Wrócę teraz do kampanii. Nie jest ona, aż tak dobra jak jej poprzedniczka. Nie chodzi tu nawet o syndrom trylogii, gdzie czuć, że to co najlepsze dopiero zacznie się w kolejnej części. Odniosłem wrażanie, że za mało jest elementów nadających niepowtarzalności temu uniwersum.
-
Recenzje
Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo
-
Manga i anime
Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj
-
Filmy i seriale
Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć
-
Publicystyka
Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem
Recenzja Deus ex Rozłam ludzkości (PC)
Ostatnio wzięło mnie na ogrywanie tytułów w odwrotnej kolejności. Szczęśliwie nie ma to większego znaczenia dla odbioru fabuły.
Żeby nie było, pierwszą część rebootu Deus ex podobnie jak reszta ograłem niedługo po premierze. Jednak przerwa między początkiem trylogii, a drugą częścią jest dość spora i dlatego dodano filmik streszczający wydarzenia.
O dziwo dużo lepiej robią to bohaterowie zarówno ci nowi jak znani weteranom serii. Wyjaśniają najważniejsze przyczyny, które spowodowały, że ulepszeni są traktowani jako obywatele drugiej kategorii. No i co najważniejsze skąd wziął się nasz protagonista.
Ilość razy kiedy jest to wałkowane sprawia, że i bez grania wie się wszystko, czy komuś się to podoba, czy nie. Natomiast sama fabuła w głównej mierze rozgrywa się w Pradze. Miasto jest jakie jest, czyli małe i tylko z jednego mieszkania można zauważyć coś charakterystycznego dla stolicy Czech.
Resztę budynków uznałbym co najwyżej za umowne. Piaskownica, a raczej mrowisko posiada liczne korytarzyki. Jest ich na tyle dużo, aby odkrywać to ciągle nowe lokacje. Nie zabraknie jeszcze innych miejscówek do odwiedzenia, ale będą one tylko małą odskocznią od centrum miasta.
Wrócę teraz do kampanii. Nie jest ona, aż tak dobra jak jej poprzedniczka. Nie chodzi tu nawet o syndrom trylogii, gdzie czuć, że to co najlepsze dopiero zacznie się w kolejnej części. Odniosłem wrażanie, że za mało jest elementów nadających niepowtarzalności temu uniwersum.
Co prawda jest odseparowane getto dla ulepszonych, ale jakoś czułem niedosyt w tej całości. Sztandarowa lokacja mająca pokazać całe zło tego świata, było jak wydmuszka, czy inną makieta. Co jakiś czas zauważałem, jak to policja kogoś bije lub się kłóci, ale wszystko to było, jak przejście się po domu strachów w wesołym miasteczku.
Tutaj hukło tam błysnęło tak, aby zrobić odpowiednie wrażenie w wskazanym momencie. Brakowało w tym życia, a raczej iluzji, która miała takie wrażenie sprawić. Zamiast tego dostałem manekiny, które coś próbują zrobić.
Najbardziej rzucało mi się w oczy, jak kończył się skrypt odpowiadający za panikę. Najpierw kulą się chowają, czy drżą, by po chwili przestać jak za sprawą magicznego guzika przełączyć ich w standardowy tryb animacji.
Dobrze, że choć bohaterowie główni i drugoplanowi radzili sobie w miarę dobrze. Fabuła jest sensownie napisana. Sam główny wątek starcza na zaledwie kilka godzin, ale robiąc misje poboczne, które też są niczego sobie. Dzięki temu zabawy trochę przybywa. Skoro już przy tym jestem.
Normalnie misję można wykonać w całości od razu. Tutaj zrobiono to inaczej, podzielono je na części. Jednym z ciekawszych przykładów jest powiązany z rozbudową Adama o nowe wszczepy.
Devowie dali do wyboru dodanie kalibratora i hulaj duszo piekła nie ma lub wyłączanie poszczególnych ulepszeń, aby uniknąć trwałego uszkodzenia. Po kiego grzyba taki wybór? Sama bateria zasilająca ciało Jensena jest sporym ogranicznikiem. Więc nie ma co się obawiać, aby nagle gracz stał się bogiem. Jak się zdobędzie nowy sprzęt nie można od tak go wstawić. Sam mechanik musi zaprosić na kolejną wizytę.
W tym kontekście umieszczanie komunikatu: wszelkie niedokończone aktywności poboczne, przepadną jest bez sensu. Jak ma się to stać skoro i tak nie da się ich zrobić od ręki? Nie zabraknie też podkategorii ciekawe miejsca w których są side quest’y. Jedynie strzelnica jest tym, czym miała być.
Sytuacja ma się nieco inaczej w kwestii misji fabularnych te idą swoim torem i nie ma się jak do nich doczepić, bo cały czas odsłaniają jeden rąbek tajemnicy, a jednocześnie chowają coś przed graczem. Najbardziej zaskoczył mnie sam finał. Za pierwszym razem męczyłem się z bossem dość długo. Okazuje się, że jest jednak prostszy sposób.
Na piętrze w którym rozmawia się z Mielerem jest wyłącznik Marczenki. Jednak, aby go znaleźć trzeba o nim po prostu wiedzieć, bo jest tak ukryty, że mało prawdopodobne, aby się go zauważyło.
W trakcie całej kampanii najwięcej czasu zeszło na dyskusjach i skradaniu. O ile to pierwsze jest łatwe, bo dzięki wczepom można przejść je ciemno to samo przemykanie się wymaga już jakiegoś skilla. Początkowo sądziłem, że będzie jak zawsze, czyli poleci się na rambo i po problemie.
Szybko odniosłem wrażenie, że to nie jest to i trzeba jakoś to urozmaicić, a tak szczerze? Skradanie jest o niebo łatwiejsze. Sama sztuczna inteligencja jest tak głupia, że może wpaść na niewidzialnego Jensena i nic nie zrobić. Natomiast jak zacznie strzelać to rozwala całe otoczenie. Dobrze to widać w banku. Wystarczy, że zrobiłem raban na trzecim piętrze i schowałem w wentylacji, aby npc poniszczyły wszystko co się da na…. parterze. W sumie wszędzie tam, gdzie było to możliwe.
Natomiast jak już wzięła chęć na pobawienie się w Stalone'a to nie było źle. Wrogowie reagowali nawet sensownie, ale łatwo podstawiali się pod strzał w głowę. Choć gra wyraźnie promuje ciche przejście, bez zabijania.
Najlepsze jednak zostawiłem na koniec. Błędy, o prócz tych błahych jak przenikanie obiektów trafiłem na tworzenie się „tuneli” składających się z rozciągniętych tekstur. Mało tego dwa razy ukazał się nowy ekran śmierci (bluescreen). Takich cudów wcześniej nie miałem.
Podsumowując Deus ex Rozłam Ludzkości to średniak, który zapewni dobrą zabawę, ale nie powala na ziemię. Próbuje natomiast złapać parę srok za ogon i udawać, że jest o wiele ambitniejszy niż w rzeczywistości. Szkoda tylko, że zastosowano to wiele uproszczeń, których nie powinno być widać. Ocena końcowo 7/10.
Harry Potter i Kamień Filozoficzny kiedyś i dziś, czyli jak się to wszystko zestarzało.
W dniu wczorajszym 14.10.br. zmarł odtwórca roli Hagrida z filmów o młodym czarodzieju Harrym Potterze, a mowa tu o Robbie Coltrane. Przykra to wiadomość. Zmotywowało mnie to jednak do napisania tego tekstu. Dokładniej rzecz biorąc chodzi o powrót do pierwszej części, która miała premierę w 2001 r.
Harry Potter i Kamień Filozoficzny, rany jak ten czas leci, a film jest równie przyjemny jak w momencie kiedy to się wybrałem z rodzinką do kina. Magia wciąż tkwi w tej produkcji. Prawdopodobnie przemawia przeze mnie nostalgia, ale nic na to nie poradzę.
Zacznę od tego, że po poznaniu całej historii jaka została napisana w sadze inaczej się patrzy na wszelakie wydarzenia i motywy działania bohaterów. Zaczynając od tego jak Snape pyta Harrego, aż po świąteczny prezent jakim była peleryna niewidka. Dobrze, że nie dostał kamienia do przywoływania zmarłych.
Wtedy czyli dwie dekady temu wiele rzeczy było niezrozumiałe, czy też niewiadome. Teraz wszystko nabrało większego znaczenia. Co zaskutkowało zauważeniem pewnych dziur w logice tego uniwersum. Niech za przykład wezmę dorobienie Dudley’owi świńskiego ogona przez naszego kochanego gajowego.
Użycie magii poza jest zabronione? Jest? Jest! Mimo to dopiero parę tomów dalej wyciągnięto konsekwencję za podobny występek Harremu za podobne wykroczenie. Lecz teraz jest spoko nic się nie stało. Fakt, że będzie usuwany chirurgicznie ogonek nie ma znaczenia. No dobrze, chodźmy dalej. Bank czarodziejów, tak jest, co widać jak wchodzi tam protagonista? Żydów…, chwila nie to gnomy. Wielka afera bodajże z tego roku. Całe zmieszania wywołane z czyjejś ignorancji i braku znajomości źródła na jakim się wzorowano przy tworzeniu tej rasy.
Scena w sklepie z różdżkami, tak niby idzie wielkolud po prezent, ale czego nie ma w filmie, a jest w książce sugeruje się problem z alkoholem. Innej natury, bo technicznej jest złamanie iluzji świata przy nagrywaniu sceny kiedy stoją przed wejściem do ulicy Pokątnej. Wyraźnie można tam zobaczyć jak kamera filmuje małe pomieszczenie w studiu. Widać, a jakże górną część dekoracji udającej ściany.
Kolejną ujęcie, które ma pewien problem w postprodukcji jest walka z trollem. Same efekty CGI zestarzały się nawet godnie. Tylko na miłość boską. Widać tam, że Hermiona oberwała maczugą. Jednak jakimś dziwnym trafem nic się nie stało. Ciekawe czemu?
Wrócę teraz do kolejnego absurdu świata Harrego Pottera. Wielokrotnie pada stwierdzenie, że szkoła jest bezpieczna. Jednak na dzień dobry dyrektor wspomina o zakazanym piętrze. Groza, niebezpieczeństwo i co gorsza… możliwość zostanie wywalonym z Hogwartu. Czyli jednak coś nie za bezpiecznie tam jest, prawda? Lecz na pewno zabezpieczono tamten obszar, aby nikt nie wszedł tam przez przypadek.
Nie muszę pisać jak naprawdę mają się sprawy? Natomiast im dalej w las tym więcej drzew, bo do psa bez problemu dostać się można znając jedynie podstawowe zaklęcie. Sama Hermiona, o tym mówi jakby ktoś nie wierzył.
W ciągu roku uczniowie dostają punkty. Dom, który dostanie ich najwięcej wygrywa. Wszystko wydaje się mieć sens, bo są zajęcia egzaminy itp. Jednak i to jak widać i to jest zrobione na pól gwizdka. Bo jak inaczej nazwać rozdanie punktów na sam koniec? Żeby dodać chamskiego posmaku widać było po dekoracji kto tak naprawdę wygrał.
Wynik jednak był ustawiony jak na konkursach na posadę w instytucjach państwowych. No mniejsza z tym. Pierwsza część wyróżniła się też meczem Quidditcha. To jedyny taki mecz kiedy poświęcono tyle czasu samej grze drużyn. Natomiast HP dostaje tam marginalny czas antenowy. Jak się zastanowić nad punktacją to się szybko człowiek połapie, że nie chodzi tu o wynik wszystkich zawodników, a jedynie szukającego. Przy trzymaniu się zasady, że za znicz dostaje się 150 pkt. powoduje, że wszelkie bramki nie mają znaczenia. Żadna z drożyn praktycznie nie jest wstanie wygrać bez złapania złotej piłki. Więc tak naprawdę wszelkie starcia drużyn sprowadzają się jedynie do roli zapychacza czasu.
Na koniec zabawne, spostrzeżenia z filmu. W momencie kiedy Hermiona pokazuje się pora pierwszy można zwrócić uwagę na to, że teren za jej plecami się nie rusza. Dalej jest w sumie jeszcze lepiej. Na ławeczce stojącej na stacji można zauważyć tabliczkę z napisem Hogsmeade. Dziwne, czyżby nie za wcześnie ta nazwa się pokazuje?
Przesunę się teraz do uczty w wielkiej sali, gdzie miał swój debiut sir Nicolas. Bracia Rona są obecni, a Persi wita się z wspomnianym duchem. Nie przeszkadza to jednak Ronowi zachować się jak człowiek z upośledzaniem i udać, że nie słyszał swojego braciszka i raz jeszcze przedstawia zjawę.
Nie byłbym sobą jakbym nie dołożył tej cegiełki do głupotek jakie zobaczyłem w samym finale. Zacznę od szachów. Liczne zbliżenia zabawne zachowania Hermiony i w końcu wielka przemowa Ronalda o poświęceniu. Cóż z tego, że to figura, a nie on został, poświęcony? Musiał i tak z wrzaskiem zlecieć na podłogę jak kłoda. W pierwszym starciu Voldiego z Harrym tez wystąpiła sytuacja powodująca faceapalm. Pragnę zwrócić waszą uwagę, że przed rozdzieleniem w lesie widać zakapturzonego typa. Dziwnym trafem nikt tego nie zauważa. Powiem szczerze, że mimo faktu, że film widziałem wiele razy to dopiero teraz na nowym telewizorze go dostrzegłem.
Idziemy dalej z tym koksem, czemu nie użył magii do zabicia Harrego w samym finale? Natomiast jedynie zagrodził przejście w podziemiach? Tylko co tam się stało? Jakby ktoś tylko słuchał, a nie oglądał wszystko by się trzymało kupy. Jednak skoro ochronna była w skurzże protagonisty, to czemu dał rade go dusić? Nagle buffy zniknęły? Natomiast wystarczyło użyć dłoni, a by ten zaczął się spopielać? Trochę to głupiutkie.
Ostatnią rzeczą jaka rzuca się w oczy jest gra Emmy Watson (Hermiona) przez cały film rzuca swoimi firmowymi minami, a raczej jedną. Trochę jak ta Galadriela z Pierścieni Władzy. Co do reszty aktorów nie mam jak się przyczepić, bo nie są w swojej grze aktorskiej tak charakterystyczni jak ona.
Na tym kończę ten felieton jak widziałem film kiedyś, a jak teraz kiedy człowiek jest starszy i wie więcej o samym uniwersum. Podzielcie się w komentarzach jakie macie wrażenia po powrocie do tej produkcji po latach.
Recenzja filmu Ghost in the Shell (1995 r.)
Przyszłość, co w niej zastaniemy? Dokąd zmierzamy? Autorytety, analitycy próbują nam wmówić, że wiedzą co się stanie. Czy jednak nie jest to tylko gra pod publiczność?
Kiedy na Miedzianej Górze odbywał się w szkole przedostatni konwent Jagacon nie widziałem, że przeżyje coś niezwykłego. W sali kinowej miał polecieć nic mi nie mówiący film Ghost in the Schell. Ciekawostką jest, że jego poprawnym tytułem jest The Ghost in the Shell.
Pamiętam to jak dziś, po pozornie zwyczajnej scenie akcji w cyberpunkowym uniwersum zostałem zwalony najniezwyklejszą ścieżką dźwiękową jaką dane było mi usłyszeć w życiu. Nie będę tu zgrywał i obwoływał znawcę. Wprost przyznaje, że zrobiłem research przed napisaniem recenzji.
Początkowo Kawai - sama chciał wykorzystać chór burgaski. Mimo początkowych planów zdecydował się na zespół z którym już pracował. Dodam na marginesie, że pochodził z Japonii. Pieśń, czy też lament wykonywany jest na weselach. Zgodnie z wierzeniami ma to wypędzić zło czekające na nowożeńców. Mimo tak sporej zmiany Kawai - sama zachował co nieco z pierwotnego planu, co dość wyraźnie słychać w wysokości tonów i współgrających motywach mocno opartych na burgaskich pieśniach ludowych.
Po tym, krótkim wstępie przejdę do omówienia samej fabuły. Ghost in the Shell to nie film dla każdego. Nie chodzi tu nawet, o dość klasyczną kreskę, czy samo tempo i rozwój wydarzeń. Na pierwszy plan wyleci niczym tsunami główny motyw, który będzie bardzo mocno eksplorowany.
Czym jest życie? Jak możne je zdefiniować i co ważniejsze. Na czym opiera się pewność kim jestem. Brzmi to jak zbitka pytań i myśli pseudo myśliciela, co zjadł świeczkę i siedzi w ciemności.
Jeśli jednak jesteście gotowi na ostrą jazdę i nie boicie się szukać odpowiedzi na trudne pytania to czekać was będzie prawdziwa uczta. Oprócz tego co napisałem, a będzie to tłem i motorem napędowym tej historii dodać należy istotę uniwersum cyberpunka.
Korporacje, bo o nich mowa zawsze odgrywają istotną rolę we wszelkich produkcjach zaliczających się do tego gatunku. Główna bohaterka Kusanagi Motoko jest częściowo biologicznym cyborgiem.
Wraz z swoim towarzyszem Batou - dono działają w jako partnerzy w Sekcji 9.
Jak ktoś niewdzięcznie napisał jest to klasyczny duet. Opanowany facet i narwana kobieta, doprawdy gorzej ująć się tego nie dało. Pani Major daleko to bycia nieokrzesaną. W całym filmie pokazuje, że wszystko co robi jest przemyślane. Potrafi ocenić sytuację i podejmować decyzje w ułamku sekundy.
Finał, który jest niejednoznaczny. Może zasugerować coś innego, ale świat w którym biologicznego ciała w człowieku jest tyle co soku w „soku” można dojść do dość klarownego wniosku. Cyber mózg jaki posiada protagonistka pozwala znacznie szybciej przetworzyć informację jakie posiada.
Oprócz nich działa równolegle Sekcja 6, a co łączy ich? Próbują odnaleźć najsłynniejszego hakera na świecie Władce Marionetek. Początkowo się to ze sobą kłóciło, ale w dość krótkim czasie wszystko wyjaśnia. Aby lepiej zrozumieć, o co w tym chodzi, trzeba zrozumieć znacznie pełnego tytułu: The Ghost in the shell.
W wolnym tłumaczeniu będzie to Duch wewnątrz muszli. Dopiero znając poprawną wersję i angielski można w pełni pojąć w czym rzecz. Ten tak zwany duch to nic innego jak świadomość. Przedrostek the oznacza ten konkretny jak np. słońce – the Sun. Oczywiście można tego łatwo się domyśleć w czasie seansu.
Władca Marionetek nie jest tym na kogo się wydaje, ba tam nic nie jest tym, czym być powinno. Pozornie można zaszufladkować to jako pierwszy lepsze kino sensacyjne, ale tak nie jest.
Wraz z rozwojem śledztwa i działań zakulisowych Sekcji 6 i władz podziwiałem piękne miasto. Musicie wiedzieć, że w trakcie seansu będą wprowadzane przerywniki. Nie będą one się śpieszyć, a za to pozwolą o wiele bardziej chłonąć temu już i tak gęstemu klimatowi. Co niektórych może to rozdrażnić, ale warto zachować otwarty umysł na inny styl prowadzenia narracji.
Między burzliwym początkiem i końcem mamy sporo pytań i rozważań. Jednak to co ujęło mnie to relacja między Batou - dono i Major (Motoko). W małych gestach wielkoluda widziałem wielkie serce i szacunek jakim obdarzał swoją partnerkę. W ich rozmowach widać było, że stara się ją zrozumieć, a nie tylko oceniać itp.
Wrócę jeszcze do Władcy Marionetek. On jak przyzwyczaiłem się go określać jest wyjątkowo złożoną osobowością. Powiedzieć, że jest wyrazisty i przepełniony motywacja to jak nic nie powiedzieć. Zgrabnie odbijał oskarżenia, czy jest żywą istotą, czy programem. Posłuchacie jego odpowiedzi, bo są wyjątkowo celne.
No dobrze, a co z tymi złymi, bo jacyś muszą być i wiecie, że są? Ok., bez śmieszkowania to co ich wyróżnia jest fakt, że są zwyczajni. Ich brak teatralności w zachowaniu nie wynika z scenariusza, czy innego projektu, a formy.
Wszystkie sceny główno planowych, epizodycznych, czy zwykłych ludzi poruszających przez miasto jest realistyczne. Bogate szczegóły i sposób zachowania robią naprawdę wrażenie. Widać, że na niczym nie oszczędzali, no prawie. Po przez skupienie się na realizmie jak dodano można było osiągnąć taki łączny efekt.
Jest jednak pewien zgrzyt w animacjach, bo z jednej strony mam klasyczne „ruszające się usta” i jednocześnie widać jak nie raz i dwa są widoczne nawet najmniejsze grymasy. Jednak największym majstersztykiem w grafice wykazali się w samym finale, gdzie wszystko dosłownie „żyje”.
Na koniec parę spostrzeż, na pierwszy rzut wezmę cenzurę jaką dodano. Japończycy stosują sporo wersji cenzury na nagość. Do najbardziej popularnych zaliczyć można mozaikę lub promyki wzdłuż sutków. O ile te są łagodniej traktowane to drugie jest bezwzględnie usuwane (ale suchar). W pierwszych scenach usunęli z oppai te niemoralne elementy, aby potem je pokazać w pełnej okazałości.
Następnie warto przesłuchać kwestii jaką wypowiada śmieciarz po gwałtownym hamowaniu. Słychać tam wyraźnie, że nagrywano ją w niewycieszonym pomieszczeniu. Kolejnym smaczkiem jest walka z pierwszą marionetką. Była ona inspirowana Virtua Fighter 2, powodem było ogrywanie przez Oshii ta produkcję.
Podsumowując Ghost in the Shell stara się osiągnąć wiele i udało się to w pełni. Film jest legendą w pełni zasłużoną. Po pierwszym obejrzeniu miałem sporo do przemyślenia. Teraz jak ponownie obejrzałem wciąż jest naprawdę dobrze i jeszcze bardziej doceniam to dzieło.
Ocena końcowa 10/10.
Recenzja Mafia Edycja Ostateczna (Xbox Series X)
Mafia Remaster jest dokładnie taka jak zapamiętałem jedynkę. Można było tak powiedzieć, gdybym kierował się nostalgią i grał w tę produkcje w okolicy premiery. Natomiast swoją przygodę zacząłem dopiero od część drugiej i dopiero potem sięgnąłem po część pierwszą.
Sporo się zmieniło zaczynając od aktorów podstawiających głos, aż po sterowanie i mechaniki kończąc. Na tym lista zmian się nie zamyka. Oprócz takich nowości jak motory dokonano pewnych korekt w samych misjach i lokalizacjach.
Na słynnej stacji benzynowej zamiast rudery postawiono odpicowany „pensjonat”. Natomiast denerwujący pies zniknął. Za to kibel, który powinien być zaraz koło drzwi prowadzących na taras został przeniesiony na drugą stronę korytarza. Liczba przeciwników też została jakoś pomniejszona i do tego zabija się ich bardzo łatwo podstawą spluwą. W oryginale już do dyspozycji jest cięższy kaliber, a do tego na końcu pojawiał się przeciwnik, który mimo zabicia powraca ponownie po przerywniku.
Inną zmianą jest pierwsze pokazanie się Moreliego, który w oryginale zabija po przez walenie łbem nieszczęśnika o auto, a tu korbą go wykańcza. Nie wspominając o tym, że ustawienie ulic było inne. Jak już przy tym jestem kiedy Tomek Anioł trafia do baru Safialeri kolesie którzy go gonią wchodzą do środka.
Tutaj zamiast tego odchodzą cali i zdrowi czego nie było w oryginale. Aby urozmaicić pierwszy pościg jak i kolejne na ulicach wstawiono specjalne punkty dzięki którym wrogowie są spowolnieni po przez zderzenie się z jakąś przeszkodą. O ile sam pomysł jest samo w sobie dobry to już te przejścia filmowe za bardzo wyrywają z klimatu gry. Niestety jest ich więcej i czuć to od samego początku kampanii.
Po takim wstępie wydawać się mogło, że nową mechanikę będzie się wykorzystywać częściej. Lecz postanowiono zrobić niespodziankę. Wspomniane pomoce stoją na ulicach, ale tak rzadko, że praktycznie zdążyłem o nich zapomnieć.
Zmieniono też słynny wyścig. Po pielesze model auta jest inny, ale mniejsza z tym. Nie trzeba się przejmować już jego zniszczeniem w czasie kradzieży ani samego wyścigu. Sporym plusem jest komentarz prowadzącego, który na bieżąco informuje kto jest na prowadzeniu.
Błędy co tu nie mówić są elementem stałym każdej marki. Jednym z moich ulubionych jest wojna klonów. Fakt, że modele postaci się powtarzają to jeszcze nic. Gorzej to wygląda jeśli coś takiego pojawi się w czasie misji i zacznie się spamować.
Jeśli komuś mało to jeszcze będzie błąd w kolizji. Nogi npc lubią utknąć w ścianie, a jeśli komuś mało dostaje taki biedak drgawek sporego kalibru. Niedociągnięć tego typu jest więcej nie tylko z typkami co zaczepiali Sarę.
Ku memu rozbawieniu w czasie rozmowy z Donem garnitur Tomiego ożył i zaczął żyć własnym życiem. Innymi błędami jakie spostrzegłem, była policja, która od tak zniknęła i z tego wrażenie ludzie idący po chodniku też. Dobrze, że nie wszyscy.
Jeszcze jeden kamyczek, Czemu ochrona z jednego z zadań ciągle chce mieć wolne i powtarza to każdy jeden, a w innym q mamy non stop klepaną kwestie jak tylko przejmiemy władzę. Kurczę, aż się rozkręciłem no to jeszcze parę perełek. W grach z otwartym światem często mówi się o mieszkańcach, którzy chodzą po mieście.
Dopóki korzystałem z czterech kół wszystko wyglądało cacy. Sytuacja zmieniła się jak tylko wyszedłem z auto, aby się przejść. Nagle ku memu zaskoczeniu trafiałem na grupy ludzi, którzy stali bez ruchu i gapili się przed siebie. Dopiero motywacja w postaci piąchy włączała skrypt odpowiadający za działanie. Z faktu, że grałem na Xbox Series X sądziłem, że wszelkie odbicia w szybach będą w miarę wierne temu co mają pokazywać. Szybko wyprowadzono mnie z tego przekonania.
Trafiłem też na pomniejsze błędy jak choćby zbagowanę lampy, czy inne dziwne pokazy kulinarne. Jednak najbardziej mnie rozbawiła wojna klonów. Idę sobie i tu nagle dwie prawie identyczne babeczki, cała różnica miedzy nimi polegała na kolorze koszuli i koloru skóry. Innym ciekawym przykładem był klon Dona, który wyglądał jakby ktoś go ucharakteryzował na murzyna. Jednak nie trzeba się martwić takimi drobnostkami, trafić na nie można tylko w trybie wolnej jazdy.
Nie będę jednak się pastwił i teraz będzie coś pozytywnego. GTA wprowadziło GPS w który trzeba się gapić jak sroka w gnat. Na szczęście ktoś wreszcie sięgnął po rozum do głowy i dał pojawiające się znaki drogowe, które pokazują kierunek. Jaka ulga, że wreszcie można podziwiać widoki w czasie jazdy.
Zachowano wszystko co najlepsze z modelu jazdy z oryginału i podobnie jak wtedy jeździłem poprawnie nie łamiąc zasad ruchu drogowego. Dopiero na koniec trochę poszalałem. Przy okazji tego odkryłem kolejne zmienny. Policja nie daje mandatów, a do tego nie grzeszy inteligencją. Wystarczy być dla nich niewidoczny, aby odpuścili, co nie raz okazało się dobrym posunięciem.
Wspomnę jeszcze co nieco o samej rozwałce jaką nie raz, nie dwa będzie trzeba uczestniczyć. Przeciwnicy to trochę takie gąbki. Raz potrafią paść pod celnym strzale między oczy, aby innym razem po celnej serii w klatę iść jak terminator. Ciekawe są też ich próby podejścia tak, aby otoczyć Tomiego. Za wiele to co prawda nie daje, ale i tak robi wrażenie.
Same bronie są dobre mają moc, a różnice między nimi są widoczne jak na dłoni, co jest istotne, aby dobrać je pod własne preferencje. No dobrze, a teraz największa zmiana grafika. Bezapelacyjnie jest to najmocniejsza strona tego remake’u. Pierwsze co robiłem, po rozpoczęciu kampanii strzelałem fotki to na prawa to na lewo.
Szybko chciałem sięgnąć, po tryb fotograficzny, lecz takowego nie dodano na czym ubolewam. Animacje bohaterów nadawały niepowtarzalnego klimatu całości i miałem cały czas wrażenie, że oglądam dobrej klasy film.
Przejdę teraz do kinowych doświadczeniach. Sama fabuła jest niemalże identyczna. O pewnych zmianach już na początku wspominałem, ale resztę sami musicie zobaczyć. W nowych szatach robi jeszcze lepsze wrażenie. Pewne elementy wycięto, a przez to akcja jest jeszcze bardziej wartka i szybka. Wreszcie mogłem naprawdę się nią wkręcić. Niektórzy dostali nawet parę dodatkowych minut antenowych na czym skorzystali z całą pewnością.
Nie zabrakło sporych podobieństw do starego gangsterskiego kina w tym do Ojca Chrzestnego. Mogę rękę sobie dać uciąć, że pada też nazwisko Coreone, ale tylko w jeden rozmowie. Na koniec dodam, że zakończenie zostało trochę zmienione i nabrało nowego wybrzmienia. Dla konserwatystów może być to herezja, a jeśli nie graliście wcześnie nie wpłynie to w żaden odczuwalny sposób.
Podsumowując Mafia Edycja Ostateczna jest naprawdę bardzo udanym tytułem, który pokazuje, że zraz źle obranej drogi trudno zejść. No cóż, złożono Tomiemu propozycje nie do odrzucenia. Pokazano tam, że z jednej strony jest gangsterem, z drugiej człowiekiem, który ma serce. Ocena końcowa 9/10
Recenzja filmu Ojciec Chrzestny
Mówi się, że rodzinny się nie wybiera, co w sumie jest prawdą. Czy można jednak wybrać kim się człowiek stanie w przyszłości? Z jednej strony tak, a z drugiej już nie.
Porwać się na legendę to nie lada wyzwanie, ale jednak spróbuję się podjąć tego wyzwania. Ojciec Chrzestny to kino dla wymagających, ale też naprawdę ciekawe źródło wiedzy dotyczącej elit z półświatka. Gdy film miał powstać Sergio Leone był brany pod uwagę jako pierwszy reżyser.
Jednak jak stwierdził nie będzie brał udział w projekcie, który jak miał gloryfikować mafię. Po latach można śmiała stwierdzić, że tak nie było, a zamiast tego świat dostał niezwykły dramat ukazujący wojny między największymi rodzinami w latach 1945 - 1947 r.
Sam film posiada wiele ważnych momentów i zwrotów akcji. Już sam początek przeszedł do historii kina, gdzie Don Corleone w czasie wesela swojej córki musi zgodnie z tradycją spełnić wszelkie prośby. Sama scena z grabarzem nie tylko jest pełna słynnych cytatów, ale i pokazuję jakie panują zasady, etyka, czy mentalność amerykańskich Włochów.
Mimo, że w filmie Godfather jest wielu bohaterów głównych, drugoplanowych i epizodycznych od razu reżyser pokazuje na kogo należy w szczególności spoglądać. W scenie w której pozują do zdjęcia rodzinnego Don nie pozwala zrobić fotografii do póki nie pojawi się Michael.
W momencie jego pojawienia się zaczyna się cześć właściwa, czyli długa podróż w której zmienia się mentalnie, aż w końcu dorasta do bycia głową rodziny. Przez to, że Ojciec Chrzestny trwa prawie trzy godziny ma czas, aby stopniowo przechodzić na drugą stronę. Mimo, że zapewniał, że nigdy się tak nie stanie to los chciał inaczej.
W pierwszej połowie wyraźnie się dystansuje się od rodzinnych interesów. Jak podkreśla Sonny oni wiedzą, że jest cywilem. Samym śmiechem starszy odpowiada na propozycje w której proponuje zabicie Kapitana Policji i Turka. Mimo wszystko jest to pierwsza oznaka w jego mentalności i sposobu działania. Póki co, będący chwilowo tłem dla Sonniego, który jest jego skrajnym przeciwieństwem. Porywczy, nerwowy najpierw robi, a potem myśli. Od samego początku wykowana przez James Caan postać kipi tą wyrazistością, a jednocześnie widać, że stara się dbać o bezpieczeństwo rodzinny.
Skoro jestem przy związkach między członkami familii. Zainteresowała mnie mała rola odgrywana przez Franco Citti wcielającego się w Calo. Jak dobrze wiadomo dla Włochów rodzina jest wszystkim. Mimo tego przywiązania, które jest wielokrotnie podkreślane pozwolono, aż do samego końca bić Constanzie Connie Corleone Rizzie. Dziwie się wielce, że tak długo zwlekano z tym.
Prawdopodobnie naciągnęli to i owo, aby więcej zostawić na sam finał filmu, który jest naprawdę huczny, ale o tym później.
Wrócę teraz z powrotem do Michaela, jego pobyt na imigracji we rodzinnych stronach pokazuje już jego prawdziwe obliczę. Nie da się nie zauważyć, że bardzo, ale to bardzo wrodził w swego ojca. Podobnie jak on kieruje się sprytem i bystrym umysłem. W czasie swoich „wakacji” dokonują się dwa zasadnicze wydarzenia. Pierwszy to ślub, który szybko zmienia się w pogrzeb, a także śmierć Sonnego.
W ten oto sposób przeszedł wielki bohater wojenny pełną metamorfozę. Dzięki dość niepośpiesznym zmianom, które odpowiednio przygotowały widza do nich można było im się dokładnie przyjrzeć. Sam finał, który idealnie wpisuje się w całość to też niczego sobie majstersztyk. Uderzyć w czasie chrzcin dziecka było odważnym posunięciem.
Wykorzystano tradycję, a raczej ludzkie przyzwyczajenia. Jako, że kultura włoska mocno krąży wokół rodziny, o czym często wspominałem warto zwrócić uwagę na ta co wolno, a co nie. Nikt się nie spodziewał, że w momencie panowania rozejmu nowy Don uderzy.
Sam finał jest również zmyślnie podzielony i przepełniony symboliką, a może tym, że Ojciec Chrzestny, który się „narodził” jest znacznie groźniejszy od poprzedniego. Nim skończę tekst wspomnę, o paru błędach, które mogliście pominąć.
Większość z nich wiąże się z winem, a mianowicie jego ilości w kieliszkach, które bardzo lubią się zmieniać zależnie od ujęcia. Lecz ja nie o tym, a bardziej ważnych momentach jak choćby rana postrzałowa McCluskey'ego pojawia się zanim ten zostaje postrzelony.
Z kolei w pułapce jaką zastawiono na Sonnego widać, jak przednia szyba zostaje zniszczona, aby po przyjeździe ochronny znowu była cała. Takich bolączek jest co prawda więcej, ale akcja jest zbyt ciekawa, aby się na nimi przejmować. Ocena końcowa 10/10
Relacja z Jagacon 2022 r.!
Kto by się spodziewał, że po paru latach nieobecności Jagacon wróci. Chciałbym napisać, że w wielkim stylu, ale obraziłbym tym ludzi, którzy robili poprzednie edycje.
Nie oznacza to, że zamierzam obsmarować, czy wrzucić lawiny kamyczków do ogródka organizatorów. Relacje jak zwykle będzie miała przebieg tego co robiłem wraz ze moim komentarzem.
Zacznijmy od najważniejszego, a mowa tu lokalizacji. Tym razem trafiłem do Zamku Królewskiego w Chęcinach. Jest to miejscowość oddalona od Kielc o 15 km. Zamek jest wybudowany na wzniesieniu dlatego też nie da się go pominąć i widać go na sporej odległości. Dotarcie tam w weekend jest prawdziwym wyzwaniem.
Według danych podanych przez organizatorów jak i samą gminę nie kursuje tam nic oprócz autobusu linii 31. Busy pojawiają się tam w dni robocze. Okazało się, że z Żytniej jedzie jeden przewoźnik, a przynajmniej tak twierdzi Przemek Ciszek, który poprowadził ponownie panel o cenzurze w grach wideo.
Po dotarciu na miejsce rozpoczęła się magia, gdzie cudem znaleźć było właściwą drogę do zamku. Brakowało jakiś oznaczeń jak dojść, ale na szczęście za znakiem Chęciny żegnają był parking wraz z drogą do miejsca docelowego. No i teraz bez ironii zaczęło się robić ciekawie. Jeśli miałbym wskazać co zorganizowano z rozmachem to wskazałbym na wystawców. Było i będzie ich jutro od liku.
Jak to mówi klasyk dla każdego coś dobrego, a żeby nie być gołosłownym.... kupiłem magnesy na lodówkę dla rodzinki. Idąc tak i „strzelając fotki” zastanawiałem się kogo jest więcej, turystów, czy konwentowiczów?
Droga na szczyt jest naprawdę piękna co widać na pierwszy rzut oka. Zapraszam na mojego Instagrama, gdzie już od dawna opublikowałem foto relacje z Jagacon. Wzdłuż ścieżki postawiono posągi królów. Co jeden to bardziej „drewniany”. Taki suchar, bo były zrobione z drzewa.
Ludzie gadali i się śmiali. Szybko bilet kupiłem i oto co zobaczyłem. Wał wielki jak ta Polska wielka i szeroka. Bilet całodobowy stał się jednorazowy... (Spoiler alert) komunikacja siadła i rozwiązano ten problem jakiś czas później, o czym się dowiedziałem od jednego z organizatorów.
Rezultatem tego było zwiedzanie ruin zamku na czas, tak aby się wyrobić na pierwszy panel. Może i dobrze się stało, bo szybciej robiłem fotki (śmiech). Od mojej ostatniej wizyty sporo się zmieniło. Zmieniono wejścia, czyli to co było niegdyś zamknięte teraz jest tym głównym itp. Dodano liczne wystawy „nową basztę” z lochem. Studnie na drobne i skarbiec. Do tego historycznego tortu dołączono kody Qr dzięki, którym można interaktywnie zwiedzać.
W samym zamku była też strefa planszuwkowa. Na polu, znaczy się dworze panował upał i to spory. Nie sądzę, żeby bez osłony ktoś chciał tam grać. W najbliższym sąsiedztwie ulokowali się ludzie z Klubu historycznego Hird. Na tym kończę tę część relacji, bo dalsza przenosi się na Małogoska 7, gdzie jest zabytkowa kamienica Niemczówka.
Pierwszy panel prowadziła Patrycja Jaśińska, o serialach. W sumie była to dyskusja oparciu o ocenie na poszczególne elementy na jakie dało się podzielić serial np. scenariusz, oryginalność, czy zdjęcia. Osób nie było za wiele, na szczęście wszystko trzymało się kupy i rozmowy w kameralnym granie sprzyjały.
Następnie wróciłem na tereny pod zamkiem, bo zależało mi na zobaczeniu jak się to rozkręciło. Nie ukrywam, że szukałem tez Komiksiarni w której lubiłem przebywać. Jak tak chodziłem to tu, to tam w końcu na nią natrafiłem. Liczba komiksów do czytania była równie symboliczna co podwyżki minimalnej krajowej.
Przy okazji usłyszałem jak jeden helperów był zdziwiony, że dla nich toaleta jest płatna. Zresztą jak wszystkie w okolicy. Trafiłem mimo chodem na stragan Barbarian Forge i ponownie pocykałem parę fotek. Po krótkim wymianie uprzejmości wróciłem do sali z prelekcjami.
Przyszła pora na mały recykling, czyli wspomnianej na samym początku cenzurze w grach. No jak już napisałem, z grubsza było to co ostatnio z drobnymi aktualizacjami. Jakie zapytacie, a żebym to ja wiedział.
Ostatnią dla mnie atrakcją był panel o prowadzeniu sesji rpg. Poprowadził go Artur Jeziorski. Spodziewałem się kogoś innego, a tu takie zaskoczenie. Ludzie przyszli masowo, a dzięki temu, że było kilku mistrzów można było poznać różne koncepcję dotyczące organizacji tego typu spotkań.
Przyznam się, że było to naprawdę ciekawe jak zasadniczo do tego podchodzono i jak spoglądano na kwestie prowadzenia historii, czy coś można, a czego się wystrzegać. Jak chociaż zanęcania się nad postacią gracza. Ciekawe były tez pomysły z odrabianie lekcji. Miało to za zadanie dodać back story poszczególnym bohaterom w danym uniwersum. Albo co jeszcze ciekawsze budowanie jakiś etapów oparciu o konkretną piosenkę.
Na tym kończy się ta relacja, bo musiałem się zmyć na autobus powrotny.
Podsumujmy to co już wiemy. Fundament solidny jak opoka. Chęć na zrobienie czegoś była i nawet się udało mimo że poświęcono na to tylko półtora miesiąca. Niestety czuć było, że to za mało i widać to gołym okiem. Brak dwóch bloków z panelami, a o mandze i anime już nie wspomnę. Strefy retro i nowych gier brak. Mimo to wierzę, że w kolejnych latach będzie lepiej i impreza jaką jest konwent Jagacon wróci na stare tory.
Recenzja Tomb Raider Game of the Year Edition (PC)
Moja pierwsza recenzja od bardzo dawna. Tak jak zapowiedziałem zagrałem w grę w Tomb Rider Goty z 2013 r. w wersji na PC.
Nie będę ukrywał szału nie ma. Jest dobrze całkiem znośnie, ale nie porywa. Nie twierdzę, że taki Uncharted 3 był lepszy. Czemu porównuje do tej odsłony z prostego powodu. Pradawne królestwo w którym też „żyją” jej mieszkańcy. Choć to dość naciągane stwierdzenie.
Fabuła, bo od niej zacznę jest dość naiwna i zbyt mocno skoncentrowana na Larze. Wiadomą rzeczą, że jest protagonistką, ale sposób w jaki większość załogi ją traktuje przypomina obchodzenie się z jajkiem. Dopiero Joslin Reyes raczyła zwrócić na to uwagę, bogom niech będą dzięki.
Powstało jeszcze parę bolączek, czyli chwile zaniku informacji w umyśle Lary. Uwaga wiąże się to z paroma spoilerami. Zostaliście ostrzeżeni!
W momencie dotarcia na wieże radiową pani archeolog nagle zapomina wspomnieć o tym, że na wyspie znajduje się sekta, która pozabija ratowników na dzień dobry. No bo, po co, o tym wspominać? Kolejnym potknięciem było odnalezienie notki przy dowódcy gwardii królowej tam już na czarno na białym było napisane na czym polegał rytuał przeniesienia duszy i mocy. Nie wspominając o tym jak w licznych notkach kapłanka pisała, że były traktowane jak lalka. Jakby komuś mało było jest wzmianka o tym, że patrzyła na nią jak w lustro.
Były też zabawne momenty, gdy Aleks Esc Weiss poszedł po narzędzia. Dziwnym trafem jak usłyszał kto idzie do niego zareagował tak jakby wiedział, że tego nie przeżyje. Co w sumie jest prawdą. Ksywy co prawda nie miał. Lecz był taki napis na jego koszulce co dodaje zabawnego kontekstu do całości.
Na samym finale ginie też James Whitman, ale nikt nawet nie raczył zapytać co z nim się stało. Taki tyci szczegół. Mała ciekawostka: można znaleźć jego klona na samym początku kampanii, jak więźniowie uciekają i ich wybiją. Koniec spoilerów.
Reszta tej epickiej historii to klasyka gatunku. Nie mogę sobie darować i pośmieszkować, o Bambi. Widać było jak przeżyła upolowanie zwierzęcia, ale jakoś wymordowanie prawie całej populacji wyspy nie było już problemem. Dla sprawiedliwości dziejowej jest rozmowa, gdzie ciut przeżywa. A następnie radośnie zabija.
W czasie całej tej wędrówki trafiałem na liczne znajdzki, i itemy do ulepszeń itp. Warto je zbierać do ulepszeń. Liczne teksty jakie można czytać są męczące. Lecz nie w tej grze! Można je wysłuchać. Początkowo brałem to za zaletę. Jednak potem i tak odczuwała się przesyt.
Dla tych z was, co będą chcieli zrobić grę na 100% czeka sporo roboty. Na pociesznie dodam, że jest perk, który daje Larze możliwość wykrywania ukrytych itemów. Skoro przy tym jestem. Orli wzrok też tu występuje. Robi dosłownie to samo co w Assasin Creed. No dobrze, a jak sama rozgrywka? Bo resztą bohaterów nie warto zawracać sobie głowy są oni jedynie tłem z antagonistą w roli głównej.
Lokacje w 99.9% są korytarzami. Tylko, gdzie nigdzie mogłem zaobserwować pół otwarte lokację lub mapy żywcem wyciągnięte z multika. Wyzwań nie ma co szukać. Fakt, da się niekiedy zablokować na chwilę w jakiejś misji. Są to jedynie wyjątki od zasady. Podobnie jest z nielicznymi bossami.
Nie mieli na nich większych pomysłów, a więc co robią? Dają dwa razy to samo podmieniając jedynie model Npc i zmienili broń (pięści na miecz) Wszystkie te różnice są czysto kosmetyczne. Krótkie rundy, które kończą się szybkim eventem cała pieśń. Dodać należy, że skryptów i qte jest od zarypania. Jest też druga strona medalu. Wiele ujęć zyskuje filmowego posmaku co uprzyjemnia rozgrywkę.
Jeśli CoD jest liderem w tej dziedzinie to ma godnego konkurenta. Wspomnę, że niekiedy gra nie daje znać: hej graczu przejąłeś kontrolę nad postacią! Kończyło się to zazwyczaj jednoznacznie… Zastosowano też zabieg rodem z Cienia Mordoru. Charakterystyczne wykończenia, które wymagały kliknięcia w odpowiednim okręgu. Tylko zamiast dać klawisz E lub F woleli jakąś rączkę ewentualnie znak wykrzyknika.
Trochę mylące, jak dla mnie. Ok, może jakbym nie miał tej przerwy to bym inaczej to odebrał. Niby nic, a jednak upierdliwe. Najgorzej wypada Si. Ono praktycznie nie istnieje. Pół biedy jak coś się wykrzacza w czasie zbiorowej walki. Wtedy można jeszcze przymknąć na to oko. Inaczej ma się sytuacja z małymi grupkami.
Przykładowo dwóch drabów stoi koło siebie i gada. Na co, ja strzał z łuku w łeb, a bot zaskoczony mówi: muszę sprawdzić co się stało. Mam jeszcze lepszą perełkę. Co prawda nieco innej natury (prowadzenie za rękę). Po uzyskaniu granatnika można było posłuchać tego: ma granatnik jak do nas dojdzie to zginiemy!
Innymi słowy gra podpowiada co i jak robić. Najczęściej objawia się to licznymi komentarzami Lary, a będzie tego sporo zwłaszcza na początku. W momentach, których się zatrzymałem choćby na chwilę troskliwa Larcia zaraz zaczęła mleć ozorem. Litości!
Na końcu kampanii devom zabrakło coś pomysłów, bo gdzie mogli dodawali etap z zjeżdżaniem na dupie lub ślizg na linie. Ostatnią aktywnością, która jest warta wspomnienia są opcjonalne grobowce. Nie stanowią one wyzwania, a udane urozmaicenie. Szkoda, że nie dodali szybkiej podróży, aby nie tracić czasu na powrót na właściwy szlak.
Przejdę teraz do perków. Początkowo nawet przyjemnie się je rozwijało. Moją uwagę zwrócił zwłaszcza jeden dający bonusy w exp za oprawienia zwierzyny. Szybko jednak okazuje się zbędny, bo jelonki wilki itp. znikają. Chyba, że szczury i kury będą ok. W dalszych etapach rozwoju pojawiają się wzajemne miksy umiejętności.
Wpisałbym bym to na minus. Wymuszało to odblokowywanie rzeczy całkiem zbędnych, aby dostać ten, który się chcę dostać. Wiele skilli wspiera walkę wręcz jest to całkowicie bezsensu w dość częstymi starciami arenowymi. Jeśli ktoś preferuje masochizm to jak najbardziej polecam. Praktycznie rzadko kiedy jest szansa zbliżyć się do wroga.
Ostatnim wątkiem przed podsumowaniem będzie część techniczna i graficzna. O szacie wizualnej mogę napisać tak: mimo wieku trzyma się dobrze. Trąci trochę myszką, co zauważyłem już na samym początku kampanii przy wyjściu na punkt widokowy. Zaskoczony też byłem kompresją pierwszych przerywników. Wyglądała jakby ktoś przerzucili kilka razy w format factory, aby zmniejszyć wagę nagrania. Zmiana na lepsze przyszła przy przejściu do gameplay’u. Tam już jest znacznie lepiej, lecz ząb czasu zostawił znak na grafie.
Tomb Rider Goty co prawda nie były zbagowane jak Cyberpunk 2077, ale swoje za uszami też ma. Po pierwszych pięciu minutach miałem niebieski ekran śmierci. Natomiast dalej nie było już tak tragicznie. Błędy za to przybrały nieco inną formę. Najczęstszym był zmiana na tryb okna po wyłączeniu monitora. Kolejnymi niedopatrzeniami, które zauważyłem do błędy w załadowaniu się cieni i kolizji obiektów. Przy kolejnej sesji z trzech łącznie gra postanowiła się zawiesić. Tym razem wystarczyło alt + F4. Druga połowa gry chodziła natomiast całkowicie stabilnie.
Podsumowujmy czy warto zagrać reboot Tomb Rider? Owszem jest to krótka gra z nawet ciekawą fabułą, którą nic nie zmąci, nawet wczytywanie ekranu. Zostały one ukryte w sprytny sposób. Poprzez przejścia przez szczeliny w których kieruje się Larą. Kampanie można przejść szybko i do tego nie poświęcając za dużo czasu. Z bohaterami raczej zżyć się nie da i jak szybko się sięgnęło tak jeszcze prędzej się odłoży na półkę Tomb Ridera, który nie oferuje nic, co mogłoby skłonić do powrotu. Produkcja na jeden strzał. Ocena końcowa 7/10.













































