• Recenzje

    Tutaj znajdziecie posty dotyczące w których omawiam wszelakie gry wideo

  • Manga i anime

    Jeśli chesz obejrzevć fajne anime i przeczytać interesującą mangę to zajrzyj tutaj

  • Filmy i seriale

    Warto czasem zrobić sobie przerwę na dobre kino. W tym dziale opisuje swoje wrażenia z produkcji, które miałenm okazję obejrzeć

  • Publicystyka

    Warto się czasem zastanowić nad róznymi tematami, czy to gier, a może jeszcze innymi w tym miejscu znajdziecie do jakich wniosków doszedłem

Recenzja anime Nisemonogatari

Im więcej ogląda się anime tym bardziej się rozumie, że pomysłowość ludzka nie zna granic. Zazwyczaj objawia się to tym, że fabuła jest zakręcona lub bohaterowie zasadniczo różnią od tych jakich znamy z zachodniej pop kultury.

Nisemonogatari stara się łączyć to wszystko razem. W każdym tekście zwracałem uwagę na coś innego lub podkreślałem elementy powtarzające się. Tym razem twórcy polecieli po bandzie.


O ile w poprzednich sezonach można jeszcze uznać, że poszczególne sceny są pokazywane w sposób tradycyjny. Choć to w sumie trochę naciągane stwierdzenie tak w Nisemonogatari nikt się tym nie przyjmuje.

To co było kiedyś dziwnymi awangardowymi wstawkami przejęło zupełności kontrolę. Lepiej by było powiedzieć przeszło na pierwszy plan. Sam Picasso by się nie powstydził tego miszmaszu. W tym sezonie więcej skupiono się na mieście jak i domu Araragi’ów. (Można to tak spolszczyć?)

Wnętrza są istną abstrakcję z innego świata. Jedynie niektóre miejsca można podciągnąć pod realne, ale ma to swój urok jak na to nie patrzeć. Stylistyka bardzo dobrze uzupełnia się z opowiadaną historią.


Nawet przysłuchując się pobieżnie rozmowom między postaciami jakie tu wstępują można zwrócić uwagę na jedną rzecz. Tematy jakie poruszały były dość filozoficzne.

Mimo wszystko sposób wysławiania się rodzeństwa, czy Mayoi mogłyby temu zaprzeczyć. Dlatego odnoszę wrażenie, że oglądając to anime bardziej niż na formie warto przyjrzeć się treści.

Teraz przyjże się nieco fabule jest to tradycyjny zestaw. Chodzi jak zwykle o kilka problemów do rozwiązania, które są wywoływane przez osobliwości, czy też dziwactwa (zależnie od tłumaczenia). Dla urozmaicenia pojawiają się przyjaciele Meme (ten koleś z hawajską koszulą). Każde z nich będzie miało coś ciekawego do powiedzenia.


No w sumie nie do końca, bo czasami lepiej, aby pięści przemówiły. Skoro o walce mowa do tego też podeszli dość luźno. Nie ma co się czepiać, jeśli chodzi o yokai, bo to u nich dość naturalne. Lecz zastanawia mnie bardziej poziom możliwości „zwykłych ludzi” jak młodszej, dużej siostry.

Jej poziom walki przypinał bardziej Songoku z pierwszych sezonów, a niż kogoś rzekomo normalnego. No ok., nie będę tu zrzędził, bo wiadomo, że to wszystko umowne w swojej treści.

Od samego początku Nisemonogatari stara się wprowadzić zamęt i podejrzewam, że jakbym oglądał według daty premiery, a nie chronologicznej miałbym początkowo mentlik w głowie. Na szczęście nie powinno być bardzo uciążliwe dla tych co tak zrobili. Nawiązania do wydarzeń z pozostałych serii są dość oszczędne. Natomiast jak już jakiś się pokaże lub spotka nas coś dobrego dobrze o tym widzieć. Nie wnosi to nic merytorycznie, ale oglądając czuje się człowiek lepiej.


Twórcy bawią się też przyzwyczajeniami odbiorcy i kiedy się wydaje, że wie się co się stanie… to zostajecie zaskoczeni. W sumie to ja też i to jest naprawdę super wybieg dodający pewnej świeżości.

Podobnie jest animacjami, sądziłem początkowo, że jest ich więcej. Mogę napisać, że tak i nie jest. Prawda jest gdzieś pośrodku, o ile zazwyczaj mamy tylko ruchome usta tak tu dodano trochę więcej. Zapakowano sporo smakołyków, ale nie na tyle dużo żeby się nimi przejeść.

Ostanie odcinek, czy też podrozdział najbardziej mnie zaskoczył jest to prawdziwy twist, który może być jakoś wykorzystany w kolejnych seriach, które w sumie powstały. Teraz tylko zostało się przekonać, czy tak będzie.

Podsumowując Nisemonogatari to udana odsłona, która sporo wnosi do całości. Szkoda tylko, że przewodnicząca i Senjougahara zeszły na drugi plan, ale co tu poradzić. Ogniste siostrzyczki zgarnęły wszystko co najlepsze. Ocena końcowa mocne 8.5/10.
Share:

Recenzja Super Mario 3D World (Wii U)

Mario, ten Cie doceni komu rura się zatka. Bo czym jest coś lepszego od skakania od mobka na mobka? Może i jest, ale jak grać w Nintendo to Marian musi być obowiązkowo.

Super Mario 3D World na Wii U jest grą dość mocno przehajpowana. Nie przeczę, że gra się w nią przyjemnie, bo jest to dość łatwą produkcją. Przez większość z 8 podstawowych światów nie ma praktycznie wyzwania. Dopiero w szóstym świecie trzeba się zacząć gimnastykować.


Prawdziwe schody zaczną się na bonusowych mapach, które zapewne zadowolą co bardziej wymagających odbiorców. Cofnę się jednak do początku i po kolei omówię co ma do zarefowania omawiana gra.

Mimo upływu lat, a minęło już dziesięć to wiąż nie można się przestać zachwycać piękna oprawą. Każdy następny świat ma całkiem coś nowego do zaoferowania. Od pustyń do lodowych krain, a kończąc na trasie inspirowanej pierwszymi odsłonami Mario Kart.

Istotną zmianą jaką wprowadzono na tle Marianów, których już ograłem było zapisywanie każdego poziomu jaki się ukończyło. Podobnie zresztą jest z mini grami. Najważniejsze założenia są wiąż te same, czyli pogoń za Kupa Kingiem. Leczy tym razem coś mu się odmieniło i porwał wróżki.


Oprócz tego zaoferowano, aż cztery grywalne postacie. Dochodzi jeszcze jedna, ale dopiero po zakończeniu kampanii. Mario i spółka za bardzo od siebie nie różnią jeśli chodzi o ogólne wrażenia.

Luigi i Mario to praktycznie są bez różnic, choć docelowo chudszy z braci ma nieco wolniej się rozpędzać. Czasu nie sprawdzałem, a więc trzeba wierzyć na słowo twórcom. Z kolei Księżniczka rzeczywiście może utrzymać się na chwile w powietrzu, co nie raz się przydaje. Toad o dziwo był taki jak się spodziewałem. Kiepski skoczek, ale zasuwa jak się patrzy.

W samej rozgrywce za wiele się nie zmieniło. Jest to wciąż ten sam Mario, który towarzyszy nam od lat osiemdziesiątych, tylko już przeniesiony w 3d. Pierwsze mapy jak zwykle uczą podstawowych mechanik, aby wraz z czasem dodawać coś nowego. Ciekawym urozmaiceniem było wprowadzenie kociego stroju, który dał możliwość wspinania się po ścianach. Nie zabraknie też i bardziej tradycyjnych wspomagaczy jak choćby strój tanooki.


Gwiazdki też wracają i spełnią bardzo ważną role, jeśli chce się ominąć powtarzania map to warto od razu zbierać maksymalna liczbę. Nie chodzi tu nawet o opcjonalne lokacje, a o to, że chcąc zaliczyć podstawowe plansze i zmierzyć się z Bowserem będzie wymagane raz 130, a następnie 170 zielonych. Warto mieć to na uwadze, jeśli gra nie przypadła do końca do gustu.

Nadmienię, że właśnie ten element będzie najwięcej psuł potencjalnie krwi. Jednym z powodów jest niekiedy dość częsty powtarzający się wymóg. Chodzi tu o czas wykonania w którym nie tylko trzeba wykonać wyzwanie, ale i zabrać nagrodę. Kolejnym problem jest ocena położenia. Pozornie może się wydawać, że odległość jest taka, a nie inna. Super Mario 3D World potrafi bardzo dobrze to skorygować, co staje się kropką nad i w pseudo poziomie trudności.

Oprócz samych bossów i mini bossów dostanie się jeszcze sporo mini gier. Z wartych wyróżnienia są zagadki Kapitana Toada, którego celem jest przemieszczać się po wielopiętrowym labiryncie i zdobywać, a jakże gwiazdeczki. Warunek jest jednak jeden nie ma możliwości skakania. Ciekawostką jest fakt, że w oparciu o ta pomniejszą aktywność powstała samodzielna produkcja.


Pomniejsi szefowie to czysta formalność, która pod sam koniec będzie się powtarzać, podobnie jak ich więksi odpowiednicy. Najbardziej mnie zaskoczyło to, że sekcja, która powinna być trudna była łatwa, a coś całkowicie innego śrubowało poziom trudności. Fakt, faktem każdy boss się czymś wyróżniał, ale dodano ich w sumie dla hecy. Ktoś uznał, a co tam zróbmy to ponownie tylko kosmetycznie zmieńmy ich skille, wygląd i już starczy. Naprawdę czapki z głów.

Podsumowujmy Super Mario 3D World nie jest grą genialną mogącą stanąć do tytułu gry roku dla każdego z nas. Cała magie poziomu trudności leży jedynie w przymusowo zdobywanych gwiazdkach i kłopotem w określeniu odległości. Oczywiście nie zabrakło możliwości grania w grupie. Komisja zgodnie stwierdziła, że kamera leży i kwiczy. Mówiąc po ludzku nie nadąża z tym co się dzieje, gdy zaczyna panować chaos. Mimo klasycznej formy gameplay'u nie miałem syndromu jeszcze jednej tury. Natomiast odkrycie, że siódmy świat jest przed ostatnim z podstawki wywołał odwrotną reakcje do zamierzonej. Za to odejmuje o jeden punkt, bo więcej nie zawsze oznacza lepiej. Ocena końcowa 7.5/10.
Share:

Recenzja anime Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chuu

Miałem w planach zrobienie po kolei serii, które obejrzałem. Jednak doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jeśli zrobię slalom w którym będą leciały naprzemiennie.

Zacznę więc od mojego ulubionego gatunku Isekai, na który czekałem z wypiekami na twarzy. Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chuu jest w moim odczuciu odpowiednikiem Overlorda. Wnioski w sumie same tak wychodzą, ale czemu? Sam protagonista to OP Mc szkielet Święty rycerz.


Jeśli tego było mało to nawet ciąg wydarzeń jest dość zbliżony. Podobnie ma się z pierwszymi krokami jakie dokonał Arc. Ewentualnie można stwierdzić, że są to jedynie dobrze znane klisze wykorzystywane w większości tego typu produkcji.

To co jest najbardziej ujmujące to zachowanie Srebrnego Rycerza. Od samego początku pokazuje,że jest rasowym nerdem, któremu udało się trafić w szóstkę. Zaczynając od testowania umiejętności do zachwytów na myśl tego co się stanie i właśnie miało miejsce. Jego szczerość rozbawia i powala na łopatki. W głębi ducha człowiek wie, że tak samo by reagował na wszelkie wydarzania.

Pierwsze odcinki to nic innego jak swojego rodzaju samouczek. Można nazwać to badaniem terenu. Szybko, bo już w trzecim epizodzie pojawia się ponownie główna waifu, a będzie ich więcej (zaciesz). Twórcy wyraźnie postawili na klasyczny dowcip i fanserwis. Natomiast dla kontrastu do wszelkich groteskowych scen dali przemoc, handel żywym towarem i wykorzystanie seksualne.


O dziwo nie kłóci się to za bardzo. Choć jest tyle śmiesznych chwil wolałbym czystą komedię zamiast takiego miksu. Rychło też pokazują się poboczni bohaterowie, który też są całkiem dobrze napisani. Póki co jednym z nich jest oschły Danka, który dość szybko przekonywuje się do Arc – dono.

Nie zabraknie też kolejnej waifu, która będzie reprezentować ninja. Początkowo wiadomo o niej niewiele, ale i dalej w las tym więcej drzew. Początkowo jej motywy nie są do końca jasne, ale jedno jest pewne nie będzie można się z nią nudzić. To co jest jednak taką wisienką na torcie to wszelkie wtrącenia, które Arc mówi, a nie będące w ogóle zrozumiale dla mieszkańców tego świata.

Środkiem tego sezonu było spotkanie z przyszłymi teściami. Nie ma co się oszukiwać i nie da się nie zauważyć, gdzie to wszystko zmierza. Równolegle z tą wizytą odnotowałem pewne pękniecie. Arc dość mocno kreowany jest jako Op Mc, a tu nagle sytuacja się w humorystycznym stylu się rozpada. Dobrze, że dalej nie pociągnęli tej niefortunnej decyzji.


Druga część tego sezonu zaczyna już obfitować w liczniejsze pokazówki w wykonaniu Arca. Jedna scena dziwnie kojarzy mi się z Full Metall Alhemist. Napiszcie w komentarzach, o którą chodziło. Nie zabrakło też całkiem epickich starć. Natomiast zakończenie co prawda nawet, nawet, ale trochę gdzie nigdzie mogli podrasować, aby miało to lepsze tempo.

Warto wspomnieć jeszcze o sprawach natury technicznej. Mianowicie chodzi tu o walkę, kreskę. Walki są nawet efektywne, ale są momenty, gdzie widać cięcia są budżetowe. Objawia się to częstymi zbliżeniami lub ograniczeniami w postaci efektów dźwiękowych i komentarzy tych co zbierają srogie lanie. Szczęśliwie są też i lepsze momenty o których wspomniałem w akapicie wyżej.

Podsumowując Gaikotsu Kishi-sama, Tadaima Isekai e Odekake-chuu, które może być najwierniejszą wizją tego jak wyglądałaby przygoda człowieka, jeśli trafiłby to Isekai. To co najbardziej mnie ujęło nie były wielkie atuty Ariane (śmiech) Wreszcie zobaczyłem pewne różnice między Arc, a mieszkańcami tego świata. Symboliczne, co prawda, ale zawsze jakieś. No i ten zachwyt protagonisty był i mam nadzieje, że w kolejnym sezonie równie zaraźliwy. Ocena końcowa 9/10.
Share:

Wstępne wrażenia z Crash Team Racing Nitro-Fueled (Nintendo Switch)

Początkowo miała to być recenzja w której omówię Crash Team Racing Nitro-Fueled. Nie skończyłem jednak ogrywać tego tytułu. Z tego też powodu będą to jedynie wstępne wrażenia. Możliwe, że w przyszłości jeszcze raz sięgnę po tą grę i wtenczas napiszę uzupełniający artykuł.

Podzielę post na dwa sekcje, czyli to co w CTR wyszło i wszelkie wady, o jakich nie przeczytacie w innych materiałach tego typu. Zacznę od największej zalety, a mowa o stabilnym klatkarzu jaki osiągnięto na Switchu. Nie ma się co spodziewać 60 fps, a jedynie 30 klatek, które są na tyle dobrze maskowane. Praktycznie nie da się tego odczuć w czasie grania. Jedynym momentem, gdzie takową niedogodność da się zaobserwować to przerywnik filmowy lecący na samym początku. Dokładnie rzecz biorąc konsola dostaje zadyszki w chwili pokazania się tablicy na tle toru wyścigowego.


Następnie warto wspomnieć o oprawie i wypełnieniu poszczególnych torów. Widać, że starano się, aby było na czym oko zawiesić mimo szybkiego tempa akcji. Gdzie nigdzie znajdowałem pewne nawiązania, które nie odnosiły się bezpośrednio do samej serii Crash Bandicoot. Jeżdżąc po kopalni miałem wrażenie, że się trafiłem do Deadmines z WoW.

Kolejną kwestią sprawą jest powielenie rozwiązań z Mario Kart. Każdy fan tej serii poczuje się dzięki temu jak w domu. Przez ograniczony czas z całą pewnością, bo dość szybko przyuważy się pewnego rodzaju bolączki jakie trawią CTR.

Istotą wyścigów z tego podgatunku są przeszkadzajki i power up'y. Niektóre z nich są prawdziwymi game changer. Do sztandarowych przykładów można podać spowalniacz czasu, który w promieniu kilku metrów przyhamowuje wszystkich przeciwników. Rzecz jasna takich itemów jest więcej, ale już nie mających aż tak wielkiego wpływu na rozgrywkę.


W momencie kiedy nabierze się chęci zrobienia przerwy może sięgnąć, po aktywności poboczne. Może być to battle, albo wyścig po trofeum, gdzie trzeba zebrać wszystkie skrzynki, a każda z nich dodaje trochę czasu. Jeśli chciałoby się skupić na wspólnej zabawie to remake oferuje zabawę kanapową lub online. Więc teoretycznie dla każdego coś dobrego. Zabrzmiało to strasznie banalnie.

Pierwsze trasy są dość prostolinijne. Jadnak wraz z kolejnymi strefami zaczyna się kombinowanie co można zrobić, aby wygrać. Niekiedy trzeba odblokować przejście, które pozwoli na skrócenie trasy, a innym razem odpalenie nitro da możliwość przeskoczenia przeszkody.

Teraz pora na część łączącą zalety i wady gry. Poziom trudności jest naprawdę źle wyważony. O ile w trybie klasycznym nie ma opcji wybrania jak ma być ciężko to już w wersji odświeżonej już jest to możliwe. Tutaj postawie pierwszy zarzut. Balans został całkowicie skopany. Twórcy pozornie dają tam łatwy, średni i trudny.


Jest to wprowadzenie w błąd gracza. Na easy gra się tak jakby się było całkowicie samemu. Wydawałoby się, że na medium już się to wyrówna i będzie nieco trudniej, ale bez przesady. Nic bardziej mylnego. Mając już ładnych parę godzin na classic'u za sobą i nie mogłem powiedzieć, że jest jakoś łatwiej. Praktycznie było równie ciężko.

Posiadanie jakiejkolwiek przewagi nawet na sam końcu wyścigu praktycznie nie istniało. Boty mogły nawet tuż przed metą wszystko przekreślić. Jest to pewna ironia jak w innych produkcjach typu Driver, czy Need for Speed pisze się, że gliny są przyklejone do tylnego zderzaka traktuje się jako sporą wadę, a tu określa się to jako produkcję dla hardcorów.

Jedyną szansą jest perfekcyjne wykorzystania mechanik w grze. Zaczynając na zebraniu dziesięciu owoców, które zwiększają prędkość i siłę rażenia wszelakich przeszkadzajek, a kończąc na dostaniu boosta za odpowiednie wejście w zakręt. Praktycznie bez tego nie ma co się brać za grania online, a od biedy w singlu jakoś to przejdzie.


Kolejną rzeczą o jakiej nikt nie wspomina to nietypowe zagrania przecinków. Raz na jakieś cztery wyścigi na tej samej trasie obowiązkowo dostanie się z rakiet samo naprowadzających. Wygląda to tak jakby wyłączono inne bomby, czy tnt.

Następną dość rzucającą się w oczy kwestią jest efektywność owych bonusów. W momencie kiedy jest się na ostatnim skrzyżowaniu i oberwie się nieszczęśliwie jakimś pociskiem to przegrana murowana. W odwrotnej sytuacji jest całkiem inaczej. Bot potrafi w ułamku sekundy dogonić, a nawet przegonić. Dlatego zalecam korzystać z tych itemów dopiero na końcu, jeśli trafi się jakiś lepszy.

Następną sprawia jest przewaga czasowa. Wydawałoby się, że parę sekund to niewiele. Owszem, tak jest jeśli bierzemy tylko gracza pod uwagę. Natomiast w odwrotnej sytuacji to już wymagało postarania się, aby coś zmienić.


Wszystkie mankamenty dałoby się przełknąć, gdyby żelaznym wymogiem nie było zdobycie pierwszego miejsca. Nic by się nie stało jakby do przejścia starczyło trzecia pozycja. Ci gracze, którzy będą chcieli mieć platynę i tak będą wałkować dalej.

A teraz przyszedła pora na wszystko co nie pasowało wyżej lub zapomniałem. Wraz z postępami dostaje się nalepki, dodatkowe części do autka, walutę itp. Za pomocą tego ostatniego można odblokowywać grywalnych bohaterów, którzy są podzieleni na poszczególne typy, a także podjazdy itp. Niby powinno się czuć zmiane grając różnymi nazwijmy to zestawami, ale jakoś nie dało się tego rzeczywiście odnotować. Sztuka dla sztuki.

Tak prezentują się moje wrażenia z Crash Team Racing Nitro-Fueled. Nie mogę nic napisać o multiku, bo nie mam wykupionego abonamentu na Nintendo Online. Póki co nie mogę polecić tej produkcji fanowi Mario Kart.

Share:

Recenzja anime Soredemo Ayumu wa Yosetekuru

Zaczynamy kolejny odcinek z romantycznym anime, które warto obejrzeć. Soredemo Ayumu wa Yosetekuru to lekka i przyjemna szkolna komedia. Opowiadająca o przygodach Ayumu Tanaka i Urushi Yaotome. Magia tego anime polega na szczerych i bardzo widocznych reakcjach dwójki protagonistów.

Od samego początku, gdy się ich poznaje Tanaka w czasie gry shogi „atakuje” komplementami. Natomiast Urushi reaguje niesamowicie uroczy sposób, aż szkoda, że w prawdziwym życiu tak się nie dzieje. Początkowo skupiono się wyłącznie na nich i od razu pokazano to co najlepsze, czyli dzień sportu i festiwal szkolny.


Bardzo to wzbogaca tego typu serie. Jednak mogło się wydawać, że stanie się to monotonne. Wybroniono się z tego w dość zgrabny sposób. Na scenę weszła jeszcze jedna para, która jest skrajnie inna. Nie zabrakło im własnego stylu, który sprawia, że można polubić ich od razu. Widać, że też już biedna chłopina jest na jej celowniku.

Nie zabrakło jeszcze bohaterów epizodycznych wtrącających zgrabnie swoje trzy grosze. Prawda, Maki? Choć pojawia się raz na jakiś czas to wykorzystuje to maksymalnie. Jest niczym przysłowiowa wisienka na czubku toru.


Romansik z tego anime podobnie jak w innych tego typu jest powoli rozwijającym się, czyli może coś z tego wyjdzie w następnym sezonie. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że już zaczęło iskrzyć na poważnie. Głębokie spojrzenia i pewne próby dania zrozumienia co się dzieje. Małym odstępstwem jest przeskoczenie etapu wakacyjnego, gdzie plaża była żelaznym punktem.

Postawiono większy nacisk na aktywności szkolne. Pokazano to zarówno w odcinku poświęconym częściowo początku znajomości gołąbeczków, jak i w czasie bieżącym. W drugiej połowie sezony uznano najwyraźniej, że trzeba przyspieszyć. Dodano węgla do pieca w postaci Kagawa Rin.


Ona jest śmiertelnie poważna i podobnie jak jej przodkowie kieruję się honorem. Jednak żeby nie było za bardzo poważnie stara się „wejść w dupę” każdemu kto jej zaimponuje. Okazuje się, że szybko staje się to trójkącikiem miłosnym, a przynajmniej ma być w teorii. W praktyce okazuje się całkowicie inaczej.

W dalszych odcinkach wszystko powoli zaczyna nabierać rumieńców. Jednocześnie nie ma sensu robić sobie nadziei na coś więcej. Możliwe, że może coś wymyślą interesującego w kolejnym sezonie. Sama końcówka może trochę rozczarować. Czuć było, że pomysłów zaczęło brakować. Na ostatniej prostej, która w prawie całości pochłonęła wycieczka szkolna było co prawda trochę fan serwisu, ale jakoś za mało.


Ostatecznie nie domknięto wszystkich wątków. Mikage i Takeru zostali pozostawieni sami sobie. Wielka szkoda, bo tu też było całkiem, całkiem. Pojawił się tez podobny wątek co w Zewie nocy. Nieśmiała Mikage – chan też nie rozumie o co chodzi w romansowaniu. Jednak w tym przypadku szybko została oświecona.

Tak oto się prezentuję ta jakże pełna emocji seria, a tak na poważnie. Nie spodziewałem się niczego innego niż cukierkowego anime, gdzie będzie multum gadek szmatek. Produkcja faktycznie nie jest wysokich lotów. Lecz także na tyle relaksacyjna, że z przyjemnością się ogląda.

Czy warto obejrzeć Soredemo Ayumu wa Yosetekuru? Sądzę, że się nie zawiedziecie. Fabuła wypełnioną pozytywną energią, która pozwala zrzucić ciężar z pleców. Szczere reakcję Urushi były bezcenne (mimo, że głównie na nich bazowano za każdym razem). Tempo, które było nieśpieszne mogło co prawda zniechęcać. Jednak po co się spieszyć? Cieszyć się należy dobrym anime jak jest to możliwe.
Share:

Recenzja Owarimonogatari sezon 1

Skończyłem oglądać kolejny sezon Mody na osobliwość odcinek któryś tam z rzędu i mam mieszane uczucia względem tego, gdzie zmierza ta seria.

Fabularnie Owarimonogatari sezon 1 jest miksem dwóch niezależnych opowieści. Nim przejdę do nich dodam, że akcja jaką będę omawiał miała miejsce na początku trzeciej klasy Araragiego w liceum.


Zacznę więc czemu jakoś nie mogę zachwycać nad tym co widziałem. Opowiedziano tu dwie historie. Pierwsza przedstawia tragiczne losy nowej bohaterki, która póki co tylko tu się pokazuje w tym sezonie, a druga to powrót pierwszego sługi loli wampirzycy. W sumie jest to część właściwa, która swoje zakończenie zobaczy w kolejnej pod serii.

Pierwsza część, która jest w sumie dramatem wydaje się całkiem sensownie napisana, a do tego przepełniona wszystkim co jest dobrze znane każdemu fanowi tego anime. Nie zabraknie wszelkich bloków które muszą być. No może z wyjątkiem sensacji, bo to zostało zaznaczone dosłownie w symboliczny sposób.

Główny prym wiedzie w nim rzekoma siostrzenica młodziana w hawajskiej koszuli. Co prawda Ougi Oshino pojawiała się epizodycznie w poprzednich seriach tak tutaj gra pierwsze skrzypce. O czym wspomniałem dwukrotnie. Nie można odmówić jej uroku, który jest naprawdę niepowtarzalny jak i aury tajemniczości.


Z pozoru wydaje się normalną dziewczyną, ale szybko można ją spostrzec jako diabełka, który kusi i mami słodkimi słówkami. Jednocześnie wyraźnie wykazuje się sporym intelektem, co czyni ją jeszcze bardziej niebezpieczną. Możliwe, że to jej oczy, które najbardziej przyciągają uwagę budzą takie, a nie inne uczucia.

Początkowo ten sezon przybiera formę powieści kryminalnej z wspomnianymi traumatycznymi sprawami przyjaciółki Araragiego z dzieciństwa. W pierwszych odcinkach to nawet było pociągające jakiś powiew świeżości. Mało tego zabawa tłem zmieniała się w totalna już abstrakcje, a raczej iluzje jak choćby niekończących się schodów, które wymyślono na podstawie konceptu figur niemożliwych Oscara Reutersvarda.

Stanowi to jednak skrajny biegun do pewnych oszczędności w postaci animacji samych ust i pozostawienie całej reszty postaci w stanie bezruchu, a to boli jak cholera. Dalej mamy powrót stalkera. Spodziewałem się czegoś więcej po nim, a tak wypada dość płasko. Jedynym jego plusem, że kreuje się na pierwszego męskiego yandere z jakim się zetknąłem w anime.


Z pozoru główną jego motywacja jest zemsta, ale sugerują też, że jednak chodzi o zranione uczucie. A jak nie wiadomo, o co chodzi to o pieniądze. Taki żarcik, bo całość się przyciąga i dopiero dowiem się co dalej się stanie. Jedna rzecz już w zupełności klapnęła.

Wszechwiedząca w krzesło …. Gaen Izuko. W czasie dyskusji w świątyni węża udowadnia, że „zbroja” to pierwszy sługa Oshino Shinobu (wampirzyca loli) i tu jest ok. Jednak jak obwinia Araragiego za wszystko to już leży i kwiczy. Wszelkie osobliwości z Legendarną Wampirzycą na czele pojawiły się zanim nasz biedak zdążył zrobić jeden błąd za który chce się mu wcisnąć całą odpowiedzialność. Najzabawniejsza jest jednaj jej firmowy tekst. Skoro wie wszystko to czemu temu nie zapobiegła? W tym kontekście to ona jest tym prawdziwą antagonistką.

Prawda jest taka, że pewne rzeczy idą jak kumulacja jak ktoś jest bogaty szybko robi się bogatszy. Natomiast ci co są biedni tacy pozostaną. Podobnie jest i tutaj. Tsukihi – chan jest feniksem to jest pierwszy ważny przypadek, który rozpoczął tą pętle, która sama siebie napędza.

Podsumowując Owarimonogatari sezon 1 to mix, który tak naprawdę sam nie wie dokąd idzie. Chcąc nie chcąc kończą się pomysły i próbują w ten oto zawiły sposób ciągnąć dalej opisywane w ligth novel wydarzenia. Ocena końcowa 7/10.
Share:

Recenzja Little Nightmares (Nintendo Switch)

Gry 3a są do niczego mówili. Zagraj w indyka, mówili! Będzie fajnie mówili. No i tylko mówili, ale jakoś po próżni

W końcu odpaliłem Switcha i coś ograłem. Mała konsola to i małą grę wybrałem, bo najlepiej zacząć od rozgrzewki zanim się weźmie coś większego na ruszt. Wybór padł na Little Nightmares. Miała to być zagadka, która wciągnie jak bagno dając nowe doświadczenie.


Nie przeczę dała i to wiele mieszczanach wrażeń. Pierwsza sprawa to klimat będący sporą odskocznią od tego co grałem ostatnio. GoW Ragnarök to pierwsza liga, ale nie w tym rzecz. Już sprane kolory i te cienie wszelakie, a świetle nie wypominając dawały swoje.

Magia tej skradanki z elementami platformowymi prysnęła równie szybko co się pojawiła. W swoich opiniach gracze często wspominali o odczuwaniu zaszczucia i bezbronności. Faktycznie niemalże do samego końca nie ma się żadnych szans z bossami. Jednakowoż niczego innego nie można się spodziewać, po skradankach?

Bardzo szybko się więc przestawiłem na szybkie przetwarzanie tych wszystkich przeciwników na przeszkody, które trzeba jedynie ominąć. Wspomnę również, że twórcy podeszli dość nietypowo do swojego dzieła. Raz, że nie tłumaczą, o co w tym wszystkim chodzi. Kim jest postać w żółtym płaszczu przeciw deszczowym i czemu sterowanie jest tak skopane?


O ile do tego drugiego dało się przyzwyczaić to właśnie brak napędu w postaci ciekawej historii sprawiało, że nie miało się chęci traktowania czegokolwiek na poważnie. Kampania nie należy do długich, co koniec końców poprawia ocenę końcową. Trochę nawrzucałem do tego kotła więc poukładam, aby każdy z was wiedział na co się piszę.

Mały koszmary na Pstryczka wita niczego się nie spodziewającego gracza, czyli mnie w innym świecie. Klawiszologia niekiedy nawiązuje do szóstej generacji, co może niekoniecznie przypaść młodszym graczom do gustu. Na dokładkę dodam responsywność, która kuleje.

Przechodząc ten tytuł korzystałem z pro pada od Nintendo. Więc obstawiam, że jednak to sama gra miała problemy wykonywaniem komend jakie wykonywałem. Wszelkie czynności należało zrobić samemu. Nie liczcie, że jak za magiczną różdżka coś z automatu was wyręczy. Nie raz spowodowało to swojego rodzaju frustracje. Wspomni me słowa każdy, co przez przypadek puścił spust ZR i w ważnym momencie zleciał do przepaści.


Oczywiście jak wszystkiego tak i tego można się nauczyć i swobodnie grać. Wspominałem również, o fabule. Z artykułów poświęconym tej produkcji dowiedziałem się, że takowa jest. Trzeba jedynie ją przeczytać, aby się dowiedzieć, co autor miał na myśli. Możliwe, że dzięki temu wszelkie niedogodności będą bardziej do przyjęcia, a lokację ujawnią swoje tajemnice.

Podstawowa kampania składa się z trzech aktów, w których przyszło mi się zmierzyć każdorazowo z dedykowanym szefem. Jest to pół prawda, bo recykling szybko się pokazuje. No mniejsza, sęk w tym jak sobie z nimi poradzić. Powiedziałbym, że dość łatwo się to robi, bo skrypty nie adaptują się do poczynań gracza, a jedynie są dla hecy. Tam, gdzie to przewidziano monstrum i tak ruszy w pogoni nawet jeśli nie zauważy protagonistki.

Zabiera to poczucie czystego przejścia, gdzie ominęło się wszelkie pułapki i przeszkody, a będzie tego trochę. Dobrze chociaż, że lokacje są w miarę urozmaicone, co dodaje te minimum chęci sprawdzenia, co tam dalej się kryje? Zagadki środowiskowe ma się rozumieć!


Opierają się głównie na przesunięciu czegoś lub znalezieniu klucza. Zdarzały się jednak takie momenty, że zastawałem zaskoczony pomysłem jaki zaimplementowano jako rozwiązanie. Mimo, że gra krótka zginać się da, a wiąże się to z utratą postępów. W tej kwestii mam mieszane wrażenia, bo raz... Wraca się od razu tam, gdzie się skończyło. Innym razem trochę wcześniej, lecz nie trzeba wszystkiego od nowa robić. Nie zabrakło momentów, gdy wykonana praca została całkowicie zignorowana i od nowa zabawę powtórzyć należało. Za każdym jednak razem były to małe straty więc przynajmniej tyle dobrego.

Nie zabrało pewnych niedoróbek w których człowiek łapał się za głowę. Dość istotnym czynnikiem była szybkość mocno wpływająca na długość skoku. Wyczucie odpowiedniego momentu, czasami graniczyła z cudem. Wyobraźcie sobie siedzą sobie grubasy i zajadają się kilogramem kiełbasy. Mija się ich swobodnie i na ziemie się ląduje, bo skoku się nie wyczuje. Lecz wszak kiedy się uda, człowiek jest uśmiechnięty od ucha do ucha.

Jedynie finał jest wyrazisty pełny grozy. Nie takiej taniej, a w miarę subtelnej dającej do myślenia, co tu się wyprawia.

Podsumowując czy opłaca się zagrać Little Nightmares? Jak gdzieś na promocji się dostanie to sięgajcie po to danie. W innym przypadku będzie to jedynie strata czasu. Choć kto wie, może się komuś spodoba. Ocena końcowa 7/10.
Share:

Translate

Szukaj na tym blogu

Czytelnicy

O mnie

Moje zdjęcie
Na blogu znajdziecie obiektywne recenzje xD o mangach, anime i grach wideo, filmy i seriale. Dziele się swoimi spostrzeżeniami starając się promować wartościowe produkcje.

Kategorie