznych granicach. O ile te z pań, które były stanu wolnego robiły co chciały to ich rzecz. Nie zabrakło nawet szokującej sceny, w której jedna z nich (mężatka i niezdradzona) rozmawia z córką zachęcająca do skoku w bok!

Autor ma chyba bardzo kiepskie zdanie, o kobietach skoro robi z nich takie ladacznice. Nie ma też sensu spodziewać się jakiś szczególnych wydarzeń. Wszystko, co tu pokazano to każdy następny dzień z życia.

Finał manhwy jest naprawdę przytłaczający. Nie jest to kwestia dynamizmu wydarzeń, czy jakiegoś innego zabiegu. Sam ton wydarzeń robi robotę. Roszczeniowość głównej bohaterki, której wszystko się należy jest, aż za bardzo odczuwalny, że nawet tylko śledząc jej losy ma się jej dość.



Pod koniec tej historii pojawia się też jej córka. Mimo krótkiej chwili to widać było krew z krwi, ciało z ciało. Prawdziwy sobowtór swojej matki. Najmłodszy syn koniec końców potrzebował motywacyjnego kopa, aby wyjść na prostą. To co jednak jest taką kropką nad i było zamknięcie wątku pracy w firmie. Nie wchodząc w szczegóły: hardcor januszex. Jednak zwieńczenie naprawdę satysfakcjonujące.

Podsumowując starsze pokolenie Koreańczyków to bardzo specyficzna grupa społeczna, o wyjątkowo luźnym podejściu do związku. Przewija się to zresztą przez całą manhwe. Najważniejsze było dla nich seks i pieniądze. Te podkreślenia o środkach do życia naprawdę potrafią dać przysłowiowy strzał w mordę.

Jeśli ktoś jednak szuka czegoś innego niż w japońskich działach to tutaj to znajdzie. Wszystko nabierze większej mocy po przeczytaniu posłowia od autora. Ocena końcowa 9/10.

Share:

Silent Hill 2, o co ten cały szum zachwytów? (Retro recenzja, Xbox Classic)

 W ostatnich latach naszła moda na remake i remastery. Dla nowych graczy to dobry sposób, aby zapoznać się z klasykami. A dla innych powód do narzekania i zwrócenie uwagi na problem z brakiem nowych gier. Jednak ja nie będę o tym się tu rozpisywał.


„Przypadkiem” trafiła mi się oryginalna wersję Silent Hill 2. Nie podchodziłem do tej produkcji z oczekiwaniami bóg raczy wiedzieć jakimi. Wiedziałem doskonale jak to jest klasyk. Mimo pewnej niechęci do horrorów chciałem zapoznać się z tym wiekopomnym dziełem.

Pewne elementy są jak najbardziej takie jak je przestawiono. Ciche miasto ma swój niepowtarzalny klimat grozy. Lokacje są brudne i sugestywne w każdym możliwym kątem. Jednak przyczyną dla której sięgnąłem po tę produkcje była fabuła.

Bardzo, ale naprawdę bardzo depresyjna i zmuszająca do myślenia. Od samego początku czuło się, że coś jest nie tak. Ściślej rzec biorąc od pierwszej rozmowy z Angelą o, która było wiele krzyku w czasie premiery remake'u. Kolejne postacie w tym dramacie łamanym na thriller były napisane naprawdę w przemyślny sposób.


Nie były to czarno biali bohaterowie nieumiejący swoich celów i przeszłości. Wraz z kolejnymi spotkaniami ujawniali coraz więcej. W tym momencie muszę obalić mit o interpretacji wydarzeń. Ich „tajemnice” są jasno i klarownie przedstawione. Jedynie James stanowi wyjątek. No ok, Maria, która wcale nie jest taką sex bomba jak o niej mówiono, stanowi ciekawe urozmaicenie. Lecz o tym później.

Należy pochwalić również sposób, jaki zaprojektowano adwersarzy. Każdy potwór miał przedstawiać jakiś element psychiki danego bohatera. Z tego też z powodu każdy widział całkiem coś innego. Tylko w takim wypadku co ze zwykłymi mieszkańcami? W pewnym sensie zostało to skomentowane w odnalezionym fragmencie artykułu. Nietrudno się domyśleć, że nikt nie traktował takiego jegomościa jako zdrowego na umyśle.

Skoro powoli przechodzę to monstrów. Tak już wspomniałem ich kreacja i znaczenie to klasa sama w sobie, ale jest z nimi również pewien problem. Pierwszy i najważniejszy prawie wszystkich spotyka się na dzień dobry. Słynne pielęgniarki pojawiają się co prawda później i nie tylko one, lecz we praktyce nic to nie wnosi do poziomu grozy. Przestraszyć się praktycznie nie ma czego. Silent Hill 2 miał rzekomo wciąż przerażać i wywoływać silne emocje. W czasie eksploracji miasta co najwyżej irytuje.


Zagadki, które stanowią drugą połowę rozgrywki rzeczywiście sprytnie zaprojektowano pod kątem treści, a w nie których trzeba samemu dojść, o co chodzi z dana rzeczą. W samym projekcie nie ma wad jako takich. Jednak przez problem z widocznością itemów. Spora część przedmiotów fabularnych, lub amunicji itp. zlewała się z otoczeniem wywołując nawyk klikania „A” non stop.

Ktoś może wytknąć mi, a gdzie bossowie? Tutaj osobiście przeżyłem rozczarowanie. Słynny Piramidogłowy miał dynamiczne wejście, ale bądźmy szczerzy. Gracz trafia do miasta z piekła rodem i ma się ot, tak przestraszyć jakiegoś czuba? Może 50 twarzy Graya to nie było, ale bardziej doceniam za próbę zagrania na motywie seksualnym.

Miejsca w których ma gracza coś zaskoczyć są nazbyt oczywiste. Aż dziw bierze użycie tandetnej sztuczki z listem zostawionym pod drugiej stronie pomieszczenia. Naprawdę nikogo nie zastanowiło czemu ta gówniara nie weszła do środka, tylko grzecznie czeka? Aż się prosiło o coś więcej. Na plus warto wspomnieć o spójności w przerywnikach przestawiające te kreatury. Potem już się tylko robi proste uniki i strzela. Oto cała filozofia.


Warto jeszcze skopić na aspektach technicznych. Mimo braku kamery jak w Alone in the Dark dalej jest to denerwująca na dłuższą metę. Widok za pleców Jamesa jest możliwy, ale uznano, że patrzenie na jego facjatę będzie o wiele ciekawsze. Z jednej strony można do pewnego stopnia zrozumieć. Wychodzące z ciemności moby mają większe pole do popisu.

Z drugiej strony przez takie dziwną pracę nie raz nie dwa wyskoczą za rogu i traci się Hp. Na dokładkę wprowadza to jeszcze jeden problem. Rozwiązywanie zagadek wymaga ciągłego eksplorowania i wielokrotnego odwiedzania tych samych miejsc. Przez kiepsko pracującą kamerę nietrudno stracić orientacje w terenie. W konsekwencji traci się czas na powtarzalne akcję.

Z ta niedogodnością też się da uporać. Mapy, które się zdobywa w trakcie są regularnie aktualizowane. Pomaga to w planowaniu kolejnych ruchów. Następnym tematem jest zapisywanie stanu gry. O dziwo odeszli twórcy od klasycznej metody ze maszyną do pisania, co się chwali. Znowu powtórzę, ale w nowej sesji niekoniecznie musi się włączyć ostanie miejsce, gdzie się było.


Z tego też powodu warto wiedzieć, czy wszystkie rzeczy są w plecaku. Miałem przykra sytuację kiedy jeden z pierścieni „magicznie zniknął”. Człowiek łapie się za głowę, jak to? Brak dziennika zadań lub czegoś podobnego potrafi uprzykrzyć życie.

Na koniec wrócę się jeszcze to porównań i wszystkiego tego, o czym warto wspomnieć. Na początek słynne różnice między drogimi paniami. Maria dalej, a może wciąż bardziej wygląda jak to powiedzieli ludzie w internecie, jak trans. Serio, o co ten kociokwik? W moim odczuciu to bardziej kwestia nostalgii. We wspomnieniach wszystko wygląda znacznie lepiej.

Dalej, Angela i jej nadwaga. Fakt, w pierwotnej wersji jest chudsza i nie, nie jest jakaś hot Doda Elektrod. Od samego początku wygląda jak najzwyklejsza dziewczyna. Wyobraźni ludzka nie zna granic. Następnie Piramidogłowy i jego 18+. Jedni mówią cenzurze, a inni w oryginale było mało widać, bo pikseloza. Paradoks w tej sytuacji polega na tym, że wyobraźnia daje znacznie więcej.


Przy dzisiejszych możliwościach dałoby się zrobić taka scenę, że media mówiłby o tym przez dobre kilka miesięcy. Tylko, co tu dużo mówić, to by nie przeszło. Poczytajcie sobie, jakie były dramy z Wiedźminem 2. Natomiast tłumaczenie to gra dla dorosłych guzik by dała.

Przedostani punkt, interpretacja i magia fabularna przed epoką internetu. Ed ofiara znęcania się przez ludzi. W prawie każdej scenie z jego udziałem wspomina o tym, że ktoś się z niego śmieje. Taki dobry początek, a potem trupy, a on wprost przyznaje się do zabójstw. Powód? Ciągłe ten sam. Z Angelą wszystko w 100% wychodzi na sam koniec. Jej ojciec znęcał się nad nią i wykorzystywał seksualnie. Jamesa oskarża o to samo, a więc wciąż mamy klarowne wyjaśnione.

Najciekawiej wypada Maria. Wygląda jak Mary ma jej wspomnienia, ale brak traum, czy innych grzechów do odpokutowania. Tutaj dopiero zaczyna się snucie wszelakich teorii, dlaczego trafiła do tego miasta?


Podsumowujmy, czy warto zagrać w Silent Hill 2? Jeśli cie interesuje wyłącznie rozwiązywanie łamigłówek to tak. Są naprawdę różnorodne i trzeba nie raz wykazać się kreatywnym myśleniem. Nie są one jednak abstrakcyjne. Każde wyzwanie tego typu jest logiczne, co najwyżej pewne połączenia nie koniecznie przechodzą do głowy na samym początku. Jako horror to klapa sama w sobie. Powolni przeciwnicy, a zależnie od poziomu trudności będzie potworów więcej lub mniej. Im wyższa poprzeczka tym bardziej się odczuje, że ma się tylko worki treningowe przed sobą.

Kolejnym solidnym powodem, aby w ogóle zagrać to niezwykła historia, pełna bólu. Przy największych chęciach nie mogę dać więcej niż 7/10.

P.S. Z faktu, że nie miałem jak zrobić screenshotów nie wszystkie obrazy jakie zamieściłem w tym tekście muszą pochodzić z portu na Xbox Classic. 
Share:

Recenzja filmu Constantine (Halloween Edition)

Ostatnią atrakcją na liście w tegorocznym Halloween będzie Constantin. Czas duchów i zmor przemija. Poranek nastaje, a wraz z nim nadchodzi egzorcysta.

Był strachy na lachy to teraz przyszła pora na rewanż. Lecz jak to każda tego typu historią się zaczyna od pewnego zamętu. Constantine to swojego rodzaju film propagandowy o tym, że palenie szkodzi. Podkreślono to na samym początku dość dobitnie, ale jeśli ktoś zdołał jakoś o tym zapomnieć to przyponie się mu to raz jeszcze na końcu seansu.


Podobnie jak reszta produkcji, o jakich pisałem na blogu tutaj też w głównej mierze wszystko skupia się na wartkiej akcji. Warto zwrócić uwagę na pewien fakt. CGI o wiele lepiej już się zestarzało w stosunku do poprzednich produkcji zarówno tych starszych, jaki i w Silent Hill, które wyszło rok po tej produkcji.

Jak już seans się zaczął oglądałem z pełną uwagą. Liczne ujęcie poszczególnych scen, a wraz z nimi pewne subtelne zmiany mające wywołać u widza jakąś reakcje. Będąc tego świadomym zastanawiałem się tylko jaką konkretnie?

Jeśli obserwuje się tylko wydarzenia będące skutkiem i przyczyna wszystko zdaje się mieć sens. Sytuacja się zmienia w momencie jak się człowiek zaczyna zastanawiać, a czemu tak właśnie się stało? Zaczynając wgłębiać się w szczegóły obraz powoli pęka, a rysy robią się coraz to większe.


Constantin skupia się wokół wątku zdrowia (tak piszę dla przypomnienia), wiary i przeznaczenia. Bo jak mówi sam protagonista Bóg ma wobec każdego jakiś plan. Mniej rozważań, a więcej omawiania. Najważniejszym artefaktem, jaki pojawia się w filmie była włócznia przeznaczenia, przez którą jak twierdzi Constantine zginał Syn Boży. Żołnierzem rzymskim, który miał zadać cios był setnik, a późniejszy św. Longin. Co z tego wynika?

Dość sporo w kontekście wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie seansu. Włócznia będąca własnością świętego, a następnie stająca się relikwią nie mogła być przeklęta. Nie przeszkodziło to jednak twórcom, aby randomowy Ziutek został opętany. Warto było jeszcze nadmienić przez kogo, ale to będzie niespodzianka.

Następnie akcja przesuwa się chen daleko, aż do USA, bo gdzie indziej mogło? Egzorcystyczny Johny Wick zaczyna dostrzegać, że coś się święci. W tej warstwie narracyjnej nie ma się czego doczepić. Może oprócz tego, że jak się wprowadza na scenę  kolejną legendę z branży pogromców duchów warto nie robić z niej kretyna.


To co mogło umknąć widzom w tym pędzie akcji to dość liczne wątki obyczajowe. Wbrew pozorom sporo tu dramatu i braku zrozumienia wobec tego co inne. Uznanie ludzi będących medium za szaleńców. Natomiast ci co powinni stanąć murem za swych bliskich odwracają się od nich plecami.

Religia wbrew pozorom nie jest tylko tłem, spoiwem dla całego uniwersum. Reżyser zgrabnie wbił szpile wierze chrześcijańskiej. Ci co popełnia samobójstwo trafiają do jednego z kręgów piekielnych. Czyli z piekła na ziemi lecą do kolejnego, czy to nie jest „miłosierne”? W takim momencie porównanie Boga do chłopca z terrarium pełnych mrówek, z którymi może zrobić co zechce jest jak najbardziej trafne. Okraszając te słowa wyraźnym żalem Johna tworzy zgrabną całość.

Sądziłem przez to, że pod maską kina akcji jest manifest przeciwko Kościołowi Katolickiemu. Skoro przy duchowych jestem w filmie pojawia się polski ester egg. W scanie z mieszkania Constantina sprzedawca dla egzorcystów przynosi kule zdrobniane z łusek zrobionych z łusek z zamachu na papieża.


Znowu odpływam gdzieś chen daleko. Warto teraz skupić się na bardziej komercyjnych elementach tej układanki. Spośród wszystkich bohaterów najlepiej wypadł ojciec Hennnessy (Pruitt Taylor Vince). Podobnie jak John widział i słyszał za dużo. Jego walka z darem i przekleństwem naprawdę miało moc oddziaływania. Odtwórca tej roili naprawdę z pełną mocą oddał tragedie i widoczne wyniszczenia księdza.

Jedynie można zapytać, czemu nie poprzestał swoich działań i założył ochronny naszyjnik? Odwiedź będzie, nie ma obaw. W mojej ocenie jego koniec miał jedynie zagrać na emocjach i ponownie dać ostrzeżenie przed alkoholizmem. Naprawdę tylko brakowało jeszcze narkotyków do szczęścia.

Wszelkie sceny akcji to dobrze przemyślane momenty. Niekiedy chciałoby się powiedzieć niech zrobią grę z takim samym system walki. Co się okaże, bo mam takowy tytuł na Xbox Classic. Wracając po raz enty z rzędu. Ryczące demony niczym dzikie bestie wszystkie bez wyjątku naprawdę uderzały po uszach. Lecz mimo wszystko stare dobre motywy pod tytułem jak nie powiesz co wiesz, bo inaczej zaliczysz kuku na muniu najbardziej do mnie przemówiły.


Fakt, faktem to powtarzalne i dość monotonie, ale stara miłość nie rdzewieje, a może to było coś z nostalgią? No nieważne, liczy się to jak dobrze się oglądało znane klisze filmowe, a niekiedy nawiązania do pewnej matrycy.

Warto też docenić postacie epizodyczne. Mimo swoich krótkich ról, co nie znaczy, że jakiś gorszych to też swoje trzy grosze dorzuciły. Nawet jakby się chciało na siłę do kogoś doczepić to nie mógłbym. Styl grania wszystkich aktorów naprawdę był spójny. Może, gdzie nigdzie coś dałoby się jeszcze doszlifować. Jest to jednak kwestia gustu, a niż jakiejś szczególnej potrzeby.

Nim zakończę to omówienie jeszcze parę słów o piekle, jakie tu przedstawiono. Czemu wygalało jak miasto z Marsa? Z jednej strony takie skojarzenie przychodzi z powodu dominujących pomarańczowych, czerwonych i złotych barw. Następnie jest tam sporo aut na ulicy. Widok naprawdę apokaliptyczny.

Podsumowujmy Constantine to naprawdę dobre komercyjne kino. Próbuje przemycić wiele przyziemnych wątków, że się tak wyrażę. Jednak naprawdę je doceniam za same starania zrobienia z tego czegoś więcej niż czystej komerchy. Z drugiej strony można potraktować, jak próbę zdobycia dodatkowych punktów tanim kosztem. Niech każdy z was samo oceni, jak to jest naprawde.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie