• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja serialu Sherlock sezon 3

Od pewnych rzecz się nie ucieknie. Jest tylko kwestia czasu jak człowieka dorwą i tak się właśnie stało.

Sezon trzeci Sherlocka musiał być wielkim szokiem dla widzów w momencie jego premiery. Nagła śmierć protagonisty i co dalej? Wtedy nie wiadomo było jak wyjdą twórcy z tej sytuacji, a może nawet dokonają zmiany warty lub zamkną projekt. No, ok to ostanie nie miało szans na zrealizowanie.


Z aktualnej perspektywy nie brałem nawet możliwości innej jak jego powrót. Szczęśliwie twórcy dalej konsekwentnie się trzymali się logiki. Retrospekcja była po prostu obłędna i co tu dużo mówić warta swojego czasu. Swoją drogą, czy też odnieśliście wrażenie, że poprawiono efekty specjalne, a do tego zaczęło się pokazywać więcej scen z slowmotion?

Dalsza część sezonu przeszła pod szyldem znaku trzech. Równolegle był to również tytuł odcinka jeden z gorszych jaki się pojawił w serialu. Po ponownym obejrzeniu zyskuje co nieco na wartości nawiązując do oryginału. Zaznaczę, że jest to zrobione stosunkowo delikatnie i w stosunku do odcinka pierwszego z premierowego sezonu. Warto zwracać uwagę na wszelkie drobne gesty i zdania, a zwłaszcza te drobne monologi. Dzięki temu wszystko jest w miarę wykończone i logiczne. Przy okazji potwierdzono że Holmes ma lekkie upośledzenie umysłowe.


Pokazano też nowego antagonistę, który za grosz nie może dorównać swojemu poprzednikowi. Fakt, faktem, że Profesorek był szpetny i dość agresywny jednak dopiero po czasie można docenić jego kunszt bycia arcyłotrem. Równolegle Magnusen też pokazuje, że ma pazur tylko taki na pozór spory. Jednak się przyjrzeć lepiej to okaże się, że jest stępiony i to zasadniczo.

Równolegle pokazuje się ktoś jeszcze, kto ma większy styl, co prawda póki co jest to bardziej subtelne niż bezpośrednie, ale wciąż daje nadzieje na lepsze zakończenie całej tej historii. Nie zabraknie też ciekawych postaci i sytuacji. 


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Inspektor Lestrade jest tu najbardziej niedocenionym drugoplanowym bohaterem, który jak coś zrobi, a będzie to naprawdę dobre to kradnie całą uwagę. Tuż obok niego pojawia się Bill (ćpunek), który podobnie jak sam Holmes ma dość analityczny umysł. Spory potencjał bez większego pomysłu na siebie, czyli nuda.

Podsumowujmy, czy trzeci sezon Sherlocka jest wart uwagi? Jak się przeszło przez poprzednie to ten poleci z górki. Nie jest on tak dobry jak ten pierwszy, ale wciąż jest w nim więcej sensu niż u konkurencji. Zważając, że nie jest jakoś szczególnie długi to czas minie szybciej niż może się wydać. Ocenę zostawiam otwartą.







Share:

Recenzja anime Monogatari Series: Second Season

Anime jest jak serial, nie wróć… Anime jest serialem, no chyba, że będzie to pełnometrażówka, czyli mamy wtedy film. Czym właściwie jest Monogatari Series: Second Season?

Seria ta rozbiegła się na wszystkie strony nie ogranicza się zupełnie jakimikolwiek ramami. Jak chcą tak idą przed siebie i co tam ma być to będzie.


Oglądając kolejny sezon widzę już pewne zmęczenie materiału jest to prawdziwa powtarzalność tego co dobrze znam. Omawiany sezon składa się z dwudziestu sześciu odcinków. Araragi, tak ten co ma dziwne fetysze znowu rusza do akcji.

Z opisu tej serii wynikało, że w Monogatari go nie będzie, a kawai laseczki same będą musiały uporać się ze swoimi demonami. Początkowo się wszystko zgadzało, co zaostrzyło apetyt. Nawet plakat promującym pokazywał wyraźnie kto przejmie pierwsze skrzypce.

Szybko okazuje się jednak, że wracamy na stare tory. Szczęśliwie na sam koniec na scenę wkroczył stary znajomy, który wpuścił trochę powietrza, bo już w sumie duszno było. Podobnie jak w powszednich częściach mamy pewien motyw przewodni w poszczególnych scenach.


Zaczyna to przypominać Fife, w której zmiany mogą zauważyć tylko zagorzali fani. Nie widzę sensu się o tym rozpisywać, bo to były jedynie zmiany kosmetyczne. W sumie jak się tak zastanowić znowu zrobili bezpieczny sezon.

Mimo, że Monogatari oferuje, czy też zajmuje najwięcej czasu to nie ma za dużo do zaoferowania. Najlepiej porównać to do wałkowania ciasta. Cały czas usilnie próbuje się spłaszczać treść, aby starczyło jej na dłużej.

Nie twierdzę, że źle się bawiłem lub musiałem się zmusić do obejrzenie tego wszystkiego. Poziom jest zadawalający i usłyszenie charakterystycznych tekstów dalej jest ok., ale ile razy można przemielać podrzucanie Hachikuji – chan?


Rozumiem, że są elementy, które stanowią fundament marki. O ile, charakterystyczne wtrącenia Senjougahary lubiącej się poprawiać w swoich opiniach można zaliczyć do sposoby wyrażania się tak, to już sprośny humor z lolitkami jest już nie do przyjęcia.

Skoro już się rozkręciłem to jeszcze ponarzekam na czas antenowy dla poszczególnych dziewcząt. Hachikuji – chan poświęcono go najmniej. Na czym ubolewam, bo mimo faktu, że po przerwie dodali co nieco to wciąż było zdecydowanie okrojony.

No dobrze, koniec narzekanie teraz pochwalmy, bo w końcu jest za co. Uważam, że jest to póki co najpoważniejsza część ze wszystkich serii. Sporo nawet jak na nich fragmentów przegadano. Choć jak się zastanowić w sumie nic innego nie robią. No może trochę walczą, czy też uciekają, zależnie od sytuacji.


Sporym zaskoczeniem, czy lepiej powiedzieć uzupełnieniem była historia Kiss – Schot. Nie zabrakło też innych smaczków. W końcu sprostowano też czym w rzeczywistości jest więź łącząco Araragi z małą wampirzycą.

Nie będę wam psuł zabawy i tym razem nie będzie spoilerów. Dostaniecie za to ciekawy wykład o podróżach w czasie. Skoro o tym mowa... Nie wiem, czy pisałem o tym w poprzednich recenzjach, ale jakoś bardziej postawiono nacisk na tematy egzystencjalne. Brzmi jak klisza, ale nie jest, aż tak źle.

Wszystko dobrze się zgrywa w spójną całość. Jeśli miałbym jakoś podsumować jak do tej pory widzę to anime to powiedziałbym, że wszyscy starają się być psychologami, a przynajmniej przejrzeć zamiary pozostałych.


Więcej rzeczy nie pamiętam, a teraz podsumowanie. Monogatari Series: Second Season to ciekawa kontynuacja której pozwolono zabłysnąć Senjougaharze i przewodniczącej. Obie panie są naprawdę złożone i nie należy ich lekceważyć i szufladkować.

Natomiast trzecią istotną bohaterką była Sengoku Nadeko. Narobiła sporo szumu i zakończyła z hukiem całość. Na sam koniec wtrącę, że jak z hukiem weszła tak w sumie szybko stamtąd zleciała. Nie zdziwię się jeśli znowu coś zmaluje. Ocena końcowa 7.5/10

P.S. jeśli komuś mało to niech przeczyta resztę tekstów. Będzie miał lepsze spojrzenie na całość, bo i tak nie ma sensu oglądać to w bliżej nieokreślonej kolejności. Napiszcie w komentarz jakie są wasze wrażenia.

Share:

Recenzja filmu Super Mario Bros Movie

Gry nigdy nie miały szczęścia do adaptacji. Reżyserzy, a może same wytwórnie nie potrafiły zrozumieć co piszczy w trawie. Lecz próbują i próbują, a póki piłka w grze to jest szansa na zwycięstwo!

Super Mario Bros Movie, nie oczekiwałem za dużo od tej produkcji. Co prawda z recenzji krytyków wyłaniały się dwa obrazy. Pierwszy od widzów, super kino w którym zachwyci się każdy fan tej marki. Natomiast krytycy oznajmili, że jest to film mierny. Jednak wy przyszliście po moją opnie. Let's-a Go!


Będzie krótko i na temat. Jest dobrze, ba jest to bardzo dobra produkcja dla dzieci i starych wyg, którzy pamiętają czasy Pegasusa, czy orginalnego NES'a. Nawiązań naprawdę nie brakuję i nawet znając serie ogólnie nie mogłem nie wskazywać z której części dokonali nawiązania. Jestem wprost przekonany, że i tak sporo mi umknęło w tym gąszczu akcji.

SMBM mogę podzielić na wstęp, Grzybowe Królestwo, szybki wypad do DK i finał. Fakt, są też przebitki na Bowsera i Luigiego, ale podobnie jak z grami tak i tu młodszy z braci został potraktowany po macoszemu. Mimo, że ma swoją już popularną serie Luigi Mansion to easter eggi z tej gry były niemalże niezauważalne. 


Czy to źle, że nie dali mu odkurzacza i nie poganiał się za duchami? Nie bardzo, bo fabuła praktycznie ponownie pokazuje jak się to wszystko zaczęło. Zabrzmiało to negatywnie i znowu wtrącę, ale...komu to przeszkadza? Mnie nie zepsuło to zabawy, bo nie oglądam enty raz tego samego motywu przewodniego, a więc jest git.

Zakładam, że tylko nielicznym to zaburzy przyjemność z obcowania z tym dziełem. Poszczególne wydarzenia lecą z tak zawrotnym prędkością, że nie miałem czasu nawet ziewnąć. Racją też jest, że Super Mario Bros Movie nie należy do ambitnych filmów fabularnych, bo co tu ukrywać. Smoczek, chce się chajtnąć z księżniczką. Wiadomo to od kilku dekad więc nie traktuje tego jak jakiegoś spoilera.


Tak jak wspominałem to wyżej  jest to produkcja family friendly, więc wszystko gra. Nie brakowało dyskusji w sieci o to, kto skradł jaką scenę lub wypadł gorzej. Pod tym względem nie mam swoich faworytów. Każdy z głównych bohaterów pokazał, że wie doskonale co robi... Tak zabrzmiało by to dobrze, a teraz na poważnie.

Nie byłem wstanie nikogo na serio polubić, bądź się do niego zniechęcić. Szaleńcze tempo tego tytułu zabierało tą możliwość. Super Mario Bros Movie przypominał reportaż wyścigu w którym pokazano jedynie najlepsze sceny. Jedynym wyjątkiem od tej zasady mogłem wyhaczyć w czasie walki Mario z DK. Klasyka gatunku z oczywistym wynikiem. Potem szus na Tęczowa Drogę i lecimy z koksem.


Wspomnę też o mocnej stronie jaką jest oprawa graficzna. Cudownie oddali to co najważniejsze, czyli cukierkową oprawę wylewającą z każdej możliwej strony. Wszelkie animacje pięknie się komponowały. Z wielką chęcią zobaczyłoby się kolejną odsłonę przygód Mario w takiej oto szacie graficznej.

Warto na koniec coś ponarzekać, aby zachować wewnętrzny balans. Utwory muzyczne nie będące żywcem wzięte z gier uwypuklały poszczególne momenty dobrym przykład jest sam początek jak to pingwiny pokazują przedsmak swojej, eeee furii. Kicz, klisza już to widziałem tysiące razy. Takich drobnostek jest więcej, ale nie są to jakoś szczególnie męczące chwile, a jedynie drobne nieudogodnienie.


Sporo było jeszcze ochów i achów o tym jak Jack Black (Bowser) pięknie zaśpiewał. Szczerze nie wiem na czym ludzie się tak zachwycali. Nie przeczę ma potencjał. Jednak bez jaj nie jest to bóg raczy wiedzieć co. Nie urywa dupy, ale nie jest jakieś szczególnie wykonie.

Podsumowując, czy warto obejrzeć Super Mario Bross Movie? Zarówno zgredy tak i młodziki miło spędzą czas przy tej produkcji. Liczne odwołania jak Mario 64, Mario Kart 8, czy Odyssey wylewają się tak bardzo, że zabawa potrafi być naprawdę przednia. Luźne podejście też temu sprzyja. Ocena końcowa 8.5/10.








Share:

Recenzja anime Nekomonogatari: Kuro

Puk, puk. Kto tam? Loli wampirzyca z wielką kataną. Krew, bebechy i koniec… Tak można podsumować to co obejrzałem w dużym metaforycznym skrócie.

Nekomonogatari: Kuro to czwarty sezon jeśli oglądacie chronologicznie według fabuły, a nie premiery emisji. Podobnie jak ostatnio uprzedzam o spoilerach, bo nie da się napisać tego tekstu bez odniesień do poszczególnych wątków fabularnych.


Zacznę od tego, że moje spostrzeżenia dotyczące wypaczonego oceniania przez Koyomi. W drugim odcinku szanowny raczył okazać współczucie Kiss – Shot mimo tego co robiła. Czyli, co zrobiła? Oprócz oczywistych rzeczy nigdzie nie ujęto, czy zabiła kogokolwiek dla zabawy.

Natomiast podkreślono jej traumę po stracie bliskiej osoby i depresje, no ale spoko osądzajmy kogoś za to, że musiał przetrwać, a nie zdechł „szlachetnie” poświęcając się. Drażni to tym bardziej jeśli zda sobie człowiek sprawę jak ją okaleczono. Jednak dla niepoznaki ukryto to w humorystycznej scenie która ma to zakryć, bo co innego mieli w sumie zrobić.


No dobrze, następny punkt. Sezon ten składał się z zaledwie czterech odcinków, które co nieco wyjaśniły pewne fakty, które będą miały miejsce w kolejnej serii Bakemonogatari. Moje wrażenia, że przewodnicząca jest hmm, „wyjątkowa” też były trafione. Piękna i niebezpieczna, czyli podziękuję. Uzasadniono to w dość pokrętny sposób.

U podłoża całości była rodzina przewodniczącej, której się zupełnie nie kleiło. Oshino obwinił za wszystko Tsubasa, ale wierzę, że to tylko jego specyficzny sposób formułowanie myśli, bo jak można obwiniać dziecko? Ok, jako nastolatka mogła już swoje trzy grosze dołożyć, ale całą tą dramę zaczęli jej rodzice.


Sytuacja się zakończyła szczęśliwie i nie mam więcej do dodania, bo ten sezon póki co jest najsłabszy z kilku powodów. Scenografia jest wyraźniej słabsza niż w poprzednich seriach. Fabularnie też jakoś się szczególnie nie trzyma się kupy.

Nie staram się tu wytykać do końca spójności, a formy. Wrzucenie tu dwóch bloków komediowo – dramatycznych, bardzo, ale to bardzo się gryzły. Dyskusja o miłości w której Koyomi myli pożądanie ze zakochaniem, czy jego „cudowna” reakcja na to co się dzieje w domu przewodniczącej, były żałosne. Dobrze, że choć nie skończyły się czymś gorszym.


Nie zabrakło też typowo elementów ecchi, które dodano tylko po to, aby odhaczyć z listy rzeczy, które postanowiono wrzucić na siłę. Szczęśliwie od drugiego odcinka trochę wzięli za siebie i pokazali, że robienie nieszablonowych scen z dziwnymi przebitkami umieją wykonać na wysokim poziomie.

Tak właśnie prezentuje się Nekomonogatari: Kuro, które próbuje być wszystkim na raz. Tym razem formuła zawiodła. Podzielono poszczególne elementy w taki sposób, że zamiast stworzyć spójną całość to poszczególne elementy zaczęły przepychać się łokciami.
Share:

Recenzja anime Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute

Jak mogłoby wyglądać życie w Isekai z perspektywy nerda? Inaczej, jakie ono było jakby człowiek nie miał żadnych ograniczeń?

Rany, rany miało być tylko jeden odcinek lub dwa na spróbowanie, a tu proszę obejrzałem kolejną serie. Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute to prawdziwy mokry sen stereotypowego otaku. Główny bohater Cid pragnie zostać bohaterem. Lecz nie takim działającym otwarcie, ale jako eminencja w cieniu.


Nie powiem, ale naprawde udało mu się tego dokonać. Mimo, że pierwszy odcinek był jedynie prologiem do części właściwej. O dziwo oszczędzono wszelakich klasycznych elementów, a postawiono na całkowicie coś nowego.

Chętnie bym napisał, że jest to porywająca pełne przemyśleń historia. Nie będę jednak okłamywał, bo co prawda nie zabraknie poważnych tonów. Lecz jest to tak naprawdę komedia lekka i nawet przyjemna. Jedynie niekiedy stara się coś tam wstawić tak jak już wspominałem.

Fabuła natomiast jest o dziwo bardzo dobrze zbilansowana i dopiero przy wielkim turnieju, który się rozgrywa na samym końcu widać, że starają się jakoś zapchać czas antenowy rozwleczonymi gadkami szmatkami.


Scenariusz omawianego anime podzieliłem na: fan serwis, krwiste walki, i liczne spiski jakie knują różne organizacje podziemne. Zacznę od pierwszego wątku.

Celem Cida było stworzenie wielkiej organizacji walczącej z cienia, a stworzył mimochodem mega wielki harem. Z faktu, że jest tam jedynym kogutem wszystkie szalały za nim. Co jest naturalna koleją rzeczy.

Nie mogło zabraknąć licznych kadrów mających kierować oczy widza w określone miejsca. Jeśli komuś widoczków było mało to dostawali liczne dowcipy powiązane z kompleksami na tle fizycznego wyglądu #ShalltearBloodfallen. Oglądając podboje miłosne dziewcząt zastanawiałem się, czy one są takie głupie, czy on w swej obojętności taki uwodzicielski?


Dalej mamy liczne walki. Tak na tym warto się już bardziej pochylić. Od samego początku w tej kwestii mc wykazuje się spora konsekwentnością. Stara się za wszelką cenę stać się kimś wielkim. W swoich metodach też nie przebiera i nie żałuje nikomu ostrego lania. W swojej autoprezentacji przedstawił się jako ktoś dobry. Jednak bliżej mu do takiego Punishera.

Nikomu nie przepuści i jak zacznie to już nie ma zmiłuj. Jest jak najbardziej nietyczne, ale jakoś pociągająco odrzucono klasyczne unieszkodliwianie bandytów do staży miejskiej itp. Wszystkie walki spełniające istotną rolę były naprawdę prawdziwym widowiskiem. Wreszcie można z przyjemnością pooglądać kogoś, kto wie co robi, a nie odstawia jakiś cyrk na kółkach.

Mimochodem dołożono pewne udziwnienia w jego charakterze. Kontrastem do licznych pojedynków były udawanie zwykłego nic nie znaczącego bohatera drugoplanowego. Tutaj też pokazał co potrafi. Miało to moim zadaniem trochę go uczłowieczyć. Ewentualnie sprawić, że był bardziej swojski? O ile powód był dość jasny to często chęć zabłyśnięcia sprawiała, że się wyróżniał.


Z kolei jako Shadow był liderem idiotą, który miał farta, że jego podwładne odwalały wzorowo czarną robotę. Zabawniejsze jest to, że szczęście dopisywało mu w każdej istotnej chwili. Pokazuje to, aż nadto dobrze, że nie miał planu działania, a jedynie działo się to z przypadku lub nadinterpretacji którejś z dziewczyn. Największym jednak jego atutem jako takim, że moce miał naprawdę imponujące i nikt nie mógł w tej kwestii dorównać. Wydawałoby się, że to takie nic, a jednak cieszy, że nie odskoczyli od tego na rzecz od zera do bohatera.

Spiski, tak tych było bez wątpienia sporo, ale kołują wokół sekty, które jak to sekta stara się przywołać coś do życia. Im się to nigdy to nie znudzi. Gdzie nigdzie przebiją się wątki, o złu działającym z ukrycia, a tak na scenie mamy ich i Ogród Cienia. Nie znaczy to, że jest nudno, bo świrusy są na tyle zorganizowani, że zapewniają sporo zwrotów akcji.

Warto coś jeszcze napisać o samych dziewczynach. Każda z ważniejszych członkiń specjalizowała się w swojej dziedzinie. Handel, pisarstwo, czy bycia kompozytorem. Cid, co dużo tu mówić miał dość lekceważące podejście do ich umiejętności podkreślając, że plagiatują dzieła, które nie istnieją w ich świecie. Naprawdę pod tym kątem wykazywał spory nietakt. Wracając do rzeczy. O każdej można było napisać krótką charakterystykę, która pokazywała ich cechy, czy sposób działania. Ratowało to nie raz wielce zwyczajnego mistrzunia.


Podsumowujmy, czy warto obejrzeć Kage no Jitsuryokusha ni Naritakute? Uważam, że tak, bo fabuła jest wartka, a sceny przepełnione przez większość czasu solidną treścią. Jedynie niekiedy Cid musi, aż nadto pokazać jak mu wszystko jedno, co kto do niego czuje.
Share:

Recenzja anime Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu

Jak można poprowadzić fabułę? Można iść znanymi motywami, a nawet dodawać popularne szablony. Ewentualnie rzucać kliszami na prawo i lewo. Jednak jest jeszcze jedna metoda...

Oglądałem sobie profile anime na Instagramie i trafiłem na to Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu. Zajrzałem w komentarze i uznałem, że, ok dam szansę. Spokojny isekai jest tym czego teraz potrzebuje. Jeszcze rzut oka na tagi do serii i odpalam pierwszy odcinek.


Początek dość standardowy bez większego szału. Dokonano paru korekt względem tego gatunku anime. Zgodnie z opisem mc rzeczywiście był op w pełni tego słowa znaczeniu. Jestem dość mocno przeczulony na tym punkcie, ale przez połowę sezonu pierwszego wszystko szło niemalże idealnie.

Tylko, gdzie nigdzie musiałem przymknąć oko na pewne głupotki. Wyciągnięto żywcem scenę z tej produkcji Arifureta Shokugyou de Sekai Saikyou. Jest tam pamiętny moment jak pewnej smoczycy wsadzają kołek w... dupę. No i jej się to podoba... Podobnie jest to tutaj, niekoniecznie kropka w kropkę, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tamten odcinek służył za inspiracje.

Sam protagonista Makoto Misumi to swojego rodzaju miks. Z jednej strony to klasyk, który jest cnotliwy inny słowy ciepła klucha. Jednak potrafił mnie zaskoczyć i pokazał swoje drugie oblicze. Nie szykujcie się, że stanie się Dark Vaderem, aż tak dobrze to nie będzie. Pierwsza połowa to prawie plagiat Tensei Shitara Slime Datta Ken. Budowanie miasta? Jest! Sprowadzenie tam multum ras? Jest! Ogłoszenie go panem i władcą? Jest! Atak ludzi? Jest! Sorka za spoiler.


Klimat też jest mocno podobny jak w Tensei z tą różnicą, że tutaj nie schrzanili kwestii możliwości głównego bohatera. Przez cały sezon jest potężny i praktycznie mógłby być One-Punch Man. Z jakiegoś powodu twórcy postawili na radosną parodię w dwóch scenach. Myślałem, że zrobię facepalm, aż do chin.

Żeby było śmieszniej podawali liczne jak się okazało z perspektywy czasu wykluczające się informacje, o jego możliwościach bojowych. Ba, nawet podkreślano jak będzie to niebezpieczne jak się będzie dalej rozwijać, bo bogini która go sprowadziła ich znajdzie. Szok, zrobiła to (śmiech).

Nie zabrakło też gildii łowców przygód i handlarzy. Co ciekawe to już drugie anime, które wprowadza tą instytucje zrzeszającą kupców. Natomiast prowadzenie działalności jest już bardziej powszechne jako motyw przewodni serii. Potraktowano to póki co po macoszemu i jest jedynie sygnalizacją czegoś co ma się rozwinąć w przyszłości.


Misumi jak pisałem wyżej jest miękki i nie ma w sumie tym nic złego. Jedynie wałkowanie, po raz kolejny uprzejmego do bólu bohatera jest nudne i męczące. Przydałby się ktoś bardziej już przypominający Ark z Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chuu. Nie mogło zabraknąć też samego fan serwisu, który był dość oszczędny. Jednak jak się pokazał to przynajmniej trzymał poziom.

Na razie poleciały ogóły i frustracje, a teraz czas na konkrety. Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu to dość dobry tytuł, który przez sporą część wie co chce przekazać. Wzięli na warsztat znane moty, ale dodali też sporo od siebie. Praktycznie na samym początku zostałem zaskoczony ich uzasadnieniem czemu trafił mc do innego świata, co nie jest takie oczywiste. Wraz z kolejnymi wydarzeniami mogłem się sporo dowiedzieć o prawach jakie rządzą się tamtym światem. Dawało to dość jasny obraz tego czego mogłem się spodziewać. Nie pożałowano też bogatych animacji walki jak i konkretnego wykańczania przeciwników. Zamiast symbolicznego rachu, ciachu.

Jednocześnie czerpano garściami z innych anime, a przez to bawiłem się dobrze, ale jak zwykle bywa do czasu. W drugiej połowie wyraźnie ktoś inny przejął kontrole nad tym projektem i na siłę starał się wrzucić wszystko, co się da bez zastanowienia się, czy to w ogóle ma sens.


Zaczynając od bezmyślnej ucieczki przed leśnymi ogrami, którzy byli praktycznie na hita. Lecz nie trzeba zrobić jakąś kretyńska ucieczkę, która skończy się szybkim obiciem przeciwników. Zapamiętajcie to, bo ważne. Dalej żebym nie zdążył o tym zapomnieć ogry te trafiają do ukrytego miasta, gdzie rządzi panicz (Misumi). Tam na treningu dostają lanie od orka, który nie jest wstanie pokonać głównego bohatera. Dzięki za przypomnienie!

Dalej jest jeszcze weselej, bo przy okazji ogrów do miasta trafiła grupa poszukiwaczy przygód. Ci szybko trafiają do „magazynu” i kradną co wlezie. Efekt końcowy? Śmierć orka i poważnie ranna smoczycy, która miała być taka potężna, a wystarczyło załatwić jej małego klona. WTF!? Istotne jest, że źródłem obrażeń był pierścień naładowany mocą protagonisty. Pamiętajcie, bo ważne.

Następnie mamy wendetę, pogrzeb i wydawałoby się, że przyjmą nieco poważniejszego tonu. Nic bardziej mylnego, Nie minął dzień, a już wszystko wróciło na stare tory. Więc się pytam, bo cholerę ten cały cyrk dali skoro olali to na dzień dobry?


Człowieka trafia szlak jak kaleczą tą produkcję, ale finał już jest czystą kwintesencją głupoty. Powtarzają ponownie schemat z ogrami tyle, że wrogowie są już na jakimś poziomie. Krok pierwszy i drugi pominę, bo to klasyka gatunku w anime. Sama walka jak już się zaczęła potoczyła się zgodnie z oczywistymi przewidywaniami. 

Teraz będzie gwóźdź programu. Do finałowego ataku użył ok. bo nie liczyłem pięciu naładowanych pierścieni. Efekt? Babka traci zbroje i jest goła i wesoła, jej kompan oświadcza jakby nigdy nic: straciłem nogę. No tak przy okazji zadana spore straty armią, które były tam i obserwowały całe wydarzenie.

Podsumowując Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu ma w głębokiej dupie zasady jakie sobie narzuciło. Kłamało na temat możliwości bohatera, kontraktów, które miały dawać bonusy. Ostatecznie wrzucono wszystko co się da i nawet nie udają, że ma to mieć jakąkolwiek spójność fabularną. Wielka szkoda, bo zapowiadało się, że będzie to niezłe show. Zamiast tego kopiowanie żywcem z innych anime. Ocena końcowa 7/10.



















Share:

Retro recenzja Diddy Kong Racing (Nintendo 64)

Wiecie na czym polega definicja szaleństwa? Nie, nie chodzi o uznanie kolejnych Far Cry za nowatorskie produkcje z pomysłem na siebie. O wyścigach tu mowa.
 
Diddy Kong Racing wydano w 1997 r. na N64. Gra ta była od razu uznana za konkurencję dla Mario Kart 64. Grając w oba tytuły i stwierdzam, że DKR nie umywa się jakością do MK64, ale nie o tym będzie ten tekst.


Początkowo produkcja ta powitała mnie wyborem ośmiu grywalnych bohaterów. Plejada dość bogata i śmiało łącząca różne uniwersa, które są w posiadaniu Wielkiego N jak np. Donkey Kong.
 
Trzonem gry jest jednak tryb przygody w którym przyszło mi się zmierzyć... z czarodziejem z kosmosu. Co kraj to obyczaj, jak widać. Żeby dostać się do poszczególnych wyścigów musiałem posiadać odpowiednią liczę baloników. Na samym początku dostałem startowy pakiet, a potem hulaj dusza piekła nie ma.

No, nie do końca tak jest. Żeby się do wszystkich miejsc dostać musiałem regularnie zagadywać do przerośniętego „słonia”, aby zmieniać pojazd na jeden z kilku możliwych. Dość szybko przeszedłem do samolotu, aby dostać się do kolejnej lokacji i nabić rangi balonowe.


Wraz z zakończeniem wyścigów w danej lokacji włączał się boss. Czy byli wyzwaniem? Odpowiem przy omawianiu gameplayu. Następnym celem jakim miałem do wykonania było Silver Coin Challenge polegające na zbieraniu monet na tych samych trasach, które się już zrobiło. Następnie boss wraca na druga rundę z modyfikowanym nieco torem i umiejętnościami.

Na tym nie skończyły się atrakcje. Twórcy dodali jeszcze pomniejsze wyzwania, które mogło być death match, łapaniem flagi itp. Opisując rzecz nieco jaśniej chodziło o zabieranie przeciwnikom jajek z ich gniazd i dostarczenie do swojego. W innych wyzwaniach walczyło się wszyscy na wszystkich.

Powtarzając te jakże wciągające zajęcia dostawało się niezbędne itemy, aby zmierzyć się na końcu z antagonistą. Na wyścigi nie mogłem narzekać, bo tory skontrowane był tak, aby za każdym razem było możliwe stworzenie innej tatki do osiągnięcia pierwszego miejsca. Podobnie jak w MK4 nie zabrakło power up'ów.


Tutaj rzeczywiście podeszli nico ciekawiej niż u konkurencji. Zależnie od liczby użytych boosterów mogłem użyć inną wersją przeszkadzajki. Swoją droga miały one marginalny wpływ. Fakt, używałem ich, aby spowolnić innych zawodników, lecz boty korzystały z nich oszczędnie. Dopiero przy bossach stawały się integralną częścią całości niezbędna do wygranej. Szefowie  wbrew plotkom o niesamowitym poziomie trudności są stosunkowo przystępni. Trzeba jedynie opracować plan działania i już. 

Diddy Kong Racing nie jest długą grą, a wielokrotne powtarzanie znanego kontentu nie pozwala, abym mógł się dobrze bawić. W czasie granie dostrzegłem pewne błędy w wyzwaniu srebrnych monet. Chowanie ich niekiedy jest nawet interesującym zabiegiem wymuszający nauki, ich lokalizacji. 

Nie raz miałem sytuacje, że trzeba robić manewry, które z pełną premedytacją spowalniają kierowego przez mnie awatara. Da się to przeskoczyć, tylko pytam po co robić tak upierdliwą przeszkodę?


Nie zabraknie też opcji gry kanapowej jak chociażby pojedynczych wyścigów na torach, które się odwiedziło w głównej kapanin.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w Diddy Kong Racing? Boty nie są aż tak upierdliwe jak CRT, ale też potrafią niekiedy zaskoczyć. Wizualnie gra już traci kantem, który jest na tyle istotny, że może zdecydować, czy się wygra wyścig. Atrakcje są bardzo powtarzalne i jedynie co je ratuje to projekt poszczególnych torów. Wyścigi też potrafią zaskoczyć swoim poziomem trudności. Czasami te niższe mogą bardziej dołożyć od tych, które są sporo później. 

Gra daje też pewną dowolność w zwiedzaniu wyspy, co jest swojego rodzaju luzem potrzebnym do dobrej zabawy lub niezdenerwowanie się, bo nie wiadomo, gdzie iść. Jest to tylko symboliczna przeszkoda. Czy polecam tą grę? Jeśli szukacie czegoś na imprezę to jak najbardziej. Z kolei do indywidualnej zabawy to już mam dość mieszane uczucia. Bardziej byłbym skłonny zajrzeć do wąsatego hydraulika. Ocena końcowa 7/10.








Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie