• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Urasekai Picnic

Zimowy sezon się skończył, a wiosenny już trwa w najlepsze. Wraz z tą zmianą kilka serii, które oglądałem dobiegły końca (wreszcie). Nie przedłużając zacznijmy od numer pierwszego. Kolejność jest zupełnie przypadkowa jakby ktoś pytał.

Urasekai Picnic od tej serii zacznę omawiać oglądane przez ostatnie tygodnie anime. Pierwszy odcinek robi spore nadzieje. Główne bohaterki poznajemy w innym świecie zwanym przez nie Drugą Stroną.


Stylistyka robi naprawdę wrażenie. Postapokaliptyczny świat, ale nie taki jak w uniwersum Metro Exodus, co to, to nie. Powiedziałbym, że bardziej chaotyczny i jasno dający do zrozumienia, że ludzie go nie stworzyli mimo licznych podobieństw do świata rzeczywistego.

Szybko można się przekonać, że mimo ciekawego motywu przewodniego będzie to tak naprawdę klasyczna przygoda z drobnym romansem i plażą w tle. O ile sam wypad nad morze dobitnie pokazuje z czym mamy do czynienia. Tak nie wprost powiedziana lesbiosa dodaje tu pewnego uroku.

Fabuła wyraźnie jest robiona trochę na odczepnego. Łączy luźno różne wątki, które nie tworzą jakiejś wspólnej całości. Od tak trafiają do jakiejś wioski lub na gościa, który długo nie pociągnie, ale będzie ostrzegał przez „niczym”. No ok., coś tam niby się prześlizgnęło, aby w ostateczności nic nie zrobić.


Cel i motywacje dziewcząt są dość jasne, ale nic w sumie z tego nie wynika, bo jak wspominałem nic nie pcha tej historii w właściwym kierunku. Najbardziej dobitnie to widać na ostatnich odcinakach, gdzie spotykają żołnierzy amerykańskich. Zostawiają ich i olewają, aby się ocknąć, a następnie stwierdzić, że jednak wyruszą na ratunek. Brawo wy!

Jedyne co ratuje cały ten show są relacje między Toriko i Sorao. Mimo, że nie jest to ecchi to musieli zrobić z nich duet cycata i deska. Japończycy, chyba naprawdę mają z tym problem. No mniejsza z tym… Sorao od której zaczynają się pierwsze sceny to zamknięta w sobie dziewoja.

Natomiast Toriko oprócz lepszych kształtów to wyluzowana babeczka, która ukrywa swoje wewnętrzne smutki. W bardziej klasycznym zestawieniu odgrywałaby kolesia, który na mór marmur musiała rozkochać w sobie którąś z bohaterek. Co w sumie i tak robi…


Każda z nich ma swoje powody do działania dlaczego przechodzą na Drugą Stronę. Lecz to nie wszystko! Mają też inny sposób funkcjonowania, co w sumie się dobrze komponuje analityczna i do bólu ostrożna Sorao i narwana Toriko.

Paradoksalnie to co zespoliło na początku ten duet jest kasa, a raczej blondi pracodawczyni, chodzi o małą Kozakure. W czasie oglądania całego sezonu zastanawiałem się czy, zaliczyć ją jako małą myszkę agresorke, czy zwyczajnie jako dupka.

Ostatecznie przychyliłbym się do chama, który cały czas się gardłuje o wszystko i podkreśla, że to mój dom. Natomiast wszystko co złe to wasza wina. Szczerze to wolałbym, że okazała się tsundere, bo jakoś lepiej to przyjąć i zaakceptować.


Jeśli chcieć się doszukać jeszcze innych widocznych plusów to powiedziałbym, że kreska jest dość przyjemna. Ba, jest na tyle dobrze, że się wciągnąłem i obejrzałem wszystkie odcinki. Wszelkie sceny walki, ucieczki itp. były bardzo dobrze animowane, dzięki czemu nie miało się ochoty przełączać, czy przewijać odcinaka do przodu.

Podsumowując Ura Sekai Picnic to naprawdę fajne anime, które miało ambicje na coś więcej, ale ostatecznie stało się luźnym tłem dla wielu historii, które zaplątują się między sobą bez większego ładu i składu. Samo zakończenie jest dość otwarte i może łaskawie się ockną i powiedzą co się stało z głównym wątkiem tej historii. Ocena końcowa 6.5/10
Share:

Recenzja Red Dead Redemption 2 na Xbox One S

Zanim zacząłem grać w Mafie 2 nasłuchałem się jak to długo się tam jeździ. Miałem tą informację zawsze gdzieś z tyłu głowy. Nie sądziłem jednak, że Red Dead Redemption 2 będzie wstanie ich przebić.

Będąc małym chłopcem bawiłem w dziku zachód udając Indiana, cowboy, czy innych bandytów. RDR2 daję możliwość wejścia w to na całego. Ludzie z Rockstar’a wyraźnie nałożyli na to nacisk. Stworzyli rozbudowany główny wątek, który pozwala wejść w ten świat całym sobą.


Sporo mówiono po premierze o tym, że ta produkcja nie jest dla każdego. Szczerze trudno mi się z tym zgodzić. Fakt, kampania jest dość długa, ale na pewno niewolna. Akcja rozwija się całkiem stabilnie i to równo tempo powoduje, że za każdym razem miałem ochotę na ciąg dalszy.

Syndrom jeszcze jednej tury był bardzo odczuwalny. Wracając jeszcze do specyfiki tempa w fabule. Uważam, że wspomniane na samym początku przemieszczanie się jest przyczyną ludzkich narzekań.

W późniejszych rozdziałach dostałem możliwość podróży pociągiem, czy innym dyliżansem itp., ale skorzystałem z tego raz bądź dwa z ciekawości. Jak się człowiek przyzwyczai do przemieszczania na wierzchowcu to praktycznie nie będzie korzystał z szybkiej podróży.


Warto zwrócić uwagę na żyjący świat. Wszystkie wydarzenia poboczne są ściśle powiązane z tradycyjnym podróżowaniem. Aktywują się one jedynie, gdy Artur jedzie drogą przez takie rozwiązanie jazda na przełaj niema sensu. Szkoda byłoby omijać i rezygnować z tych atrakcji.

Wrócę jednak do tego co najważniejsze, czyli fabuły. Perypetie jakie tu oglądałem dzieją się jeszcze przed tym jak John pozbywa się starych towarzyszy. Ba, nie jest on nawet protagonistą. No ok., wraca na to stanowisko w epilogu, ale to hen daleko po zakończeniu tej przygody.

Pierwsze skrzypce będzie grał Artur Morgan. Człowiek ten jest jak Nico z Gta 4. Trudno nie robić porównania do tej części serii, bo jest równie poważna i tylko gdzie nigdzie można doszukać się humoru typowego dla Rockstar. Satyra w grze chowa się on misjach pobocznych i teatrach / kinach. Jeśli zrobicie sobie przerwę od głównych zadań warto tam zajrzeć.


Występy na żywo to małe perełki ukryte przed graczem, który gania się od jednego punktu do drugiego. Show jakie jest tam robione to nie jakieś byle co robione na kolanie. Zapamiętam już na zawsze występ iluzjonisty, który twierdził, że złapie zębami pocisk. Chybiłem, lecz nie zabiłem. Może bym zapomniał o tym gdyby nie słowa, które powiedział. Nie mam zębów na klatce piersiowej. (śmiech)

Wracając jednak do głównego tematu. Historia upadku gangu, zasad i ideałów. Nie ma co ukrywać, że Red Dead Redemption 2 to dramat w sumie tak jak część pierwsza. Jest jednak pewna różnica względem RDR. Towarzysze niedoli nie są jakimiś płytkimi bohaterami.

Kiedy z nimi rozmawiałem, wypełniałem misje i świętowałem mogłem zobaczyć jakie są to niesamowici ludzie. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo w kontynuacji kreowali są jako cele do odstrzelenia i nic poza tym.


Przed premierą jak i tuż po niej chwalono się licznymi mechanikami rodem z survivali. Mięso będzie gnić jak się długo będzie trzymać, czy takimi mechanikami jak potrzebą snu lub jedzenia. Jeśli ktoś lubi się w to bawić to jasne można. Tylko jest to jedynie szuka dla sztuki.

Wszelkie nowości wyglądają tylko na papierze dobrze, a tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na rozgrywkę. Jedynie co się będzie dziać to non stop wyskakujące komunikaty typu twoja broń jest w złym stanie.

Na szczęście wciąż tak samo dobrze strzela. Wszystko byłoby było lepsze jakby de facto zmuszało gracza do uczenia się tych zasad i ich przestrzegania. Bez tego miałem jedynie zwykłą strzelankę.


Nie raz bym zapomniał o tych mechanikach, gdyby nie to, że usłyszałem, że mam za cienkie ubranie. Uwagi o braku grubej odzieży mogłem usłyszeć niezależnie od regionu w którym aktualnie przebywałem.

Mogę za to potwierdzić, że kasy jest za dużo. Zdobycie środków na rozwój bazy nie jest trudne i w końcu nie będzie co zrobić z oszczędnościami. Nawet kary po śmierci w postaci potrącanej mamony nijak nie wpływają na to. Przez tak niefortunny zabieg słuchanie jak to brakuję środków finansowych i trzeba dokonać ostatniego skoku robi się dość śmieszne.

Kolejną sprawą były rozmiary obozów w których nie dało się biegać, a jedynie truchtać. Początkowo też miałem takie wrażenie, że są jakieś nieczytelne, ale jak to zwykle bywa wystarczy się tylko do tego przyzwyczaić.


Chodząc tak można usłyszeć niejedna rozmowę i zorientować się z tym co się aktualnie dzieje. Obserwacje tego jakże żywego społeczeństwa daje sporo satysfakcji. Warto poświęcić temu swój czas, a na pewno sporo się zyska.

No dobrze, wyjdę teraz za ten obóz i przyjrzyjmy się otwartemu światu. Wspominałem o tym, że wszystko toczy się przy drogach. Jest to sprytne zastępstwo klasycznych znaczników, które można zobaczyć w typowych piaskownicach. Z jednej strony można pochwalić, za ich brak na mapie, a tak naprawdę one są tam tylko czekają na aktywację jak się znajdzie protagonista w ich pobliżu, aby broń boże ich nie pominąć.

Więc jest to bardziej zagranie pod publikę niż jakieś nowatorskie rozwiązanie (psss w Wiedźminie 3, też tak było. Tylko ciut lepiej wykonanie). Jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę. Podobnie jak w Red Dead Redemption misje od nieznajomych można skończyć innym bohaterem i znowu oni niewiedzą nagłej zmiany Artura w Johana i faktu, że minęło parę lat, a oni tam wciąż czekają.


Niektóre aktywności potrafią się powtórzyć, ale jest tego tak mało, że można przymknąć na to oko. Inną sprawą jest, że przez te mini eventy nabija się punkty honoru. Wydawało się, że może jakoś wpływają na rozwój wydarzeń itp. Niestety jest inaczej. Jeśli okaże się ktoś z was zbyt morderczy to pewne ubrania itp. nie będą dostępne.

Zadania główne są natomiast dość rozbudowane i mają sporo do zaoferowania. Choć sama końcówka była do bólu do przewidzenia to szczęśliwie w poprzedzających rozdziałach jest naprawdę dobrze. Jedyne co przy nich kulało to szybkość pojawia się policji. Jestem gotów zrozumieć pojawienie się świadka, którego trzeba uciszyć lub zagrozić, ale szeryfowie pojawiali się równie szybko, co policja w Cyberpunk 2077.


Skoro tak mierzyli w realizm to po kiego grzyba tak zepsuli ten efekt? Domyślam się, że chodziło, o dodatkowe itemy jakie można byłoby zdobyć, a tak po ucieczce traci się do nich dostęp. Co zabawniejsze nie z powodu tego, że znikają, a dlatego, że ich zabierają grabarze. Jeśli kogoś interesuje system walki to nic się tu nie zmieniło względem poprzedniej części mamy tu ciągle to samo.

Red Dead Redemption 2 ograłem na Xbox One S i nie mogę narzekać na optymalizacje, czy liczbę klatek, co prawda gdzie nigdzie mogłem zauważyć jak miasto w oddali doczytuje się na moich oczach, ale trzeba tego się doszukiwać. Jeśli miałbym zwrócić uwagę na jakiś problem to wykonywania niektórych komend. Dość często można było przepadkiem kogoś zaatakować zamiast sprzedać jakiś posiadany przedmiot lub zaserwować koniu uderzenia pięścią co źle kończyło dla Artura.

Podsumowując RDR2 jest warte uwagi, ale po raz kolejny nie dostałem tego co obiecano. W recenzjach rozpływano się jakie to wybitne dzieło, które jest solidne kandydatem na grę roku, ale tak naprawdę daleko do tego. Co nie zmienia faktu, że solidne 8/10 się należy.
Share:

Recenzja Kyokou Suiri

Ostatnio zaczynam pisać teksty od tego, że dawno nie pisałem, a może jest inaczej? Trudno powiedzieć, póki co piszę sobie tak do szuflady. Może kiedyś opublikuję.

Ostatnio włączyłem sobie randomowo jakieś anime, bo oglądanie przez kilka miesięcy jednego sezonu, a następnie pisanie o nim jest jakoś męczące. No dobrze, jak już tak sobie pomalałem na ten i ów temat przejdę do części właściwej.


Kyokou Suiri to anime z gatunku, tajemnica i nadprzyrodzone. Natomiast po ludzku można nazwać to kino akcji z elementami grozy i gore. Tego ostatniego jest gdzie nigdzie i przypominało to trochę sceny z Kiseijuu: Sei no Kakuritsu.

Na szczęście poziom brutalności jest na niższym poziomie i dodano sporo satyry, a więc u większości osób powinno się spodobać. Trzeba tylko pamiętać, że gdzie nigdzie może być żygogenie.

Kontynuując to co mnie skłoniło do obejrzenia tego anime jest model postaci Yumihara Saki. Pierwszy raz miałem wrażenie, że jeśli padłaby kwestia nie jesteś Japonką to rzeczywiście mógłbym uznać, że tak jest. W sumie podobnie jest z większością bohaterów. Jedynym wyjątkiem byłaby Kotoko Iwanaga.


Skoro wspomniałem o paniach to jest jeszcze i jedna chłopina, bo do trójkąta miłosnego trzeba trojga. Wszelkie komediowe epizody opierają się na kłótni szanownych dam i scen zazdrości Iwanaga – chan, która mimo swojej inteligencji kompletnie nie radzi sobie z podrywem Kurou Sakuragawy.

Swoją drogą nawet tego nie ukrywa, co jest nawet zabawne zwłaszcza w sytuacjach jak nasza loli widzi to całkiem inaczej (ach ta młodość). W następnym kroku warto się przyjrzeć, o co chodzi w samej fabule. Pierwszy skojarzenie to pogromcy duchów w bardziej brutalnej oprawie.

Jest to dość luźne porównanie, ale dość celne. Początek Kiseijuu: Sei no Kakuritsu zaczyna się jak każdy inny tytuł, który oglądaliście. Dopiero w drugim odcinku zaczyna się forma jak w filmie. Każda następna część to zaczyna się dokładnie od momentu w którym skończyła się akcja w poprzedniej części.


Nie jest to jedyny tak nietypowy zabieg. Sam finał to jedna wielka scena, która rozgrywa się przez parę odcinków. Głównym wątkiem będzie tajemnicza Żelaznej Damy i kryjąca się za nią tajemnica. Z powodu wspomnianej wyżej formy narracji niektórzy mogą odbić się od tej serii.

Kiseijuu: Sei no Kakuritsu można podzielić na odcinek organizacyjny, ogólne rozwinięcie mające zaprezentować postacie i nakreślić sytuacje jakie miały miejsce, a następnie finał z przebitkami na walkę i zakończenie. Mimo takie podziału wątki kryminalno - paranormalne zostały wdzięcznie pokazane.

Poszczególne zagadki zostały dokładnie omówione i przeanalizowane. Dzięki temu nie będziecie się czuć, że zrobiono na doczepkę. Jak już o tym mowa, twórcy wykorzystują to, aby jeszcze bardziej podkreślić komiczne elementy i gdzie nigdzie dokładają sceny, które nie mają sensu jak przerwanie walki na pogawędkę itp.


Mimo, że to anime nie jest ecchi można zauważyć potężne „argumenty” opowiadające się za tym, że próbowano coś tam przemycić. Jeśli jednak liczycie na fan serwis to się zawiedziecie, bo tego tam w sumie nie ma.

Podsumowując Kiseijuu: Sei no Kakuritsu to tytuł z którym miło spędzicie popołudnie. Praktycznie wszystkie odcinki obejrzałem pod rząd i ani razu nie miałem ochoty przełączyć na coś innego. Poszczególne sekcje akcji i komedii, a także łącznie faktów jak w Drrrr robi to spore wrażenie. Mam nadzieje, że zachęciłem was do obejrzenia tego anime.
Share:

Recenzja Catherine Full Body

Oj tak, ludziska Switch wraca do łask i zaczynam nową przygodę. Nie będzie to nic banalnego wprost przeciwnie prawdziwa przygoda z innego świata.

Catherine Full Body wydana w 2020 r. na najnowszą konsolą od Big N, a rok wcześniej na Ps4 i Ps Vite. Oczywiście premiera klasycznej odsłony ukazała się jeszcze na 7 generacji. Wydawałoby się, że lepiej ogrywać taki tytuł na bardziej stacjonarnym sprzęcie. Lecz o dziwo hybrydowa zabawka dała radę!


Nie będę jednak uprzedzał faktów i jak zwykle przelecę po kolei jak wypadała ogrywana przeze mnie produkcja. Zacznę od wstępu czyli skąd się wziął pomysł na sięgnięcie po coś tak niszowego.

Mimo, że Catherine to czysta japońszczyzna to nie należy się tym przejmować. Pod dalekowschodnią oprawą mamy niezwykły scenariusz, który przyciągnął moją uwagę. Wielokrotnie trafiałem na wzmianki o tym tytule i w końcu się skusiłem i nie zawiodłem jak z Personą 5.

Nie ma co ukrywać, że szybko przychodzi skojarzenie z w/w grą. Co prawda nie trzeba kraść serc, czy walczyć w turach, ale styl graficzny i podział świata na rzeczywisty i z koszmaru robi swoje. (W końcu mamy tego samego producenta.)


Żeby docenić fabułę trzeba już być nieco starszym, ale nie od razu seniorem lub coś w tym stylu. Powiem tak, trzydzieści plus zupełności wystarczy do tego. Cała gra to nic innego jak test psychologiczny, który poprowadzi do jednego z dwunastu zakończeń.

Skoro już jestem przy warstwie fabularnej to mogę stwierdzić, że ludzie odpowiadający za scenariusz odrobili prace domową, co do tego nie mam wątpliwości. Poszczególne wydarzenia przechodzą płynie między sobą.

Niestety są pewne wyjątki. Niektóre wątki się urywają bez wyjaśnienia przez co nie dowiedziałem się wszystkiego, a szkoda. Przygotowując się do tego artykułu obejrzałem wszystkie ending'i i tam uzupełniłem brakujące dane.


Powiem wprost, że bezpośredniego wpływu na to co się ma stać gracz nie posiada, no prawie. Jeśli chce się dojść do skrajnie dobrego zakończenia to wystarczy odpowiadać tak, żeby odpowiedzi nie miały negatywnego wybrzmienia np. Czy małżeństwo to koniec, czy początek życia? Wiadomo, że opcja początek jest tą jedyną właściwą odpowiedzią.

No i adekwatnie jest do złego końca, ale czy aby na pewno? No nie do końca tak jest. Niektóre elementy się powtarzają, a inne ulegają modyfikacji. Więc bywa z tym różnie, ci z was co chcą się w to pobawić mogą wybrać opcją tylko fabuła i skipować łamigłówkową część kampanii.

A teraz słów kilka o fabule, protagonista to 32 – letni Vincent, który nagle poznaje, aż trzy tytułowe Catherine z czego z jedną zna od czasu szkoły. Początkowo sądziłem, że to jedna i ta samo osoba tylko w różnych wersjach, które miały symbolizować: dojrzałość, namiętność i niewinność.


Pomarzyć można, ale jednak było inaczej. W pewnym momencie nawet zostałem zaskoczony przez małą Rin i to solidnie. Początkowo dowiedziałem się, że Vincent trafiał do miejsca dla zdradzających swoje lepsze połówki.

Najgorsze w tym, że nie była tam babeczek to jest dyskryminacja w końcu to one dorabiają chłopom rogi. Jak widać nie wszyscy są tacy poprawni politycznie. W kolejnych godzinach dowiedziałem się o różnych problemach poszczególnych rogaczy.

Sam półfinał to też niezła jazda, bo kiedy prawda wychodzi na jaw mam wrażenie, że ktoś zaczerpnął inspirację z opłaty zwanej „bykowe”. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy nie sprawdzajcie o co w tym chodziło.


Teraz przejdę do samej rozgrywki. Dzieli się ona na dzień, gdzie spędzałem czas głównie w barze lub mieszkaniu głównego bohatera. Druga połowa to świat koszmaru. Najlepiej wyobraźcie sobie wieże z klocków. Zrobione? Ok.! Teraz waszym celem będzie się dostać na szczyt.

Tak można z grubsza to ująć. Po przebyciu poziomu przewidziano strefę odpoczynku, gdzie się zapisuje stan gry. Nie należy jednak lekceważyć tej części kampanii. Warto rozmawiać z towarzyszami niedoli. Co prawda ma to minimalny wpływ, ale jednak ma znaczenie na to co zobaczy się na końcu. Dodam jeszcze, że uczą oni nowych technik wchodzenia na szczyt. 

Nie wiem tylko, czemu niemalże wszystkie na raz?! Zapamiętać praktycznie nie sposób, a zważając na wyśrubowany poziom to odczuwa się wyraźnie. Niesprawiedliwością byłoby wrzucać wszystko do jednego worka.


Każdej nocy trzeba przejść przez jedno piętro i zmierzyć się z bossem. Jedyne co dobrego mogę o nich powiedzieć to fakt, że mieli niepowtarzalny wygląd, bo reszta to jedno i to samo. Prawie wszystkie wieże trzeba przejść w określonym czasie. Jeśli się nie spełniło tego warunku to spadało się w przepaść wraz z podłożem. Boss nie zmieniał nic w tym temacie.

Natomiast klocki już tak, wpływały one zasadniczo. Nie raz potrafiły odwrócić sytuacje i technikę jaką trzeba lub też można wykorzystać na danym poziomie. Sposobów na to jest naprawdę wiele. Sam finał był stosunkowo prosty. Lecz między pierwszym, a dziewiątym piętrem będzie wiele wyzwań zmuszających do kombinowania.

Nie zabraknie też pewnych itemów pomocniczych, która osłodzą tą ścieżkę zdrowia. Liczba jest ich ograniczona i można używać tylko jednego na raz. Składowanie ich na później też nie wchodzi w grę.


Nie będę pisał o błędach, bo ich praktycznie nie było wszystko chodziło jak trzeba i praktycznie nie ma do czego doczepić. Przejdę więc do podsumowania.

Catherine Full Body wprowadza też dodatkowe przeszkadzajki, coś miłego dla tych co już grali. Rozbudowano też pozostałe tryby. Dzięki temu już nie tylko można wbijać lepsze wyniki, czy grać lokalnie, ale i grać przez neta. Szczerze, nie sprawdzałem tego, bo jakoś mnie to szczególnie nie zainteresowało. Jednak po skończeniu głównego wątku włączcie sobie tryb Babel intro. Wyjaśnia parę rzeczy, które pokazały się w fabule.

Mimo wszystkich przeszkód naprawdę mogę podpisać się pod stwierdzeniem, że pokonanie ich daję satysfakcję. Czuję, że wreszcie przeszedłem porządną produkcję, którą mogę polecić.
Share:

Ogłoszenie parafialne

 Halo, holo czy mnie słychać? Nie?! No trudno, jakoś się przeżyje, a teraz na poważnie. Jak już zauważyliście dawno nic nie opublikowałem. Zrobiłem sobie małą przerwę od pisania tekstów. No w sumie cały czas coś tam tworzę do szuflady. 

W ostatnim czasie sporo ludzi pisze komentarze pod artykułami, które umieściłem na blogu. Uznałem, że przyszedł czas najwyższy, aby skończyć ten urlop i ponownie wziąć się do pracy. W najbliższą sobotę wrzucę coś na stronę. Trzymajcie się ciepło ;D    



Share:

Recenzja Dante Inferno na PSP

Ogłoszenie parafialne: skończyłem ogrywać tytuły na konsolach Sony. Nie oznacza to, że nie pojawi nic więcej na blogu. Chodzi jedynie o to, że teraz przez jakiś miesiąc dwa będą omawiane tytuły z Nintendo, a następnie z Xbox’ów.

No dobrze skoro już wiemy co i jak to przejdę do recenzji gry Dante Inferno wydanej na konsole 7 generacji i PSP. Specjalnie podkreśliłem to ponieważ ten właśnie port jest recenzowany w tym tekście.


Pierwsze wniosek po przejściu kampanii był taki klon God of War z pewnymi różnicami. Oczywiste jest zmiana religi, ale nie do tego zmierzam. Chodzi o same dobijanie wroga, gdzie trzeba było masakrować „kółko” na padzie.

W GoW wnerwiało mnie to niemiłosiernie specjalnie kłaść pada, a następnie robienia prawie tego samego co z bossem. W DI tego na szczęście nie było chwała Bogu (śmiech). No, ale tak na poważnie jest spora ulga jak nie trzeba powtarzać jednej czynności z takim „entuzjazmem”.

Dante miał być pogromcą Kratosa, o ile to w ogóle jest to możliwe. W pewnym sensie udało mu się to, bo raz dorównał jeśli nie przewyższył okrucieństwem, a dwa jego wachlarz umiejętności o wiele bardziej jest przystępny.


Jest to o tyle dziwne z tego powodu, że miałem nieodparte wrażenie, że liczba skilli była skromniejsza. Nie sprawdzałem tego. Twierdzenie opieram jedynie na tym jak zapamiętałem pierwszą część GoW na Ps2.

Fabularnie jest nawet dobrze, doskonale widać co się stało i czemu protagonista jest tam, gdzie jest. Skłonny jestem pochwalić twórców jak zaprezentowali duchownych, którzy wysłali krzyżowców do Ziemi Świętej. Ich chciwość i zło, aż się wylewało, co w sumie pokrywa się z rzeczywistością.

Natomiast jak się już przejdzie dalej jest po prostu zadawalająco. Nie jest to wybitna historia, wróć ekranizacja, bo samo dzieło literackie to inna klasa ma się rozumieć. Sytuacja się zmienia jeśli chodzi o same poziomy i ich zawartość.


Poszczególne kręgi nie są jakieś długie, a raczej krótkie. Dzięki temu nie zdążycie się nimi znudzić, ale też nie nacieszyć. Mimo ograniczeń platformy jaką jest PSP to czuć epickość na każdym kroku. Jak to ktoś zauważył nikt nie chciały się tam znaleźć.

Walka z przeciwnikami jest całkiem wymagająca, a co niektórzy bossowie są naprawdę ciekawie zaprojektowani. Skoro o nich mowa to nie będzie to wielkim spoilerem jak wspomnę, że spotka się tam rodzinkę. Najbardziej mnie zastanowił szwagier Dantego, który nic nie zrobił złego, a mimo to trafił do piekła.

Jedną z rzeczy do których muszą przyczepić jeśli chodzi o walki z szefami jest znikający za ekranem znaczek R, który sygnalizuje możliwość wykończenia wroga. Jeśli się go nie zauważy trzeba powtarzać końcową rundę. Nie jest to zasadą, bo w większości jeden może dwa przyłożenia ponownie uruchomią qte.


No dobrze, ale jak lub czym walczy się z tymi piekielnymi hordami? Krzyżem, który robi za magiczny artefakt i kosom, którą się „pożyczyło” od kostuchy. W trakcie przejść między kręgami można trafić na dusze, które można ukarać lub wysłać do raju. Zależnie od wyboru będzie się dostawać Pd do kosy lub krucyfiksu.

Nie ma możliwość wymaksowania obu drzewek jednocześnie, a przynajmniej w pierwszym podejściu. Twórcy udostępnili New game + i tam z stanem końcowym można znów zrobić przebieg po piekle i odblokować brakujące umiejętności.

Oprócz wspomnianych duszyczek są jeszcze do odnalezienia srebrniki Judasza. Będą potrzebne do odblokowywania ataków itp. Mała ciekawostka jeśli chcieliście kogoś uratować z potępionych z portu na stacjonarną konsole to włączała się gra rytmiczna podobna do Gutitar Hero Live. Natomiast w wersji na handhelda już tego nie ma.


W samym Dante Inferno nie zabraknie też zagadek. Większość z nich przechodzi się samoczynnie. Nie jestem pewny, czy te etapy były częścią łamigłówek, ale nie raz można było stracić orientacje, gdzie należy się udać. Przyznam, że to trochę męczące było.

Podsumowując DI na PSP dobrze się zestarzał. Gracze co prawda skarżą się na wersje na duże konsole, ale w tym przypadku tego nie było czuć. Animacje wciąż zachwycają płynnością i praktycznie błędów nie było. Mniejsza liczba skilli umożliwiła szybsze zapamiętanie i wykręcanie dłuższych combosów. Sądzę, że mogę wystawić Dante Inferno 8/10.

Share:

Retro recenzja Harry Potter i Kamień Filozoficzny na GameCube


Wiecie co jest dobrego w nadrabianiu zaległości w grach? W sumie to nic, ale miało być coś o cudownym powrocie do dzieciństwa, czy czegoś podobnego.

No dobrze, a teraz na poważnie. Mogę teraz oficjalnie ogłosić, że do kolekcji konsol trafiło Wii z 2006 r. jest to wersja, która umożliwia uruchomienie wszystkich tytułów z GameCube. Jak zapewne się domyślacie to było jedynym powodem zaopatrzeniu się w ten sprzęt.


Pierwszą produkcją jaką przeszedłem nie był Marian i spółka, a Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Uznałem, że warto pociągnąć projekt i w którym zapoznam się z różnymi wersjami jakie powstawały na ówczesne konsole.

Cofnijmy się do 2003 r. pierwsza odsłona na nową generacje. Oczekiwania graczy są wysokie. Pierwsze godzinny zachwycają rozmachem animacji bohaterów i odwzorowanych scen znanych z srebrnego ekranu.

Pecetowy plebs musi się dusić z zazdrości widząc tą jakość i szczegółowość. Tak też pomyślałem, że być mogło w tamtym okresie, ale wraz jedzeniem wzrasta apetyt. Niestety pozornie piękna oprawa i całkiem wiernie otworzona fabuła zaczyna się sypać.



Najpierw jednak skupie się na pozytywach. Jak już pisałem wyżej. Npc nie są taką ciapą jak na Ps1 ani nie mają przyklejonych dosłownie płaskich twarzy jak na Pc wersji. Studio robiące kolejny wariant tej produkcji na konsole Nintendo pokusił się na nieco osłodzoną oprawę graficzną.

Bardzo się ładnie to komponuję, a sam świat bogaty jest w detale. Prawie każde miejsce kipi elementami. Oprócz lokacji obowiązkowych mamy też sale lekcyjne do odwiedzania. Daje to w sumie namiastkę prawdziwej szkoły.

Główna wieża od której odchodzą korytarze do poszczególnych części zamku przypominają do złudzenia te z PC. Podobieństw jest znacznie więcej np., modele gnomów i innych potworów. W powszednim tekście wspominałem, o ścieżce dźwiękowej, która mogłaby grać przez cały czas poruszania się po szkole. Tym razem dostałem tego znacznie więcej.


W Harrym Potterze i Kamieniu Filozoficznym nie zabraknie egzaminów sprawdzających nasze możliwości. O dziwo tym razem nie trzeba było robić wzorków, klikać przycisków itp. wystarczyło przeczytać księgę z zaklęciem.

Na każdym teście należało zdobyć odpowiednią liczbę gwiazdek, aby dostać zaliczenie. Większość tras jakie trzeba było przejść zapewniało ciekawy kontent i zrównoważony balans. Teoretycznie tempo przejścia nie powinno być naruszone i gracz nie powinien się zatrzymać na dłużej.

Dziwnym trafem w drugiej połowie kiedy pokona się trolla górskiego i usłyszymy reprymendę od profesorów znowu przyjdzie nam walczyć z nim. Nie raz, a aż 3 razy, gdzie w tym logika? Najwyraźniej devowie uznali, że będzie to zabawne. Identyczny zabieg zrobili z Venomem. Między egzaminami są też dostępne misje poboczne takie jak odnajdź coś i zwróć właścicielowi. Nie zabraknie też nocnych eskapad Harrego i przyjaciół.


Muszę tu wtrącić pewną uwagę, a mianowicie liczba uczniów się zwiększa o ironio nocną porą. Perfekci pilnują korytarzy i jest ich znacznie więcej niż zwykłych uczniów za dania. W założeniach powinnyśmy się skradać, chować za regałami itp.

Natomiast w rzeczywistości lepiej pobawić się w berka. Będzie to znacznie szybsze i praktyczniejsze rozwiązanie. Oczywiście jak ktoś z was ma na to ochotę to bliźniacy w swoim sklepie sprzedają odpowiednie akcesoria, które załatwią sprawę.

W czasie licznych wędrówek będzie można zbierać karty i jest to opłacalna aktywność. Wraz z powiększającą się kolekcją zwiększa się też liczba żyć. Przydadzą się one przy walce z bossami, ale o tym nieco później.


W lochach znajduje się uczeń, który będzie wymieniał się kartami, które walają się po szkole tabunami w widocznych skrzyniach. Będzie ich, aż za dużo i raz będzie duplikat, a innym razem cały pakiet.

No dobrze, a teraz co nie wyszło… Kamera naprawdę potrafi być utrapieniem w wąskich pomieszczeniach. O ile na otwartej lokacji jest pełna swoboda pola widzenia to w ciasnych korytarzach wymaga gimnastykowania się.

W ramach „ułatwienia” po przez naciśnięcia R (prawy bumper) namierza się cel, następnie atakuje. Tutaj muszę wrócić do nieszczęsnych bossów. Wspomniany wyżej Venom to roślino podobne coś, które pluje kwasem na odległość i uderza z bliska. Gra ma zasadniczy problem z namierzeniem celu, a także uznaniu hit’a za ważny.


Wielokrotnie przez tego typu atrakcje będzie się powtarzać sekwencje. Podobnie jest z Si szefów. W założeniu pokonanie trolla nie jest trudne, ale skłonienie go do odpowiedniego uderzenia jest już wymagające.

Przez to, że pad nie jest jakoś szczególnie precyzyjny to trzeba naprawdę się postarać, aby tak się stało. W tej części przygód Harrego wprowadzono też coś co nie spotkacie w innych tytułach (mam nadzieje). Mowa tu o wykorzystaniu dwóch zaklęć do jednego przeciwnika. Jaki to ma senes? Nie ma pojęcia. Nie jest to jakaś reguła, która występuje w całej kampanii, a jedynie w określonych etapach.

Nie zabraknie nam też meczu w Quidditch. Jakim cudem protagonista tam się dostał? A cholera wie! Nikt nie pokwapił się, aby to wyjaśnić. Ten element całkowicie wycięto. Podobnie jest z zakazanym lasem. Zamiast za karę to mamy na ochotnika, Voldemorta odgania…. Hagrid, cholipka.


Sam finał jest, hmm rozczarowujący. Początkowo dostajemy nowego typu przeciwnika, którego nie było wcześniej. Trzeba się domyśleć, że podobnie do duchów i nie chodzi o Irytka trzeba zwalczać zaklęciem lomus. Dobrze, że choć w drugiej fazie jest to nieco jaśniej przestawione.

Podsumowując Harry Potter i Kamień Filozoficzny jest dobry jeśli się przymknie oko na pewne niedociągnięcia i problemy techniczne. Nie mogę jednak nikomu polecić z czystym sumieniem. Lepiej ograć przeciętną Pc wersję, która przynajmniej nie rozczarowuje swoimi problemami.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie