• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja Wolfenstein II: The New Colossus


Czasy gier dla jednego gracza się skończyły! Dzisiaj liczy się tylko multi, a i gry jako usługi! Tak ma być, bo my wiemy lepiej, po czym smutni panowie wraz z pewnym wąsiastym malarzem zaliczają headshota.

Zapewne znacie śpiewkę o tym, co nas czeka, czyli o usługach i końcem kampanii dla jednego gracza. Jest to totalna bzdura i najnowsza odsłona Wolfenstein II: The New Colossus dobitnie to udowadnia i chwała Machine Games za to. Mało tego ten FPS z 2017 r. nie patyczkował się i poruszył wszystkie możliwe niewygodne tematy, które wielka bohaterska Ameryka nie pozwoliła wyciągnąć na światło dzienne. 


Dajemy wam te dwa gołe miecze +15
Zacznę od tego, że mimo ogrania WII:TNC na PS4 to naprawdę się świetnie bawiłem, choć mam pewne zarzutu wobec  rozgrywki, ale nie kieruje ich do devów, a do Sony. Napiszę o tym nieco później. Gra nie jest trudna, choć ogrywałem na poziomie trudności Do or die. Żeby spraw była jasna nie chwale się, czy coś (;p). Rozwałka jest niezwykle krwista, a wpadnięcie na arenę z hasłem je*bać nazioli oznacza oglądanie ekranu wczytywania co chwilę. Największą przeszkodą jednak nie są boty, a sam pad i brak precyzji w analogach.

Odczuwałem to boleśnie na każdym kroku, co zmusiło mnie do innego podejścia do przechodzenia poszczególnych misji. Przyznam się bez bicia, że bezczelnie wykorzystywałem wszelkie luki mogące przechylić szalę zwycięstwa na moją stronę. Efektem ubocznym było ujrzenie jak Si jest kiepskie, bo nieświadomie lub świadomie twórcy nic z tym nie zrobili. Na dzień dobry, gdy spotkałem uber szwaba ukryłem się w szybie wentylacyjnym i nawalałem w nogi i to w zupełności starczyło, aby go pokonać. Podobne patenty sprawdzały się wobec całych oddziałów. 

No, ta pani wie co dobre dla nas wszystkich!
Natomiast jak weszło się już na otwartą przestrzeń sytuacja się zmieniała raptownie. "Kochani" Niemcy zaczęli flankować, chować się za osłonami, innymi słowy kombinować, a ich rozstawienie i "fale" które dochodziły to prawdziwy majstersztyk. Nie miałem czasu się nudzić. Eliminacja dzieliła się na cichą i na rambo. Aby aktywować wersję pierwszą należało lepiej zapoznać lokalnego dowódcę lub dowódców z siekierą strażacką, a w przypadku opcji drugiej patrz wyżej. Różnica jest naprawdę spora, bo gra nabierała rumieńców, gdy tylko zostawałem zalewany przez wroga. Tylko raz postarałem się załatwić sprawę cichaczem, ale to nie to samo, nie ma już takich emocji.



Gra promuje skradanie się, bo w końcu pierwsza część z 1981 r. to skradanka, ale na szczęście nie odczujecie tego. Kolejnym elementem jest system perków. Nie można odblokować ich według uznania, a poprzez granie według własnych preferencji, przykładowo lepsze posługiwanie się bronią palną odblokuję szybkostrzelność itp. Wszystko to jest tak symboliczne, że nie zwróciłem najmniejszej uwagi, czy coś się odblokowało.

Wszystko co było mi potrzebne dostałem na dzień dobry, a dokładnie dwie wielkie spluwy robiące ze wszystkich sito. Amunicji wbrew pozorom nie zabraknie, co oznacza, że mamy tu całkiem inną sytuacja niż w poprzedniej części do której was tutaj odsyłam.


Fabuła też trzyma poziom i nie żałuję nam dobrych i jakże pamiętliwych scen. Na samym początku dostajemy streszczenie z tego co się działo w prequelu. Dobry zabieg, który przypomina co się stało, a ci z was co nie grali będę wiedzieć czemu BJ jest na wózku inwalidzkim. Taki początek jest mocny! Napisałem przed chwilą, że zaczynamy jako mobilna wieżyczka, która kosi wszystkich. Ciekawe nie powiem, ale pod tym względem Metal Gear Solid V wypadło lepiej pokazując słabego protagonistę.

Tak to leciało
Machine Games dało możliwość znowu zdecydować, kto zginie. Zależnie od tego będziemy mieli nieco inną fabułę. W takim momencie zastawiam się po co? Wolfenstein II to z całą pewnością gra z najwyżej półki, jeśli chodzi o strzelanki, lecz fabularnie jest tylko na raz. Sorry, Wiedźmin 3 to nie jest. Innym potencjalnym momentem zachęcającym do przejścia ponownie kampanii jest zobaczenie, co dają pewne wspomagacze dla których można stracić głowę.



Bohaterowie tej historii są naprawdę ciekawi, bo sojusznicy nie są nijacy, a mamy tu socjalistów (komuchy) i skrajne ruchy jak Czarne Pantery. Niemcy wygrali wojnę po przez zrzucenie bomby atomowej na Wielkie Jabłko (Nowy York) brzmi znajomo? Do tego słyszmy pewną historie, która jest w oryginale opowiadana przez Japonkę, która przeżyła atomowy atak USA. Szacunek naprawdę i jakie to niepoprawne politycznie.

A jak się gra zestarzała na przełomie ostatnich 2 lat? Nic, naprawdę wciąż olśniewa. Lokacje są wypełnione po brzegi. W sumie dostaliśmy dużo, ale dużo więcej niż wcześniej. Najbardziej jednak zwróciłem uwagę na grę świateł. WII  nie posiada opcji licznie światła w czasie rzeczywistym, a mimo to robi cholernie dobre wrażenie. W takich chwilach zastanawiam się czy ray tracing jest naprawdę potrzebny?

Przyszła pora na rubrykę wszystko to, co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. 
W Wolfenstein II: The New Colossus mamy parę niedociągnięć pod względem fabularnym jedna z "potężniejszych" bohaterek drugoplanowych nieszczęśliwie się zakochała, a do tego nie była lubiana. Nie przeszkadzało to jednak, aby olać ten wątek i nie zrobić zwrotu akcji, który byłby widoczny na kilometr. Kolejna sprawa to fakt, że BJ traci kombinezon. Sądziłem, że pewna Frau go założy, aby stać się bossem, który spuści mi porządny łomot. Niestety nie miało to miejsca, a dostałem coś całkiem innego. Na samym końcu poczułem pewien niesmak.

Na sam koniec ostatni zarzut! W niniejszej produkcji zaliczyłem pierwsze wykrzaczenie się gry, a także zacięcie się, które wymagało restartu. Pierwsze koty za płoty jak to mawiają. Oby już nigdy się nie powtórzyły.

Czy wartko kupić Wolfenstein II: The New Colossus? Jasne, że tak bronie są mocarne, a bohaterowie mają jaja ze stali. Tylko, czemu, zawsze muszą to być jaja, aby określić, że ktoś jest twardzielem? No mniejsza z tym, kupujcie śmiało, bo tytuł który dostaje mocne 8.5/10 jest tego wart. Prawda?

A wam nowe przygody BJ przepadły do gustu? Znaleźliście wszystkie ukryte smaczki, a może dopiero szukacie?

Małe ogłoszenie, następna recka będzie z grą na GB lub GBA.

Share:

Recenzja Ratchet & Clank

Skakać, a potem strzelać. Nie coś nie tak, chyba coś poplątałem, a może jednak to dobra formuła wymagająca jedynie odpowiedniego balansu?

Po ostatniej recenzji powinienem zabrać się z jakąś produkcję na nes'a lub choćby GB Color, a tu klops i zacząłem grać w Ratcheta & Clanka na PS4 stworzonego przez Insomniac Games. Powiem wam jedno nie żałuję, bo to naprawdę rewelacyjna platformówka, która zadowoli wielu miłośników tego gatunku.


Pan Zurkon się nudzi!
Zacznę do tego... czyli, od czego? Od grafiki, jest nieziemsko słodka w sumie jak w każdym tytule, który ma być docelowo kierowany do milusińskich. Lecz nie w tym rzecz, ale w czymś zgoła innym. Mogę powiedzieć, że elektroniczna rozrywka dotarła na poziom Pixara. Zdaje sobie sprawę, że mogę przesadzać, ale takie mam odczucie względem tej produkcji. Liczba klatek została zablokowana na 30, a na pewno pamiętacie, że na PS2 mieliśmy 60 fps'ów. Uspokajam was, że nie ma to negatywnego wpływu na ten reboot.

Animacje i efekty jakimi byłem raczony zadowalały, dając wrażenie bycia w filmie. Na dokładkę trzeba dorzucić liczne planety, które są hubami, a po odblokowaniu jetpacka można trochę poszperać i odszukać wszystko co twórcy pochowali.


Pan Zurkon przyszedł zabijać
R&C jest luźną interpretacją tego co znamy z pierwszej części serii. Zapewne poznacie stare miejscówki i po zakończeniu zapytacie, gdzie pozostałe? No nie ma, twórcy zafundowali jedynie połowę tego co znamy. Ale nie ma co się czepiać. Zawartość jest bogata, a cena na premierę sięgała ok. 150 zł. Oczywiście teraz można taniej dostać tą grę. Mamy tu powrót do korzeni przez to nowi będą dobrze się bawić i może sięgną po poprzednie części, a weterani uronią łzę nostalgii.

Przerywniki filmowe są wyciętymi fragmentami filmu jaki był wyświetlany równolegle w kinach. Ubolewam, że nie dali tych samych aktorów. Mówi się trudno i idzie się dalej. Nasi kochani artyści dobrze się sprawdzili nadając produkcji swojski klimat, który jest tak dobrze mi znany. Niestety ruch ust bohaterów niekiedy nie pokrywa się z dubbingiem, trochę to psuło odbiór. Gorszą rzeczą było to, że wrzucano sporo epizodycznych bohaterów, którzy trafili tam, bo tak! Nie odczujecie tego, jeśli nie obejrzycie wcześniej filmu. Więc radzę najpierw zagrać, a potem obejrzeć co się stało w ekranizacji.


Pan Zurkon nie zabił Cie już?
Historie poznajemy ze wspomnień Kapitana Qwarka, który jest herosem siedzącym w kiciu. Nie będę zdradzał czemu tam trafił, ale jakieś szałowe to nie jest. Na szczęście Insomniac Games wzięło pewne rzeczy pod uwagę i w czasie wstępu mogliśmy usłyszeć pewne błyskotliwe spostrzeżenia kapitana. Bezcenne! 

Generalnie mamy tu złego prezesa i szalonego naukowca, duet idealny do zrobienia kosmicznej katastrofy, która jest dość śmieszna. W czasie całej kampanii nie zabraknie kultowego tekstu: nic mi nie jest. Nie muszę tłumaczyć, o co w nim chodzi. Prawda? Jedynym ciekawym wyjątkiem jest pewien mały bojowym robot,  nie Clank, a ktoś zgoła inny Pan Zurkon.

Od pierwszej sceny raczył mnie swoimi złotymi myślami o mordowaniu i zabijaniu. Z jednej strony trudno to traktować na poważnie, ale z drugiej zupełnie nie pasowało do całości.  A jak o broniach mowa to miałem deja vu. Wiele z gnatów wyglądały jakby wzięto je żywcem z Saints Row: The Third. Moim faworytem był pikselnator zmieniający przeciwników w coś w rodzaju 8-bitowych pikseli, kolejną pukawką była kula disco i tu ciekawostka każdy przeciwnik miał zwój indywidualny taniec.


Komunikat do "srok i chomików": zbierajcie karty i złote śruby, jeśli będziecie to robić dostaniecie dodatkowe bonusy, co nie zmieni faktu, żeby wymaksować je będziecie potrzebować więcej niż jedno przejście kampanii. 

Przyszła pora na rubrykę wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Gdy zeszłym roku wyszedł nowy Spiderman wszyscy achali i ochali  w tym podkreślając to, że jeśli zapałzujemy grę w czasie rozmowy telefonicznej Piter przeprosi za to mówiąc, że był pewien problem w Ratchecie & Clanku mamy też ten patent, gdy przerwiemy rozwiązywaniu łamigłówki. 

Ostatnio zaniedbałem ten dział, dla tego teraz go rozszerzę. W grze mamy w sumie dwóch protagonistów z czego ten mniejszy jest no cóż delikatną kulą u nogi. W trakcie wcielanie się w niego zostawałem wrzucany w czystą małą grę logiczną. Zagadki nie były wymagające, choć nawet miłe, ale powtarzająca się ucieczka przed pewnym niemilcem potrafiła męczyć. Hmm, coś jeszcze dodać? Tak zakończenie!

Czy warto kupić Ratcheta & Clanka? Pełna humoru produkcja, która zachęca do spędzenia z nią odrobiny czasu. Barwne lokacje, a do tego w pełni wykorzystana wiedza z poprzednich odsłon czyni ten tytuł bardzo dobrym. Twórcy wyważyli wszystko wraz z ceną. Moja ocena może być tylko jedna 8.5/10.

Przypominam po raz, któryś o komentarzach i zadam za chwilę te jakże cudne pytanie czy wam się podobała gra.

To jak podobała się, prawda? XD


Share:

Recenzja Mortal Kombat XL

Walka towarzyszy człowiekowi od zawsze. W dzisiejszych czasach znamy ją jedynie z telewizji, filmów czy gier wideo. Każdy podchodzi do niej inaczej. Niektórzy twórcy gier stawiają na realistykę, a inni na krwawe wykończenia.

Dawno już nic nie pisałem, a do tego jakoś zabrakło mi chęci do pisania, co nie zmienia faktu, że przygotowałem się do kolejnej recenzji. Tematem tego artykułu będzie Mortal Kombat XL od studia NetherRealm.

Chono tu!
Nie będę owijał w bawełnę, gry typu MKXL są dla mnie swojego rodzaju nowością przez co nie mam w nich takiego doświadczenia jak w FPS'ach czy RPG'ach. Nie ma to większego znaczenia, bo chętnie się uczę! Mortal ku mojemu zaskoczeniu okazał się bardzo przyjazny dla początkujących. A teraz poproszę o schowanie katan i innych ostrych narzędzi. Dziękuję, teraz mogę dalej kontynuować.


Zacznę od tego co zwróciło moją uwagę najbardziej z przyczyn technicznych, a mianowicie ten tytuł niemiłosiernie wolno włącza się . Początkowo uznałem, że jest to wina mojego poczciwego blaszaka, ale w takim Wieśku 3 czy Dying light nie odnotowałem tego typu problemów. W samej grze sytuacja się poprawia, dzięki temu mogłem się cieszyć płynną liczbą klatek na sekundę. Interesujące jest to, że w czasie walki mamy 60 FPS, a w czasie wszelakich przerywników tylko 30, co może budzić pewien niesmak u bardziej wymagających zawodników. Niestety muszę dorzucić jeszcze coś do tego worka.

Co jakiś czas gra dostawała "czkawki" innymi słowy zacinała się z bliżej niewiadomych powodów. Kolejną ciekawą rzeczą jest fakt, że w kilku ostatnich rozdziałach tego problemu już nie było. Na sam koniec listy niedociągnięć dorzucę wyraźny podział modeli postaci. W trakcie każdej walki wyglądały idealnie, a kolory światło i detale zachwycały. Sytuacja odwracała się w tracie przerywników filmowych. Nagle miałem przed oczami obraz rodem z PS3, czy innego Xkolcka360. Rzecz jasna nie jest to jakaś tragedia, ale nie zmienia to stanu faktycznego, że taka nierówność kole w oczy.


Powiedziała do mnie Janek
A teraz napiszę o tym, co przypadło mi do gustu. Tak jak wspominałem wyżej, idealna wprost oprawa, która przyciąga oko do monitora. Już dawno nie widziałem takiej szczegółowości w grach. Mogę zaryzykować, że taką grafiką mogły się pochwalić jedynie ścigałki, lecz teraz mamy wyjątek od tej reguły.

Przyszła teraz pora na kampanie, która jest dość krótka zaledwie pięć godzin. Jej konstrukcja jest dość schematyczna, mamy głównego złego pradawnego boga, których chce zniszczyć świat ludzi i zaświaty. W każdym rozdziale wcielamy się innego wojownika, co oznacza, że niema protagonisty. Nie należy się tym martwić, bo i tak można się zżyć z seniorami jaki i juniorami. Młode pokolenie to między córka Johnnego i Jax'a.

No ale nie pora na rozpisywania drzewek genologicznych poszczególnych bohaterów. Fabuła jest dobrze wyważona i trzyma w napięciu, aż do samego końca. Jeśli miałbym się czegoś doczepić to do powtarzalnego schematu, gdzie główny aktor danego aktu wraca w przeszłość tylko po to, aby stoczyć walkę, a następnie wrócić do teraźniejszości. Przerywniki są czasami za długie, lecz mnie to nie przeszkadzało. Mam nadzieje, że wam też nie. Przyjemnym urozmaiceniem były szybkie wydarzenia potocznie zwane qte. Połamać palców na tym się nie dało nawet metaforycznie. Jeśli chcecie naprawdę poczuć zmęczenie po sesji z grą polecam Cień Mordoru lub Wojny.


Walka, walka i po walce
Rozgrywka w Mortal Kombat XL wymagała jak to w tego typu grach nauczenia się kombosów, ewentualnie można spamować przyciski w sposób chaotyczny, co też dawało pewien efekt marny, ale zawsze jakiś! MKXL nie uczy nowicjusza, a jedynie wrzuca na głęboką wodę. Z jednej strony to jest dobre, bo wymusza na graczu, aby kombinował, a z drugiej strony zamiast się bawić "pracujemy". Będę szczery bawiłem się naprawdę dobrze i niczego bym nie zmieniał.

Na każdej arenie mamy interaktywne elementy, które da się wykorzystać przeciwko przeciwnikowi. Raz jest to waza, którą można uderzyć wroga, innym razem beczka, a jeszcze innym babka, która pechowo stanęła w nieodpowiednim miejscu. Twórcy narzucili pewne ograniczenie na tę mechanikę w postaci odnawiającego się paska i bardzo dobrze, część graczy w multi na pewno z namiętnością maniaka wykorzystywaliby tą mechanikę, aż do przesady.


Przejdę do esencji gry, a mowa tu rzecz jasna o fatality. Kiedyś to były prawdziwe masakry nie co teraz, a tak na serio. Ocena tego czy jest lepiej, czy gorzej jest trudna do stwierdzenia, ale jedno jest pewne pomysłów jak zamordować wroga nie brakuje. W dziesiątej części wracają też brutality. które różnią się tym, że można je aktywować wcześniej spełniając odpowiednie warunki i wygrać szybciej pojedynek. Niestety w porównaniu do klasycznych "zakończeń" wypadają blado.

Kasa, kasa więcej kasy!  
MKXL oferuje jeszcze parę atrakcji w postaci wież i krypty, czy raczej skoku na kasę. Zacznę od początku. W menu głównym mamy sklep, w którym można dokupywać skórki, zawodników itp. pierdoły. Rozumiem, że koszty produkcji wzrosły itp., jednak czuje wielki nie smak, że coś takiego dodano. Wspomnę o aferze, która miała miejsce, po premierze. Początkowo liczba monet była wystarczająca, aby odblokować potrzebne do gry rzeczy, a teraz już nie! Mało tego na liście dlc, które powinny być w wersji XL brakuje sporo i mamy praktycznie tylko mini wersję tej edycji.


Wieża Babel
Na koniec zostawiłem sobie wieże. Mamy do dyspozycji żywą wieże i klasyczne. Osobiście preferuje te drugie. Są tam ciekawe urozmaicenia, które losowo zmieniają sytuację na polu bitwy itp. Ooo to teraz wiem czemu tak mi długo zeszło z zabraniem się do pisania. Żarty na bok. Mortal Kombat XL to naprawdę porządna produkcja warta waszej uwagi.

Czy warto zagrać w Mortal Kombat XL? Patrz akapit wyżej! Mało, za mało napisałem, a więc wykorzystam tom przestrzeń inaczej. Tym razem zabrakło rubryki wszystko to, co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Stało się tak, bo nie miałem co tam dopisać, a może wy zechcecie dodać coś od siebie? Tyle, że w części z komentarzami.
Share:

Recenzja Red Dead Redemption

Historia ukazana w trzech aktach, historia pokazująca prawdziwy dziki zachód! Mamy rok 1911 żelazne rumaki rozjeżdżają się po pustynnych terenach USA, a cowboy odchodzą do lamusa.


Mamy 2019 r. Rockstar wydał Red Dead Redemption 2, a gracze pecetowi wiąż nie mogą się doczekać pierwszej części RDR'a. Co w takim wypadku należy zrobić? Zagrać w kręgle? Zatrzymać cholerny pociąg? A może zaopatrzyć się w PS3 i zobaczyć czy legenda jest prawdziwa i zaobserwować jak druga część serii się zestarzała. Powiem wam jak to ja  mam w zwyczaju jest dobrze.

Ocena może być tylko jedna 8/10. Dzięki pa, pa no sio, na co czekacie?

Hej! Żartowałem to nie koniec! Rozsiądźcie się wygodnie, bo opowiem wam o najlepszej historii, jaką opowiedziały szkockie gwiazdy rocka*. Dawny członek gangu zostawiony na śmierć John Marston protagonista który przeżył. Na szczęście nie została mu błyskawica na czole. Żarty na bok, czas przejść do sedna sprawy.



Zanim zakupiłem PS3, a wraz z nią RDR miałem okazję nasłuchać się jaki ten tytuł wspaniały i jedyny w swoim rodzaju. Trochę w tym prawdy jest... Tylko musi być takie małe maleńkie, ale. Skupie się na początku na tym co dobre, a potem wyhaczę to co poszło nie tak.

Nagroda Darwina trafia do...
Sam początek jest mocny. Wygodnie siedzący Marston słucha rozmów pasażerów o tym jak biały człowiek wprowadza "cywilizacje" i wiarę, która wyjaśnia wszystko, więc nie myśl samodzielnie. Dalej jest już tylko lepiej! Świat RDR to sporej wielkości piaskownica żyjąca swoim życiem, w którym my jesteśmy słońcem. Na każdym kroku wyskakują atrakcje jak karty z rękawa. Generalnie zbiór niezobowiązujących mini gierek jest spory, tak samo jak Npc, które proszą nas o pomoc. Zależnie od tego gdzie się udamy otocznie się zmieni i to raptownie. Dzięki temu nigdy nam się nie przejedzą widoki.

Gra świateł i sposób jaki przechodzą między obiektami potrafi oczarować, a sam styl graficzny zestarzał się godnie. Animacji też nam nie pożałowano, bo dzięki temu obserwowanie naturalnych ruchów głównego bohatera dawało naprawdę wrażenie, że obcujemy z żywym człowiekiem.

Co tu jeszcze dodać? Gra dzieli się na parę rozdziałów i każdy z nich w innej części mapy. Ok , pisałem coś tam ogólnie przed chwilą, a teraz to rozszerzę. Rockstar wiedział co robi i to czuć, bo każdy nasz cel odsłania coś niepowtarzalnego. Innymi słowy nigdy nie trafiamy do tego samego miejsca, chyba że musimy, lecz to już inna bajka. Nie obawiajcie się i z tym sobie poradzono. Do Red Dead Redemption wprowadzono kilka opcji szybkiej podróży. Jeśli chcecie możecie wykorzystać dyliżans, który za opłatą przewiezie nas, gdzie chcemy. Opcja numer dwa ognisko. Jak widać pomyślano o wszystkim, ja natomiast preferowałem tradycyjną jazdę konną.


Czegoś mi brakowało, gdy jechałem na Płotce eee, na koniu jakimś o bliżej nie znanym imieniu przeżywałem coś w rodzaju deja vu, gdzieś to widziałem i odczuwałem brak pewnej ścieżki dźwiękowej. Czy jazda była realistyczna? Bo ja wiem, na pewno wygodna i nie było żadnych problemów. Co ciekawe dodano pasek, który pokazuje wytrzymałość rumaka, jeśli spadnie do zera to Marston zleci z niego.

RDR można śmiało pokazywać jako solidny przykład ciekawej plejady osobowości. Nic nie jest tutaj czarno białe. Motywy, cele itp., każdy się czymś kieruję i wyraźnie to widać w poczynaniach bohaterów, jakich spotkacie w czasie kampanii od drobnego oszusta, który sprzedaję lek na wszystko po profesora przekonanego, że zabijanie bawołów dla sportu wzmocni je, a nie spowoduje ich wymarcia.

Radosna cywilizacja zabija dziki zachód i wprowadza coś znacznie gorszego, urzędników, którzy są jeszcze gorsi, bo mordują w "białych rękawiczkach". Doskonale to przedstawiono, bo w ramach odpuszczenia win mamy za zadania dorwać byłych kompanów, a żeby  Marston się nie wahał rodzina jego została uwięziona. Antagonista wraz z swoim przydupasem cały czas mu o tym przypominają w sposób charakterystyczny dla mafii itp.


Akcja Red Dead Redemption podzielić można również ze względu na konflikty w jakie się wplątał protagonista. Po jednej stronie rzeki mamy federalnych i bandytów, a z drugiej wojna domowa. Skupmy się na tej meksykańskiej części, która pokazuje bezsensowności konfliktu wewnętrznego i jego okrucieństwa. Każda ze stron uważała, że ma rację i działa w słusznej sprawie. Zdradziecki generał z jednej strony, a z drugiej casanowa z sklerozą, a jedyne co mu w głowie to rzekoma wolność i panienki, które chce "uszczęśliwić".

Przejdę teraz do rozgrywki i tym samym zacznę narzekać, bo ta część wypadła moim zdaniem najsłabiej. Na dzień dobry mamy włączone ułatwienie, a mianowicie celownik sam przylepia się do wroga, ba wystarczy, że skieruję w jego stronę lufę i pociągnę za spust i już po robocie. Kolejną rzeczą jest fakt, że przeciwnicy namiętnie atakują z dużej odległości przez co zlewają się z otoczeniem i bez tego w/w udogodnienia nie da się grać. Inną super mocą protagonisty jest dead eye. Na początku po jego uruchomieniu system sam decyduje, gdzie się trafi przeciwnika, w wersji dla zaawansowanych trzeba zrobić to manualnie. Szczerze? Wolałem jak to działo się z automatu, bo w "kropki" trudno celować. Twórcy postarali się o realizm w nocy, a w szczególności w wąwozach i jaskiniach.


Ledwo co widać, masakra, jak grać? No tak, auto celowanie i już! Brawo! Nie prościej było lepiej doświetlić otoczenie zamiast na siłę stawiać na realizm? Upierdliwe nie powiem, ale da się z tym żyć. Hmm, a co by było jakby dołożyć, a może Kartaczownice Gatlinga i walkę w dzień. Czy zabawa się poprawi? Powinienem napisać, że tak lecz jest inaczej, co prawda lepiej, ale brak tu precyzji, która jest niezbędna do tego, aby czerpać w pełni przyjemność z tego co się dzieje na ekranie, (tak wszystkie konsole mam przypięte do monitora).

Zadanie jakie miałem okazję wykonać są naprawdę dobre nie zabrakło misji z pociągiem (taka mała aluzja do GTA SA) lub ratowania damy w opresji. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo to wykonano solidnie tylko, gdzie nigdzie projektanci nie pomyśleli, co się stanie jak gracz inaczej "wykona" polecenie, a raczej nie zauważy "prowadzącej go rączki" i zrobi to po swojemu. SPOILER jednej z misji w której Marstom wpada w pułapkę zostaje uwolniony przez frakcję socjalistów. Ich dowódca zaleca szybko zdobyć broń. Odruchowo sprawdziłem, że mam nuż i myślę spoko. Podkradłem się do jednego z żołnierzy i zdobyłem strzelbę i załatwiłem resztę. Tego faktu nikt nie przewidział, bo choć wrogowie nie żyli to boty dalej faszerowali kulami pusty budynek. KONIEC


Absurdów tego typu jest więcej, co w sumie jest nawet śmieszne. Przedstawię inny przykład dość ogólnie, aby nie psuć nikomu zabawy. W pewnym mieście rozpocząłem zadanie poboczne jako protagonista, lecz olałem je i ruszyłem za wątkiem głównym, po zakończeniu kampanii wróciłem tam jako drugi bohater tej historii syn Johna. No i tu zaczyna się komedia. Koleś siedzi tam x lat i czeka, aż do niego przyjdę i nie zauważył, że coś jest nie tak (LOL) a junior lat 20+ zachowuję się jakby jego ojciec go "opętał". Czary? Możliwe :D A teraz parę słów o pojedynkach.

Czym byłby dziki zachód bez spotkania się na środku ulicy w samo południe? No właśnie... Potyczek nie zabraknie i są nawet interesujące. Trzeba jak najszybciej oznaczyć punkty na przeciwniku, które dają największe obrażenia. Im szybciej to zrobimy tym bardziej zwiększamy szansę na zwycięstwo.

No i wreszcie nadszedł ten moment na rubrykę wszystko to co zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Ci z was co grali w inne produkcje Rockstara na pewno wiedzą, że obowiązkiem gracza jest sprawdzić co głupiego da się zrobić w grze! Rozpocząłem od czegoś nietypowego "zaparkowałem" konia na torach. Jak sądzicie, co się stało? Przesunął się na bok? Poleciał jak z procy hen przed siebie? NIE! Eksplodował! Tak dobrze widzicie. Sam się zdziwiłem, ale tak było. Kolejnym smaczkiem jest "wchodzenie" na schody tyłem. Jeśli skorzysta się z schodów z pierwszego piętra i kliknie przycisk odpowiadający za schowania za osłonę nasz cowboy cofnie się wślizgiem z powrotem na górę.


Ciekawa jest jeszcze jedna rzecz, a mianowicie sposób w jaki jesteśmy karani, gdy zaczniemy strzelaninę. Nie będzie żadnych gwiazdek tylko licznik z grzywną i coraz to większa liczba szeryfów wyskakująca jak królik z kapelusza. Jeśli im uciekniemy to łowcy głów będą na nas polować w określonej okolicy do momentu, aż  opłacimy grzywnę. Możemy też się podać i trafić za kratki, co nie zwalnia nas od uregulowania opłaty. W sytuacji, gdy na koncie nie ma kasy to sami musimy zapolować na kogoś ściganego listem gończym. Przyznam, że jest to pomysłowe. Jedynym minusem jest fakt, że niezależnie, gdzie zacznie się sieczka tam "policja" się pokazuję co psuję imersję.

Nie zabraknie też otrzymywania punktów honoru, coś podobnego do karmy z Fallouta. Im więcej dobrego robimy tym reputacja się zwiększa i mamy zniżki w sklepach. Tylko po co nam skoro amunicja sama się sypie w ilości hurtowej ze bandytów i można odnowić magazynki w skrzynkach, które znajdują się w wynajmowanych pokojach. Ktoś może zasugerować, że lepsze giwery będą tańsze. Spokojnie te które dostaniemy za darmoszke w zupełności wystarczą i nikt nie poczuję potrzeby zakupu nowych.

Czy warto kupić Red Dead Redemption? Gra nie jest doskonała ma błędy, to tu to tam, gdzie nigdzie otocznie się doczytuje lub jest widoczny spadek klatek, ale to tylko małe niedociągnięcia. Opowieść jest naprawdę przednia, a że na PS3 takich perełek jest więcej zalecam kupno tej konsoli i tej super produkcji. Rzekłem
.
Pierwszy tak obszerny tekst w tym roku! Mam nadzieje, że docenicie moją pracę i podzielicie się ze mną swoimi uwagami dotyczącymi waszej oceny RDR.

Przypominam o udostępnianiu i co tam się jeszcze robi ;] Do zobaczenie wkrótce!



*Chodziło mi ogólnie o Rockstar, a nie o określoną część tej firmy.

Share:

Recenzja Animal Crossing: New Leaf

Zacznijmy tą recenzję od "żartu". Czy jak będę dorosły to będzie mnie stać na gry, które mi się podobają? Tak... tylko nie będziesz miał czasu, aby w nie grać. Jakie to prawdziwe.

Godzina, minuta, sekunda, dzień noc określenia służące do mierzenia czasu, który jest nieodłącznym elementem naszego życia, a co byście zrobili jakby tą "mechanikę" wprowadzili do jakiejś produkcji czyniąc z niej coś niepowtarzalnego? Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym ile trwa doba w grze? Czemu wystarczy położyć się do łóżka i wybrać porę w której chcemy się obudzić? Luknijmy co się dzieję w pewnym miasteczku w Animal Crossing: New Leaf wydanym na 3 DS od Big N.


Zacznę od werdyktu gra jest bardzo dobra mocne 8.5/10. Pewnie część z was teraz da sobie spokój z czytaniem lub zastanawia się czemu wystawiłem taką ocenę. Wbrew pozorom odpowiedź jest prosta. Produkcja ta trafiła do mnie w właściwym momencie i nie ukrywam, że jest specyficzna. Powiem wprost, AC:NL  można porównać do terapii relaksacyjnej w czasie, której słuchamy dźwięków natury. Z tego też powodu nie przypadanie wielu osobom do gustu. Lecz ci z was co dadzą szansę temu tytułowi na pewno się nie zawiodą. Wystarczy wiedzieć jak grać, a biorąc rzecz ściślej ile godzin należy poświęcać na ten symulator życia.

Tak jak pisałem na początku twórcy wprowadzili do swojego dzieła najbardziej realistyczną rzecz, a jest nią taki sam cykl dobowy, a jeśli wam mało to sklepy i inne miejsca jak poczta itp. działają w określonych godzinach. Z jednej strony, co w tym nadzwyczajnego? Na papierze wygląda to tak sobie, jednakowoż w praktyce zmienia to wiele. Ma to zasadniczy wpływ zwłaszcza wtedy, gdy gramy mało i do tego wieczorem. Wyobraźcie sobie jak się zdziwiłem widząc komunikat, że jest zamknięte i dopiero jutro będę mógł załatwić u pośrednika pierwsze zadanie. Twórcy przyzwyczaili nas do tego, że to my dyktujemy tempo akcji, a to co się dzieje wokół to jedynie tło mające uwiarygodnić przeżywaną przygodę.


W Animal Crossing: New Leaf jest inaczej! Jeśli dostaniemy wiadomość, że jakiś event odbędzie się jutro lub za tydzień to tak będzie i czy podoba nam się to czy nie musimy poczekać te 168 godzin i to nie jest żart! Pod tym względem mamy 100% symulator. No ok, a gdzie zabawa? Eeee, jest tylko rozwija sie powoli. Początkowo uczymy się jak zarabiać w czym pomagają nam wszyscy mieszkańcy miasteczka. Następnie poznajemy kolejne mechaniki i co najważniejsze... Będziemy grindować ciągle te same rzeczy. Zagadnijcie co jest w tym najzabawniejsze? A to, że nawet nie odczujecie tego! Będziecie zadowoleni, wypoczęci i przepełnieni spokojem. Pamiętajcie gra się nie kończy zbyt szybko. Będzie wam potrzebne ok. 100 godzin, aby zobaczyć całość, a przynajmniej tak mi się wydaje :D Sam nie mam jak to sprawdzić dlatego poszperałem w sieci i sprawdziłem co inni piszą na ten temat.

Na samym początku będziecie pełni entuzjazmu, ale na dłuższą metę może zabraknąć chęci, chyba że nie macie innych tytułów do ogrania. W takim wypadku małymi kroczkami zobaczycie możliwości tego symulatora.

Gra nie jest trudna oferuję łatwe zadania typu podlej kwiatki czy wyślij listy do pięciu przyjaciół itp. Po wykonaniu tych questów dostaniemy kupony, które można wymienić na rzeczy lub pieniądze. W kwestii zarabiania jest też prawie tak samo jak w realu mało dostajemy, a dużo musimy mieć by coś kupić!


Ciekawą opcją jest możliwość poskarżenie się naszej sekretarce, że ktoś był niegrzeczny. Niestety to nie działa, ba nawet się nikt nie obrazi, że go o to posądziliśmy. No tak zapomniałem dodać, że wcielamy się w lokalnego burmistrza, który może wprowadzać nowe zarządzenia dotyczące rozwoju miasta i wprowadzać projekty obywatelskie. Zastanawiam się tylko, po co? Jeśli nie poświęcimy tej grze bardzo, ale to bardzo dużej liczby godzin nawet tego nie zobaczymy.

Opłaty są tak duże jak Polski dług publiczny przez co wszelkie usługi typu: większy dom spłaca się go szmat czasu. Wspomnę o jedynym wydarzeniu w jakim próbowałem wziąć udział. Dostałem od organizatora wiadomość, że muszę przynieść mu pióra określonego koloru, które wypadają ramdomowo. Nic prostszego, tak pomyślałem, lecz szybko okazało się, że jest to chyba jakiś kiepski żart, bo zadanie okazało się nie do wykonania w wyznaczonym czasie.


Przyszła pora na rubrykę wszystko to o czym zapomniałem lub nie pasowało wyżej. Muzyka jest dobra pasuje nawet dobrze i zmienia się co godzinę, a wiecie co to oznacza? Nie usłyszcie utworów, które lecą jedynie w godzinach nocnych! W takich chwilach zastanawiam się po co je ktoś komponował. W kwestii grafiki jest całkiem przyzwoicie, czyli ślicznie jak zawsze, a animacje wykonywane przez Npc urocze, co daje wrażenie obcowania z postaciami rodem z anime.

Czy warto kupić Animal Crossing: New Leaf? Odpowiedź jest na samej górze, lol.  

A jakie wy znacie tytuły miejące tak zakręcone zasady? Piszcie, bo może będzie z tego kolejna recenzja!

Tradycyjnie przypominam o komentowaniu i udostępnianiu. Niech będzie nas więcej. 

Share:

Recenzja New Super Mario Bros U

Marian ten Cie ceni, kto się nie dowie..., że wyszło z tobą ponad dwieście gier! Wąsacz który już skacze sobie od lat 80-tych po dziś dzień.

Po raz pierwszy podszedłem do serii z wąsaczem na Pegazusie, taaak to były czasy. Potem była długa przerwa a następnie sięgnąłem po Mario 3D Land na New 2DS XL mogliście już przeczytać recke na blogu. Niezły początek, a przynajmniej tak wspominam ponowne wejście w świat Nintendo. Dodam, że już w pełni świadome, bo jako dziecko nie wiedziałem, że dostałem klona Famicom'a.

Pora na nową przygodę!
W roku bieżącym zaopatrzyłem się, a jakże w kolejną konsolę od Wielkiego N w Wii U. Zdaję sobie sprawę, że póki, co recenzja ta przypomina test z działu publicystyką, ale już pewnie zauważyliście to, że tak piszę zawsze wraz z wejściem nowego sprzętu na bloga. Na pierwszy ogień wziąłem New Super Mario Bros U. Wydanego początkowo na Wii, a następnie Wii U i Switch. Premierę tytuł miał w 2012 r.


W trakcie przygotowań do pisania tego artykułu pogrzebałem w necie szukając informacji, czemu Marian jeszcze się nie znudził mimo tak dużej liczby kontynuacji rodem z Mody na sukces. Na pewno nie z powodu fabuły, bo ta jest taka sama i nic się w tej kwestii nie zmieniło chyba, że sięgnie się po spin-offy. Oprawa tego jak i wielu innych tytułów jest słodka powiedzieć można kawaii. Nie dajcie się jednak zwieść, o ile pierwszy z ośmiu światów jest rzeczywiście prosty do przejścia to pozostałe już nie, a im dalej w las tym więcej drzew.

Do 3 razy sztuka
Co prawda z "odrobiną" cierpliwości, no może ciut większą dawką da się rade. Dodam, że i tak jest łatwiej niż w DonkeyKong Country Returns. Marian daje w kość, ale w sprawiedliwy sposób, choć nie zabraknie dowcipnych poziomów z Boo w roli głównej. Upiorne mini światy to swego rodzaju ciekawe odskocznie umożliwiające jeszcze większe kombinowanie z odnalezieniem właściwej drogi. Gdy trafiałem do nawiedzonych leveli wiedziałem, że będzie tam dużo trollowania. Nie miałem tego za złe twórcom, jedynie skupiałem się bardziej i biegłem przed siebie.


Krainy jakie przybyłem różnią się bardzo swoim tematem przewodnim, od lasku po wysokie góry, od tropikalnego archipelagu do pustyni. Najlepsze jest to, że w czasie jednego przejścia nie odwiedzi się wszystkich wyżej wymienionych miejsc. Big N dało ukryte bonusy dla tych co chcą wymaksować grę.

Oh, nooooo!
Przejdę teraz do innych atrakcji jakie są oferowane w New Super Mario Bros U.  Jest możliwość granie z znajomymi! Hurrra, a nie czekajcie jest pewien haczyk i to chamski. Potrzeba więcej niż jeden Wii Remote. Fakt, że mamy już Gamepada, który świetnie nadałby się do tego, aby wspólnie się dobrze bawić nie ma znaczenia. Należy wyciągnąć kasę z portfela i kupić przynajmniej jeszcze jednego kontrolera. Strzał w stopę, ale w końcu tak to już dziś jest, a co jeśli chce się pograć w sieci? Zapomnijcie o tym.


Ok, pomarudziłem ciut, mam nadzieję, że was nie zaraziłem do NSMB U, bo zostały nam jeszcze drobne atrakcje w postaci pomniejszych trybów, które mają zatrzymać gracza przy konsoli. Przykładowo, mamy tryb wyzwań, gdzie robi się różne niestandardowe rzeczy jak np. unikanie kul ognia w jakie nas rzucają przerośnięte żółwie, inną konkurencją jest przechodzenie danego poziomu na czas ze jak najlepszym wynikiem itp.

Chyba coś należy dopisać?
Na sam koniec zostawiłem miejsce na rubrykę wszystko to co zapomniałem bądź nie pasowało wyżej. Yoshi znowu się ujawnił i pomaga nam jak może, jako młody bobas, który umożliwia wyższe skoki itp.(zależnie na jakiego trafimy), ale co ważniejsze zjada wszystko co mu stanie na drodze jest to znacznie lepsza opcja niż zamrażanie, czy spalanie wrogów. Niestety jest też mały haczyk, a mianowicie niemożna używać mocy specjalnych.

Czy warto kupić New Super Mario Bros U? Który już to raz pada to pytanie? No nieważne... Warto zapatrzyć się w tą dobrą i dopracowaną platformówkę zwłaszcza jak się nie miało do czynienia z poprzednimi częściami. Big N oferuje wyzwanie warte czasu i waszych pieniędzy i nie zastanawiajcie się i kupcie. Moja oceną 8/10.

A wy odkurzyliście swoje Wii U, a może dopiero się przymierzacie do kupna tej jakże niedocenionej konsoli? 
        
Zachęcam jak zwykle do komentowania i udostępniania moich tekstów ;p Wiem skromny jestem.

Share:

Growe podsumowanie 2018 roku

Zeszły rok obfitował ciekawymi wydarzeniami. Wspomnę w tym artykule o kilku z nich. Postaram się okrasić je własnymi przemyśleniami. Dodam jeszcze, że całe podsumowanie 2018 r. będzie się mieściło w tym jednym tekście. Postaram się tu zamieścić to co uznałem za istotne. Zapnijmy pasy, bo będzie się działo. 

Złota koszulka lidera
Jeśli was zapytam o najgorszego wydawcę to zapewne wskażecie EA. Coś jednak się zmieniło i Bethesda wzięła sobie za punkt honoru zająć pierwsze miejsce w tym wyścigu. Mogę śmiało powiedzieć, że udało się im to, ba wciąż trzymają to zaszczytne miejsce. Zacznę jednak od początku, dobrze? Nasi milusińscy postanowili wydać Fallouta 76, który miał być czymś w rodzaju mini MMO. Wiecie co to oznacza? Brak modów łatających liczne błędy. Zaraz po premierze wyszedł gigantyczny patch! Niestety w późniejszym czasie nie było lepiej.

Skupie się teraz na "pierwszej" wpadce wydawcy. W edycji kolekcjonerskiej miała się znaleźć porządnej jakości torba, a zamiast tego ludzie dostali reklamówki. Burza ta była sroga i w końcu się musieli ugiąć włodarze firmy i załatwili sprawę jak trzeba, ale wcześniej zaoferowali kiepskie zadość uczynienie w postaci waluty w grze wartej psie grosze. Ci co skorzystali z tej oferty stracili możliwość dostania właściwej zawartości kolekcjonerki.


A jak wygląda kwestia grywalności w F76? Jeszcze lepiej, ekhem znaczy się gorzej. Silnik tej produkcji kulał już w Falloucie 4. Co świadczy jedynie o tym, że do multi się nie nadaje, o skutkach można było przeczytać w licznych serwisach branżowych i do dnia dzisiejszego nic się nie zmieniło. Bieżące aktualizacje przywróciły stare "niedociągnięcia". Kolejnym smaczkiem była afera z odkryciem pokoju devów. Gracze odnaleźli tam wszystkie płatne przedmioty. Nie będę się już więcej znęcał nad leżącym z tego też powodu, że w kolejce jest jeszcze kilku chętnych.

Piekielnie, dobra zabawa
Diablo to kultowa seria, którą uważam za jedną lepszych. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak też tu się stało. Zamieć nie ogłosiła "śmierci" tej marki, ale coś zgoła innego. Na wyczekiwanym Blizzconie fani usłyszeli o mobilnej wersji ich ukochanej produkcji tworzonej przez chińskie studio. Warto zaznaczyć, że Infinite to tylko przeróbka istniejącej już gry mobilnej. Activion Blizzard szuka kasy i to jest zrozumiałe, ale taki kubeł zimnej wody to już przesada.


Mam też dobre wiadomości dotyczące Warcrafta 3, doczeka się porządnego odświeżenia podobnie jak StarCraft. Mnie to cieszy, bo chętnie wrócę do tych klasyków i możecie liczyć na recenzje ze wyżej wymienionych tytułów. Przyszła pora na Telltale Games, które na pewno zapamięta tą decyzje.

Lee to będzie pamiętał, chyba...
Pamiętam to jakby było wczoraj. TG weszli na szczyt błyskawicznie! Wydawało się, że przeżywamy renesans przygodówek. The Walking Dead ukazywało się jako objawienie! Miało się wrażenie, że można podjąć dowolną decyzje, która będzie miała konsekwencje w przyszłości. No właśnie, wydawało się to dobre słowo. Dostaliśmy liniową fabułę, która sprytnie udaję wielowątkową historię. Z kolejnymi dziełami nie było lepiej. Największym gwoździem do trumny było podzielenie poszczególnych tytułów na epizody. Osobiście czekałem na premierę całego sezonu, aby nie zapomnieć głównego wątku. Pomimo faktu, że  Telltale Games posiadało sporo licencji np. Grę o tron, czy Batmana to nie potrafili się utrzymać na powierzchni. Ktoś powiedział kiedyś mądrze: nienależny łapać dziesięciu wron za ogon.

W samo południe   
Red Dead Redemption 2 jeden z większych hitów z zeszłego roku. Solidna długa kampania, a do tego nacisk na realizm, ale bez przesady. Wyraziści bohaterowie multum atrakcji do wykonania. Tylko jakim kosztem? Dla pracowników Rockstar był to koszmarny okres podobnie jak z poprzednią odsłoną. Nie oszukujmy się tego typu hity wymagają czasu i to dużo, a czas to pieniądz. Mam tylko nadzieje, że w końcu coś sie w tej kwestii zmieni i organizacja będzie taka, że nie wyniszczy pracowników.      

Emulacja czy kastracja?
Ostatnim wątkiem pierwszej części podsumowania będzie PlayStation Classic. Sony podobnie jak Big N zapragnęło kawałka tortu nostalgii. NES i SNES mini sprzedały się świetnie, to czemu nie zrobić tak z szarakiem? Japończycy zrobili to na szybko co czuć grając na tej miniaturce, która posiada w sobie emulator... Żeby było śmieszniej ten sam, z którym walczyli kilka lat wcześniej. Czy można wyobrazić sobie lepszy dowcip? Replika PS1 nie dawała rady uruchomić w płynnej licznie klatek gier jakie tam zainstalowano, a do tego zabrakło możliwości zakupu innych gier. Jednakże dla chętnego nic trudnego i można domowymi sposobami ominąć tą niewygodną przeszkodę! Ale nie tędy droga.

Czy na sali jest lekarz?
Kolejnym istotnym wydarzaniem jest "odkrycie" przez mądre głowy, że można uzależnić się od gier wideo i należy to traktować jako chorobę. Brawo! Dajcie temu co to wymyślił medal, a nawet dwa! Wiadomość ta była dość rozdmuchana. Czemu się nie dziwie, bo ludzie klikają, a redakcje zarabiają od każdego wejścia. Tylko jak się do tego odnieść? A tak, że Światowa Organizacja Zdrowia ma racje! Można się uzależnić, jak od wszystkiego. Jako, że prowadzę blog o grach i sam siłą rzeczy jestem graczem wyrażę się nieobiektywnie... Nie odkryli nic nowego, a jedynie zrobili gówno burzę. Po pierwsze, pojęcie uzależnienie od gier to zbyt ogólny termin. Inne będzie leczenie od mobilek, a inne od gier sieciowych, które stawiają na e-sport. Nie będę się tu rozpisywał, bo to temat na cały felieton, a tu jedynie wspominam o tym.


Praca, praca. Więcej pracy?
Ostatni rok był dość łaskawy dla naszych polskich twórców. Gry schodziły jak świeże bułeczki, choć były też wyjątki. Pod spodem zamieszczam Top 10 najlepiej sprzedających się gier znad Wisły.

    Źródło: https://www.gry-online.pl/S013.asp?ID=112772

Na samym końcu pozwolę sobie poświecić parę zdań o tym jak mnie minął tamten rok. Zaopatrzyłem się w sporą liczbę gier, ale nie tylko. Początkowo blog ten miał być tylko o produkcjach na PC, ale rozbudował się gwałtownie. Zaopatrzyłem się w kilka platform, o których już wiecie, bo czytaliście recki z gier na wyłączność. Doszły mi jeszcze nowe konsole takie jak PS3, WII U, Gameboy Advance SP i Retro Freak. Otwiera to przede mną nowe niezbadane tereny. Wierzę, że tak jak mnie przyniosą one ciekawe doświadczenia, tak wam interesujące recenzje, które będziecie czytać na tym blogu.     

Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie