• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Monster Musume no Oishasan

Obiecana, a może nie… No nieważne, mamy niedziele i przychodzę do was ciekawą propozycją do obejrzenia. Pozytywnej energii nigdy nie za dużo, dlatego mam dla was coś wyjątkowego. Prawda Onee-chan?

 Monster Musume no Oishasan to kolejna komedia przy której naprawdę da się dobrze bawić, chyba że jesteście zbyt przewrażliwieni jak pokaże się co nieco. No żartuję, elementy ecchi są tu dość ograniczone.

Niema co się spodziewać jakiś szczególnych scen, ale za to większy nacisk nałożona na stereotypy, czy też schematy. Główny bohater jest, a jakże Casanova nieświadomym. Hmm, a może to te panienki są tak kochliwe?

Trudno powiedzieć. Tak jak pisałem wyżej twórcy przerobili tu klasyczne wzorce, które muszą zawsze się pokazać. Podobnie jest z bohaterami. Dziwnym trafem mimo faktu, że panie stanowią większość to i tak można podciągnąć tę serie do tak zwanie szumnie dyskryminujących płeć piękną.

Dobra, ostatnio coś mnie wzięło na docinkowe uwagi. Skupię wreszcie na konkretach, bo w końcu po to tu przyślijcie, prawda?

Litbeit Glenn jeden z dwójki protagonistów. Klasycznie ugrzeczniony do bólu chłopaczyna, który nie skrzywdzi nawet muchy. Podobnie jak inny jemu podobni „podrywa” wszystkie babeczki przypadkiem. 

Nie jest na szczęście tępakiem który odrzuca od samego początku. Można naprawdę go polubić za to jaki jest. Kontrastuje to bardzo ze wszystkimi sytuacjami, które definiują ten gatunek.

Główna linia fabularna krąży wokół medycznych przypadków którymi się zajmuje, a jego relacjami z Neikes Saphentite. Jak nie trudno się domyśleć jest ona w nim zakochana i tkwi w strefie przyjaźni (freandzone).

Generalnie wszystkie panie tam się znajdują. O ile w innych haremówkach jakoś się starają przeciągnąć jedynego chłopa na swoją stronę, tak tutaj są wyjątkowo bierne. Jedynie Saphentite jakoś to uzasadniła w sensowny sposób. Wątek ten nabiera rumieńców w ostatnim dwunastym odcinku.

Każdy epizod to w sumie wejście kolejnej członki fanklubu Glenn – sensei. W każdym z nich można zaobserwować subtelne relacje poszczególnych wielbicielek. Jeśli człowiek zastanowi nad tym to będzie w sumie współczuł doktorkowi. Bo wszystkie te panie ukazane w krzywym zwierciadle nic dobrego na przyszłość nie wróżą. Przykładowo cykopka Meme. Jest typową dandere.

Jest nieśmiała i zamknięta w sobie, a do tego wszędzie doszukuję się jakiegoś podstępu i bóg raczy wiedzieć czego. Oczywiście jest pracowita i potrafi się angażować. Na dłuższą metę mogłoby wyniknąć coś nieciekawego z takich zachować. Kolejną osobą która bardzo wyróżnia się jest nikt inny jak asystentka Glenn – kun. Jej ataki zazdrości obawiające się duszeniem go są prostą drogą do wcześniejszego zgonu.

Zdaję sobie sprawę, że są to typowe zachowania w anime, ale postarajcie się odsunąć to na bok i spojrzeć nieco inaczej. Na szczęście pozostałe fanki nie są już aż tak straszne. Co nie znaczy, że lepiej może na tym wyjść.

Podsumowując, akcja rozwija się równomiernym tempem, które cały czas utrzymuje uwagę. W trakcie pierwszego sezonu pojawiają się też nie szablonowe postacie takie jak Arachnida Arahnia, kleptomanka, artystka i zakręcona na punkcie posiadania tego co jej przyjaciele. Nie raz zaserwuje jakieś ciekawe uwagi i pokaże, że niemożna jej od tak zaszufladkować.

Jeśli miałbym coś wytknąć to oszczędności nad tłami. W ich skład wchodzą nieruchome domy jak i mieszkańcy miasta. Kłuje to w oczy, lecz dopiero wtedy jak się oderwie od fabuły i zacznie zwracać uwagę na wszystko wokół.

Generalnie Monster Musume no Oishasan jest udaną produkcją z którą warto się zapoznać. Nie będzie to strata czasu. Jestem pewien, że będziecie się dobrze bawić! 

Share:

Recenzja retro Enter the Matrix

Skończyłem ogrywać Enter the Matrix wydanej na PS2, PC, XBOX i oczywiście GameCube. Powiem wam, że przeskoczyłem szybciej niż Neo za swoim pierwszy razem.

Pamiętam jak dziś do kin wchodzi pierwsza część trylogii Matrixa. Szał ciał, efekty z nie tej ziemi. Wszyscy, a przynajmniej większość była zachwycona filmem. Nie trzeba być geniuszem żeby się domyśleć faktu, że przeniosą uniwersum tak kochane z srebrnego ekranu na monitory i telewizory w postaci gier wideo.

Starsi gracze na pewno pamiętają program Hayper, który leciał tak od ok. 21 godz. Tam pierwszy raz usłyszałem właśnie o grach z Neo w roli głównej. Z tamtego czasu zapamiętałem, że jest to dno.

Mimo wszystko nie byłem tym zrażony zwłaszcza, że nie pamiętałem, która to była cześć (śmiech). Recenzowaną produkcję ogrywałem na PS2, którą kupiłem w tym roku. Marzenie z dzieciństwa się spełniło (JEEJ).

Zacznę od tego co mnie zaskoczyło pozytywnie i negatywnie. Zacznę od wad, bo wiecie nie lubię się znęcać. Jedynymi błędami na jakie trafiłem były zbagowane cienie, drgające obiekty na poszczególnych lokacjach. Był to chleb powszedni. Nie razi to bardzo w oczy, ale nie da się ukryć, że okaleczają one tą grę.

Trafiłem nawet na takie niedociągnięcie które mi się bardzo skojarzyło z Assasinem. Chodzi tu, a jakże o lewitujące ciała Npc zamiast irytować to bardziej bawiły na swój sposób. Skoro już piszę o śmiesznych rzeczach. Jak biegają postacie w grach każdy widzi. Płynny ruch i animacje, które nie rzucają się w oczy, bo to standardowy widok.

Tutaj kopara opadała. Tak komicznego widoku nic nie przebije! Tak sądziłem do momentu dojścia do pierwszej drabiny… Wszystko to nabiera rąk i nóg jak włączy się slow motion. Wtedy zaczyna się magia.

Gdy zacząłem testować możliwości Niobe wszystko się zmieniło o 180 stopni. Zależnie od wybranych kombinacji klawiszowy ataki odczuwalnie się zmieniają. Zaznaczę, że trzymana broń wpłynie na finiszer.

Warto, ale to naprawdę warto przetestować wszystkie akrobatyczne numery jakie dano graczowi do dyspozycji. Jedyne, czego zabrakło to omijanie kul jak Neo, ale cóż poradzić wybraniec jest tylko jeden.

Natomiast kampanie mamy dwa, no prawie, ale o tym napiszę później. Generalnie gameplay dzieli się na ten w którym mogłem obijać wszystkich ręcznie, a tym w którym przemawiały pociski.

Nie zabrakło też najważniejszych kanonicznych scen jak np. pościg na autostradzie. Były to wyjątki, gdzie można było pojeździć autem. Misji za kierownicą było kilka i model jazdy jest w porządku 100% zręcznościowy plus syndrom klejących się radiowozów z Drivera.

Nie zabrakło jeszcze jednej odskoczni o ile można to tak nazwać. Shiny Entertainment wyraźnie się zainspirował ucieczką Trinity, bo i parę razy musiałem dać dyla przed agentami. Jedną trudnością jaką te poziomy sprawiały były ukryte odstępy między budynkami, których nie spodziewałem się w losowo rozrzuconych miejscach. Jeśli komuś było mało niebyły widoczne.  

Drugim ważnym wątkiem dotyczącym samej rozgrywki jest strzelanie. Generalnie mamy mix hitscana, a manualne celowaniem gdy cel stoi niżej lub sporo wyżej. Efekty dźwiękowe są generalnie w porządku i jest odczuwalny odrzut. 

Dodam tylko dla formalności, że na dwóch misjach trzeba trochę pomęczyć się manualnie i to jest masakra. Raz, że klawiszologia jest ciut specyficzna i to naprawdę czuć. W takich momentach człowiek wie, że się sięgnęło po tytuł sprzed 17 lat.

To co w sumie najlepiej wszyło to przerywniki. Te które zrobiono na silniku wciąż są dobre, ale istotniejsze są cinematiki zagrane przez aktorów z filmu. Jest to gratka dla miłośników trylogii. Powiem tylko, że zobaczycie tam znajome twarze i sytuacje.

Teraz powinienem napisać co nieco o Ghost. Jego kampania to w sumie przemiał tego co już widziałem grając Niobe. Kultowym przykładem są misje pościgowe. Zamieniamy się miejscami i zamiast kierować strzelamy. Natomiast tam gdzie nasza agentka działa sama wcielamy się w Duszka.

Nie zabraknie też oryginalnych misji, które nie będą się powtarzać i to jest spoko. W innym wypadku nazwałbym to jedynie chwytem marketingowym, który jedynie mamiłby klientów większą liczbą godzin do ogrania.

Na sam koniec zostawiłem sobie fabułę. Wszystko rozgrywa się między tajemniczą przesyłką, a ostatecznym rozliczeniem z ludzkością. Przez stosunkowy średni poziom trudności, miałem czas zastanowić się czemu, ale to czemu noszą oni okulary przeciwsłoneczne w nocy, czy kanałach.

Absurdalnych pytań miałem więcej. Chociażby, czemu Axel wygląda jak wyjęty z grobu. (blady jak diabli). Na takim Xbox Classic wygląda normalnie. Tego typu głupich pytań mam więcej, ale nie będę cytować więcej. (śmiech)

Podsumujmy. Enter the Matrix ma potencjał, który nie został wykorzystany. Devom zabrakło czasu i widać to na armii klonów w przerywnikach wyrenderowanych. Na szczęście trzon rozgrywki jest na tyle solidny, że możecie spokojnie sięgnąć po grę. Natomiast liczba zapisów jest na tyle duża, że da się przeboleć co niektóre niedociągnięcia.

Share:

Recenzja Uzaki-chan wa Asobitai!

Weekend na bogato. Wczoraj mieliście postapo z górnej półki, a dziś będzie promieniowanie humorem. Nie  przedłużajmy dłużej do dzieła senpai.

Jak bywałem na konwentach, znaczy się festiwalach Sabatu Filuś zawsze pytał kto ogląda lub obejrzał serie z bieżącego sezonu. Nie ukrywam, że się nie zgłaszałem, bo odrabiałem zaległości z poprzednich lat. Jednak w ciągu minionych wakacji zacząłem śledzić kilka anime z sezony letniego.


Traf chciał, że trafiłem na informację o „kontrowersyjnej” produkcji, które wywołuje ból dupy u feministek. Wiedziałem, że będzie to hit. ;3

Uzaki-chan wa Asobitai! W wolnym tłumaczeniu Uzaki – chan chcę spędzić z tobą czas! Jest to komedia obyczajowa, no ok., romantyczna też. Tak od biedy, bo to co tam dołożyli jest jedynie jak dla mnie przykrywką. Ewentualnie może być spinaczem miejącym złączyć wszystko w całość.

Zaczynam czwarty akapit, a dalej nic o co ta burza. Główna bohaterka Uzaki Hana to… Legalna lolitka, a ujmując rzecz jaśniej kurdupel z dużymi oppai. To tak jakby natura nie mogła poskąpić wzrostu, a za to gdzie indziej dołożyć tego co mama w genach dała.

Jak już wiecie co i jak to pewnie myślicie, oho kolejne ecchi. Z jednej strony tak, a z drugiej tak nie do końca. W pewnym sensie można podciągnąć ten tytuł pod ten gatunek, wróć to jest przeciwieństwo tego.

Lecz weźmy sprawy krok, po kroku. Pierwszy sezon to czysta komedia niskich lotów z paroma mementami, które mógłby się znaleźć w okruchach życia. Fabuła opowiada o wspomnianej wyżej Hana – chan i Sakurai – kun.

Większość akcji opiera się na tym jak Uzaki – san nabija się ze swojego senpai. Sam humor może można zaliczyć do przyjemnych. Jednakowoż to mowa ciała, nie mówiąc o minach małego liliputa jak mówi o niej Sakurai sprawiają, że chce się oglądać dalej.

W pierwszej połowie serii Hana pokazuję, że jest złotousta. Nie chodzi mi teraz o jej subtelne uwagi, ale sposób w jaki informuję o pewnych faktach. Prawdziwe mistrzostwo, spadałem z krzesła raz za razem śmiejąc się głośno i chcąc jeszcze więcej.

W taj całej beczce podśmiechujek, bo inaczej nazwać tego się nie da jest ukryty niezdarnie wątek miłosny. Uzaki podkochuje się w swoim senpai, tylko jest jedno mały problem. Ona cały czas go zrażą do siebie.

Oczywiście jak to w anime i komedii wszystko to trzyma się kupy i główni bohaterowie się trzymają razem. Co w realu nie miałoby racji bytu. A teraz drodzy czytelnicy proszę spojrzeć na prawo. Nie to prawo, moje prawo baka!

Nasze pampuszki nierozłączki są niczym aktorzy na scenie. Mają oni też swoją publikę, która bardzo jest spragniona wiedzy na temat „pikantnych szczegółów” z ich życia. Chodzi tu o szefa kawiarni u którego pracują i jego córkę Ami  (prawdziwa fetyszystka). 

W momencie kiedy oni wchodzą do akcji zaczyna się prawdziwa magia. Z pozoru ułożeni zaczynają prawdziwe show. W tym momencie muszę zauważyć, że mimo tendencji do przesady to tutaj przesunięto granice jeszcze bardziej.

Żeby nie było zbyt „smutno” dołożono na doczepkę jeszcze jedną postać. Sakaki Itsuhito to bohater niby drugoplanowy, ale tak naprawdę epizodyczny. Taki na doczepkę tylko po to, aby pewien dowcipy nabrały mocy.

Nie jest on jakoś męczący, ale czuć, ż dodano go na siłę w wyżej wymienionym celu. Trochę przykre, bo dobrze go napisano i mógłby dostać więcej czasu antenowego. Na sam koniec wyciągnę czarnego konia Uzaki-chan wa Asobitai! Hmm, a może klacz? Pani Uzaki mama Hany to prawdziwy as, który kradnie całą uwagę i nie puszcza. Bez skojarzeń ;p

Czterdziestoletnia kobieta uwielbiająca telenowele i przeżywające je do tego stopnia, że mogą wyniknąć z tego eee, ciekawe sytuacje. Nie chcę wam psuć zabawy i gorąco polecam to anime. Zwłaszcza teraz jak już jest całe dostępne.

Na sam koniec mam parę krytycznych uwag. O ile ecchi mi nie przeszkadza wcale, bo niby czemu to wstawianie tego na siłę już tak. Umieszczanie tak zwanych dwuznacznych sytuacji na mus jest po prostu niesmaczne.


W paru momentach wiedziałem do czego mierzą, ale za grosz komicznego wyrazu tego nie nabrało, bo widać było na dzień dobry, że to fake. No, a tak poza tym wszystko naprawdę błyszczało łącznie ze wstawkami z kotem, który swoim zachowaniem mówił więcej niż tysiąc słów.

Podsumowując Uzaki-chan wa Asobitai! To naprawdę świetne anime, które przypadnie do gustu większości z was. Nie szukacie tu jakiejś głębi, a jedynie relaksu i świetnych sytacji. Seria ta wyróżnia się jeszcze tym, że bohaterowie są dorośli, a najczęściej to są nastolatkowie. No i co równie ważne mamy czynny udział rodziców, co należy też podkreślić jako odejście od reguły.     


Share:

Recenzja Metro Exodus

 Ostatnio mam szczęście trafiać na dobre produkcję. Zaglądając na bloga można mieć nieco inne wrażenia patrząc na wpisy z dlc do Fallouta.

Po przygodach w Indiach przyszła pora, aby ponownie ruszyć na pustkowia. Tym razem nie będą już to tereny Stanów, a naszego sąsiada Rosji. Musicie wiedzieć towarzysze, co jak co, ale postapo to oni mają o niebo lepsze niż ci cuchnący kapitaliści.


Żarty na bok. No z wyjątkiem faktów, że 4A Games mimo skromniejszego budżetu zrobiło o wiele lepszą grę. Czapki z głów. Zapytacie, ale co robią lepiej? Zacznijmy od tego, że Metro Exodus odwzorowuje świat bardzo, ale to bardzo wiernie.

Nie doświadczyłem tam, żadnej pseudo twórczej koncepcji zmieszanej z teoretycznie istniejącą architekturą. Jeśli scenariusz III wojny światowej by się spełnił to jestem przekonany, że świat wyglądał by tak jak pokazano to w ME. Oczywiście nie było tam potworów potocznie zwanych mutantami.


Lokacje w Metro Exodus są znacznie mniejsze, co pozwoliło na wypełnienie ich po brzegi zawartością. Każdemu, nawet mnie, udzielił się syndrom eksploratora. Czyszczenie map na maksa jest czymś tak oczywistym, że aż się zdziwię, że ktoś tego nie zrobił tego odruchowo.

Kampania jest dość krótka, bo zaledwie 15 godz. grania. Problemem nie jest czas sam w sobie, a to, że ma się ochotę na jeszcze więcej. Czuję, że wykupię dlc (patrzy na pusty portfel).

Każda misja to inny świat z własną historią. Raz trafimy na sektę amiszową, a innym razem trafi się na dno piekła i to dosłownie. Piękno i obrzydzenie przeplata się na każdym kroku. Nie raz można się zatrzymać w jakimś punkcie widokowym lub pomieszczeniu i podziwiać niesamowite detale.

Dodam, że to nie wszystko ma się rozumieć. Rozgrywka jest naprawdę krwista, ale lepiej nie być zbyt żądnym mordu. Doszedłem do momentu, który zainteresuje większość z was. Walka jest naprawdę satysfakcjonująca.

Dostałem dużą liczbę broni do wyboru. Każda daję inny efekt i to da się odczuć co bardzo mnie cieszy. Mało tego przerabianie splów i czyszczenie ich szybko weszło mi w nawyk. Dlatego zaprzyjaźniłem się z warsztatem błyskawicznie.

Zmiana części w broni palnej jest naprawdę sprytnie zaprojektowane. Przykładowo z zwykłego rewolweru można zrobić snajperkę itp. Generalnie, rzecz biorąc warto zbierać wszystko co się da, aby w czasie starć z mutantami lub bandytami  wyjść cało.


A skoro o nich mowa. Za dnia miałem mieć więcej czujnych ludzi, a za to zwierzyna będzie grzecznie spała. Mogę  się z tym połowicznie zgodzić. Raz udało mi się zaskoczyć latającego demona i władować mu całą serie w dupę.

Innym razem jak zmierzałem do jednego z punktów z misją fabularną nie mogłem się odpędzić od „gąbek” (potworów). Od razu dodam nie miało to styczności z wykonywanym q. Dopiero na poziomem łatwym można zauważyć subtelną różnicę dnia i nocy pod kątem liczby i rodzaju przeciwników.


Kolejną dość istotną sprawą jest pojemność magazynków. Byłem zaskoczony faktem jak mało można w nich pomieścić. Początkowo było to ok. 50 sztuk. Dopiero zmiana kombinezonu poprawiła tą sytuację.

Ciekawostką jest fakt, że w poprzednich częściach na poziomie średnim można było mieć ok. 200 amo. Pół biedy jak się walczyło z ludźmi, bo ci mieli swoje zasoby, gorzej jako to były moby. Jedyny wyjątek stanowi kusza. Bełty można wyciągać z truchła.

Dlatego tutaj ujawnia się drugie oblicze Metra. Skradanie się i cicha eliminacje. Taka zmiana taktyki to prawdziwy powrót do korzeni rodem z Tom Clancy's Splinter Cell. Posiadane przyrządy pomagają w określeniu, czy znajduje się w całkowitych ciemnościach lub świetle.

Warto jeszcze zaznaczyć na przykry skrypt jaki wprowadzili twórcy. Każdy przeciwnik zanim zdecyduję się zaatakować stoi jakieś parę sekund co umożliwia wbicia headshota. Trochę zbyteczne ułatwienie, ale co poradzić. Podobnie jest z "gąbkami".

 O ile walka z ludźmi nie zmienia się jak schodzi się z poziomem trudności to z mutantami już tak. Pierwsza rzecz to liczba ich. Od razu rzuci się w oczy, że jest ich mniej. Kolejną różnicą jest fakt, że zaczynają atakować na dystans. 

Co do cech łączących jest to, że zawsze na początku wystawiają się na odstrzał i jak wspominałem wyżej chłoną i to dość sporo amunicji.  

Przejdźmy teraz do fabuły. Tutaj też zachowano naprawdę wysoki poziom. Akcja ME zaczyna się w Moskwie, kończy na ziemi obiecanej. Można trochę to przyrównać do wędrówki Mojżesza.

W ciągu całej tej podróży poznamy lepiej każdego z Spartan. Mają oni naprawdę wiele do powiedzenia. Nie raz nie dwa, jak już chciałem zakończyć grę lub przejść do następnej misji, ale okazało się, że mają dużo, ale to dużo do opowiedzenia. W sumie każdy bohater towarzyszący jest gadułą.

Z jednej strony dobrze, a z drugiej obnaża problem z milczącym protagonistą. Nawet devowie robią sobie z tego jaja i podkreślają jaki on jest grzeczny i słucha zamiast drzeć mordę. Mnie osobiście to ani nie ziębi ani nie grzeje.


Jedynie odebrałem to jako cięcia w budżecie i próbę utworzenie lepszej możliwości wcielenia się w Artiemia. W czasie podróży będzie parę zwrotów akcji, których się nie spodziewacie ewentualnie zastanowicie coś tu nie gra.

Tak jak pisałem wcześniej każda mapa to inna historia z własnymi celami. Podobnie jak w stacjach metra społeczności żyjące tam są naprawdę niepowtarzalne. Nie da się ich pomylić, a do tego gdzie nigdzie trafi się na ciekawą osobistość.

Istotą rolę odgrywa sam pociąg Aurora. Momenty spędzone w tej strefie przejściowej wspominam najlepiej. Można się tam wyciszyć i praktycznie nie miałem ochoty stamtąd wychodzić.

W samej fabule nie zabraknie wątków rodem z klasyki literatury, gdzie musi wyjść na wierzch dramat lub ukazanie ważnych chwil wymagających odpowiednich decyzji. 

Przyszła teraz pora na wszystko to co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Z innych aktywności warto ratować napotkanych ludzi. Dzięki temu dostajemy bonusy i istotne informacje.  

Ostatnim wątkiem jest umieszczanie dużej liczby stert ze ludzkich zwłok. Gdy trafiłem na to raz za razem byłem pod wrażeniem jaki tworzyło to klimat. Potem długo nic… Znaczy się był to tu to tam szkielet lub coś innego. Lecz na końcu spamowali tym jak EA mikrotransakcjami.

Zamiast szoku, strachu, czy smutku to czułem obojętność wobec pozostałości zbrodni jakie miałem okazję ujrzeć.

Podsumowując. Metro Eksodus to naprawdę wybitne dzieło, w które powinien zagrać każdy miłośnik postapo. Mamy tu realistyczny świat wypełniony po brzegi w bogatą zawartość. Historia wciąga jak bagno. Walka jest naprawdę dopracowana. Jedynie czego można się czepić to kiepskiej animacji twarzy i błędów z fizyką. Ocena końcowa to nic innego jak 9/10.

Share:

Recenzja Ucharted 4: Zaginione dziedzictwo

 Krótka, czy długa gra? Odwieczne pytanie jakie zadają sobie gracze i twórcy. Z jednej strony dobrze by było, aby trwały jak najwięcej. Lecz, czasami miło jest zaliczyć coś na jednego strzała. 

Taką grą jest właśnie Ucharted: Zaginione dziedzictwo wydany jedynie na Ps4. Nie zapomnę pierwszych minut gry. To było, ba jest czymś w rodzaju tsunami wysokiej jakości oprawy graficznej.

Wszystkie szczegóły na budynkach, światła i odbicia w kałużach to była po prostu magia jaką mogli zrobić tylko ludzie z Naughty Dog. Warto jeszcze zauważyć jaką dbałość włożono w takie elementy jak mimika twarzy lub fakt, że jak jedna z bohaterek musi coś odłożyć to widać  jak to robi zamiast znikać w „nicości’.

Smaczków tego typu jest o wiele więcej, co nadaje pewnej wiarygodności. Oczywiście nie zabrakło baboli typu przenikające obiekty lub nadnaturalnych umiejętności postaci i śmiesznych błędów z fizyką.

Skoro zacząłem od formy, a nie treści to muszę zwrócić uwagę na inspirację lokacjami z Madagaskaru. Indie trochę je przypominały, a jedyna otwarta lokacja to już do bólu wyglądała tak samo jak w Kresie złodzieja.

Zaryzykuje i stwierdzę, że była nawet większa. Swoją drogą jak tam trafiłem to nawet się na chwilę zaciąłem, ale jak już znalazłem właściwy trop to poleciało już z płatka. Zanim przejdę do fabuły warto dodać, o dość już popularnym trybie fotograficznym, który jest już praktycznie standardem.


Co chwilę się zatrzymałem, aby podziwiać widoki. Nawet sami twórcy chcieli zaakcentować to i
Chloe znana z drugiej części serii cyka focie co jakiś czas. Jak dla mnie jest to najładniejsza produkcja 2020 r. jaką ograłem. No dobrze, a teraz o fabule.

Tutaj też zaliczyłem niespodziankę. Ani złą ani dobrą neutralną. Uncharted przyzwyczaiło mnie do tego, że zaczyna się od jakiejś sceny pełnej adrenaliny, a potem mamy cofnięcie do początku.

Tutaj nie było czegoś takiego. Nie znaczy to, że od razu jest nuda, bo kampania jest na to za krótka. Zajęło mi to jedyne 6 godzin na poziomie średnim. Głównymi protagonistkami jest wspomniana Chloe Frazer, i antagonistka z U4 Nadine Ross i jeszcze ktoś.


Nie będę psuł wam niespodzianki, bo jest naprawdę miła. Celem głównym jest jak zwykle starożytny zabytek, o sporej wartości. Standard, a do tego kolejny watażka chce, go zdobyć dla siebie.

Jak łatwo się domyśleć wiąże się to z walką z hordami najemników i na końcu z samym złowrogim przydupcem. Sama walka praktycznie niczym się nie różni od tego co znamy w podstawce. Choć jest pewien paradoks. Z jednej strony wrogowie stają się stosować różne taktyki z całkiem niezłym skutkiem, a z drugiej... No cóż, można im wisieć przed nosem i stwierdzą, że nic nie widzą. Taka ironia jak widać.

Przyjże się teraz relacją pań. No tutaj mamy coś w rodzaju od nie cierpię cię do moja najlepsza przyjaciółko. A gdzieś pośrodku będzie poruszanie ważnych spraw osobistych i ocean empatii itp.


Osobiście mnie to nie przeszkadzało, ale jak się na tym człowiek zastanowi, choć sekundę to widzi, że nie trzyma się to kupy. No, ale kto powiedział, że musi być, aż tak realistyczne. Na sam koniec co nieco o balansie akcji i eksploracji.

Mamy tutaj stanowczo więcej spokojnych momentów jak się zrobi analizę. Na szczęście nawet tego nie czuć. Liczba ciekawych rozmów między paniami, a nawet monologi samej ze sobą są na tyle przyjemne, że nie zwraca się uwagi na ich częste czasy antenowe.

Paradoksalnie ma to jeden duży plus! Sam finał dużo dzięki temu zyskuje. Włożono tam tyle kaskaderskich scen, że nie sposób oderwać oczu od tego co się dzieje na ekranie. W sumie bardzo dobrze. Nawet walka z bossem nie była tak upierdliwa jak w U4, co należy pochwalić.

Czy warto zagrać Ucharted: Zaginione dziedzictwo? Nie mam co do tego wątpliwości, że tak trzeba. Jest to naprawdę warta uwagi pozycja, która stanowi kropkę nad i tej serii. Ocena końcowa 9/10.

 

 

Share:

Recenzja Fallout 4: Nuka-World (PC)

Ostatnie DLC z Fallout 4 za mną! Na reszcie za mną! Co za ulga, ludzie naprawdę jak mi ulżyło. No a teraz przejdźmy do omówienia. 

Zacznę od najważniejszego to wciąż Fallout 4 i nic po za tym. Nie róbcie sobie nadziej, że tym razem zobaczycie coś lepszego. Chociaż wszystko zależy od tego jak się to zinterpretuje. Pierwszy raz od x godzin miałem ochotę trochę pomyszkować po świecie. 


Jeśli jesteście ciekawi co tam znalazłem zapraszam na Instagram. Wróćmy jednak do meritum. Fabularnie jest to przeciętniak z kiepskim zakończeniem. Mówiąc w żołnierskich słowach. Od zera do uber szefa. 

Dość zwięźle to ująłem. Przydało się by to rozszerzyć choć odrobinę. Nuka World to lunapark, który w większej części jest opustoszały lub zajmują go różni „mieszkańcy”. W poszczególnych miejscówkach mamy do zrobienia całkiem sporego q. 

Nie są one jakoś szczególnie rozwinięte, ale warto poeksplorować i przejrzeć poszczególne terminale. Prawdziwe smaczki są właśnie tam ukryte. Sporo można się z nich dowiedzieć. Od samych aktywnych bohaterów dostaniemy co najwyżej klasyczne zlecenia. 


Jak widać szału nie ma. Lecz o dziwo jest coś wartego poświęcenia waszej uwagi. Pierwszy raz w tej części mogliśmy zobaczyć tak spójną otoczkę, czyli budynki itp. Nic z sobą się nie kłóciło ani nie wrzeszczało: co za kicz! 

Tutaj było coś zgoła innego. Człowiek mógł wreszcie poczuć zew urbexu. Dzięki temu przeleciałem parę lokacji i przyśpieszyłem późniejsze wydarzenia w misjach fabularnych. Co do walki i rozwoju nic się nie zmieniło względem samej podstawki, a więc nie będę się o tym rozpisywał w tym tekście. 

Jedyną nowością to nowe zmutowane zwierzęta. Na koniec tego krótkiego jak ten dodatek tekstu. Najciekawszymi miejscami jest nawiedzony dom i strefa z zamkiem. W każdej z tych miejsc jest ktoś kogo warto poznać. 


Na koniec jeszcze o samym finale, po wygranej z „bossem”. Gra nie sygnalizuje, że to koniec. Może ktoś się czepiać, że widać to wyraźnie, ale zaraz zaczyna się ekspansja na wspólnotę i przejmowanie tam wszystkich wolnych gospodarstw i siedzib samych bandytów. 

Przez ten zabieg można dać się zrobić w błąd i grać jeszcze przez parę godzin. Podobnie jak w zadania zlecane przez pewnego „minutnika”.  

Czy warto zagrać w Nuka World? Jak ktoś lubi Falloat 4 to w sumie może, bo nie jest to aż tak tragiczne jak z DLC Mechanikiem, a zrazem wydaje się nawet przemyślane na swój sposób.  


Share:

Recenzja Automatron dlc do Fallout 4 (PC)

 W ostatnich tygodniach, a może miesiącach wydawcy „płaczą”, że gry utrzymują cenę na pułapie cenowym 60$. Fakt, że model płatności się zmienił i nie tylko sprawia, że się chce człowiekowi śmiać.

Po tym wstępie możecie sądzić, że rozpiszę się tu o wyzysku i kolejnej próbie dojenia z kasy graczy. Po części tak będzie…, bo jak można nazwać pobranie opłat za „dlc” Automatron? Jedno z gorszych rzeczy jakie miałem okazję zagrać w tym roku. Na dzień 07.09 br. na steam kosztuje ta „przyjemność” jedynie 44.99 zł.

Od czego zacząć? No tak, cała „kampania” to nic innego jaki wielki feedex! Nie będzie to spoilerem, a przestrogą przed zagraniem w ten dodatek. Jedyne co trzeba zrobić w ramach tej nowej przygody to podążać od punktu do punku. Oczywiście czekają tam atrakcję w postaci hord przeciwników.

Nie zabraknie drobnych odskoczni od tej monotonii w postaci dwóch robotów, z czego jeden będzie nowym towarzyszem, a drugi postacią drugo planową. Największą innowacją jest możliwość budowania pomocników. Blaszaki te mogą służyć nam jako mobilni tragarze lub będę skutecznymi obrońcami.

Jeśli ktoś bawi się w rozbudowę swojego osiedla, farmy lub schronu to się na pewno ucieszy dla pozostałych w tym i mnie jest to jedynie ciekawostka. Jeśli miałbym na siłę doszukiwać się jakiś pozytywów to okolice w które kierują misję zachęcają do eksploracji.

Oczywiście nie przesadzajmy dość często doświadczy się przemiału znanych lokacji, ale jako się uda w końcu coś odnaleźć to jest na czym oko zawiesić.

Jedyne co mnie zaskoczyło to rozmowa z finałowym bossem. Nie będę mówił co i jak, bo jest to jedyna rzecz, która jako tako się trzyma kupy. Przejście całości powinno zając wam nie więcej niż 2 -3 godziny. Wszystko zależy od tego jak mocni już jesteście.

Czy warto zagrać? Na pewno nie! Za wspomniane 44.99 dostajemy absolutne nic. Takie coś powinno być integralną częścią podstawki. Ludzie i tak by określili to zapychaczem, ale przynajmniej nie trzeba było dopłacać do tego chłamu.

Na sam koniec dodam, że pojawi się jeszcze tekst o Nuka-World. Rzekomo jest to najlepsze rozszerzenie. Mam nadzieje, że choć tu będzie co robić. Na sam koniec małe ogłoszenie recka NW będzie ostatnim tekstem z gier na PC, kolejne wpisy będę dotyczyć jedynie produkcji na konsole.

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie