• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja anime Rokuhoudou Yotsuiro Biyori

Po igrzyskach śmierci, nie tych, ale nie za wiele się różniących warto odpocząć. Jak lepiej to zrobić jak nie przy kawie w eleganckim lokalu? Dokładającą niezwykły klimat i miłą obsługę więcej do szczęścia nie trzeba. 
 
Rokuhoudou Yotsuiro Biyori od samego początku pochłania bez reszty. Zacznę od śmieszkowania z głównych bohaterów. Są to przyjaciele, którzy prowadzą wspólnie kawiarnie Rokuhoudou. Pierwsze skojarzenie, czy nie jest to anime dla pań z końską dawką fan gej serwisu. Czy tak jest trudno powiedzieć, ale nie mogłem się oprzeć z przepisywaniem poszczególnych ról i tak Nagae Tokitaka to mamusia.


Naprawdę nieodparte mam wrażenie, że swoim sposobem mówienia, bycia jak i samą mową ciała przypomina matkę. Natomiast Tougoku, Kyousui "Sui" to taki typowy dobroduszny tata. Z kolei Gore i Nakao Tsubaki to dzieci w tym związku.

No dobrze, podśmiechujki na bok pora na konkrety. Wyobraźcie sobie kawiarnie ukrytą w zagajniku bambusowym przy której rośnie kwitnąca wiśnia. Cały wysteruj jest nieco staroświecki, ale zyskuje przez to nieodparty urok. Jednak, aby w pełni zrozumieć i docenić to miejsce trzeba przypomnieć jak to było człowiekowi dobrze, gdy popijał kakao miejącą koc na nogach i mroczącego puszka okruszka. Zrobiono dobrze! Dołóżcie też do tego byczą dawkę środka uspakajającego i będzie wiedzieć co was czeka.

Jednak to co jeszcze wychodzi na pierwszy plan od samego początku jest liczba animacji w każdej scenie. W stosunku do poprzednich anime jakie w tym roku recenzowałem tutaj jest naprawdę zrobione po królewsku. Dodano co prawda wiele zbliżeń, ale przyzna mi każdy rację, że obfitość zawartości pierwszego odcinka jest tak duża, że miałem wrażenie, że trwało to o wiele dłużej, a niż te 23 minuty. Wszystkie ruchy ciała, czy włosów wymagały dodatkowych nakładów pracy, co pogłębia jeszcze bardziej imersję i obcowanie z tym wybitnym dziełem.


Kolejny odcinek dalej trzyma się sielankowej atmosfery. Magia tego anime nie kryje się tyle w samych głównych bohaterach, ale i postaciach epizodycznych i drugoplanowych. Można to zobaczyć ja z wątku zaopatrzenia się herbaty rozwinął w coś znacznie większego. Chodzi tu o nic innego jak o zakorzenioną w kulturze Japońskiej ceremonie parzenia i picia herbaty.

Szybko jednak nurt nabiera na sile i pojawia się tajemniczy nieznajomy. Porównać go można do Pana Lusterko, który tak chętnie pomocy udzielał. Jednak nic nie jest za darmo i tutaj ma to podwójne dno ukrywające coś w sobie. Mimo tak złowieszczego wybrzmienia fabuła dalej jest pogodna i okraszona humorem, który udziela się widzowi.

W dalszych odcinkach przesunięto nieco na dalszy plan, że też się tak wyrażę. Kolejne epizody zaczęły krążyć wokół samych dań podawanych w restauracjach. Nie mogłem się nadziwić jak się zachwali poszczególnymi posiłkami. W pewnym momencie zaczęło to nawet wyglądać jak w Shokugeki no Soma. Dobrze, że nie odkryli wszystkiego jak do rosołu. Pojawiały się równie ciekawie postacie jak choćby redaktorek, który jest trochę wstydliwy.


Dochodzą do środka sezonu można zauważyć rozpatrywanie przeszłości, a ściślej rzecz biorąc dzieciństwo Sui. Przywiązanie jakie towarzyszy mu jest godne podziwu. Nie zabrakło również paru wspomnieć o ponownym otwarciu kawiarni. Przydałoby się to nieco rozszerzyć, bo takie wspominki dodają uroku i większy kontekst bieżącym wydarzeniom.

Kolejne odcinki kontynuowały ten trend pozwalając kolejnym pracownikom Rokuhoudou opowiedzieć swoją historię. Nie będzie to co prawda, aż tak odnosić się do samej kawiarni, a ich wspomnień z przeszłości. Trochę to pocieszające jak wszyscy starają się udzielić pomocy swoim klientom jak choćby Amagami Kotsuru, czy Isago Hirokazu.

Podział na tego typu odcinki urozmaica sposób opowiadania tej historii jak i zmienia tempo. Jednocześnie pozwala opuścić na chwilę progi sklepu herbacianego, aby widz mógł rozprostować nogi i rozejrzeć się po okolicy. W ciągu odcinków opowiadane są jednorazowe pomniejsze historie, które zmuszają do przemyśleń i pokazują jak pewne wydarzenia mogą wpłynąć na człowieka.


W odcinki dziewiątym powraca z powrotem temat braci Tougoku. Niczym złowrogi wiatr ze wschodu przychodzi siać zamęt i zniszczenie.. Tak pojawia się Tsunozaki Eisuke. Trochę przesadziłem, ale nie można mu odmówić, że ma coś z złośliwego Holika, któremu psikusy tylko w głowie.

Samo podsumowanie serii idealnie wpasowuje się w zakończenie zeszłego roku. Anime ma już szmat czasu za sobą i póki nie zanosi się na kolejny sezon. Sam finał jest ciut słodko kwaśny. W pewnym sensie domyka wątek braci. Skłonny jednak jestem do stwierdzenie, że jeśli będą kontynuować Rokuhoudou Yotsuiro Biyori to z całą pewnością rozwinie się to w jakimś ciekawym kierunku.

Podsumowując Rokuhoudou Yotsuiro Biyori to anime, które jest niemalże idealną alternatywą dla środków uspokajających, jedynym efektem ubocznym jest chęć obejrzenia więcej. Dla tych co pragną takiego typu contentu to polecam Flaying witch. Ocenę zostawiam otwartą.









Share:

Recenzj Gears of War 2 (Xbox 360)

Jak wpadnie się już trybki to nie ma jak z nich wyjść. Prawda to jest, bo gdy raz się zrobi się coś dobrze wtenczas trzeba kontynuować, aż do skutku.  


Gears of War 2 wydane na Xbox 360 zaledwie dwa lata po pierwszej części. Grając tą część szybko dopada człowieka wrażenie, że gra ponownie to samo co te parę lat wcześniej. Główne założenia praktycznie się nie zmieniły. Dalej się brnie od areny do areny przez ciasne korytarze dzikiego świata.


Jeśli zapoznaliście się z recenzją pierwszej części, o tutaj to praktycznie wiecie wszystko czego można się spodziewać po tej odsłonie. Mimo tego co napisałem są kosmetyczne, ale zawsze jakieś różnice. Pierwszą i w sumie najważniejszą to ciężar biegu. Panowie napakowani testosteronem biegają o wiele lżej niż ostatnio. Czyżby przeszli na dietę?

Idąc dalej, ale bez dowcipkowania łatwo było zauważyć spory nacisk na kooperacje. Zaczynając od tego, że gracze mogą się wzajemnie ratować, a kończąc na tym, że gra oferuje parę atrakcji dla tych, co się zdecydują przejść po raz drugi GoW, aby wybrać nieco inną ścieżkę. Mam jednak wątpliwości, czy te parę etapów jest tego warte.

Stan techniczny gry jest naprawdę zadawalający dopiero na samiutkim końcu jak się pokazało więcej szarańczy konsola zaczęła się co nieco dławić. Żeby nie było nie chodziło o przecinków z którymi trzeba było walczyć, a spełniających rolę dekoracyjną.


Wroga armia może się pochwalić całkiem ciekawymi jednostki. Lecz nawet nie oni są najważniejsi, a bossowie. Lepiej byłoby nazwać ich mini szefami, bo nie były to w moim odczuciu klasyczne walki, a większe przeszkody mające jedynie chwilowo przystopować to co się dzieje. W wielkim zamiłowaniem dodawano więc wszelkie aktywności wymagające celnego oka, a jednocześnie zapomniano dodać systemu wspomagania celowania.

Nie było jakoś tragicznie i w stosunku do Hardline grało się znacznie lepiej. Jednakowoż wszelkie etapy, gdzie kazano celować z całkiem sporą dokładnością nie należały do przyjemnych. Dodatkowo devowie szybko przyzwyczają do tego, że ołów będzie się sypał na tony. Trafiłem jednak na moment, gdzie było dość cienko co do posiadanej amunicji.

Jasna sprawa, że można zabrać  giwerę trepowi i po kłopocie. Wspomnę jednak o samych skrzyniach z amunicją, które leżą dość często, czasami, aż za bardzo. Sprawiało to wrażenie, że coś tu jednak jest nie tak. Mógłbym teraz od tak przejść do fabuły, ale zostawiłem małą niespodziankę. Kiedy w pewnym momencie trzeba wykorzystać dźwig do przejścia na drugi budynek to stało się coś czego się nie spodziewałem i raczej nie należy tego spostrzegać jako rzecz zamierzoną. Za pomocą platformy dało się podnosić szarańczę i po chwili takowy osobnik ginął od tak. O co w tych chodziło? Jeśli wiecie napiszcie w komentarzach.


Fabuła, no cóż, do pewnego momentu uznałem ją za najsłabszą część kampanii Gears of War 2. Gram i gram czekając na coś ciekawego i nawet o dziwo się doczekałem. Co autor miał na myśli było dość oczywiste. Dlatego widzę jaki zmarnował potencjał tego jakże ważnej sytuacji. Żeby nie psuć zabawy nikomu, a nakręcić to jakoś napisze tak. GoW nie jest misją eskortową, a więc wszelkie wzruszające momenty jakie mają nastać kończą się zawsze tak samo.

Stare powiedzenie mówi, że najlepszą obroną jest atak. Rany boskie, nie zapomnę jak ta kampania wielkich obrońców wyglądała pokracznie. Z jednej strony nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wygrana jest czymś poza ich zasięgiem i to dosłownie. Potem jest cięcie i wszystko się odwraca i pyk całość.

Podsumowujmy czy warto zagrać Gears of War 2? Bossowie są na pozór, bo o ile wszelkie elementy charakterystyczne są to nie stanowią takiego wyzwania jak być powinno. W czasie kampanii mogłem w pewnym momencie poczuć się jak Kratos z przedostatniego God of War. Wiąże się to z jedną z najbardziej krwawych scen jakie dane było mi zobaczyć. Pewne etapy jakie dodano miały być swojego rodzaju odskocznią. Mam wobec niech mieszane uczucia, bo jazda na trollu lub strażnikach z Matrixa trochę zaburzały tempo, a jeszcze bardziej rozgrywkę, która przyzwyczaja do pewnych standardów. Uważam, że kampania jest zrobiona typowo pod grę w duecie. Dopiero wtedy naprawdę pokaże co tam w niej drzemie. Ocena końcowa 7/10.





Share:

Recenzja anime Tensei Shitara Ken Deshita

Może to już te lata, ale coraz bardziej rozczulam się przy uroczych dzieciach i łapie się na myśli, że może założenie własnej rodzinny nie jest, aż takim głupim pomysłem.

Po tym jakże łzawym wstępie starego piernika przejdę do tego, o czym, będzie omawiany materiał. Tensei Shitara Ken Deshita jest to kolejne isekai jakie obejrzałem w tym roku. Nie jest to jednak, aż tak szablonowe jak mogło by się wydawać. Choć fakt nie zabraknie najważniejszych elementów charakteryzujących ten gatunek anime.


Główną i najważniejszą zmianą jest to, że protagonista nie stał się dzieckiem z super mocami, czy innym szlamem (Tensei Shitara Slime Datta Ken). Tym razem postawił autor na coś zgoła innego, a mowa tu o mieczu. Magiczna brzytwa, która ma samoświadomość. Przyznaje, że ta koncepcja jest dość odświeżająca z kilku powodów. Pierwszym i najważniejszym jest zmienienie jego funkcji, pardon roli. Zamiast być jak to zwykle bywa samcem alfą lub słodzikiem z haremem, ewentualnie fan klubem, a to różnica. Mc numer jeden stał się narratorem i supportem.

W samym wydarzeniach, główną rolę odgrywa natomiast Fran – chan i tu mamy cream de la creme tej serii. W czasie oglądania Tensei Shitara Ken Deshita poznaje się jej historie w wielkim skrócie. Wszystko fajnie i cacy, ale jej zachowanie kompletnie do tego nie pasuje. Są co prawda wyjątki kiedy wszystko trzyma się logicznej kupy. Zdarza się to jednak stosunkowo rzadko.


Każdy szanujący się otaku wie, że wszelakie miksy są całkiem normalne, a więc nie ma się czemu tu dziwić. Mała kocica jest po prostu chodzącą słodyczą, której nie można się praktycznie oprzeć. Wszystkie odcinki w głównej mierze opierają się na jej uroczych reakcjach.

Młodszych widzów może to odrzucić i nazwą to babskie, ale jakoś idealnie wpisało mi się w wizję idealnej córeczki. Zakładam, że tak od górnie miało przyciągnąć publikę do telewizorów. Oczywiście nie była to cała zawartość. Pilotażowy odcinek może pochwalić przemocą na poziomie Berserka, czy Tokyo Ghul. W dalszych częściach to już ukrócili wraz ilością animacji poświęconym walką. Wielka szkoda, bo robiły spore wrażenie. Braki te nadrobiono rozszerzeniem elementów RPG. Liczne mechaniki itp. jakie wstawiono dodają pewnej wiarygodności, bądź chęci urozmaicenia samej fabuły i tego czego można się tam spodziewać.


Nie zabraknie tam też bohaterów drugo planowych z których najbardziej wyróżniała się Amanda, która usilnie chciała być mamą małej Fany – chan. Więcej nie ma co pisać, bo wszystkie odcinki są jak jedno wielkie ujęcie podzielone na pomniejsze epizody. Nie zabraknie zapowiedzi większej intrygi. Póki co jest jedynie jej preludium, lecz można się czegoś spodziewać w następnym sezonie. Sądzę, że bogowie też dołożą swoje trzy grosze.

Czy warto obejrzeć Tensei Shitara Ken Deshita? Anime jest przeznaczone dla osób, które szukają czegoś lekkiego i zdołają przetrwać śladowe sceny przemocy. Sam trzon tego tytułu to urocze zachowania Fany, która za każdym razem zgarnia cała uwagę nawet wtedy kiedy się nie odzywa. Ocena końcowa 8.9/10
Share:

Recenzja Battlefield Hardline (PS3)

Jak jednemu się uda to zaraz zlatują się naśladowcy i próbują zrobić to samo. Jednym wyjdzie, a innym nie. Wszystko zależne jest od starań studia i ich wydawcy.

Ostatnio przeglądając posiadane gry na PS3 rzuciło mi się Battlefield Hardline z 2015 r. Pamiętałem, że były jakieś kontrowersje związane z tą produkcją. Miało to być takie bida GTA. Nie jestem wstanie się z tym zgodzić, bo fabularni jest lepsze od GTA V. Równocześnie sama rozgrywka w wielu momentach nie trzyma się kupy, system strzelenia woła o pomstę do nieba.


Zacznę od mocnych stron, bo i takie tu są. Po pierwsze BfH można porównać do dobrego serialu kryminalnego, który został obsadzony przez aktorów znających się na swoim fachu. Natomiast sam scenarzysta zjadł zęby na pisaniu tego typu kryminalnych historii. Bohaterowie z jakimi się zetknąłem to czysta klasyka. Nie ma tam nikogo oryginalnego, a jedynie same archetypy, szablony itp. Pomimo, że wszystko jest dobrze znane to i tak z ciekawością się śledziło każdy jeden epizod.

Poszczególne odcinki nie są długie, a można dodać, że całkiem urozmaicone. Spory nacisk położono na sceny plenerowe w czasie których można podziwiać piękne widoki. Gdzie nigdzie dołożono sporo destrukcji otoczenia wyrenderowanego bezpośrednio na silniku gry. Nie zabraknie też paru zwrotów akcji, które nawet potrafią zaskoczyć.

Podkreślę też, że graficznie nawet dobrze się trzyma. Pomimo, że tytuł ten wyszedł trzy lata po premierze PS4 to i tak całkiem dobrze zrobili port na 7 generację. Nie powiem, że było idealnie, bo dwa razy gra potrafiła się zawiesić bez wyraźnej przyczyny. Nie zabrakło też mojego ulubionego błędu z kolizją. Ostatnio coś mnie to prześladuje.


Kolejną sprawą, która bardzo oddziałuje na odbiór tego dzieło będzie system strzelania. Dawno się nie spotkałem z czymś tak tragicznym. Formalnie dodano wspomaganie celowania, ale praktycznie trzeba naprawdę się postarać, aby dostrzec jakiekolwiek działanie. Paradoksalnie jak się wyłączy tą pseudo pomoc idzie to znacznie lepiej. Warto jeszcze na dzień dobry zmniejszyć czułość kamery.

Praktyczne trafienie tu czegokolwiek z niedużej odległości graniczy z cudem. Jasne, da się przyzwyczaić i nauczyć, ale to jedynie droga przez mękę. Z drugiej stronny mamy system eksperta, gdy się awansuje to dostaje się bonusy w postaci lepszego wyposażenia. Zależnie od potrzeby da się je zmienić przed misją lub w jej trakcie. Żeby położyć łapska na nich musiałem grać jak najbardziej pacyficznie. Chodziło o machnięcie legitka i zakucie przestępców. Trochę to nie logiczne, aby po przez pokojowe zakuwanie dostawać lepsze giwery, które wykorzysta się w przymusowych rozwałkach. Jeśli kogoś z was to jednak zainteresuje to warto zgarnąć poszukiwanych listem gończym przestępców.

Przed wyruszeniem do walki da się zeskanować okolicę. Dzięki temu można lepiej się orientować, kto gdzie jest. Same bronie też miały „swoje 5 minut”. Jak sięgałem, po karabiny to okazały się słabsze od zwykłych giwer. Trzeba będzie się domyśleć co miał autor na myśli. O sztucznej inteligencji też nie mogę napisać w superlatywach. 


Jeśli grałbym co do joty jak chcą twórcy to rzeczywiście jest dość operatywna. Jednak człowiek nie byłby sobą i protestowałem, co się tam kryje. Boty tracą bardzo szybko zainteresowanie. Na dokładkę niby potrafią zapamiętać ostatnią lokalizację gracza. Lecz nic im to nie pomaga.

Przez takie chocki klocki wyprowadzić je w pole jest dość łatwo. Jak się ogarnie ich ograniczenia. Zaczyna się człowiek zastanawiać, po co na początku kampania kreowała się na produkcję tak poważną prawie, że niemal symulator policjanta.

Na koniec wspomnę o dubbingu. Domyślnie jest on ustawiony na język polski. Szybko jednak go zmieniłem na angielski, bo w naszej wersji językowej brzmiało to bardzo sztucznie. Było to wprost nienaturalny sposób mówienia, co mocno wytrącało z imersji. Jak tylko sobie przypomnę synchronizację, a raczej jej całkowity brak to, aż się odechciewa. Natomiast oryginalna jest jak na najbardziej na tak.

Podsumowujmy, czy warto zagrać w Battlefield Hardline? Fabuła dobra, a może nawet bardzo dobra, ale nie jest to dostateczny pretekst, aby się katować. Możliwe, że to pad co używam wpłynął na ten odbiór. Jednak powątpiewam w to, bo już miałem okazje go protestować na innych schooterach i nie było to, aż uciążliwe. Biorąc pod uwagę plusy i minusy daje 6.5/10.
Share:

Recenzja filmu Morbius

Początkowo sądziłem, że będę miał zdrową bekę i zjadę film na czym tylko świat stoi, a na końcu dopisze #wciążlepszeniżZmierzch. Usiądźcie i rozgłoście się, bo czeka was coś całkiem innego.

W ostatnich latach kino spadło na łeb i szyje, a przynajmniej te masowe. Tak jakby kiedykolwiek stało na wysokim poziomie. Lecz nie w tym rzecz, a w tym, że obraża ludzi. Wprost pluje w twarz śmiejąc się przy tym, bo przecież starczy, że jakaś gwiazda się pokaże i już ma to starczyć za wszystko.


Jednak wciąż jest tam gdzieś światełko w tunelu. Z nieznanych mi powodów ludzie nie są wstanie przetrawić kina w którym trzeba się skupić i ciut pomyśleć, zastanowić się zachwycić nad jakością i przemyślanymi kadrami. Nie wspominając o budowie poszczególnych ujęć miejących za zadanie budowania odpowiedniego napięcia.

Morbius nie jest kinem wybitnym, ale dobrze wykonanym, które jest całkowicie świadome samo siebie. Porównując je jednak to większości dzisiejszych blockbusterów można włożyć ten film do wybitnych. Nie będą oceniał tego tytułu pod kątem zgodności komiksowej, a jedynie jako film sam w sobie.

Produkcją tą interesowałem się już przed premiera kinową. Widząc jednak, że główną rolę zagra Jared Leto złapałem się za głowę. Po jego roli w Legionie samobójców stawiłem już krzyżyk, papatki ja spadam – pomyślałem. Czas mijał i tu nagle patrzę i widzę, że pojawił się w serwisie vod co mam dostęp. Włączam oglądam sobie… dialogi dobre, znajome twarze w tym Matt Smith znany z Dr. Who i Ród Smoka. Zapowiadało się ciekawie, wszak dobry aktor równa się zazwyczaj ciekawy kontent do obejrzenia.


Początkowo pokazano ich wspólne dzieciństwo w skrócie, które sygnalizowało jakiego rodzaju łączą ich relacje. Nakreślono też ich podejście do życia itp., oczywiście wszystko w dużym ujęciu. Szybo jednak przeszli do tego na co się tak bardzo czekało. I teraz będę szczerze ochał i achał nad spaniałymi efektami specjalnymi, ale nie tylko nad tym.

Sam początek kiedy Morbius zaczął eksperymentować na sobie odebrałem jako: ok., w starym stylu. Choć ciut zajeżdża horrorem klasy B. Poczekałem co dalej i się nie zawiodłem, bo wszelkie CGI doskonale podkreślały zachodzące zmiany. Nie były one nachalne, czy też nie powodowały przyrostu formy nad treść. Czułem się jakbym, znów oglądał Spider-Man z 2002 r.

Szybko wszystko zaczęło się dzielić na dwie perspektywy. Pana Doktora i jego przyjaciela Milo. Ten kontrast w którym jeden w pełni akceptuje się jako nocnego łowcę, a drugi co tu ukrywać już nie. Fakt, nie jest to jakaś zawiła pełna twistów historia, ale za to dobrze napisana i każdy wyraźnie pokazuje co nim kieruje mimo, że dobrze wiadomo o co chodzi w tym zawirowaniu.


To nie tylko walka między braćmi spartanami, a ale ze ludzką słabością i rządzami. Chyba zaczynam dopisywać coś czego sam reżyser nie planował.

Jedną z scen, która przypomniała mi horrory jakie leciały na przełomie lat 90-tych i 2000-nych była śmierć tej babki w szpitalu. Jak się odwracała i ta zabawa światłem, żeby w końcu ustawić ją na środku sceny i zrobić zbliżenie. Ciekawi mnie tylko, czemu zawsze musi coś w takiej sytuacji wyskoczyć z lewej strony, a nie z prawej?

Sama akcja bardzo przypominała mi Prototype. Nie obraziłbym się jakby zrobili grę w oparciu o ten film z mechanikami z wspomnianej produkcji. Próżne me nadzieję, bo oceny Morbius zebrał kiepskie.

Pozwolę sobie teraz trochę ponarzekać, bo jak pisałem produkcja ta jest tylko dobra jeśli mam ją ocenić uczciwie. Pierwsze na co zwrócę uwagę to kultowi panowie policjanci i ich spacery. Do momentu ucieczki Morbiusa na dach ich zachowanie było całkiem uzasadnione. No bo w końcu kto uwierzy w wampira? Sytuacja się zmienia całkowicie po tym jak ten wlatuje na dach prze klatkę schodową. Na serio nikt nie zauważył tego?


Idąc dalej tym tropem jakim cudem szanowny znalazł się tak szybko na dachu? Teleportował się, czy co? Trudno powiedzieć, podobnie jak w scenie w barze, gdzie Milo zostaje „wyproszony” i cierpliwie czeka na typków, którzy go wkurzyli. Jednak najbardziej żenująca jest scena, gdzie doktorek mówi: Jestem Venom. No ok., mnie się to podobało mimo, że było to żenujące. Każdy z was pewnie coś innego wypatrzy, ale nie będę się skupiał na różnych potknięciach, bo obejrzałem film bez chwili znudzenia. Jeśli jednak chcecie zobaczyć, coś beznadziejnego polecam Sztanga i Cash to jest dopiero dno.

Podsumowując czy warto obejrzeć film Morbius? Oczywiście, że tak! Bardzo dobry montaż i efekty specjalne. Dobrze rozpisano motyw walki braci i sama walka to kawał dobrego kina. Lecz podkreślę to raz jeszcze to nie jest wybitne kino ani bardzo dobre. Jednakowoż przy dzisiejszych gniotach wypada świetnie i zapewni godną rozrywkę jeśli na to pozwolicie. Ocena końcowa 7/10. Dziękuję, dobranoc.

Share:

Recenzja God of War z 2018 r. (PS5)

Dla jednych minęło parę lat od zakończenia przygód Kratosa, a u mnie? Nie powiem też ciut tego było, ale miało to inne podłoże. Sprawdzę jak God of War się zmienił względem ogranych przez mnie części.

GoW to seria kultowa i nie podlega to dyskusji. Marka ta odnotowała lepsze i gorsze momenty, ale powróciła w wielkim stylu dokonując radykalnych zmian. Podobnie zresztą było z Ac Orgins.


W mojej mocno subiektywnej ocenie najważniejsze było odejście od doprowadzającego do szału qte. Każdy kto grał doskonale pamięta, że wykończenie przecinka równało się z masakrowaniem przycisku do pada o czym pisałem tutaj. Żeby nie było same szybkie eventy dalej funkcjonują. Szczęśliwie już klikanie jest zrobione jak trzeba.

Następną istotną różnicą jest praca kamery w tradycyjnej wersji była sztywno ustawiona, aby gracz nie był wstanie czegoś przypadkiem uniknąć. Natomiast teraz wolna wola i piekła nie ma. Wiąże się to ściśle z przebudowanie całego GoW, który próbuję mocno nawiązywać swoimi mechanikami do pierwowzoru.

Rozwój Kratosa też się bardzo zmienił co jest naturalnym rozwinięciem zmiany w action RPG z jedną drobną różnicą, że bez ulepszania broni można się pożegnać z nowymi skillami. Crafting jest prosty jak konstrukcja cepa. Ma tylko jedną wadę opcjonalną, a chodzi o surowce. Jeśli eksploruje się wszystko jak leci i otwiera wszelkie dostępne skrzynie to nie powinno się tego zauważyć. Żeby nie było za różowo nie da się do tych pudeł dostać od tak na pstryknięcie. Niczym w metroidvanii będzie trzeba powrócić i je pozbierać. Sporo się pisało o tym, że są „uzależniające”. Szczerze otwierało się je jak jakieś orzechy, tak po prostu mechanicznie.


No dobrze, teraz jak poruszyłem najbardziej palące mnie tematy przejdę do tego co było prawdziwym gwoździem programu. Fabuła, rzecz jasna! A co wy myśleliście, że gameplay, proszę was… Nie przeczę, że walki to prawdziwa cud malina, a walka z Baldurem tak mnie rozochociła, że chętnie sprałbym przy okazji Thora.

Lecz pójdę klasycznie od początku do końca, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nowy rozdział z życia Ducha Sparty rozpoczyna się daleko na dalekiej północy. Początkowo spodziewałem się, że będzie kolejny maraton z bossami tyle, że skandynawskimi. Jednak stało się całkiem inaczej z czego jestem wielce ukontentowany. W wielkim skrócie trzeba niczym w Journey udać na szczyt najwyższej góry.

Byłoby za pięknie jakby można od tak pójść, a po drodze to ubić parę, no może parędziesiąt trolli, które jak na złość nawalają na jedną modłę wielkimi menhirami, albo czymś co je przypomina. Nie ma co na to liczyć, bracie! Jak mówi stare powiedzenie: gość w domu bóg w domu. Ktoś potraktował to bardzo, ale bardzo dosłownie. Pierwszy szefunio zjawia się jak w mordę strzelił.


Nie będzie to wielkim spoilerem jak napiszę, że to sam Baldur przyszedł po kolędzie złożyć asową wizytę. Walka w God of War przyjęła dość wyrazisty model, gdzie warto ogarnąć wszelkie ataki swoje jak i wroga. Nadmienię, że tarcza odegra spora rolę w wszelkich starciach w całej kampanii.

Początkowo nie jest nawet trudno, ale im dalej las tym więcej bęcków się dostaje. Załącze tutaj pewną ciekawostkę o boskim asie. Jeśli odpali się wersję na PC i uwolni kamerę to warto zajrzeć do przepaści, gdzie wleciał nieszczęśnik. Zaglądając tam ukarzę się sterczący środkowy palec, który jest dość wymowny. Dodatkowym urozmaiceniem są strzałki sygnalizujące zarówno położenie wroga i jego zamiary. Podyktowane jest to zapewne zmianą pracy kamery, o której wspominałem na samym początku. Jakby jednak było tego mało to każdy z towarzyszy Kratosa ochoczo informuje z której strony ma się spodziewać przeciwnika.

Animacje są wykonane naprawdę na wysokim poziomie podobnie jak sama oprawa graficzna. Omawianą grę ogrywałem już na PlayStation 5, tak jest już posiadam nową konsole. O tym być może napisze na samym końcu. Wracając do rzeczy, wizualne efekty porażały w każdym momencie. Pytanie, kiedy będzie koniec, gdzie jest granica? Szybko się jej nie zobaczy zwłaszcza jak zaczną się pokazywać gry na Unreal Engine 5.


W tej wędrówce na szczyt podąża z wraz bogiem wojny jego syn Atreus. O dziwo tym razem nie zaszlachtował kolejnego potomka. Przed premierą mówiło się, że przez niego cała kampania to będzie wielki quest eskortowy. I wiecie, co? Tak nie jest, a stało się coś zgoła innego. Młoda winorośl okazał się przekokszonym wsparciem. Inwestowanie w jego edukacje bardzo szybko się zwraca. Zamiast praktycznie zawadzać to pomaga pod każdym względem.

Warto też przyjrzeć relacją miedzy ojcem, a synem. Kratos jako spartanin nie miał lekkiego dzieciństwa. Zresztą później nie było z tym lepiej i dlatego relacje te były dość trudne. Od pierwszej chwili widać jak tatulek próbuje być wsparciem dla Atreusa. Ukazuje się to w dość kliszowych scenach, gdzie chce po ojcowsku położyć rękę na ramieniu, ale za każdym razem ją cofa w ostatniej chwili.

Nie pomaga też, fakt, że zwraca się ciągle do niego per chłopcze. Ten słynny zwrot już stał się memem i znakiem rozpoznawczym tej odsłony God of War. Istotnym momentem, monetami to jak boy zaczął odpyskiwać ojcu, co było całkiem naturalne Kolejny już nieco szokujący to drastyczna zmiana jego charakteru jak dowiedział się coś więcej o sobie. Małe ostrzeżenie dla tych co nie grali w poprzednie części. W czasie kampanii jest spoiler z GoW 3, chodzi o sam finał.


Szok to był i to sporego kalibru niezłe zaskoczenie, lecz coś wniósł do tego kotła pełnego smakołyków. Nie będę już więcej ujawniał, o naszych protagonistach, bo kryje się jeszcze wielki hit.

Z fabularnych spraw zostaje jeszcze pewien rogacz, który będzie miał wiele do powiedzenia. Skubaniec jest naprawdę otrzaskany i ma porządnie gadane. Jako bohater drugoplanowy zajął jak dla mnie pierwsze miejsce. A z kim wygrał, a no z pewnymi krasnoludami i wiedźmą.  

Zanim podsumowuje stan techniczny popisze jeszcze co nie co walce. W drugiej połowie wraca broń specjalna, która jest nieodłącznym elementem tej jakże epickiej całości. Wprowadzenie jej miało swoje podstawy i nie chodzi o samą nostalgię. Kolejnym ciekawym pomysłem w rozgrywce było rozdzielenie wrogów na grupy. Każda z nich ma swoje słabe i mocne stronny. Zależnie na kogo się trafiło trzeba wyciągnąć coś innego.


Nie zabrakło też szerokiej plejady mobów, którzy się nawet dość długo nie powtarzali. Dopiero po spotkaniu wielkiego węża zaczęło natrafiać na ich podwersję. Nie zabrakło też elfów. Jak już się je zobaczy to się nie od patrzy. Wypadły dość obrzydliwie. Dobrze, że rozgniatało się je niczym robale.

Przyszła pora na wszystko co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Błędy, usterki i inne cholerstwa, których być nie powinno. Mimo, że widać, ile miłości włożono to i tak nie usunięto ich. Zacznę od klasycznych, czyli kolizja z podłożem. Upadek na glebę i bach coś znika pod mapą. Następny, Atreus ma urojenia, a nie wróć. Ponownie wypowiada teksty wykonując te same animacje w miejscach, gdzie nie ma danej rzeczy, osoby itp. Idąc dalej tym tropem warto dodać, błędy słowne. Poprawcie mnie w komentarzach jeśli było inaczej. Po przegranej młody powtarzał ojciec. W pewnym momencie zacząłem słyszeć ajciec lub coś w tym stylu. Podobnie było z słynnym chłopcze, które zmieniło się w chłepcze. Ostatni błąd jest w rozmowie z Sindri. W ułamku sekundy okrywa, ważną informację, choć dopiero miał się za to zabrać i powiedzieć później. 

Podsumowujmy, czy warto zagrać God of War? To można uznać jedynie za pytanie retoryczne. Nie bez powodu była to gra roku 2018. Nie dałbym jej 10/10, bo to nie jest do końca moja bajka. Jednak pod każdym względem dopieszczono co tylko można było. Dla tych co było mało zaoferowano nową grę +, a dla pozostałych dalszą eksplorację i wyzwania, a tego trochę tam jest. Wierzcie mi na słowo. Ode mnie GoW dostanie mocne 9/10.

Ci z was co tu doszli wiedzą, że mam już Ps5. Prawdą jest, że pad jest naprawdę genialny i póki co nie ma dla mnie praktycznie konkurencji. Wygoda i te wibracje haptyczne są czymś co wprowadza gaming na wyższy poziom. Mimo, że dość porządnie katowałem padzika to dał dzielnie radę. Jak macie jakieś pytania, o konsole lub coś innego związanego z blogiem piszcie w komentarzach.





Share:

Recenzja serialu The Last of Us odcinek pierwszy.

Ostatnio panuje trend na kiepskie adaptacje, czy nawet kaleczenie znanych franczyz. Moda czasowa, a może zostanie to na dłuższy czas? Sprawdźmy jak poszło w najnowszym hicie The Last of Us.     

Nie będę bajał i rozpisywał o kreacji bohaterów, czy zmianach fabularnych. Od razu powiem co sądzę, a później to uzasadnię. Nie ma tragedii, ale daleko do jakości na jaką zasłużył pierwowzór. Na tle dzisiejszych gniotów wypada bardzo dobrze, ale samo w sobie to co najwyżej przeciętnie.


Pierwszy odcinek to nic innego jak nieco rozciągnięty wstęp w którym najnudniejszy element został jeszcze wydłużony. Chodzi o czas przed apokalipsą jaka miała dopiero nadejść. Doceniam próbę rozwinięcia wątku córki Joela. Zapewne miało to dać  czas na przywiązania się do niej. Efekt jednak był taki, że jeszcze bardziej się człowiek wynudził czekając na konkrety.

Dopiero około dwudziestej minuty coś zaczyna się dziać. O dziwo tam już jakość się poprawiła i w końcu mogłem znowu odłożyć telefon i zacząć powrotem śledzić co dokładnie się tam dzieje. Z każdą kolejną minutą miałem co raz większe nadzieje, żeby tylko znowu zobaczyć „odważne” zmiany. Jeśli miałbym to skwitować w paru słowach to napisałbym tak. Treść nawet się zgadza, a forma została zmodyfikowana do tego stopnia, że jakby nadać im inne imiona i wygląd nikt by się nie połapał na podstawie czego zrobiono ten serial.


Całość ratują niektóre fragmenty, których jest jak na lekarstwo. W sumie liczbę nie zmienionych scen można by było wyliczyć na palcach jednej dłoni. Żeby jednak niebyło, aż tak pesymistycznie wszystkie rozbieżności nadrabia klimat i o dziwo gra aktorów.

Zgodnie z obietnicą przemoc ograniczono do minimum koniecznego. Czyli będzie to przechodzenie na pacyfistę tam, gdzie będzie to możliwe. W kontekście tego co napisałem, słynny tekst, że będzie to ekranizacja, aż za wierna brzmi naprawdę śmiesznie. Trochę akcji było, ale sporo przegadano. Wycięto parę walk jakie normalnie trzeba było stoczyć w samym mieście.


Z całą pewnością nie było to dyktowane humanitaryzmem, a bardziej cięciem kosztów. Choć podobno budżet był naprawdę spory. Praktycznie bez tego tytułu w tle nie marnowałbym czasu na ten odcinek. Hype train był spory, ale się porządnie wykoleił. Mam nadzieje, ż kolejny odcinek pokaże coś więcej. Póki co mamy piękną scenerie jak i dobrze zrealizowane sceny akcji. A z drugiej strony duże zmiany i aktorów, z których jedynie Pedro Pascala poznałem bez problemu po twarzy jako Joela. Natomiast całej reszty już nie dałoby się, a zwłaszcza Ellie (Bella Ramsey).

Podsumowując czy warto obejrzeć The Last of Us? Jeśli nie macie nic lepszego do roboty to lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Im mniej będziecie oczekiwać tym zawód nie uderzy z taką siłą. Ocena końcowa 6/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie